Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Wielka Brytania. Show all posts
Showing posts with label Wielka Brytania. Show all posts

12.22.2021

/GIBRALTAR/ Oko w oko z makakami, czyli szalona rundka nad przepaścią


Podobno dopóki na Skale Gibraltarskiej mieszkać będą małpy, dopóty terytorium to należeć będzie do Wielkiej Brytanii. Coś w tym jest: mieszkańcy Gibraltaru dwukrotnie odrzucili w referendach z 1967 i 2002 roku możliwość przeniesienia terytorium pod hiszpańską jurysdykcję. A jeśli chodzi o małpy - to nie ma obaw, by w najbliższym czasie stąd zniknęły. Kradną słodycze, włażą na rusztowania, czasem nawet ostrzykają kogoś złotym płynem "na szczęście". Nie ma wątpliwości, kto tu tak naprawdę rządzi. 


Gibraltar to ciekawa mieszanka hiszpańskości i brytyjskości. Rejestracje są w kolorze żółtym typowym dla GB, ale ruch - prawostronny. Język urzędowy to angielski, ale na ulicach słyszy się raczej hiszpański, a najczęściej - dziwny miks typu "Come here, por favor." Skrzynki pocztowe wyglądają jak te w Zjednoczonym Królestwie, ale Main Street ma nastrój bardziej jak Rambla niż jak Oxford Street.

 
Main Street to notabene istny wolnocłowy raj. Za 5 funtów udaje mi się kupić markową bluzkę, w salonie z bielizną leżą eleganckie staniki przecenione na 7 funtów. W perfumerii trudno wytrzymać od mieszaniny zapachów, którą generują panie próbujące różnych marek. Trochę gorzej sprawa ma się z elektroniką - Sony można dostać wszędzie, ale Fuji najwyraźniej nie ma tu aż tak wyrobionej pozycji. 


Ale zacznijmy od początku. Póki co dojechaliśmy do prowincji Kadyks, z której widać już Skałę Gibraltarską. Zaraz czeka nas przekroczenie granicy państwowej - do wejścia na terytorium zamorskie GB wystarcza dowód, no ale jednak kontakt z umundurowanymi urzędnikami nie pozostawia wątpliwości co do tego, że zmieniamy kraj pobytu. Za punktem kontroli dokumentów biorę mapkę miasta z biura informacji turystycznej, która sprytnie przycupnęła w tym samym budynku, co straż graniczna. 


Zaparkowaliśmy jeszcze na terytorium Hiszpanii, w miejscowości La Línea de la Concepción, na Gibraltar wchodzimy per pedes i przy znajdującym się 200 metrów dalej lotnisku wsiadamy do ugadanego wcześniej lokalnego busa o znaczącej nazwie "Parody Tours". Parodystyczny aspekt wycieczki okazuje się podwójny - po pierwsze puszczany przez kierowcę z płyty CD tekst informacyjny napisany jest wyjątkowo lekko i przekornie, a po drugie na przednich siedzeniach rozgrywa się okraszony przekleństwami i wrzaskami spektakl na żywo w wykonaniu Rodziny Patologicznej ("ja tu siedzę" - "nie, ja tu siedzę" - "cicho" - "ty bądź cicho" - "zamknij się" etc.). Trzeba jednak bardzo uważać, z kim się wsiada do busa...


W takiej pełnej emocji atmosferze ruszamy na podbój Gibraltaru - najgęściej zaludnionego kawałka świata (na powierzchni zaledwie 6,5 km² mieszka tu aż 29 185 osób!). Jedziemy w poprzek pasów lotniska - funkcjonuje on tu niczym przejazd kolejowy ze szlabanem puszczającym ruch kołowy, gdy akurat nie rozpędza się i nie ląduje żaden samolot. Pokonujemy ronda w nowszej dzielnicy mieszkaniowej z domami (raczej) hiszpańskimi i czerwonymi double deckerami (zdecydowanie) brytyjskimi.


