Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Frankfurt. Show all posts
Showing posts with label Frankfurt. Show all posts

8.30.2016

/FRANKFURT NAD ODRĄ/ Między brzegiem Odry a ulicą Marksa, czyli o mieście, które potrafi uszczęśliwić


Frankfurt nad Odrą, mniejszy imiennik metropolii znad Menu, nie kojarzył mi się z atrakcyjnym turystycznie celem weekendowego wypadu. W mieście zburzonym setkami ton bomb, które spadły nań z samolotów brytyjskich w roku 1944, a potem radzieckich w roku 1945, nie ma dziś praktycznie żadnych oryginalnych zabytków i prawdziwie starych budowli. A jednak - może dlatego właśnie, że nie oczekiwałam po nim zbyt wiele - Frankfurt zaskoczył mnie swą przyjaznością, schludnością i spokojem. I okazał się doskonałym wyborem na krótki wyjazd - ba, może nawet miejscem w pewien sposób magicznym.


Zapamiętam to miasteczko jako miejsce, w którym problemy w mniej lub bardziej oczywisty sposób zmieniają się w szanse. Po pierwsze po wojennych zniszczeniach - niezaprzeczalnej tragedii dla miasta i jego mieszkańców - udało się je poniekąd stworzyć na nowo, choć w nieco mniejszej skali (dzielnica Dammvorstadt stała się w 1945 roku polskimi Słubicami). Demagogią byłoby twierdzenie, że zrównanie z ziemią może oznaczać dla jakiegoś ośrodka możliwość zbudowania domów lepiej odpowiadających współczesnym potrzebom i nakreślenia szerszych wielopasmowych ulic na miarę wymagań intensywnego ruchu kołowego, ale we Frankfurcie miałam wrażenie, że poniekąd tak się tu stało - że jak mało gdzie przy pracach planistycznych w latach pięćdziesiątych architekci odcięli się od sentymentów i pomyśleli o kwestiach praktycznych i jakości życia. Dzięki temu dziś zgrabne domy (w których notabene jeszcze w roku 1980 ukrytych było 465 mieszkań zakonspirowanych agentów Stasi) stoją tu przy szerokich alejach, a liczne parki zapraszają do spacerów. Oczywiście nie oznacza to całkowitego zanegowania wielowiekowego dziedzictwa - gotycki ratusz odbudowano na przykład bardzo wiernie, a od roku 1999 Frankfurt nosi nawet oficjalny przydomek "Miasto Kleista" na część urodzonego tu w roku 1777 słynnego pisarza, dramaturga, poety i publicysty - co też jest ewidentnym ukłonem w stronę historii.


Drugi problem przekuty w szansę to doskonały marketing miasta. Choć nie ma tu zabytków na skalę świata czy choćby Europy, to wszędzie - w bibliotekach, restauracjach, sklepach - rozdawane są ulotki przekonujące, że można miło i pouczająco spędzić tu czas: na spacerze śladami Kleista, w kajaku, w parkach, w muzeach. Prawdziwy szok przeżyłam, gdy w biurze Polsko-Niemieckiej Informacji Turystycznej we Frankfurcie nad Odrą/Słubicach przekazano mi dwujęzyczny folder o zabytkach miasta liczący sobie... niemal 50 stron. Powstrzymałam się od żartobliwego pytania, czy zostały w nim opisane WSZYSTKIE TRZY tutejsze atrakcje. I całe szczęście, bo z kart publikacji zatytułowanej "Historia dla wszystkich" dowiedziałam się, że rzeczywiście jest ich tu co najmniej dziesięć. Spodobała mi się też przemyślana strategia promocji tego miejsca za pomocą kampanii billboardowej. Trudno byłoby przelicytować mu pozostałe niemieckie miasta pod jakimkolwiek względem - inne ośrodki są starsze, większe, bogatsze, bardziej znaczące, lepiej skomunikowane itp. Wymyślono więc wyróżnik - lub jak kto woli Unique Selling Proposition - mniej konkretny, ale za to działający na emocje: "Frankfurt nad Odrą uszczęśliwia!". To hasło wsparte zdjęciem z uśmiechniętymi dzieciakami utwierdziło mnie w przekonaniu, że świetnie zrobiłam przyjeżdżając właśnie tutaj. A po natrafieniu na nie po raz kolejny prócz zapachu serwowanych tu w wielu miejscach i pysznych skądinąd frykadeli w bułce w powietrzu naprawdę zaczęłam wyczuwać woń radości. Może to siła sugestii, może coś dosypują tu turystom do wspomnianej przekąski albo do piwa lub stosują Bomby Miłości Bliźniego, nad których skutecznością rozpisywał się Lem - nie wiem. Ale tak czy owak podpisuję się pod sloganem reklamującym to miasto.


