Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Tübingen. Show all posts
Showing posts with label Tübingen. Show all posts

11.23.2016

/TYBINGA/ Uwięziony Hölderlin i zniesmaczony Goethe, czyli o romantycznym mieście wyklętym przez Romantyków



W tym mieście spędziłam dwa lata - intensywniejsze niż dziesięć wcześniejszych i dziesięć późniejszych. Przeżyłam tam zimy z zaspami tak wysokimi, że nie dawały rady przedrzeć się przez nie miejskie autobusy, imprezy tak gorące, że skroplony pot kapał z sufitu Clubhausu, a pod butami tańczących chrupało szkło z butelek, demonstracje tak poruszające, że jeszcze długo po nich nosiłam znaczki ze skrajnie lewicowymi przesłaniami - na przykład tym, by patronem tutejszego uniwersytetu uczynić marksistę Ernsta Blocha, przyjaźnie tak mocne, że trwają do dziś... 


A jednak nigdy nie napisałam nic o tym czasie, o tych przeżyciach, o tamtych ludziach. Dopiero niedawno zrozumiałam dlaczego. Chyba mam to samo, co Kurt Vonnegut, który koniecznie chciał opowiedzieć o swoich wojennych losach - i bardzo długo nie umiał tego zrobić. "Kiedy dwadzieścia trzy lata temu wróciłem do domu z drugiej wojny światowej, wydawało mi się, że nic łatwiejszego, jak napisać o zniszczeniu Drezna – wystarczy po prostu przedstawić to, co widziałem. Sądziłem też, że wyjdzie z tego wybitne dzieło albo że przynajmniej zarobię na nim kupę forsy ze względu na wagę tematu. Tymczasem nie potrafiłem jakoś znaleźć w sobie odpowiednich słów (...). Zresztą teraz też nie bardzo wiem, jak o tym opowiadać, mimo że jestem już starym prykiem, otoczonym wspomnieniami, Pall Mallami i dorosłymi synami". Mnie także otaczają powracające obrazy z tamtych lat, Tybinga często mi się śni, jeżdżę tam też, kiedy tylko mogę - ale przelanie na papier dokładnie tego, co bym chciała, jakoś mi nie wychodzi. Spróbuję więc napisać coś tak całkiem po prostu - nie popadając w sentymentalizm. Tak, jakbym widziała to miasto przez okulary "efektu obcości", po raz pierwszy lub drugi w życiu - bez bagażu wspomnień i emocji.

Tübingen to miasteczko uniwersyteckie zlokalizowane w centralnej części Badenii-Wirtembergii, nad rzeką Neckar, około 30 kilometrów na południe od Stuttgartu, stolicy landu. Aż 28 spośród 85 tysięcy mieszkańców Tybingi stanowią studenci - dlatego średnia wieku wynosi tu 39 lat i jest najniższa w całych Niemczech. Uniwersytet, na którym miałam zaszczyt i ogromną przyjemność zgłębiać zawiłości języków germańskich, założono tu już w roku 1477 - jako jeden z pierwszych tego typu ośrodków w Europie. Dziś poszczególne fakultety mieszczą się w budynkach z różnych lat. Wydział Prawa na przykład zlokalizowany jest w Nowej Auli wniesionej w latach 1841-46, a Neofilologia - w znacznie nowszym Brechtbau przy Wilhelmstraße 50. Gmach, w którym studiowałam pisma Goethego i średniowysokoniemiecką frazeologię, stoi tu od roku 1974 i - o czym szeroko rozpisywała się prasa - już dawno nie był odnawiany. "Wymieniono tu w ciągu ostatnich dwudziestu lat jedynie automaty z napojami na modele przystosowane do waluty europejskiej" - zauważa oburzony dziennikarz z "Focusa". Ale ja z sentymentem wspominam poszarzałe betonowe ściany, skrzypiącą windę i porysowane tablice...


Przerwy między wykładami najchętniej spędzałam w założonym na początku XIX wieku starym ogrodzie botanicznym w centrum miasteczka, tuż przy starówce, z którą połączony jest on szczelnie obklejonym plakatami i barwnie osprayowanym tunelem. Dziś chadzam tam na plac zabaw z dziećmi mojej przyjaciółki. I obserwuję, jak matki nadzorują swoje pociechy wpajając im prospołeczne zachowania - ustąp chłopczykowi, zejdź już z huśtawki - inni też się chcą pobujać, poczekaj aż dziewczynka skończy się wspinać... 