Mijamy pierwszy historyczny obiekt: Grand Casemates Gates, czyli bramy znajdujące się od strony północno-zachodniej murów obronnych okalających stare miasto. Konstrukcja wzniesiona w XVIII wieku przez Brytyjczyków ma w sobie fragmenty starszego hiszpańskiego bastionu. W czasie wielkiego oblężenia Gibraltaru, nieudanej próby odbicia przez Hiszpanów i Francuzów terytorium z rąk Brytyjczyków w latach 1779 - 82, narodził się tu osobliwy (opisywany nawet przez Jamesa Joyce'a w "Ulissesie") rytuał odgrywany do dziś z okazji ważnych świąt państwowych. Chodzi o uroczyste przekazywanie kluczy do miasta gubernatorowi, który następnie maszeruje wraz z eskortą do bram, by otworzyć je o poranku i zamknąć wieczorem.


Dalej przez okno miga nam Chatham Counterguard - asymetryczny bastion zbudowany w XVIII wieku w miejscu dawnych hiszpańskich umocnień i potem przez lata rozbudowywany. Niegdyś zwany był on "pomarańczowym" od nazwiska brytyjskiego króla Williama of Orange. Miejsce to pełniło też rolę militarną w czasie drugiej wojny światowej - na murach zainstalowano armatę przeciwlotniczą typu Bofors, aby bronić Gibraltar przed atakami, które przypuszczali z powietrza m. in. Francuzi.


Głos z informacyjnego CD ze swadą opowiada o barwnych i pełnych zwrotów akcji dziejach tego miejsca. W tutejszych jaskiniach znaleziono ślady człowieka pierwotnego - i to o 6 lat wcześniej niż w niemieckim Neandertal. Osadnictwo na malowniczo położonej skale ma więc długą historię. 27 kwietnia 711 roku przybył tu berberyjski generał Tarik ibn Zijad, który właśnie z tego miejsca ruszył na podbój Półwyspu Iberyjskiego. Jemu też Gibraltar zawdzięcza swą nazwę - która po arabsku oznacza "Górę Tarika".

Mimo licznych prób odbicia przez Hiszpanów Gibraltar przez wiele wieków znajdował się w rękach Arabów. Dopiero 20 sierpnia 1462 roku miasto zostało ostatecznie zdobyte przez Chrześcijan podczas rekonkwisty - w czasie siódmego z kolei oblężenia... A o wiekach rządów muzułmańskich przypomina dziś symbolicznie otwarty w roku 1997 piękny biały meczet Ibrahim-al-Ibrahim - wart pięć milionów funtów podarunek króla Fahda z Arabii Saudyjskiej.



Przez dwa i pół wieku Gibraltar był w rękach Hiszpanów. Sytuacja zmieniła się po krwawej wojnie o sukcesję tronu, która rozgorzała po bezpotomnej śmierci Karola II Habsburga i objęła swym zasięgiem również strategiczną pod względem militarnym skałę u wyjścia Morza Śródziemnego na Ocean Atlantycki. Zgodnie z postanowieniami pokoju utrechckiego w 1713 roku Gibraltar został przekazany Wielkiej Brytanii jako wieczysta kolonia.

Nasz busik jedzie coraz bardziej pod górkę. Mijamy klaustrofobiczne tunele oraz sztuczny wodospad, w którym płynie oczyszczona woda odpadowa ze stacji odsalania wody morskiej. W końcu docieramy na najbardziej wysunięty na południe punkt półwyspu, na którym znajduje się taras widokowy Europa Point.


Przy dobrej pogodzie widać stąd ponoć wybrzeże Afryki, a niezależnie od aury podziwiać można pobliskie Algeciras - ważne miasto portowe w Hiszpanii. Jest tu też latarnia morska z 1841 roku oraz ważne polonicum: instalacja z granitowymi tablicami i śmigłem upamiętniająca wypadek lotniczy, do którego doszło tu 4 lipca 1943 roku i w którym zginął Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, generał Władysław Sikorski oraz 15 innych osób. Przy okazji tego rozdziału historii dwudziestowiecznej warto wspomnieć, że - jak podają źródła - Gibraltar był w czasie drugiej wojny jednym z dwóch głównych portów obsługujących wojskowe konwoje transatlantyckie: między grudniem 1942 a marcem 1945 roku przetransportowano na tej trasie niemal 540 tysięcy żołnierzy. 