Czy coś dobrego udało mi się dostrzec także w fakcie, że Frankfurt zwiedzałam wlokąc się noga za nogą i czując ból przy każdym kroku? Otóż o dziwo nawet zapalenie ścięgna miało pozytywny wkład w odbiór tego miejsca. Idąc z konieczności bardzo powoli dostrzegłam wiele szczegółów, które w normalnych warunkach pewnie by mi umknęły. Zamiast śpieszyć się w kolejne miejsca dłużej też przystawałam, a raczej przysiadałam tam, gdzie już udało mi się dokuśtykać - dzięki temu obejrzałam dokładnie jedyne w swoim rodzaju gotycko-malarskie sklepienie oferującej wygodne krzesła i zupełną pustkę w białej zakrystii w Marienkirche, do której w inny dzień pewnie tylko zajrzałabym przez drzwi. Duży wkład obolałego ścięgna upatruję też w spróbowaniu fantastycznych truskawek z pieprzowym sosem i lodami waniliowymi - no bo trudno relaksować się w kawiarni nic przy tym nie zamawiając. Zagubiony w gardle ostry kawałek czarnego ziarenka z deseru zafundował mi też później oglądanie Viadriny przez łzy - co prawda bardziej fizjologiczne niż uczuciowe, ale zawsze.


Spacerując po Frankfurcie - tak bardzo niemieckim w swym nastroju i architekturze - co chwila natykałam się na mniej lub bardziej intensywne polskie akcenty. Z dwudziestego czwartego piętra OderTurm obserwowałam, jak przez most jeżdżą w obu kierunkach auta przekraczające bardziej dziś umowną niż fizyczną granicę polsko-niemiecką. Znacząco więcej kolorowych punktów przesuwało się na Zachód - może wieczorem jest odwrotnie. Przybyłych w ten sposób rodaków nie było trudno znaleźć - sporo z nich spacerowało z wypchanymi koszykami po Aldim, duża grupa zgromadziła się też w strefie wyprzedaży lokalnego sklepu obuwniczego. KIK Discount - zresztą nie on jeden - wywiesił nawet napisy informacyjne w trudnej mowie wschodnich sąsiadów. Mały sportowy polski akcent wypatrzyłam też na jednym ze słupów latarnianych, a jeszcze więcej akcentów (tym razem już nie sportowych) - przed Kościołem Mariackim. W maju 2006 roku przed jego zachodnim portalem wmurowano kamienie upamiętniające darczyńców, którzy wspomogli finansowo odbudowę świątyni kupując specjalne "cegiełki". Dziesiątki osób, w tym sporo noszących swojsko brzmiące nazwiska, wyłożyły po 75 euro, z czego 50 zostało wykorzystane na odrestaurowanie Marienkirche, a pozostałe 25 - na stworzenie chodnika pamięci.



***
Ale dość już tych dywagacji - choć noga boli, trzeba wziąć się w garść, wyciągnąć plan centrum Frankfurtu i iść na spacer. Zaczynam go od OderTurm, wysokiego na niemal 89 metrów wieżowca wzniesionego w latach 1968-76, w dużej mierze siłami "brygady młodzieżowej" - jednego z wielu tego typu kolektywów wzbogacających NRD o kolejne budynki ze stali i szkła. Przed zjednoczeniem w najwyższym skyscraperze miasta znajdował się między innymi hostel ze 160 łóżkami, a także centrum przetwarzania danych, znana księgarnia "Ulrich von Hutten", delikatesy i restauracja samoobsługowa oraz - na 23 piętrze - kawiarnia z panoramicznymi oknami.

Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, by ją powiększyć

W latach 1992-94 w symbol Frankfurtu zainwestowano 200 milionów marek niemieckich. Odnowiono go wtedy i przebudowano: na dole dodano duży pasaż handlowy, a na fasadzie - słusznej wielkości neon. Poszczególne piętra pozajmowały na swe biura różne firmy; do pracy w nich przychodzi tu codziennie 1400 osób. W roku 2000 o piętro wyżej - na przedostatnią kondygnację budynku - przeniosła się też kafejka z widokiem. Dziś nosi ona nazwę "Turm 24" i reklamuje się jako "najwyżej położona restauracja Brandenburgii". Za 2 euro można skorzystać z jej dużych szklanych okien celem obejrzenia i utrwalenia obrazu miasta z lotu ptaka - albo zamówić kawę i pyszny torcik szwarcwaldzki, a potem porobić zdjęcia Frankfurtu, Odry i Słubic już bez dodatkowej opłaty.


Ocienionymi arkadami wzdłuż witryn sklepowych idę w kierunku auli głównej Uniwersytetu Europejskiego Viadrina. Choć uczelnia ta powstała całkiem niedawno - bo w 1991 roku - to kontynuuje tradycje dużo starszej Alma Mater, która działa tu w latach 1506 - 1811. Szkoła, w której studiować dziś można między innymi prawo, ekonomię i kulturoznawstwo, prócz chlubnej historii ma też bardzo konkretne cele - w tym wsparcie rozwoju regionu oraz zacieśnianie stosunków polsko-niemieckich. Jak podają źródła uniwersyteckie, obecnie około 14% uczących się tu niemal 6400 studentów stanowią obywatele RP. Prócz liczącej sobie ponad sto lat auli, przed którą właśnie stoję (niegdyś była ona budynkiem rządowym), uczelnia ma jeszcze do dyspozycji cztery inne duże budynki w różnych punktach miasta, w tym Auditorium Maximum z salą na 600 studentów oraz bibliotekę ze zbiorem ponad 523 000 woluminów i 1200 aktualnych tytułów prasowych.


Spod neoklasycystycznego gmachu przechodzę kilkadziesiąt kroków do budynku zarazem starszego, bo gotyckiego i nowszego, bo odbudowanego po wojnie z całkowitych ruin... Pierwowzór dzisiejszego Kościoła Mariackiego wzniesiono w XIV wieku, a w kolejnym stuleciu rozbudowano go do postaci pięcionawowej. W latach 1521-22 dobudowano zakrystię - ta ostatnia zmiana mająca na celu powiększenie budynku związana była z otwarciem w mieście uniwersytetu. Ona też sprawiła, że mająca wówczas 77 metrów długości i 44 szerokości świątynia stała jednym z największych tego typu gotyckich obiektów w Niemczech.


Ale tego historycznego kościoła już tu nie ma - w 1945 zmieciony został z powierzchni ziemi podobnie jak niemal cała starówka. Mozolną odbudowę rozpoczęto w latach pięćdziesiątych, ale trwa ona do dziś - na przykład drewniany dach nad nawą główną zamontowano w roku 1998, a w roku 2002 kościół wyposażono w nowoczesny system przeciwpożarowy. W pustawym wciąż wnętrzu świątyni umieszczono puszki na datki i tablice informujące o postępach prac. Część elementów dawnego wyposażenia tego miejsca - na przykład bogato zdobioną chrzcielnicę z brązu czy też mierzący 4,7 metra wysokości okazały świecznik - po odrestaurowaniu przeniesiono do pobliskiego siostrzanego kościoła św. Gertrudy; tu zaś postawiono duże tablice ze zdjęciami 3D, na których przedmioty te wyglądają niemal jak prawdziwe.


Kościół nie jest dziś z różnych - częściowo już wspomnianych - względów taki jak kiedyś. Odbudowany został bez założenia, że ma być bliski historycznemu pierwowzorowi - lecz raczej tak, by połączyć stare z nowym. Na przykład witraże i obrazy we wnętrzu są całkowicie współczesne. Również wspomniana już zakrystia - dziś pełniąca funkcję kaplicy - dzięki swemu wyposażeniu oraz kolorystyce nie ma aspiracji do bycia bliską szesnastowiecznemu oryginałowi.


Co ciekawe, jasne wnętrza świątyni zwiedzam niecałe dwa miesiące po bardzo ważnym dla niej wydarzeniu. 7 czerwca 2014 roku po raz pierwszy od czasu drugiej wojny zabrzmiały z jej wież cztery dzwony - trzy odlane w Innsbrucku (największy musiano wykonać ponownie po tym, jak pierwsza jego wersja pękła w czasie procesu produkcyjnego) i jeden odrestaurowany. "Frankfurtczycy 70 lat czekali na ten dzień" - pisała lokalna prasa. Na pozostałe dwa dzwony - z historycznego kompletu sześciu - wciąż zbierane są fundusze. Ale moim zdaniem już te cztery brzmią wyjątkowo pięknie - i świadoma ich losów bardzo się cieszę, że mogę usłyszeć ich czysty dźwięk.


Z kościoła udaję się do biblioteki miejskiej, która zaprasza do skorzystania ze swych zbiorów, ale także do posiedzenia z lekturą na dworze, koło przyjemnie chlupoczącej fontanny. W tym celu postawiono tu kolorowe ławki z zachętami, by "czytać", "patrzyć" i "słuchać". Dodatkowo tuż przy wejściu do budynku umieszczono ufundowany przez obywateli miasta - w ramach inicjatywy "Zastanówmy się nad Frankfurtem" - pomnik z brązu przedstawiający czytającą dziewczynkę. Gdy przyjrzeć jej się bliżej, okazuje się, że ustawiona tu w lutym 2014 roku zachęta do lektury ma też dodatkowy przekaz: dziecięca postać trzyma w rękach książkę Disneya po angielsku. Z związku z tą swoistą sugestią biblioteka zobowiązała się do organizowania cyklicznych spotkań z literaturą również w tym "globalnym" języku.


Od biblioteki już tylko paręnaście (bolesnych dziś) kroków dzieli mnie od ratusza miejskiego - budynku o bardzo oryginalnej urodzie przywodzącej na myśl spichlerze ze zbożem. Jest on jednym z nielicznych zabytków miasta, który odbudowano w latach pięćdziesiątych zgodnie z historycznym pierwowzorem, bez ulepszeń, uwspółcześnień i upraktycznień. Za to funkcję pełni oni częściowo bardzo nowoczesną - w dużej jego części od roku 1965 mieści się tu bowiem Muzeum Młodej Sztuki. Jego zbiory obejmują 11 tysięcy obrazów, rysunków, grafik, rzeźb i instalacji z okresu okupacji radzieckiej (1945-49), z czasów DDR (1949-90) oraz całkiem współczesnych prac artystów z pięciu "nowych landów", czyli terenu byłego NRD. Od 29 lipca do 19 października można zobaczyć tu dodatkowo wystawę czasową przedstawiającą trzysta wykonanych różnymi technikami prac Salvadora Dalego inspirowanych literaturą i stanowiących ilustracje światowych dzieł - a właściwie ich "paranoiczno-krytyczne" interpretacje zgodne z wypracowaną przez mistrza w latach trzydziestych XX wieku metodą, u której podstaw leży spontaniczna wizualizacja fantazji i halucynacji.


Ratusz prócz funkcji świątyni sztuki współczesnej pełni też oczywiście rolę wynikającą z jego nazwy: mieszczą się tu urzędy miejskie, w tym także USC, w którego eleganckich salach udzielane są śluby; potem państwo młodzi mogą świętować wraz z gośćmi w  Rathauskeller - restauracji zlokalizowanej z lewej strony od głównego wejścia do budynku. Budynku o długiej skądinąd historii: poprzednika widocznej dziś odbudowanej w latach pięćdziesiątych XX wieku wersji wzniesiono w roku 1253 (wtedy bowiem Frankfurt otrzymał prawa miejskie) w stylu gotyku ceglanego tak charakterystycznego dla ośrodków hanzeatyckich.


Całkowitą przeciwwagę dla tego bądź co bądź historycznego budynku stanowi rozległy kolorowy akcent znajdujący się między nim a ulicą Marksa. Ten przyciągający dźwiękiem bulgoczącej wody i feerią barw obiekt to fontanna Comic Brunnen - swoisty popartowy hołd dla komiksowych figur. Jego krótka - bo zaledwie czternastoletnia - historia obfituje w zwroty akcji spowodowane kontrowersjami artystycznymi, awariami technicznymi i problemami finansowymi. W określonym przez prasę jako "pechowy dla tego obiektu" roku 2013 zepsuł się zegar na jednej z figur, potem zaś trzeba było odłączyć wodę z powodu zatkania się kilku rur - rzekomo za rzadko czyszczonych przez odpowiednie służby. Instalację zasilaną 30 tysiącami litrów wody płynącej w obiegu zamkniętym uruchomiono ponownie w kwietniu 2014 roku. I póki co do października ma w dzień i w nocy cieszyć oczy mieszkańców i turystów oraz inspirować dzieci do spontanicznych biegów po długiej na 80 metrów ścieżce wodnej łączącej dwie części instalacji i do kąpieli w kroplach wody rozpylanych przez kolorowych kosmitów.


Spacer kończę w otwartej w roku 2000 galerii handlowej Lenné Passagen. Na czterech kondygnacjach o łącznej powierzchni 27 tysięcy metrów kwadratowych mieszczą się tu dziesiątki sklepów, barów, kawiarni i zakładów usługowych.


Ze spaceru po mekce handlowej miasta zapamiętuję łysawego plastikowego pana o posturze tak nietypowej dla manekinów, a za to tak charakterystycznej dla mężczyzn w średnim wieku, do których skierowana jest oferta butiku oraz żartobliwą reklamę nawiązującą do etymologii słowa hot-dog.



***
A może Frankfurt wcale nie zamienił swych problemów w szanse, może jego zabytki nie są warte zwiedzenia; może moje odczucia to raczej kwestia tego, jakim wydało mi się to miejsce w ten niewiarygodnie słoneczny dzień... Może w moich opiniach nie ma ani krzty obiektywizmu, a w powietrzu nad ulicą Marksa wisiał zapach spalin a nie szczęścia? Może gdyby padał deszcz, a noga umożliwiała poruszanie się w normalnym tempie, wcale nie zachwyciłabym się tym miastem? Przypomina mi się dialog z Księgi Bokokona, zmyślonego świętego pisma nieistniejącej religii. Gdy tylko człowiek został ulepiony z gliny, od razu po spojrzeniu wokół siebie zadał zasadnicze pytanie: "Jaki jest sens tego wszystkiego?". "Czy wszystko musi mieć jakiś sens?" - zripostował nieco retorycznie Bóg. "Oczywiście" - bez wątpliwości odpowiedział człowiek. "W takim razie pozostawiam tobie znalezienie sensu tego wszystkiego" - rzekł Bóg. I odszedł.


Dlatego pewnie nie powinnam już nigdy wracać do Frankfurtu. Bo to, że raz mnie oczarował, wcale nie znaczy, że zrobi to po raz drugi. Zgubionego sensu szuka się często niestety równie bezowocnie, co straconego czasu. Ale co tam przyszłość - grunt, że dziś miasto to znalazło się najwyraźniej we wnętrzu infundynbuły chronosynklastycznej, w której czas i przestrzeń zakrzywiły się tworząc pewien rodzaj idealnej harmonii - układanki z doskonale do siebie dopasowanych puzzli. Tyle że ten kosmiczny instrument nie miał tym razem typowego dla siebie kształtu lejka, lecz - całkiem niestandardowo - przybrał formę precla. Wiem to, bo widziałam go na własne oczy - gdzieś między brzegiem Odry a ulicą Marksa.





***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO FRANKFURCIE:

7.09.2014

/FRANKFURT/ Od Goethego do Milka, czyli miasto nowych zabytków i starych wieżowców


Frankfurt to miasto banków, wieżowców, giełdy. Ale gdy przyjrzeć się mu bliżej, odkrywa się też małe stoiska z owocami, sympatyczne kioski z prasą i papierosami oraz żyjących poza nurtem zdarzeń żebraków szukających w koszach na śmieci surowców wtórnych, a może i resztek jedzenia.  


Frankfurt to miasto wielokulturowe. W jednej z uliczek w dzielnicy bankowej mijam starozakonnych finansistów, kilka przecznic dalej trafiam na święto uliczne uświetnione pokazami bollywoodzkich tańców i degustacją afrykańskich potraw, ale najwięcej o mieszkańcach dowiaduję się siedząc na kosmicznym pufie w kawiarni Häagen-Dazs przy Große Bockenheimer Straße 46 i obserwując przechodniów. To notabene jeden z moich ulubionych podróżniczych sportów - widzieć samej nie będąc zauważaną. Taka obserwacja nieuczestnicząca pozwala zobaczyć ludzi w ich zwykłym kontekście, z naturalną mimiką, poznać tempo ich kroku, nastrój, stopień zamyślenia i zafrasowania życiem...


Ta kawiarnia to swoją drogą idealne miejsce na mały chillout w czasie spaceru po centrum Frankfurtu - tak doskonale łączącego atmosferę wielkomiejską z przytulnością wąskich uliczek z kamienicami. A i lody serwują tam wyborne - równie smaczne, co w filii Häagen-Dazs przy Nowym Świecie :-)


Pierwszy mój kontakt ze szklano-stalowym obliczem miasta - i z dzielnicą Bankenviertel - to marsz wzdłuż Bockenheimer Landstraße w kierunku budynku opery. Mijam tam prawdziwy las wieżowców, w których siedziby mają banki, centrale przedsiębiorstw handlowych, firmy consultingowe. Prócz spełniania swej prymarnej funkcji są one też prawdziwą atrakcją turystyczną miasta - z naprzeciwka nadjeżdża właśnie charakterystyczny double decker z ludźmi dzierżącymi w dłoniach aparaty. Ja nie bardzo lubię taką formę poznawania miasta - głównie dlatego, że kojarzy mi się z długimi postojami i czekaniem na kolejnych chętnych do zakupu nietanich biletów - ale zważywszy na jej ogólnoświatową popularność, chyba jestem w mniejszości...


Z gąszczu wieżowców wyławiam wzrokiem podwójną wieżę Opern Turm. Wyrosła tu ona w roku 2009 na podstawie projektu biura Tishman Speyer Properties. Stojąc tuż pod nią można w pełni docenić smukłość 170-metrowej konstrukcji i spróbować sobie wyobrazić jej historyczną poprzedniczkę, która stała tu do roku 2002. A był to słynny 68-metrowy Zürich Haus, jeden z pierwszych skyscraperów we Frankfurcie, zbudowany w roku 1960 i objęty ochroną jako zabytek architektury. Mimo takiego statusu i licznych kontrowersji skończył on marnie po tym, jak nowy inwestor w zamian za znaczące zwiększenie liczby kondygnacji w nowym biurowcu obiecał oddanie należącej do siebie części gruntu na rzecz pobliskiego Parku Rothschilda...


Od Opern Turm już tylko kilka kroków dzieli mnie od opery właściwej zwanej też Starą Operą. Budynek z oku 1880 dotkliwie odczuł historyczną zawieruchę - został zniszczony w czasie bombardowania w nocy z 22 na 23 marca 1944. Co ciekawe pierwsza decyzja administracyjna po wojnie nie mówiła o jego odbudowaniu, tylko o usunięciu resztek ścian i postawieniu w tym miejscu czegoś nowocześniejszego. Burmistrz miasta, który optował za tym rozwiązaniem, do dziś znany jest tu jako "Dynamitowy Rudolf" - choć próbował wielokrotnie przekonać opinię publiczną, że w zasadzie tylko żartował... W każdym razie już w roku 1953 zawiązała się inicjatywa obywatelska mająca na celu odbudowę budynku opery. Ponowne otwarcie odbyło się 28 sierpnia 1981 - przy dźwiękach symfonii numer 8 Gustava Mahlera, utworu tak monumentalnego, że zwany jest on często - z pewną przesadą odnośnie liczby wykonawców - "symfonią tysiąca".


Aktualnie budynek - mimo summa summarum młodego wieku - poddawany jest kolejnej gruntownej renowacji. Zauważam to dopiero z bliska, bo tak udatnie pokryto go płachtami ze zdjęciami, że rusztowania w ogóle nie rzucają się w oczy. Chyba - zważywszy na jego perypetie - Frankfurtczycy nie chcieliby już oglądać tego budynku w stanie innym niż doskonały. 


Staję naprzeciwko wejścia do budynku i czytam napis nad wejściem - napis mający swoją własną ciekawą historię. Brzmi on w tłumaczeniu "Dla Prawdy, Piękna i Dobra", a więc bardzo wzniośle, ale wiedzieć trzeba, że każdy mieszkaniec miasta ma w głowie drugą jego część dopisaną przez Adolfa Stoltze w proteście wobec pruskich rządów we Frankfurcie. Cały dwuwiersz brzmi: „Dem Wahre, Scheene, Gute, die Berjerschaft muß blute“ - w drugiej części frazy autor podkreślił, że dla obrony tych trzech pięknych wartości społeczeństwo musi często przelewać krew. Aż dziw, że w czasie odbudowy opery po wojnie nie zrezygnowano z tego podszytego historycznym resentymentem przesłania.


Alte Oper - dziś pełniącą funkcję teatru muzycznego (scena operowa Frankfurtu mieści się bowiem od roku 1951 w budynku Schauspielhaus) - można zwiedzić również od wewnątrz. Chodząc powoli wśród pokrytych ciemną politurą korytarzy, ulegam złudzeniu, że żyje tu jeszcze duch dawnych czasów - ten, który w roku 1880 słuchał "Don Giovanniego" Mozarta w czasie wieczornego przedstawienia inaugurującego działalność Opery Frankfurckiej. 


Z budynku opery zaledwie tysiąc kroków dzieli mnie od siedziby giełdy. Idę wzdłuż Große Bockenheimer Straße. Zbaczam na chwilę w  prawo, by zerknąć na pomnik Goethego. Mistrz wygląda dziś tak, jakby zasłuchał się w dźwiękach katarynki. Pewnie wspomina dawne czasy - wszak w formie odlewu z brązu stoi w tym mieście od 22 października 1844 roku.


Dochodzę do budynku Frankfurter Wertpapierbörse - jednej z najważniejszych i największych światowych giełd papierów wartościowych. Obraz wiszącej w budynku tablicy kursowej DAX można codziennie na żywo oglądać w wielu niemieckich i ogólnoświatowych kanałach telewizyjnych. Zwiedzający to miejsce najchętniej natomiast fotografują się z figurami niedźwiedzia i byka stojącymi przed neorenesansową Neue Börse z roku1879. Odlewy z brązu są dużo młodsze niż sam budynek - stanęły tu w roku 1988 z okazji obchodzonego trzy lata wcześniej czterechsetlecia frankfurckiej giełdy. 


Pozy figur dobrze oddają to, co każde ze zwierząt ma symbolizować. Miś to pesymista - stawia na spadki kursów i dorabia się dzięki sceptycyzmowi. Byk natomiast jest optymistą, liczy na coraz lepszą koniunkturę i chętnie inwestuje w różne akcje - to król hossy. Dlatego ja osobiście myślę, że to z nim lepiej zrobić sobie pamiątkowe ujęcie


Z Placu Giełdy ulicą Schillerstraße idę w kierunku Galerii Kaufhof przy Hauptwache - nie dlatego, że chciałabym oddać się haulowi zakupowemu, lecz po to, by skorzystać z insider tippa przekazanego mi przez mieszkającą we Frankfurcie koleżankę: z ostatniego piętra domu handlowego rozciąga się piękny - i darmowy - widok na okolicę. Prócz wieżowców można dostrzec stąd między innymi barokowy kościół świętej Katarzyny - największą świątynię luterańską w Niemczech. W 1749 roku został tu ochrzczony sam Johann Wolfgang von Goethe. Wielki pisarz - podobnie jak u nas Mickiewicz - upamiętniany jest w Niemczech szczególnie chętnie i w kontekście różnych okazji: tu spał, tu się uczył, tu jadał. W Tybindze przy jednym z okien kamienicy koło Stiftskirche ktoś nawet nasprayował ironicznie: "Tu rzygał Goethe". 


Sama Galeria Kaufhof nie jest warta szczególnego upamiętnienia, ale jeśli ktoś lubi ładne architektonicznie centra handlowe, to musi przejść zaledwie kilkanaście kroków dalej ulicą Zeil, by nacieszyć oczy błyszczącymi szklanymi detalami - a zwłaszcza jednym centralnym motywem wyglądającym jak wodny wir. 


Nowoczesny mall MyZeil to dzieło włoskiego architekta Massimiliano Fuksasa. Jego otwarciu w lutym 2009 roku towarzyszyło tak ogromne zainteresowanie, że zwiedzających wpuszczano w ograniczonych ilościowo grupach. Ludzie przychodzili tu, by podziwiać fasadę zbudowaną z 3 200 szklanych trójkątów oraz wnętrze sześciopiętrowego centrum ukazujące niechęć architekta do kątów prostych, odwiedzić któryś z ponad 100 sklepów i przejechać się jednymi z najdłuższych schodów ruchomych w Europie.


Kolejny punkt mojego spaceru, w którym co kilka kroków przenoszę się między historią a współczesnością, to oddalony o 600 metrów plac rzymski - Römerberg Plaza - z odbudowanymi wiernie po II wojnie kamieniczkami w średniowiecznym stylu i starym ratuszem. Placyk z  fontanną sprawiedliwości z XVII wieku (której centralną figurę wymieniono pod koniec XIX z mniej trwałej wykonanej z piaskowca na trwalszą - z brązu) w centrum stanowi część malutkiej - bo liczącej sobie mniej niż pół kilometra kwadratowego - frankfurckiej starówki. 


Trzysta metrów na wschód od placu Römerberg wznosi się jeszcze jeden budynek, na który warto popatrzyć. To Katedra Świętego Bartłomieja, którą wyróżnia wysoka na 95 metrów wieża oraz jej historyczna rola - od średniowiecza do roku 1792 to w niej właśnie koronowano cesarzy Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. Obecny kościół wznoszono i wyposażano w latach 1250 -1514, ale pierwsza budowla sakralna stała w tym miejscu już w VII wieku.


Z kościoła niedaleko już na nabrzeże Menu. Wchodząc na most prowadzący na drugi brzeg rzeki stwierdzam, że jest to kolejne po Galerii Kaufhaus miejsce, z którego warto spojrzeć na słynny skyline Frankfurtu namalowany na niebie szczytami wieżowców. A gdy ma się chwilę, to można poczekać aż pod stopami przepłynie nam jakiś stateczek albo dostojna barka


Na przeciwny brzeg Menu przejść można, a jeśli chce się pobuszować po muzeach, to nawet trzeba. Idąc Schaumainkai od mostu Alte Brücke w kierunku Friedensbrücke mija się kolejno Muzeum Sztuki Użytkowej, Muzeum Kultur Świata, Niemiecki Instytut Filmowy, Muzeum Architektury w Niemczech, Muzeum Komunikacji, Städel gromadzące sztukę europejską od czasów średniowiecza po dzień dzisiejszy, Liebieghaus z kolekcją rzeźby współczesnej, otwarte w roku 2000 Museum Giersch zajmujące się promocją kultury regionu między Menem a Renem oraz - żeby wspomnieć przy okazji o polskim akcencie - sklep ze specjałami naszymi i śląskimi


Nawet napisy przy wjeździe do parkingu podziemnego zlokalizowanego przy nabrzeżu muzealnym zachęcają do kontaktu z kulturą. Jechanie to nie sztuka, patrzenie w górę to nie sztuka, schodzenie w dół to nie sztuka - głoszą napisy. Co więc jest sztuką? - stawiam sobie filozoficzne pytanie. I wiem, że każda z wystaw odpowiedziałaby na nie inaczej.


Jeśli na brzeg ze starówką wrócić mostem Untermainbrücke, to wystarczy przejść jeszcze 150 metrów na wprost, by trafić do symbolu miasta - podświetlanego granatowego znaczka waluty euro otoczonego przez żółte unijne gwiazdki. Dobrze jest zrobić mu zdjęcie, bo być może niedługo stąd zniknie... Odkąd Europejski Bank Centralny przeniósł stąd swoją siedzibę, coraz częściej podnoszą się głosy, że instalację stworzoną pod koniec lat dziewięćdziesiątych przez Ottmara Hörla (w dwóch egzemplarzach - drugi stoi na tutejszym lotnisku) należy umieścić w muzeum. Komitet zajmujący się potencjalną przeprowadzką rzeźby otrzymał podobno nawet prośbę od Francuzów, by wysłać ją do Paryża, gdzie zostanie ona postawiona w godnym swego znaczenia miejscu.


Wizyty we Frankfurcie nie sposób sobie wyobrazić bez spaceru po... Manhattanie, czyli po ulicy Neue Mainzer Straße, na której można poczuć się jak w Nowym Jorku. Sam Frankfurt często nazywany jest zresztą Mainhattanem - Manhattanem nad Menem (Main). Do dzielnicy wieżowców warto przyjść jeszcze z jednego względu - by zobaczyć całe miasto jak na dłoni z perspektywy lotu ptaka (i to bardziej orła niż wróbla). 


Na czwarty co do wielkości wieżowiec w Niemczech (trzy pierwsze budynki na tej liście - Commerzbank Tower, Messeturm i Westendstraße 1 - też notabene są we Frankfurcie, podobnie jak całe TOP 10 w tym rankingu), czyli na wybudowany w roku 2000 dwustumetrowy Main Tower, wjeżdżamy superszybką windą. Pierwszy przystanek to 168 metr wysokości - czyli niższy taras, drugi - to metr 190. Jeśli ktoś miał wątpliwości co do charakteru miasta, tu na zawsze je traci: Frankfurt to rzeczywiście prawdziwy las skyscraperów.


Kwadrans szybką kolejką miejską (linie S1-S6 do Konstabler Wache) i 2 minutki spaceru wystarczą, by zamienić oszołomienie wysokością na medytacyjny relaks. Tu bowiem, między ulicami Friedberger Landstraße, Berger Straße oraz Mauerweg, znajduje się trzyhektarowy obszar zieleni miejskiej, Bethmannpark, w którego południowo-zachodniej części zaaranżowano w 1989 roku Ogród Niebiańskiego Spokoju.  


Otwarty dla szukających ukojenia od miejskiego zgiełku gości (od 7.00 rano w dni powszednie i od 10.00 w weekendy - w obu przypadkach do zapadnięcia zmroku) park kryje w sobie wiele niespodzianek. Aby je wyszukać, trzeba pobłądzić między mostami, pawilonami, fontannami, pagodami i tarasami. 


Na jednej z tablic na pawilonie wodnym wykaligrafowano, że można tu znaleźć siłę do zmiany utartych dróg myślenia. Ja odnalazłam tu jednak przede wszystkim coś innego - wspomnienia z Ogrodu Cesarzowej w Szanghaju. Ten sam dźwięk świerszczy, te same ryby w stawie, te same rośliny...


Miejsce to rzeczywiście zaprojektowano na podstawie chińskiego wzorca - a konkretnie parku Shiukou w Huizhou. I tu, i tam grube mury odgradzają strefę relaksu od dźwięków miasta, a domy są kopiami budowli z prowincji Anhui. O ich wierność zadbali robotnicy z Chin, którzy przez 5 miesięcy pracowali nad stworzeniem tej taoistycznej oazy spokoju we Frankfurcie. Przywieźli oni też ze sobą drogocenny szary marmur, z którego wykonano jeden z mostów.


Od parku wystarczy przejść pół kilometra ulicą Bäckerweg, by znaleźć się przy niepozornym acz popularnym w pewnych kręgach miejscu - a mianowicie przed barem Harvey's zlokalizowanym przy Bornheimer Landstraße 64. Jego nazwa pochodzi od imienia Milka - aktywisty walczącego o prawa mniejszości seksualnych znanemu szerszej publiczności dzięki filmowi z Seanem Pennem w roli głównej. 


"Wszyscy ludzie zostali stworzeni jako istoty równe sobie. Nieważne, jak bardzo ktoś się stara, to i tak nie wymaże tej prawdy" - powiedział Milk w czasie jednego z wieców. "Ludzkość? To abstrakcja. Zawsze istnieli i będą istnieć tylko ludzie" - tak brzmi cytat z Goethego często wykorzystywany jako argument do mniej lub bardziej liberalnych tez. Czy przesłania tych słów są podobne czy różne? Chciałabym myśleć, że w obu chodzi w gruncie rzeczy o wolność jednostki do samostanowienia. Tą refleksją i piwem w Harvey'u zamykam moją dwudniową rundkę po Frankfurcie - rozpoczętą przy Goethem, a skończoną przy Milku. 

 Źródło: Google Maps - kliknij na mapkę, by ją powiększyć

Na dzień trzeci - niczym Nowojorczanka szukająca w Hamptons ukojenia od ulicznego zgiełku - wybieram relaks w stylu podmiejskim. Idę na spacer po lesie komunalnym Frankfurter Stadtwald zajmującym 5 785 hektarów w południowej części metropolii (czyli ponad 5,5 razy więcej niż Las Kabacki, z którym porównanie jest o tyle zasadne, że to także największy kompleks leśny dużego miasta - i swoją drogą też zlokalizowany na jego południowym krańcu). Przechadzam się po piaszczystych dróżkach, słucham śpiewu ptaków i szumu lądujących samolotów, rozkoszuję się lekturą i zdobywam na nadludzki wysiłek wejścia po 196 stopniach na najwyższą drewnianą wieżę widokową w Niemczech - czyli na Goetheturm z 1931 roku. Z tej perspektywy las wydaje się mniejszy, a za to samoloty znacznie bliższe. 


Patrząc na przelatujące nad moją głową Boeingi z logotypem Lufthansy myślę o plemieniu z Nowej Gwinei, które zaczęło czcić samoloty uważając je za bogów przynoszących swym wyznawcom dobra w postaci jedzenia i innych towarów. Tambylcy postanowili zachęcić swych niebiańskich dobroczyńców do częstszych wizyt - wyrąbali w tym celu w dżungli pasy startowe i zaaranżowali coś na kształt lotniska z drewnianymi wieżami kontrolnymi. Może to, co wiemy o Wieży Goethego, to tylko mistyfikacja, a w gruncie rzeczy jest ona elementem takiej właśnie instalacji? A my stojąc tutaj mimowolnie staliśmy się wyznawcami samolotowego kultu? Patrząc na częstotliwość kursów i niewiarygodną intensywność ruchu lotniczego w tym miejscu zaczynam coraz bardziej skłaniać się ku tej hipotezie...