Kiedyś plac zabaw omijałam z daleka - siadałam z książką na ławce lub, jak inni mieszkańcy miasta, bezpośrednio na trawniku. Bo choć miejsce to nadal nazywane jest ogrodem botanicznym, to od roku 1969 pełni funkcję parku miejskiego - wtedy bowiem otwarto Neuer Botanischer Garten, który przejął jego dawną rolę. O historycznym znaczeniu parku przy Wilhelmstraße przypominają dziś - prócz nazwy - egzotyczne drzewa, na przykład dorodne miłorzęby japońskie, jest tu też ciekawe nawiązanie do przeszłości samej Tybingi: pomnik Hölderlina. 

Johann Christian Friedrich Hölderlin (1770-1843), którego szczątki spoczywają na tutejszym cmentarzu miejskim, jeden z największych niemieckich poetów, prekursor klasyki weimarskiej, twórca własnego stylu odmiennego od dominującego w jego czasach klasycyzmu i wczesnego romantyzmu, przyjechał do Tybingi wbrew własnej woli. Przywieziono go tu w 1806 roku z diagnozą wskazującą na załamanie psychiczne i poddano przymusowej terapii, która jeszcze pogłębiła traumę twórcy. 3 maja 1807 uznano jego stan za beznadziejny, a życie za dobiegające końca. Pisarza oddano pod opiekę Ernsta Zimmera, tybińskiego stolarza. W jego mieszkaniu - w wykuszu zwanym od końca XIX wieku Wieżą Hölderlina - poeta spędził 36 długich lat, bo lekarze - podobnie jak w doborze terapii - pomylili się też w prognozach dotyczących fizycznej kondycji pacjenta.

 
Dziś żółta wieża, której fundamenty zbudowano już w średniowieczu, a górną część prawdopodobnie w wieku XVII, jest jednym z najbardziej znanych symboli miasta - utrwalonym po tysiąckroć na pocztówkach i zdjęciach wraz z odbiciem w płynącym leniwie Neckarze. W roku 1921 została ona odkupiona przez miasto, a w roku 1984 w jej wnętrzu urządzono pokój, którego wystrój i wyposażenie zbliżone są do tego, które przez ponad 35 lat oglądał Hölderlin...

O mieście, w którym nieruchomości osiągają dziś niebotyczne ceny, a wysoka jakość życia przyciąga zamożnych rezydentów z całych Niemiec, nie najlepiej myślał także drugi wielki niemiecki pisarz - sam Johann Wolfgang von Goethe. Do Tybingi przyjechał on w czwartek 7 września 1797 roku. W swych progach w kamienicy przy Münzgasse 15 ugościł go polecony mu przez Schillera wydawca Johann Friedrich Cotta, o czym do dziś przypomina wmurowana na fasadzie tablica z brązu. Wisząca na sąsiednim budynku inna tablica, wykonana z mniej cennego materiału, też upamiętnia wizytę mistrza - choć w dość przekorny sposób...  "Tu rzygał Goethe" głosi umieszczony na niej napis.

 
Odnośnie rzekomej żołądkowej reakcji poety na wizytę w Tybindze nie ma dokładnych przekazów historycznych, faktem jest jednak, że napisał on w swym dzienniku: "Dolną część miasta zamieszkaną przez ogrodników i robotników rolnych zabudowano nadzwyczaj niedbale i prowizorycznie. Ulice tam są brudne i pokryte łajnem." W liście z 11 września do Christiane Vulpius, swej późniejszej żony, poeta był jeszcze bardziej dosadny: "Samo miasto jest odrażające, ale wystarczy wyjść z niego ledwie kilka kroków, by móc podziwiać piękną okolicę."


I tak to miasto, któremu trudno dziś odmówić romantycznego flairu, zostało wyklęte przez romantycznych poetów... Może za ich czasów zresztą rzeczywiście nie było tu jeszcze tak pięknie. Może kamieniczki nie były tak kolorowe, a rzeczka Ammer, mniejsza siostra Neckaru, nie wyzierała tak figlarnie z kanałów wzdłuż brukowanych uliczek.


Mistrzowie nie mieli też pewnie okazji spróbować wybornej szwabskiej kuchni, którą oferują dziś restauracje na starówce - Wirtshaus Lichtenstein czy Krumme Brücke. Można w nich zjeść na przykład smakowite Spätzle - kluseczki przypominające nasze lane - zapiekane z serkiem i cebulą. Albo Maultaschen - kwadratowe pierogi z mięsem lub szpinakiem serwowane z patelni lub w klarownym rosole.