Jedziemy coraz wyżej coraz bardziej stromą drogą. Ledwie mieszczą się tu koło siebie dwa busy. Widoki coraz piękniejsze, ale w rozkoszowaniu się nimi przeszkadza mi nieco serce siedzące w gardle. Nawet jadąc słynną Prithvi Highway z Katmandu do Pokhary nie bałam się aż tak bardzo patrząc na cień busa wpadający w przepaść za oknem...


Dojeżdżamy do kolejnego must see Gibraltaru, który w dobrych proporcjach łączy w sobie atrakcje historyczne z cudami natury - a mianowicie do Groty Świętego Michała. Nazwa tej jaskini - jednej ze 150 znajdujących się w tutejszym rezerwacie przyrody - pochodzi od podobnego miejsca we włoskim Monte Gargano, w którym kiedyś ponoć ukazał się sam Archanioł. 


Grota to niewątpliwy cud natury - choć tak upozowany i przerobiony na atrakcję dla odwiedzających ją rocznie ponad miliona turystów, że trudno docenić jego wartość. Na stalaktyty i stalagmity pada wielokolorowe zmieniające się światło, w tle gra rytmiczne techno. Większość trasy pokonujemy po podświetlonych schodach. Za nietoperzami nawet się nie rozglądam, bo żaden nie wytrzymałby tego hałasu.


Co innego małpy, które spotykam na platformie widokowej nieopodal jaskini. Im najwyraźniej trąbienie i krzyki turystów zupełnie nie przeszkadzają. Wręcz przeciwnie - starają się nawiązać kontakt, pozują do selfie i podkradają słodycze. Z toreb turystów, rąk dzieci i koszy na śmieci muszą wyciągać je na własną rękę - karmienie makaków zagrożone jest bowiem na Gibraltarze karą w wysokości 4000 funtów. 


Z małpiego królestwa jedziemy w dół inną, starszą drogą. Mijamy jeden z bodaj siedmiu kościołów katolickich działających na Gibraltarze i siedzibę gazety "Gibraltar Chronicle" wydawanej od roku 1801. Donosiła ona na bieżąco o bitwie morskiej pod Trafalgarem, która rozegrała się - częściowo na pobliskich wodach - 21 października 1805 roku między flotą angielską a francusko-hiszpańską. Do dziś na Gibraltarze spoczywa wielu poległych wtedy żołnierzy, również tych leczonych w tutejszym szpitalu. Ciało samego marszałka Nelsona przetransportowano tu ponoć w beczce pełnej rumu...


Dojeżdżamy do najstarszej dzielnicy Gibraltaru z kolorowymi domkami i wąskimi ulicami zupełnie niedostosowanymi do potrzeb tak masowego ruchu turystycznego.  


Znów przejeżdżamy w poprzek pasa startowego lotniska na skale i na piechotę wracamy do Hiszpanii. W oczy rzuca się nam pomnik postawiony w roku 2003 ku czci hiszpańskich robotników pracujących na Gibraltarze. Od wieków po dzień dzisiejszy wnoszą oni swój wkład w bogactwo brytyjskiej kolonii: obecnie codziennie do pracy przyjeżdża tu 10 tysięcy osób z okręgu Kadyksu.


Z Gibraltaru wyjeżdżam mądrzejsza o trzy zasady, którymi niniejszym się dzielę:
1. Nigdy nie należy stawać centralnie pod małpą siedzącą na drzewie, bo makaki rywalizują między sobą w liczbie trafionych turystów,
2. Trzeba uważać, z kim wsiada się do busika - kierowca temperamenty Hiszpan plus Patologiczna Rodzinka w charakterze pasażerów to jedna z gorszych kombinacji,
3. Każdy, kto ma lęk wysokości, na Skałę Gibraltarską zdecydowanie powinien wjeżdżać z zamkniętymi oczami - i pod żadnym pozorem nie patrzyć w dół.  

Następnym razem:
1. Wezmę aparat z większym teleobiektywem, by polować na małpy z bezpiecznej odległości,
2. Wsiądę do busa z Finami - nawet jeśli będą się kłócić, to nie zrozumiem ani słowa,
3. Wybiorę mniejszy pojazd, by nie jechać tak blisko przepaści i nie bać się przy każdej mijance.

Tak czy owak chętnie wrócę do tego jedynego w swoim rodzaju brytyjsko-hiszpańskiego minipaństwa z urzekającymi landszaftami, dla których warto dostać się na szczyt skały - nawet z sercem w gardle.




***

ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWĄ RUNDKĘ SZALONYM BUSIKIEM PO GIBRALTARZE:

5.22.2014

/LONDYN/ Weekendowy spacerownik londyński: spacer parkowo-muzealny


Trzeci dzień przedłużonego weekendu w Londynie rozpoczynamy przy Marble Arch - idealnym punkcie wypadowym zarówno na zakupową Oxford Street, jak i do Hyde Parku. Jest niedzielny poranek, liczę na dokupienie sobie w Primarku jeszcze jednego T-Shirtu, który przedwczoraj pochopnie odłożyłam. Niestety okazuje się, że dziś duże sieci otwierają swe podwoje o 11.00 - 11.30. Trochę mnie to dziwi zważywszy liczbę przechodniów, która już o 10.00 z pewnością chętnie by coś kupiła. No ale co kraj to obyczaj: chwilę przechadzamy się wzdłuż Oxford Street i fotografujemy ciekawy wynalazek - budkę telefoniczną przerobioną na... budkę internetową z WiFi. 


Cofamy się do Marble Arch i do Hyde Parku wchodzimy od strony Speaker's Corner, tradycyjnego forum swobodnego wypowiadania wszelkich poglądów - oczywiście pod warunkiem nieobrażania królowej. Kiedyś przemawiali tu Marks i Lenin, dziś członek społeczności muzułmańskiej nawołuje z plastikowego krzesełka do poszanowania swej religii. 


Nieopodal tego żywego pomnika demokracji znajduje się kawiarnia uzurpująca sobie prawa do jego historycznej nazwy. Duża kolejka połączona z małym wyborem ciast zniechęca nas do skorzystania z jej oferty.


Idziemy dalej wzdłuż alejki równoległej do Park Lane liczącego sobie 159 hektarów parku, którego teren w połowie XVI wieku nabył od mnichów z Westminster król Henryk VIII, który Jakub I przemienił w tereny łowieckie i który w końcu w roku 1637 za sprawą Karola I stał się miejscem publicznym. Konstatujemy, że charakter tego terenu jest kompletnie inny niż naszych Łazienek - w Hyde Parku rzuca nam się w oczy płaskość terenu, wielkość trawników, dość mała liczba drzew i - charakterystyczna też dla reszty Londynu - dbałość o bezpłatną dostępność i dostosowaną do otoczenia dyskretną estetykę publicznych toalet.   


Spacerowiczów z psami nie ma tu dużo, ale się trafiają. Sporo jest joggerów i ludzi uprawiających różne sporty - samotnie lub w grupach. Dużo osób korzysta też z leżaczków - udostępnianych po 1,60 funta za godzinę lub po 8 funtów za cały dzień. Opłaty za ich użytkowanie inkasują pracownicy parku w specjalnych strojach.


Dochodzimy do Serpentine - zbiornika wodnego przedzielającego park. Na jego brzegach przycupnęły kawiarnie - z jednej z nich korzystamy, bo miło jest pić kawę nad samym jeziorkiem. 


Woda to kolejne możliwości rozrywki, z której ludzie ochoczo korzystają: po tafli przemieszczają się łódki i rowery wodne. Pływacy skupiają się w kąpielisku wyraźnie odgrodzonym od reszty zbiornika, natomiast spasione łabędzie i okazałe kaczki nie przejmują się żadnymi ograniczeniami - nie korzystają też niestety z publicznych toalet... 


Idziemy zobaczyć fontannę zbudowaną na cześć Diany. Po drodze pod nogami zauważamy jeszcze inne elementy upamiętniające Księżną - a konkretnie marsz ku jej czci. Sama fontanna zaś - duża owalna konstrukcja otwarta w lipcu 2004 roku - to hołd w najlepszym tego słowa znaczeniu: skupiają się tu wszystkie dzieciaki z całego parku i piszcząc z radości taplają w wodzie. Radosne i krzepiące jest to miejsce.


Nieopodal pomnika Diany natrafiamy na zamyśloną czaplę z brązu - statuę, która w gruncie rzeczy przedstawiać ma egipską boginię natury Isis. W tak nowoczesnej formie wyobraził ją w 2009 roku rzeźbiarz Simeon Gudgeon. Wokół na chodniku zauważamy ułożone w spiralę płytki upamiętniające różne osoby - ułożono je w podzięce dla donatorów Centrum Edukacji Isis, którego czapla w Hyde Parku jest ambasadorką. Ci, którzy też chcieliby wesprzeć tę inicjatywę, mogą wrzucić pieniążek w otwór w cokole


Dochodzimy do mostu i idziemy nim w kierunku Exhibition Road mijając po prawej stronie park Kensington i stojący w nim okazały Albert Memorial - pomnik ufundowany na cześć ukochanego męża przez królową Wiktorię po śmierci księcia na dur brzuszny w 1861 roku.


Dalej przechodzimy koło ambasad, Instytutu Goethego, kościoła Jezusa Chrystusa Świętych w Dniach Ostatnich i docieramy do naszego kolejnego przystanku - Muzeum Wiktorii i Alberta zwanego w skrócie V&A. 


To założone w 1852 roku największe muzeum sztuki i rzemiosła artystycznego w Londynie skrywa ponad 4,5 miliona różnych eksponatów, więc wizytę w nim warto zaplanować, żeby nie zwariować od nadmiaru wrażeń. Nie jest to łatwe - nawet gdy weźmie się plan sal przy wejściu, to i tak nie sposób nie zboczyć ze szlaku widząc na przykład... srebrne lwy naturalnej wielkości


Na początku jednak jesteśmy zdyscyplinowane i idziemy wprost do sali z historią mody. W jej centrum jest akurat wystawa czasowa sukien ślubnych - koszt biletu 12 funtów, zakaz fotografowania i szkicowania. Na szczęście ekspozycję stałą można utrwalać - choć półmrok temu nie sprzyja. 


Zaczynamy od rozłożystych sukien z końca XVIII wieku z pasującymi doń butami i kapeluszami. Dalej - idąc zgodnie z ruchem wskazówek zegara - przenosimy się do początków wieku XIX, kiedy to królowały suknie z podwyższonym stanem. Bawełniano-muślinową suknię ślubną z roku 1851 niejedna panna młoda założyłaby może nawet dzisiaj. Zwłaszcza z tak twarzową ludową chustą.


Welwetowy płaszcz wieczorowy uszyty w roku 1895 przez firmę Marshall & Snellgrove prezentowany w kolejnej witrynie zatrzymuje nas na dłużej. Co za detale! Nie mniej mistrzowską robotę widać też w kołnierzyku koronkowym z tego okresu zaprojektowanym przez Josefa Storcka.


Garconne look z lat dwudziestych i trzydziestych króluje za kolejnym rogiem. Nowe krótsze suknie pozwalały paniom poszaleć w rytm zwariowanego charlestona.


Dalej zatrzymują nas kostiumy kąpielowe z lat czterdziestych - już nieco odkryte, ale jeszcze nie frywolne. I niezwykła kreacja wieczorowa z naszytymi paskami ze złotej skóry zaprojektowana przez Jeanne Lenvin oraz pasujące do niej buty marki Jack Jacobus.  


Idąc dalej zauważamy aluminiowo-bakelitową torebeczkę wyprodukowaną około roku 1940 - tyleż śliczną, co niepraktyczną. I na niej chyba kończy się Wielka Moda - eksponaty od lat sześćdziesiątych są coraz mniej eleganckie i zachwycające. Z przykrością konstatujemy, że historia mody to trochę historia degrengolady i przechodzenia do nadmiernej chyba prostoty. Witryna ostatnia nazwana została "radical fashion". Czy taka jest rzeczywiście dzisiejsza haute couture i prêt-à-porter - radykalna? Patrząc na finałowy eksponat mam pewne wątpliwości.


Z pierwszej kondygnacji wchodzimy na trzecią i po drodze do sali 100 z historią fotografii trafiamy na megakolekcję biżuterii (91-93). Zakaz fotografowania jest tu poniekąd oczywistością - nie martwię się zresztą bardzo, bo żadne zdjęcie nie oddałoby piękna szmaragdowej kolii z XIX wieku, sygnetów noszonych przez dobrze urodzonych czy złotych kolczyków... Eksponowane w podświetlonych witrynach precjoza zdają się błyszczeć jaśniej niż gwiazdy na niebie, a wzory z wieku XVII i XVIII do złudzenie przypominają "awangardowe" projekty współczesnych złotników. Kogo wystawa zainspiruje w sensie kreatywnym, może zasiąść przy komputerze i zaprojektować własny pierścionek


Dalej w 90a oglądamy miniatury portretowe malowane na ceramicznych medalionach. By łatwiej było je podziwiać, przygotowano dla zwiedzających duże szkła powiększające.


Tuż obok znajduje się wystawa o jakże innym nastroju - ze ścian aż krzyczą plakaty propagandowe i społeczne. Jest tam egzemplarz obiecujący, że ruch Hitlera zniszczy międzynarodową finansjerę, są przerobione logotypy firm mających na sumieniu różne grzechy, a dalej - krzyczące kolorami plakaty reżimowe z różnych kontynentów.


Jednego zdjęcia nie zapomnę nigdy. Ron Haberle utrwalił na nim w roku 1970 wietnamskie rodziny zamordowane przez amerykańskich żołnierzy w My Lai. Wydrukowane w 500 egzemplarzach i uzupełnione o proste acz czytelne przesłanie (Question: And babies?, Answer: And babies.) pozwoliło przekonać część opinii publicznej do protestu przeciw wojnie. 


Wstrząśnięta kolorowymi plakatami dochodzę do sali w całości czarno-białej. Pokazana jest w niej historia fotografii - od samych jej początków. Okazuje się, że Muzeum Wiktorii i Alberta jako pierwsze na świecie zaczęło kolekcjonować zdjęcia pierwsze okazy nabywając już w roku 1853.

Pierwsze eksponaty w sali 100 to oryginalne płytki metalowe ze zdjęciami utrwalonymi zgodnie z metodą wynalezioną w roku 1839 przez Louisa Jacquesa Daguerre'a. Przyglądając im się z bliska zachwycam się wiernością przedstawionych na nich szczegółów postaci. 


Trzy zdjęcia z połowy XIX wieku uświadamiają mi, jak  wcześnie fotografowie odkryli różne tematy i sposoby opowiadania o nich. Zdjęcie architektury w takiej formie mogłoby powstać nawet dzisiaj, akt sprzed 160 lat to wyraźnie dopracowane w postprodukcji zdjęcie studyjne, a drób przywodzi mi na myśl martwe natury starych mistrzów - choć przecież fotografia od samych swych początków chciała odciąć się od malarstwa.


Już w drugiej połowie XIX wieku zaczęła rozwijać się fotografia podróżnicza. Gdy oglądam wyblakłe odbitki - na przykład tę z hinduskimi kurtyzanami - udziela mi się zdziwienie światem, które przebija z tych kadrów.  


Pierwsza połowa wieku XX to po pierwsze czas, w którym fotografia staje się tańsza i bardziej powszechna, po drugie zaś początek różnych stylów i kierunków - jedni artyści skłaniają się ku reportażom, inni ku artystycznemu przetworzeniu świata. Mi z tej części wystawy najbardziej zapadły w pamięć róże - ostatnia fotografia wykonana przez Edwarda Steichena przed początkiem I wojny we Francji. ich niewinność nabrała nowego znaczenia w obliczu nadchodzącej tragedii.  


Zdjęcia z czasów międzywojnia zgromadzone w muzeum pokazują różne eksperymenty z perspektywą i kompozycją podejmowane przez fotografów, a te z drugiej połowy XX wieku
- osobistą wizję świata ich twórców.  


Trudno utrzymać dyscyplinę przy zwiedzaniu kolejnych sal, bo co i raz jakiś z daleka majaczy jakiś eksponat, który koniecznie trzeba zobaczyć… Jak na przykład kolumny Trajana ze 113 roku czy olbrzymie srebrne naczynie do chłodzenia wina z połowy XVIII wieku wyglądające jak chrzcielnica. 


Przechodząc korytarzami i schodami na piętro I – bo nie sposób nie zajrzeć chociaż do słynnych zbiorów azjatyckich muzeum – zauważamy, że część zwiedzających korzystając z pięknej pogody relaksuje się na dziedzińcu V&A. 


Eksponaty z Azji są tak liczne, że nie sposób ogarnąć ich myślą w czasie jednej wizyty. Zmieniamy więc strategię – wypatrujemy te z jakiegoś powodu szczególnie interesujące czy szczególne i podchodzimy do nich, by bliżej je poznać.

Już z daleka wzrok nasz przyciąga na przykład finezyjna wielopiętrowa pagoda z porcelany. Okazuje się, że to stworzone w Chinach na początku XIX wieku cudo zakupił król Jerzy IV do orientalnego pawilonu w Brighton. 


Dalej w oko wpada mi zabawny urynał w kształcie tygrysa z otwartą paszczą (VI wiek, Chiny). Cóż, świat należy do odważnych - albo po prostu korzystając z tego utensyliom nie należy za bardzo uruchamiać wyobraźni. 


Figurek z porcelany generalnie jest tu nie mało – starodawni wojownicy stoją obok całkiem współczesnych postaci. Trzeba przyznać, że Liu Xun, pisarz uznawany za najwybitniejszego chińskiego autora XX wieku, odtworzony został z niebywałym realizmem. 


Pozostawiającą zdecydowany niedosyt wizytę kończymy w salach ze zbiorami średniowiecznymi. Podziwiamy tam drewniane ołtarze skrzydłowe i ciekawy pomysł na połączenie odpoczynku i edukacji.


W V&A jest takie bogactwo wystaw, że przechodząc między salami czujemy się, jakbyśmy wędrowały przez różne kraje, epoki, ba – nawet wszechświaty. Albo jak we wnętrzu dużej encyklopedii. Niezwykłe jest to miejsce, przy kolejnej wizycie w Londynie na pewno nie będę mogła oprzeć się pokusie odkrycia kolejnych ukrytych w nim skarbów.

Autobusem 74 udajemy się na Baker Street, by zrobić sobie zdjęcie z Sherlockiem Holmesem i zjeść lunch. Po drodze mijamy słynnego Harrodsa przy Brompton Road.


Chwilę krążymy w poszukiwaniu czegoś smacznego przy okazji obserwując akcję kibiców pod pubem sprawnie nadzorowaną przez Bobbych w mundurach. Mijamy restaurację, której specjalnością są burgery dla smakoszy i zasiadamy we włoskiej Stradzie. Piwo Peroni, pizza ze szparagami i risotto z owocami morza to niestety nasz ostatni posiłek w Londynie.


Odbieramy bagaże z hotelu, ostatnie drobne inwestujemy w apaszki w sklepiku o niewiarygodnie koherentnym asortymencie i pociągiem ze stacji Farringdon dojeżdżamy do Luton. Przykro jest żegnać się z tym miastem tak pełnym atrakcji, które przez trzy dni zaledwie udało się liznąć. Dobrze, że chociaż udaje nam się zabrać do warszawy londyńską słoneczną pogodę.  



 
***
TRASA SPACERU:


(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)

***
ZAPRASZAM TEŻ NA INNE LONDYŃSKIE SPACERY: