Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label twierdza. Show all posts
Showing posts with label twierdza. Show all posts

12.16.2013

/ŚWIAT/ Podróże kanapowe


Zima, czas długich wieczorów i mniejszej intensywności podróżowania. Spowodowanej nie tylko pogodą, ale i tym, że rok się kończy i kiesa z cennymi dniami urlopu świeci już pustkami. W oczekiwaniu na nowy rok i nową pulę dni wolności, warto zaplanować nowe wojaże i zanurzyć się w magiczny świat podróżowania placem po mapie. Albo po kartach ulubionych lektur… Oto kilka cytatów z książek, które lubię szczególnie i które zawsze inspirują mnie do kolejnych wyjazdów. Nie są to w większości książki typowo podróżnicze, lecz raczej traktaty o podróżowaniu jako takim, rozważania o – jak celnie ujęła to Olga Tokarczuk – „kakofonii i dysonansie naszego doświadczania świata” oraz zapiski skłaniające do myślenia o chorobie zwanej głodem świata.


„Bieguni” Olgi Tokarczuk książka o filozofii podróżowania


Książka ta – wyróżniona nagrodą Nike w 2008 roku – jest opasła, wielowątkowa, o zmiennym rytmie narracji. Są w niej historie ludzkie, wyprawy do odległych krajów i wieków, refleksje filozoficzne. Myśląc o „Biegunach” mam w głowie hasło „silva rerum” – bo lektura ta jest niczym ogród rzeczy różnej wagi i znaczenia. Akcja dzieje się w niej nieco poza przestrzenią i czasem, a jednak mocno osadzona została w doświadczeniu ludzkim – w doświadczeniu wszystkich, którzy podróżują.

Mój ulubiony fragment dotyczy lotnisk, które – jak pisze autorka – kiedyś umieszczano na peryferiach miast, a dziś wyemancypowały się na tyle, że mają już własną tożsamość. „[Lotniska] to już specjalna kategoria miast-państw, których lokacja jest stała, lecz ich obywatele - zmienni. Republiki lotniskowe, członkinie Unii Lotnisk Światowych, jeszcze bez przedstawicielstwa w ONZ, ale już niedługo będą je miały. To przykład ustroju, gdzie mniej ważna jest polityka wewnętrzna, liczą się zaś związki z innymi lotniskami członkami Unii - tylko one bowiem dają jej rację bytu. Przykład ustroju ekstrawertycznego; konstytucja wypisana na każdym bilecie, a karta pokładowa to jedyny dowód osobisty obywateli. Liczba mieszkańców jest tu zawsze zmienna i fluktuuje. Co ciekawe, populacja zwiększa się w czasie mgieł i burz. Obywatele, żeby czuć się wszędzie dobrze, nie mogą zbytnio rzucać się w oczy. Czasem, gdy jedzie się ruchomym chodnikiem i mija braci i siostry w podróży, można odnieść wrażenie, że jesteśmy preparatami w formalinie, które przyglądają się sobie zza szkieł słojów. Ludzie wycięci z obrazków, ze zdjęć w przewodnikach. Naszym adresem jest miejsce w samolocie: 7D, powiedzmy, albo 16A.”

I jeszcze jeden fragment, by zachęcić do niezwykłej podróży, jaką jest lektura „Biegunów”. Fragment historii, którą opowiada właściciel mądrego acz przekornego osiołka zwanego Apulejuszem. „Najgorsi są Amerykanie, bo większość z nich ma nadwagę. Są często zbyt ciężcy nawet dla Apulejusza. Ważą dwa razy tyle, co inni ludzie. Osioł jest mądrym stworzeniem, od razu potrafi ocenić wagę i najprawdopodobniej denerwuje się, widząc ich wychodzących z autokaru, zgrzanych, z wielkimi plamami potu na koszulkach, w spodniach sięgających kolan. Mam wrażenie, że rozróżnia ich wręcz po zapachu i potem są kłopoty, nawet jeżeli ich rozmiary okazują się przyzwoite. Zaczyna się wierzganie, wrzaski, jawne uchylanie się od pracy.” Ta historia stanie mi przed oczami za każdym razem, gdy udam się na przejażdżkę na grzbiecie pustynnego wielbłąda. Zresztą jeden skorzystał już kiedyś z mojej nieuwagi i chwili wolności: gdy tylko na chwilę z niego zsiadłam, wytarzał się w piasku wraz z torbą, która – gdy znalazła się między jego sierścią a piachem okazała się słabą ochroną dla aparatu i obiektywu…


„Podróże z Herodotem” Ryszarda Kapuścińskiego zapis spotkania z nieznanym światem


W tej książce, wydanej w roku 2004, ale traktującej o czasach o pół wieku wcześniejszych: o pierwszych wyprawach zagranicznych autora w charakterze korespondenta zagranicznego, też mieszają się różne światy: świat podróży reporterskich do Azji i Afryki i starożytny świat kronikarza Herodota. Historie współczesne i przeżycia autora znajdują swe odbicie w dziejach dawnych, w przypowieściach antycznych. Ale dla mnie najciekawsze jest w tej książce spotkanie młodego człowieka ze światem, który wydaje mu się dziwny i egzotyczny i niemal nieobjęty myślami. Nieobjęty, bo… nienazwany.

Każdy świat ma własną tajemnicę i (...) dostęp do niej jest tylko na drodze poznania języka. Bez tego świat ów pozostanie dla nas nieprzenikniony i niepojęty, choćbyśmy spędzili w jego wnętrzu cale lata. Co więcej – zauważyłem związek między nazwaniem a istnieniem, bo stwierdzałem po powrocie do hotelu, że widziałem na mieście tylko to, co umiałem nazwać, że na przykład pamiętałem napotkaną akację, lecz już nie drzewo, które stało obok niej, ale którego nazwy nie znałem. Słowem, rozumiałem, że im więcej będę znał słów, tym bogatszy, pełniejszy i bardziej różnorodny świat otworzy się przede mną.”


„Twierdza” Antoina de Saint- Exupéry’egoBiblia człowieka poszukującego


„Twierdza”, we francuskim oryginale „Citadelle”, w angielskim przekładzie „Mądrość piasków” to książka nietypowa – trochę traktat filozoficzny, trochę summa doświadczeń (sam autor uważał ją za swe dzieło życia), trochę biblia człowieka, który w oddaleniu od domu pisze o miłości, tęsknocie, Bogu, wartościach. Nie jest to typowa lektura podróżnicza, raczej zapis wędrówki w głąb samego siebie, własnych uczuć, refleksji. Jest w niej ogromna podniosłość, brak za to typowej narracji – można więc otworzyć ją w dowolnym miejscu i przeczytać jeden z oznaczonych numerami fragmentów. Czasem jest to przypowieść, czasem myśl jakaś. Czasem zwrot bezpośrednio do czytelnika – autor „Małego księcia” zawarł w swym niedokończonym dziele (Exupéry zmarł tragicznie w roku 1944) dużo pytań, które skłaniają do refleksji i zadumy.

Antoine de Saint-Exupéry – lotnik, pisarz, filozof, człowiek o niezwykłym, tragicznie zakończonym życiu, człowiek odważny i zuchwały, który w 1935 roku podjął próbę rekordowego przelotu na trasie Paryż – Sajgon, ale rozbił samolot na Pustyni Libijskiej, a trzy lata później porwał się na przelot na trasie Nowy Jork – Ziemia Ognista, lecz uległ wypadkowi w Gwatemali, odnosząc przy tym poważne obrażenia, zaprasza nas w podróż w meandry duszy i umysłu. Nie wolną od sprzeczności, ale fascynującą – i na poziomie języka, i treści dzieła.

Widziałeś, jak ludzie jeżdżą tu i tam. A czy zastanawiałeś się, w jakim celu? Czasem istotnie chcą zobaczyć cudownie piękną zatokę albo górę o zaśnieżonym szczycie, albo jakiś wulkan coraz grubiej pokryty warstwą swoich wydzielin; ale przede wszystkim chcą oglądać owe zatopione nawy, które wiedziały, gdzie wiozą człowieka. Zwiedzają je zatem i obchodzą dokoła, marząc nieświadomie, że weszli na pokład i ruszają w podróż. Albowiem oni nie jadą donikąd. A te świątynie nie wypełniają się już ludźmi, których uwożą i przemieniają w jakiś szlachetniejszy gatunek człowieka, gdy stają się niby kokon, z którego wyleci motyl. 

Emigranci nie mają zaś tych kamiennych statków, na które mogliby wsiąść i niemożliwa jest dla nich przemiana, która w ciągu przeprawy dusze biedne i słabe przekształca w bogate i szlachetne. I dlatego wszyscy ci zwiedzający obchodzą wokół taką pogrzebaną świątynię, szukają czegoś, oglądają i chodzą po wielkich nagrobnych płytach, tak wytartych krokami, że już lśniących; zagubieni w lesie granitowych filarów, słuchają, jak w dostojnej ciszy odzywają się echem ich samotne głosy, i sądzą prostodusznie - podobnie jak historycy - że uczą się tutaj; a przecież przyśpieszone bicie ich serc mogłoby im powiedzieć, że krążąc wśród filarów z sali do sali i z jednej nawy do drugiej szukają jednego: kapitana (…).”


„Nieznośna lekkość bytu” Milana Kundery rzecz o ludziach, miejscach, kolorach i zapachach


Kundera w zasadzie nie pisze o podróżach. Raczej o fizycznej i duchowej emigracji, która u niego zaowocowała z jednej strony niechęcią do kraju ojczystego – zmienił obywatelstwo na francuskie i nie zgadza się na tłumaczenie swych nowszych dzieł na czeski – z drugiej zaś koniecznością obsesyjnego wracania doń myślami. Ale choć nie pisze o podróżach jako takich, nie o tym jest też traktuje wydana w roku 1984 "Nieznośna lekkość bytu", której akcja toczy się po praskiej wiośnie, to jak nikt inny umie uchwycić magię miejsc – ich kolor, fakturę, zapach. Popatrzmy oczami Teresy, bohaterki najbardziej znanej książki Kundery, na praską Wisłę: „Wełtawa przepłynęła już prawie przez miasto, miała za sobą sławę Hradczan i kościołów, była jak aktorka po przedstawieniu, zmęczona i zamyślona. Płynęła między brudnymi brzegami obramowanymi płotami i murami, za którymi stały fabryki i opuszczone boiska. Długo już patrzyła w wodę, która wydawała jej się coraz smutniejsza i ciemniejsza, kiedy nagle zobaczyła pośrodku rzeki jakiś przedmiot, czerwony przedmiot. Tak, była to ławka. Drewniana ławka ogrodowa na metalowych nogach, ławka, jakich pełno w praskich parkach. Płynęła powoli środkiem Wełtawy. Za nią następna ławka. I następna, i następna i dopiero teraz widzi, że z miasta odpływają wodą ławki z praskich parków, jest ich dużo, coraz więcej, płyną po wodzie jak jesienne liście, które woda niesie z lasów, czerwone, żółte, niebieskie.

Tak autor pisze o kolorycie Pragi, do której tak chętnie wraca na kartach książek. A tak oczami innego bohatera, Franza, patrzy na Amsterdam: „Z jednej strony stoją domy, a za wielkimi pastelowymi oknami podobnymi do wystaw sklepowych znajdują się małe pokoiki kurew, które rozebrane do bielizny siedzą tuż przy szybie w fotelikach wyścielanych poduszkami. Wyglądają jak wielkie, znudzone kotki. Drugą stronę ulicy tworzy wielki gotycki kościół z czternastego wieku. Pomiędzy światem kurew i światem bożym unosi się niczym rzeka między dwoma królestwami intensywny smród moczu. W środku ze starego gotyckiego stylu pozostały tylko gołe, białe ściany, filary, sklepienia i okna. Na ścianach nie wisi ani jeden obraz, nigdzie nie stoi żadna rzeźba. Kościół jest goły jak sala gimnastyczna. Tylko pośrodku ustawione w czworobok krzesła otaczają miniaturowe podium z pulpitem dla kaznodziei. Za krzesłami stoją drewniane kabiny, loże bogatych rodzin mieszczan. Te krzesła i loże są zupełnie niewspółmierne do kształtu ścian i rozmieszczenia filarów, jak gdyby chciały okazać gotyckiej architekturze swą obojętność i pogardę. Wiara kalwińska już przed stuleciami przemieniła kościół w rodzaj hangaru, którego jedyną funkcją jest ochrona wiernych przed deszczem i śniegiem.” Przechadzając się czerwoną dzielnicą Amsterdamu myślałam o Franzu i czułam się, jakby szedł kilka kroków za mną i mruczał pod nosem o smrodzie moczu, który do dziś jest jedną z intensywniejszych dominant tego miejsca.


„Gdyby cała Afryka” Ryszarda Kapuścińskiego historia Afryki spisana na żywo


Ten zbiór reportaży i zapisków z posiedzeń parlamentów różnych afrykańskich państw z lat 1955-66 to książka chyba najmniej „podróżnicza” w dorobku Kapuścińskiego. Ale jednocześnie wyjątkowo wnikliwie pokazująca przełomowy okres w dziejach Czarnego Lądu: narodziny nowych państw, pojawianie się przywódców, losy zwykłych ludzi. Czasem są to przejmujące historie, czasem wywody historyczne z tłem faktograficznym, czasem opisane żywym językiem dyskusje polityków. Po trosze trącące myszką, ale jakże aktualne w swej demagogii, pasji, doborze argumentów.

Bardzo lubię zapis obrad parlamentu Tanganiki o ustawie o alimentach. „Poseł P. Mbogo (Mpanda) wyraził opinię, że ustawa o alimentach spowoduje powszechny wzrost prostytucji w kraju. ‘Dziewczęta będą chciały mieć jak najwięcej nieślubnych dzieci, by tą drogą zarabiać pieniądze na kosmetyki. Dziewczęta te będą jak słabo rozwinięte kraje - trzeba będzie w nie inwestować’. Zdaniem posła B. Akindu (Kigoma) ustawa o alimentach stwarza szczególne niebezpieczeństwo dla ludzi bogatych, takich jak na przykład posłowie parlamentu, ponieważ ciężarne dziewczęta mogą kłamliwie rozgłaszać, że ojcami tych nieślubnych dzieci są ministrowie rządu lub posłowie parlamentu. ‘Te wiarołomne istoty - powiedział poseł - będą siały taką neokolonialną propagandę w nadziei, że wyciągną pieniądze od bogatych mężczyzn’." Trochę to zabawne, a trochę straszne…


"Rowerem i pieszo przez Czarny Ląd" Kazimierza Nowaka gawędy bez cenzury


W latach trzydziestych dwudziestego wieku niezwykły podróżnik przebył kontynent afrykański z północy na południe i z powrotem. Trasę tę - mierzącą niemal 40 000 kilometrów - przebył w pięć lat, głównie pieszo i na rowerze, czasem czółnem czy na wielbłądzie. Swą wyprawę spisał językiem tak soczystym i barwnym, a przede wszystkim tak dalece pozbawionym współczesnej "political correctness", że czasem aż trudno w to uwierzyć.

Nowak pisze o trudach podróży, o tle politycznym zdarzeń, o ludziach, o państwach, o oficjelach, o szamanach, o handlu ludźmi. A także o swych zmaganiach ze zmęczeniem i malarią. To książka, która i bawi, i wzrusza do łez. Bawi często warstwą słowną, gdy autor z właściwą sobie prostolinijnością mówi o tym, że "jeść dużo, obojętnie co - to rozkosz Murzyna, a potem położyć się w cieniu strzechy i trwać bezmyślnie godzinami". Albo o Pigmejach, którzy "żyją jak wszystkie karły w lesie dziewiczym". 

Tło historyczne książki jest iście fascynujące. Nowak dojeżdża na przykład do Johannesburga, w którym mieszkają zarówno Niemcy pozdrawiający się na ulicach hasłem "Heil Hitler", jak i Żydzi. Pisze o "Murzynach, którzy zarabiali na kaszę krążąc po ulicach z kartkami przypiętymi do pleców i wznosząc niezrozumiałe dla nich samych okrzyki 'Anti Nazi, Anti Nazi!'."

Ale mój ulubiony fragment tej książki rozgrywa się w jednym ze sklepików w Związku Południowej Afryki, do którego po wypłacie mieszkańcy kraju udają się wraz z żonami i dziećmi. "Trzeba mieć anielską cierpliwość, aby być sprzedawcą w takim sklepie, ale w zamian za trudy poniesione w takim targowym dniu wypłaty można przez cały tydzień spokojnie odpoczywać i nie troszczyć się o klientów. Sprzedawca musi mieć jednak duże doświadczenie, bo tutejsi Murzyni płacą zwykle połowę żądanej ceny, czasem nawet mniej. Przyglądałem się scenie kupowania trzewików. Klient obejrzał dziesięć par, każdą przymierzył, obejrzał nogę w lustrze, w końcu wybrał jedną parę trzewików i zapytał o cenę. 'Dwadzieścia pięć szylingów' - odrzekł kupiec. Murzyn dał dziesięć szylingów, kupiec opuścił na dwadzieścia i targ trwał prawie godzinę, aż w końcu Murzyn zabrał się do wyjścia, by szczęścia popróbować w innym sklepie. To oczywiście oznaczało stratę klienta, kupiec więc szybko przyjął dziesięć szylingów i zapakował towar w ładny karton, owinął we wzorzysty papier, przewiązał jaskrawą wstążką i wręczył Murzynowi, który natychmiast wyszedł ze sklepu. Nie upłynęło nawet pół godziny, a czarny wbiegł do sklepu zdyszany i uderzając się ręką po prawej nodze wyjąkał: 'Panie, na te nogę nie ma trzewika, nie ma trzewika, panie!'. Kupiec na to stwierdził z całym spokojem, że rzeczywiście trzewika tego nie ma, bo przecież klient zapłacił tylko za jeden, a nie za dwa, i żąda dopłaty pięciu szylingów, na co Murzyn zgadza się oczywiście, bo przecież lewy trzewik ma już na nodze." Ot, co kraj, to inne obyczaje handlowe...


9.09.2013

/ESSAOUIRA, SAFI/ Gorąca gnawa i kolorowe tajiny


Droga z Agadiru do Essaouiry oglądana zza szyby jest niczym piękny film lub slideshow. Turkus Altantyku, biel fal, żółć piasku, czysty błękit nieba. 180 kilometrów zapierających dech w piersiach kadrów. Czasem urozmaicają je różowe osady, latarnia morska, minaret, czasem kobiety w kolorowych strojach, czasem osioł transportujący dobra wszelkie. 


Koło Agadiru jeden plac budowy obok drugiego. Powstaje tu ogromny kompleks turystyczny Taghazout Bay. Wnoszą go zagraniczni inwestorzy w w ramach marokańskiego planu "Vision 2020", który zakłada stworzenie 5800 nowych hoteli. Praca aż wre. 


Dalej plaża, miejscowi urządzają tu sobie pikniki. Dalej drzewa arganowe - endemit rosnący jedynie tu, w południowo-zachodniej części Maroka. Te niezwykłe drzewa są w stanie przetrwać nawet w temperaturze 50 stopni i kilka lat czekać w uśpieniu na deszcz. Jego owoce przypominają mirabelki. Z miąższu wyjmuje się orzeszek, a niego wyłuskuje migdał - źródło cennego oleju spożywczego i kosmetycznego. W Maroku często spotkać można kobiety, które cierpliwie zajmują się wyciskaniem cennego płynu - popularnego i wśród miejscowych, i wśród turystów i stanowiącego - obok rybołówstwa i przetwórstwa ryb, turystyki, wydobycia i eksportu fosforytów i rzemiosła - jeden z filarów tutejszej gospodarki. 


Drzewa arganowe często są powyginane i pokręcone. Chętnie wykorzystują to kozy, które - niczym w przysłowiu - wskakują na pnie, by dosięgnąć smacznych listków. Jeśli podejdzie się do nich powoli i ich nie wystraszy, można zrobić im zdjęcie z bliska


Kilka godzin drogi. Przystanek na stacji benzynowej - prócz Shelli najpopularniejsze są tu chyba te marki Afriquia. Benzyna tania - 8,24 dirhama (czyli ok. 83 eurocenty) za litr - toalety czyste, a w sklepikach - pyszny świeżo wyciskany sok z pomarańczy oraz marokańska herbatka. Ulepek o smaku mięty. Zieloną herbatę zalewa się wrzątkiem w metalowym dzbanku. Pierwsza woda jest wylewana, by pozbyć się goryczki. Potem dodaje się cukier i gałazkę mięty. Płynu nie miesza się łyżeczką, tylko przelewa do szklanki, potem znów do dzbanka i do szklanki - i tak kilka razy aż wymieszają się smaki. Piękny spektakl, a i efekt doskonały. Mimo że napój jest gorący, to doskonale gasi pragnienie w upał.


Kolejny przystanek - kontrola prędkości przeprowadzana przez żandarmerię królewską w szarych mundurach. Aparat kładę szybko na kolana - w Maroku pod żadnym pozorem nie wolno fotografować mundurowych na służbie.

Widać już Essaouirę i poprzedzające ją wyspy purpurowe. Trwały czerwony barwnik pozyskiwali tu rzymianie już 2000 lat temu - ze skorupek ślimaków z rodziny murex. Resztki tych skorupek do dziś ozdabiają wysepki. 


U bram miasta dwie ciekawostki - tradycyjny i... bardziej tradycyjny środek transportu coca-coli.


Essaouira to miasto o niezwykłej historii - przeszło drogę od ośrodka handlu do mekki artystów - i nietypowym układzie: medyna jest na planie szachownicy. Najpierw żyli tu Berberowie, rdzenna ludność Maroka - do dziś stanowią oni zresztą połowę mieszkańców miasta; na przełomie wieku XVII i XVIII dotarli tu Arabowie, a w wieku XVI - Portugalczycy. Starówka powstała w wieku XVIII za panowania Mohammeda III według planu stworzonego przez Francuza - stąd jej "europejski", zupełnie nie marokański układ; medyny w innych miastach arabskich mają z reguły kręte - a nie proste - uliczki. Co ciekawe obecna nazwa miasta (dawniej zwanego Mogador) - oznacza "dobrze zaplanowane".


Na przełomie wieków XVIII i XIX największe miasto handlowe Maroka - później zdetronizowane przez Casablankę, w której rozbudowano port - dziś jest mekką artystów. I malarzy, i rzeźbiarzy, i muzyków. Tu tu co roku odbywa się festiwal rytmicznej afrykańskiej muzyki gnawa, którą można zresztą usłyszeć z licznych sklepików w medynie. Na chodnikach cuda z czarnej Afryki sprzedawane przez hebanowych imigrantów, kiczowate obrazy, oryginalne recyklingowe figurki.


Medyna - od 2001 roku znajdująca się na liście UNESCO - to szeroka aleja za bramą i masa wąskich uliczek. W nich owoce obok misternie ułożonych przypraw. Dalej targ rybny.  Rękodzieło obok chińskich plastików. Koszulka Roberta Lewandowskiego. Marokańczycy noszą takie z dumą. Jest to obecnie najbardziej znany Polak w Maroku, choć co po niektóry tubylec po poprawnie wymówionym "Cześć, jak się masz?" spyta też o Kwaśniewskiego czy Wałęsę. Dzięki masom turystów z Polski jestem tu łatwo rozpoznawalna i często witana w ojczystej mowie.


Domy ukryte w medinie są białe, a ich drzwi - w ostrym turkusowym kolorze. Oddzielają one przestrzeń publiczną - brudnawą i niczyją - od czystej i wymuskanej przestrzeni prywatnej.


Idąc uliczkami medyny dochodzi się do twierdzy Kasbah de la Skala. Z niej rozciąga się wspaniały widok na Atlantyk i sześciokilometrową plażę. Miejscowi i turyści fotografują się przy działach z różnych epok sprowadzonych do Essaouiry.


Jadąc dalej 120 kilometrów drogą wzdłuż wybrzeża od Essaouiry dojeżdża się do Safi, urokliwego miasteczka słynącego z kolorowej ceramiki. Pięknie jest tam po południu, gdy słońce miękkim światłem obleka barwne tajiny wyczarowując na chodniku nienaturalnie długie cienie.


W dzień wre tu praca w warsztatach garncarskich, po południu wszystko się uspokaja. Miasteczko staje się senne. Z wózka można kupić zupę ślimakową, potargować się ze sprzedawcami ceramiki. Oferują oni wzory marokańskie i międzynarodowe.


Miasteczko ma historię tak długą, że aż trudno ustalić jego początki. Kiedyś nazywało się Asfi - po berberyjsku - dziś ma nazwę zlatynizowaną. Było pod władaniem portugalskim na przełomie XV i XVI wieku, potem przeżywało rozkwit jako jeden z największych portów w kraju. Dziś trudno w tu uwierzyć patrząc na senną atmosferę tego miejsca.

Kolejny dzień w Maroku dobiega końca. Słońce chyli się ku zachodowi, ale upał nie odpuszcza. Usypia mnie daleki odgłos rytmów gnawy i wirujące kolory porcelany.


___________________________________________
ZAPRASZAM NA MÓJ FILM O ESSAOUIRZE I SAFI:



ORAZ O ZASADACH RUCHU W MAROKAŃSKICH MIASTACH:





A TAKŻE DO LEKTURY INNYCH MOICH TEKSTÓW O MAROKU:
- Marrakesz
- Fez
- Casablanca   
- Meknes   
- Rabat 
- Oauallidia, El Jadida 
- Agadir