A skoro o lokalnych specjałach mowa, to nie można zapomnieć też o winie powstającym z dorodnych owoców winorośli porastających okalające Tybingę zielone wzgórza. Do knajpki Altstadt Besen - miejsca o wystroju zdecydowanie nietradycyjnym - właściciele zapraszają słowami "Własne trunki we własnych progach". Od wtorku do soboty od godziny 17.00 można wychylić tu w miłej atmosferze lampkę czerwonego Acolona, białego Chardonnaya czy lekko gazowanego Tüsecco.


Jeśli ktoś od wina woli piwo, a od familiarnej atmosfery - piłkarskie emocje, powinien wybrać się do Gaststätte Bären przy Schmiedtorstraße 3. Ja i moja przyjaciółka - jako stałe bywalczynie - mogłyśmy tam nawet liczyć na rezerwację miejsc siedzących w czasie najważniejszych meczów. 


Z bocznych uliczek Starówki przenieśmy się w jej bardziej centralne rejony - w stronę rynku, a właściwie dwóch rynków: drzewnego z kościołem i fontanną św. Jerzego (Georgsbrunnen) oraz targowego z ratuszem i fontanną Neptuna (Neptunbrunnen).


Kolegiata Stiftskirche zu St. Georg została wzniesiona w latach 1470-83 z polecenia grafa Eberharda, założyciela uniwersytetu noszącego dziś imię jego oraz wirtemberskiego księcia Karla Eugena (Eberhard Karls Universität). Stoi ona w miejscu, na którym wcześniej wznosiły się dwie jej romańskie poprzedniczki; pozostałości ich odkryto w czasie wykopalisk archeologicznych w latach sześćdziesiątych XX wieku.


We wnętrzu kościoła uwagę zwracają kolorowe witraże, które w roku 1475 stworzył Peter Hemmel von Andlau odpowiedzialny też za dekorację okien katedr w Ulm, Augsburgu, Monachium i Strasburgu. Główny obraz jest hołdem dla Maryi, ale też dla fundatora kościoła.

Świątynię gruntownie odnowiono w połowie XX wieku ze względu na liczne rysy w jej ścianach, które groziły naruszeniem konstrukcji. W roku 1965 wstawiono też nowe organy z pięcioma tysiącami piszczałek (uzupełnione w roku 2001 o kolejne 508). Na szczęście prócz tych współczesnych elementów wciąż jest tu wiele dobrze zachowanych wiekowych zabytków: skrzydłowy ołtarz z 1520 roku, ambona z XVI wieku, groby licznych grafów (w tym Eberharda) i książąt.

Bogato zdobiony ratusz górujący nad drugim rynkiem Tybingi wzniesiono w roku 1435. W ciągu kolejnych stuleci zmieniano go i rozbudowywano - na przykład malunki na fasadzie wykonano w roku 1877 z okazji czterechsetlecia założenia uniwersytetu w mieście, a wsporniki arkad przy wejściu pochodzą z lat sześćdziesiątych XX wieku. Z kolei renesansowa fontanna, która stoi przed wejściem do budynku, to dzieło mistrza Heinricha Schickhardta ustawione tu w roku 1617.  


Budynek był nie tylko często przebudowywany, przez lata zmieniała się też jego funkcja. W XV wieku był halą targową, w której swe produkty sprzedawali piekarze i rzeźnicy z okolicy, potem przez cztery stulecia służył jako sąd dworski, teraz zaś - prócz innych biur do spraw mieszkańców - jest tu urząd stanu cywilnego. Brała tam ślub ze swym nepalskim narzeczonym moja przyjaciółka. Po wzruszającej ceremonii z udziałem tłumacza państwo młodzi wyszli na dębowy balkon (jako oficjalny kamerzysta imprezy też zostałam tam wpuszczona) i z góry pozdrawiali gości. A potem świętowaliśmy przy dźwiękach hinduskiej muzyki w Delhi Palace nad brzegiem Neckaru.


Idąc pod górkę z rynku ratuszowego - na którym notabene w poniedziałki, środy i piątki od 8.00 do 13.00 można kupić owoce, warzywa i inne wiktuały z okolic - dochodzimy do zamku Hohentübingen, którego historia sięga XI wieku. Z początku był on drewniany - widoczne do dziś kamienne mury wzniesiono w XII i XIII wieku i rozbudowano w kolejnych stuleciach. Budowla przeżyła - z mniejszymi lub większymi stratami - różne dziejowe burze, w tym tę w XVII wieku, kiedy to oblegający go Francuzi wysadzili jedną z narożnych wież. Dziś militarna funkcja budowli jest tylko odległym wspomnieniem - w salach zamku mieści się muzeum miejskie oraz kilka wydziałów uniwersyteckich (Instytut Etnologii, Archeologii, Egiptologii i kilka innych). Zwiedzający przychodzą tu odpocząć na dziedzińcu i popatrzyć z góry na miasto.


Po zejściu z góry zamkowej można udać się na lody. Najlepsze są te w San Marco w Nonnenhausie - doskonale zachowanym domu zakonnym, w którym w XV wieku mieszkały siostry dominikanki, a potem kobiety z laickiego stowarzyszenia beginek. Dziś prócz kawiarni mieszczą się tu sklepy, w tym jeden dla mnie wyjątkowy - piekarnia Gehr, w której przez dwa lata popołudniami i w weekendy sprzedawałam bułki i ciastka oraz serwowałam kawę. 


Będąc w Tybindze trzeba też koniecznie nawiązać bliższą znajomość z płynącym przez nią Neckarem. Od kwietnia do października można w tym celu wybrać się na rundkę tradycyjną drewnianą łódką pychową zwaną Stocherkahn (przystań jest tuż pod Wieżą Hölderlina), a niezależnie od pogody i pory roku - przejść się po wyspie, na którą można dostać się schodami z mostu Eberhardsbrücke lub tunelem ze starówki. Połowę kilometrowej długości wysepki zajmuje aleja platanowa, na której wśród wszechogarniającej zieleni uważny turysta wypatrzy niejedną wiewiórkę, a także pomniki artystów związanych z Tybingą - romantycznego kompozytora Friedricha Silchera i dziewiętnastowiecznej pisarki Ottili Wildermuth.


Tübingen to nie tylko zabytki i historia. Są tu liczne domy handlowe, kina (do Blaue Brrücke chadzałam co czwartek na 23.00 na seans-niespodziankę), pływalnie, banki, teatry (do dziś pamiętam świetne wystawienie "Czekając na Godota"), akademiki, szpitale, kliniki, restauracje, kawiarnie, kluby... Prócz stałych rezydentów, studentów i turystów mieszka tu też sporo punków i innych barwnych postaci, które wieczory i noce spędzają w osiedlu przyczep campingowych koło dawnych koszar francuskich przerobionych na domy studenckie, a w dzień koczują z psami w okolicach starówki zahaczając przechodniów o kilka centów. 


Z tego innego oblicza miasta najmilej wspominam Frauencafé - kawiarnię tylko dla kobiet zlokalizowaną na piętrze pokrytego graffiti budynku koło dworca kolejowego. Do przydymionego pomieszczenia ze stołami bilardowymi wchodziło się przez westernowe drzwi obite krowią skórą. W środku właścicielki serwowały piwo i herbatę oraz uśmiechały się ze zrozumieniem do mnie i mojej przyjaciółki mając nas za miłą młodą parę...


Pisząc o Tybindze nie umiałam uciec od wspomnień - choć próbowałam opowiedzieć o mieście realnym, a nie tym mitycznym istniejącym w wyidealizowanej postaci w mojej głowie. Gdzieś głęboko mam poczucie, że nie sposób nie zakochać się w staromiejskich uliczkach i ciemnoszmaragdowym Neckarze - ale nie wiem, czy tak jest w istocie. Parę tysięcy dni upłynęło od momentu, gdy spakowałam swoje rzeczy i przestałam tu mieszkać - ale nie było ani jednego, w którym do tego miasta nie wróciłabym w myślach choć na jedną piękną chwilę.




***
TRASA SPACERU HISTORYCZNEGO:

RUNDKA PO STAROMIEJSKICH RESTAURACJACH:
(Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, by ją powiększyć)

12.26.2012

/BAYERISCHER WALD/ Wigilijny kurczak


Wigilia, godzina 16.00. Leżę na łóżku do masażu i rozkoszuje się rytuałem antystresowym. Rok temu o tej porze walczyłam z makówkami, dwa lata temu lepiłam niezgrabne uszka. A dziś laba na całego. Trochę mi głupio, pytam się masażystki, czy nie jest nieszczęśliwa, że pracuje w taki dzień. A ona na to, że uwielbia swoją pracę, bo dzięki niej pomaga ludziom. 

Wigilia, godzina 18.00. Na stół wkracza pierwsze danie wieczerzy, jakże różne od naszego barszczyku i grzybowej: aromatyczny rosół z pyzą ziemniaczaną. Mimo braku karpia, uszek i śniegu za oknem (dziś w Monachium było 20 stopni na plusie, więc biała pierzynka wokół hotelu zdążyła stopnieć), gwiazdkowy nastrój szybko wkracza do restauracji, w której siedzimy przy stoliku z sympatyczną parą Niemców. Rozmawiamy o zwyczajach - najbardziej tradycyjnym daniem wigilijnym w Bawarii są chyba kiełbaski z sałatką ziemniaczaną. A w pierwszy dzień Świąt koniecznie indyk. Z coraz większą niecierpliwością czekamy na główny punkt dzisiejszego menu. I jest: aromatyczny i pięknie zrumieniony kurczak z rożna (a więc jednak nie kiełbaska), a do niego kwaskowa Kartoffelsalat



Gdyby ktoś dziesięć lat temu powiedział mi, że w Wigilię będę wcinać drób w hoteliku w Bawarii popijając go piwem pszenicznym, to pewnie bym nie uwierzyła. A jednak magiczny nastrój Świąt nie zależy od doboru potraw ani od ilości śniegu za oknem... Ważniejsze, by mieć przy sobie bliskich.



Pierwszy dzień Świąt, godzina 11.00. Rok temu przy stole z rodziną, dwa lata temu przy "Gwiezdnych Wojnach". A w tym roku - w odprężającej kąpieli termalnej. W Bad Füssing jest w czym wybierać: trzy pływalnie ze zdrowotnymi wodami leczącymi różne przypadłości, a wokół nich kawiarenki nie narzekające na brak gości. Jedziemy do Europatherme, która reklamuje się jako "klejnot" miejscowości. Tutejsza woda termalna pozwala wzmocnić odporność, przyśpiesza gojenie ran i przemianę materii. A do tego tak sympatycznie bulgoce! Z dodatkowo płatnych atrakcji jest tu basen z wodą siarkową oraz tężnia. No i oczywiście sauny - szczególne wrażenie zrobiła na mnie tradycyjna bania z drewnianymi kubłami i orientalnym wystrojem.



Po kąpieli nie ma jak słodycz banana split. Zwłaszcza jeśli można zjeść je w kawiarni "Niebo", czyli w "Cafe Himmel" na przeciwko term. Kuracjuszki w odświętnych sukienkach śmieją się perliście, panowie całują rączki i zamawiają capuccino dla wszystkich - uzdrowiskowy nastrój jest jednak nie do podrobienia. Czuję się tu trochę jak w "Wiedeńskiej" w Ciechocinku. "Czechoczynek" to nota bene obok "piwo" i "czeszcz" jedno ze słów, które umie wymówić każda moja niemiecka przyjaciółka - bo wszystkie zdążyłam już zabrać do tego kultowego kurortu.



Czymże byłby świąteczny wyjazd do Niemiec bez rundki po Weihnachtsmarktach - zwanych tu w Bawarii Christkindlmarktami. W tym roku pobiłam własny rekord odwiedzając ich aż pięć w dwóch landach, Badenii-Wirtembergii i Bawarii: w Stuttgarcie (pierwsze miejsce w kategorii "niemożebnie zatłoczony"), w Tybindze (tematyczny - czekoladowy) oraz w Passau, Straubing i Deggendorf.



O highlightach świątecznych jarmarków długo by opowiadać. Na pierwszym miejscu z pewnością jest grzane wino (Glühwein), na życzenie wzbogacone łykiem rumu lub innego alkoholu (wersja "mit Schuss"). Stałym punktem wszystkich są też stoiska z kiełbaskami, potrawami regionalnymi i naleśnikami francuskimi crepes. W różnych konfiguracjach pojawiają się budki z ceramicznymi domkami, ozdobami świątecznymi, jedzeniem, czapkami i szalikami. Dodatkowo w Stuttgarcie na harmoszkach przygrywali nam Rosjanie, a magicy wyczarowywali megabańki mydlane.


 

W Tybindze zachwycił nas konkurs na najpiękniejszą rzeźbę z czekolady, a w Deggendorf wysłuchaliśmy koncertu zagranego na rogach myśliwskich. Z kolei specjalnością Weihnachtsmarktu w Straubing były choinki reklamowe z wizytówkami lokalnych sklepów i dom zamieniony w kalendarz adwentowy.



Ale największą ciekawostkę udało mi się wypatrzyć w Straubing na witrynie sklepowej nieopodal jarmarku - skrzaty ogrodowe w wersji... controversial.



24 grudnia rano sklepy jeszcze pootwierane, więc biegnę na mały shopping. W salonie K&L Ruppert - nieznanej u nas bawarskiej sieci sklepów działającej od 1962 roku i do dziś znajdującej się w rękach właścicielskich - wybieram kilka ładnych swetrów. Wychodząc z przymierzalni natykam się na sympatyczną sprzedawczynię, która pyta się, czy mogłaby oznakować i zanieść do kasy wybrane przeze mnie ubrania. Na każdą metkę nakleja swój osobisty kod paskowy i w ten sposób zarabia punkty do premii. Bardzo dziękuje mi za przysługę - że może nakleić kody mimo że nie doradzała mi przy zakupie. Ciekawy system.

W okolicy - czyli w Bayerischer Wald - tyle pływalni, że trudno wypróbować wszystkie. Zwłaszcza, że w każdej z nich można zażywać kąpieli działających zbawiennie na inne schorzenie. Za radą lokalesa, kucharza z naszego hotelu, jedziemy do Bad Griesbach. Tutejsza Wohlfühltherme ma najbardziej nasyconą fluorkami wodę termalną w Europie. Można się tu spławiać w trzynastu różnych basenach - z których część jest w hali, a część pod gołym niebem - zapewniając odprężenie mięśniom i aktywizację układowi krążenia. Trzy sauny parowe z olejkami eterycznymi dostępne są tu bez dopłaty plus parking za darmo - same zalety. A relaks w buzującej wodzie - bezcenny. 




Czymże byłby wyjazd do Bawarii bez podziwiania tutejszych pereł architektury. Tym bardziej, że to okres szopek i choinek, które dodatkowo ozdabiają wnętrza kościołów. Po wrzuceniu pieniążka niektóre szopki rozświetlają się: Maryja kołysze Jezuska, a trzej królowie skłaniają się z powagą. O barokowych wnętrzach pisać można by nieskończenie... Więc napiszę tylko o niezwykłej bazylice Asam w Osterhofen-Altenmarkt. Nazwę swą wzięła ona nie od indyjskiej prowincji, lecz od nazwiska genialnych rzeźbiarzy, którzy wyposażyli jej wnętrze. Powstała w XVIII wieku, po pożarze, który strawił jej poprzedniczkę. Miała to szczęście, że stworzył ją Johann Michael Fischer, jeden z najznamienitszych architektów tamtych czasów, a jej wnętrze ozdobili inni geniusze, wspomniani bracia Asam. Biel, złoto, misternie kręcone kolumny, dostojne stalle... Każdy detal, rzeźba, stiuk zachwyca doskonałością.



Wracając do szopek. Do muzeum miejskiego w Deggendorf dobiegamy na pół godziny przed zamknięciem. Warto się było śpieszyć - jest tam właśnie wystawa czasowa z 200 figurkami z barokowej szopki. Najstarsze z nich datowane są na drugą połowę XVII wieku. Mierzące około 35 centymetrów postaci ustawione są w trzynaście scen biblijnych. Łatwo je rozpoznać - ucieczka z Egiptu, ostatnia wieczerza, Trzej Królowie, ukrzyżowanie...


 
Najbardziej jednak zapadną mi w pamięć misterne miniatury porcelany i jedzenia w scenie przedstawiającej wesele w Kanie Galilejskiej, w szczególności miniświniak na owalnym talerzu. I witryna obnażająca tajniki rzemiosła lalkarzy tworzących szopkę.




Drugi dzień Świąt, godzina 14.00. Piję kawkę z prądem w urokliwej kawiarence przy rynku w Erding i jem placek z rabarbarem. Do lotniska jeszcze 20 minut jazdy. Sylwester w tym roku spędzę mniej egzotycznie niż Boże Narodzenie.





***
Zapraszam też na moje filmy o zimie w Bawarii i o atrakcjach Weihnachtsmarktów: