Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

5.03.2017

/BRANDENBURGIA/ Joanna w Krainie Szparagów



Delektować się lodami szparagowymi popijanymi szparagowym likierem... Albo w wisiorku w kształcie szparaga łykać shoty ze szparagowej wódki... To nie sen po nadmiernym spożyciu białych pędów i nie fantazja po przedawkowaniu zawartych w nich puryn - to możliwy do zrealizowania scenariusz na weekend. Wystarczy pojechać do Brandenburgii do okolic Beelitz, które nawet na tablicy z nazwą miejscowości ma wpisane dumne - choć zimą brzmiące pewnie dość abstrakcyjnie - określenie "Spargelstadt".


Określenie regionu w okolicach Bad Belzig Królestwem Szparagów nie oddaje w pełni bogactwa atrakcji tej okolicy. Jest ona też bowiem prawdziwym rajem dla miłośników dwóch kółek - przez okręg Fläming przebiega duży fragment liczącej 3 600 kilometrów europejskiej drogi rowerowej R1 łączącej w krańcowych punktach francuskie Calais z rosyjskim Sankt Petersburgiem.

Jakby tego było mało, region ten wcale nie jest tak bardzo oddalony do Polski. Można dojechać tu koleją, można też - by zachować pełną mobilność na miejscu - skorzystać tak jak my z  wypożyczalni samochodów w Berlinie i dojechać tu autem 80 kilometrów ze stolicy Niemiec. Sama droga też jest przyjemna. Najpierw pociąg z Warszawy: pasjonująca lektura przetykana ciekawostkami za oknem - jak choćby rozciągające się kilometrami na przedmieściach Berlina przydomowe ogródki działkowe. Te zwane tu Schrebergärten (na cześć Daniela Gottloba Moritza Schrebera, niemieckiego lekarza, który w połowie XIX wieku opracował na przykład szeleczki pozwalające dzieciom utrzymać prostą postawę i specjalne uprzęże korygujące zgryz) namiastki czegoś WŁASNEGO z czasów komuny wcale nie stały się mniej popularne po jej upadku. 


Jedziemy dalej: ogródków jest coraz mniej, za to betonu coraz więcej -  mniej lub bardziej kolorowe blokowiska poprzetykane są domami towarowymi, hostelami, parkami. Mijamy różową Alexę stojącą tu zaledwie od siedmiu lat, a wydającą się dziś nieodzownym elementem zabudowy Alexanderplatzu. Ukryte za fasadą w stylu art deco niezliczone sklepy, salony, restauracje i knajpki (zajmujące w sumie 56 200 metrów kwadratowych powierzchni) odwiedza ponad milion osób miesięcznie. Museumsinsel, Reichstag ze szklaną kopułą i wreszcie cel pierwszego odcinka naszej podróży - jak zawsze imponujący i ze względu na swą wielkość, i finezję architektoniczną - Hauptbahnhof, największy dworzec krzyżowy w Europie, starszy zaledwie o rok od Alexy. 


Na Placu Waszyngtona przed głównym portalem dworca łatwo znajdujemy kursujący co niecały kwadrans autobus TXL, który na podstawie kupionego u kierowcy za 2,60 biletu w zaledwie dwadzieścia minut zawozi nas na lotnisko Tegel. Zanim dotrzemy do dobrze oznakowanej wypożyczalni samochodów, pozwalamy sobie na małe zwiedzanie połączone ze spontanicznym posiłkiem. Koło tarasu dla zwiedzających odkrywamy nietypowy - bo poziomy a nie pionowy - pomnik patrona lotniska, Ottona Lilienthala, autora kilkunastu prototypów maszyn latających i pierwszego człowieka, który o własnych siłach, bez napędu, wzniosł
się w powietrze wykorzystując zjawisko płata nośnego. Jako że był on inżynierem, miał konieczną wiedzę, aby opisać też swoje osiągnięcia i próby od strony teoretycznej. W ten sposób skodyfikował zasady stanowiące podwaliny współczesnego lotnictwa - na jego obliczeniach opierali się wszyscy następni konstruktorzy samolotów.
Otto Lilienthal zginął w 9 sierpnia roku 1896 w wieku 48 lat podczas jednej z prób związanych z pasją jego życia, którą podjął niestety w dzień obfitujący w nieprzewidywalne szkwały. Stało się to 70 km od miejsca, w którym właśnie stoję patrząc na Lilienthala z brązu. Może szkoda, że Rolf Scholz nie uwiecznił jednej z licznych chwil tryumfu konstruktora, tylko zdecydował się na stworzenie rzeźby pod znaczącym tytułem "Upadek Dedala i Ikara" (1985) upamiętniającej raczej klęskę niż zwycięstwo... Notabene nie chciałabym natknąć się na nią PRZED lotem.


Znacznie bardziej optymistyczna jest za to stojąca nieopodal pomnika budka w kształcie wagonu tramwajowego, w której oferowane są - jak głosi szyld - najbardziej odjechane kiełbaski typu Currywurst w całym Berlinie. Mimo że menu jest bardzo skromne - Currywurst w wersji bez dodatków, z cebulą i z pikantnym sosem, a do tego frytki - zwabieni reklamą amatorzy typowego dla stolicy Niemiec dania stoją w całkiem długiej kolejce. Dziesięciominutowe czekanie chyba jednak się opłaca - Wurst w połączeniu z zimnym Berliner Kindlem smakuje znakomicie.  


W wypożyczalni dostajemy żwawe Mitsubishi i z niejakim trudem włączamy się do gęstego ruchu. Berlińczycy jak jeden mąż wyjeżdżają z miasta, bo Pfingstmontag, czyli poniedziałek zielonoświątkowy, jest tu dniem wolnym od pracy. U nas Zielone Świątki - które pamiętam z dzieciństwa pod nazwą "Święto Ludowe" - władze PRL ograniczyły do jednego dnia już w roku 1957, pozbawiając nas tym samym trzydniowego weekendu czerwcowego. 


Tuż za Berlinem mijamy stare trybuny z 1937 roku ustawione przy prostym jak drut kawałku autostrady tuż przed ostrym zakrętem - za czasów Hitlera odbywały się tu wyścigi samochodowe urozmaicone kilkoma dramatycznymi wypadkami. Dalej przejeżdżamy koło misia, symbolu miasta, i rogatek przypominających czasy, gdy przebiegała tu granica między NRD a RFN-em. A 100, A 115, A 10, A 9 i po niecałej godzinie jesteśmy w Beelitz, które wita nas wspomnianym szyldem "miasto szparagów" oraz budką ze świeżymi szparagami (w cenie 6,90 euro za kilogram) ustawioną pod kościołem, w samym centrum miasta. 


Szparagi są tu obecne także w wielu innych kontekstach - specjalnością piekarni jest chleb szparagowy, a jedną z głównych atrakcji miasta - Muzeum Szparagów. Za 1,5 euro można zdobyć tam liczne informacje na temat technologii i historii uprawy białego pędu, o którym Goethe pisał, że jest królem warzyw - niestety krótko panującym. 


Samo okrążenie placu w centrum miasta dostarcza wielu wrażeń. Na przykład na świątyni pod wezwaniem św. Marii wisi duży plakat z intrygującym hasłem "W tym kościele brakuje aniołów" informujący o tym, że każdy z nas może być jak dobry duszek - wystarczy, że ofiaruje datek na utrzymanie świątyni. Dalej natrafiamy na zabawną kronikę upamiętniającą daty przylotów i wylotów rodziny beelitzkich bocianów. A potem na klomby - które niczym małe dzieła sztuki ozdabiają miasteczko. Każdy z nich jest inny, ale razem tworzą harmonijną całość. 


Zapuszczamy się w boczne uliczki. Kolorowe domki lśnią w słońcu. Z tablicy informacyjnej dowiaduję się, że od 1994 roku trwa akcja odnawiania centrum tego dwunastotysięcznego miasteczka o długich tradycjach (kamienice znajdujące się jeszcze w trakcie tego procesu, przykryto gustownymi płachtami upamiętniającymi ich historię). I że już w X wieku była tu słowiańska osada. No i że szparagi uprawia się tu od połowy XIX wieku. 


Zachęceni szparagową mitologią udajemy się do pobliskiej miejscowości Klaistow, by w tamtejszym Spargelhofie zawrzeć bliższą znajomość z białymi pędami. Zanim jednak skorzystamy z bufetu "all you can eat" - w którym w godzinach 17 - 21.00 za 19,90 euro (bez napojów) można zjeść tyle szparagów, na ile ma się ochotę - zwiedzamy część sklepowo-wystawową ogromnego terenu, na którym znajdują się też pola uprawne, plac zabaw dla dzieci i parking.


W namiotach królują szparagi i truskawki - nawet plastikowe misie są tu w umaszczeniu tych owoców.  Mijamy fascynującą przemysłową obierarkę, z której białe pędy wychodzą już bez skórki - i to w niewiarygodnym tempie. 


Dalej w kolejnych budkach oglądamy drobiazgi z drewna, cuda z wikliny (z dużym prawdopodobieństwem "Made in Poland") oraz rybki rozwieszone równo w mobilnej wędzarni.


Zmęczeni palącym słońcem wchodzimy do białego namiotu. W nim jest już po prostu WSZYSTKO: od obieraczek do warzyw poprzez mieszanki do pieczenia chleba szparagowego, ocet szparagowy i różne likiery po pamiątki. Kubki do herbaty - ułożone alfabetycznie - występują demokratycznie w wersji z imionami damskimi i męskimi, ale kufle już tylko w wersji dla panów


Zwiedzających i kupujących zdecydowanie tu nie brakuje - dla kierowców przygotowano ogromne parkingi, mieszkańcy pobliskich miasteczek mogą dojechać tu komunikacją miejską, a ludzie z Berlina - specjalnymi autokarami. Jak to w Niemczech, organizatorzy pomyśleli o osobach starszych: łatwodostępne toalety na parterze oznaczono jako "tylko dla seniorów"; pozostali muszą wchodzić po schodach na pięterko.


Szparagowe "all you can eat" - dostępne w specjalnym namiocie w piątki i w poniedziałki - to prawdziwa uczta. Czuję dumę, gdy na stójce fartucha szefa kuchni dostrzegam polską flagę. Przygotował on bowiem naprawdę wyrafinowane menu - od przystawek w postaci sałatki ze szparagami i deski wędlin poprzez dania główne, wśród których króluje schabowy oraz sosy - maślany i hollandaise - po puddingi deserowe. Do popicia biorę - zgodnie z rekomendacją kelnera - bowle truskawkowy na bazie białego wina musującego.


Po takiej uczcie człowiek marzy już jedynie o pozycji horyzontalnej. Na szczęście w hoteliku w Preusnitz  łóżka są bardzo wygodne, a dodatkowo w ogródku na leżaczku poczytać sobie można książkę.


Kolejny dzień weekendu szparagowego zaczynamy wspaniałym śniadaniem. Po nim - posileni i żądni nowych wrażeń - udajemy się do miasteczka Bad Belzig, które dumny kurortowy przydomek nosi dopiero od roku 2010; wcześniej nazywało się po prostu Belzig. Jak sama (nowa) nazwa wskazuje, są tu termy, które z pewnością warto odwiedzić - ale to zrobimy później, bo póki co udajemy się na mały spacer po miasteczku, korzystając ze względnego komfortu termicznego (słońce nie grzeje jeszcze na 100%).

 
Przy placu głównym stoi ratusz. Z jego obecnego doskonałego stanu trudno byłoby odgadnąć dramatyczne losy budynku. Jego pierwsze wcielenie - wzniesione w XVI wieku - spłonęło w roku 1636. Od 1671 roku stał tu jego następca, w 1912 ozdobiony neorenesansowym zwieńczeniem. Niestety w roku 1972 po raz kolejny ratusz pochłonął ogień - budowla, którą widzimy, to odbudowana według historycznych wzorców kopia spalonego oryginału stojąca to zaledwie od 25 lat.


Przed ratuszem i pobliską informacją turystyczną zwykle jest sporo miejsc do parkowania. Dziś jednak ogrodzono plac, bo zebrali się na nim rowerzyści wyruszający dużą zorganizowaną grupą na sobotni rajd po jednym z licznych szlaków znajdujących się w tej okolicy.


Miasteczko zwiedzamy na piechotę - zostawiwszy samochód w jednej z wąskich uliczek. Jednokierunkowy ruch obowiązujący tu w większości traktów staromiejskich zdecydowanie nie ułatwiał nam dojechania do celu. W czasie spaceru trafiamy na tablice informujące o akcji "Nowe życie dla starych ulic". Opisane są na nich dzieje poszczególnych kamienic i traktów uzupełnione o czarno-białe zdjęcia upamiętniające ich historyczną rolę. Istniejące od 997 roku miasteczko urzeka nas podwójnie: i ze względu na swój współczesny flair, i ze względu na dawne znaczenie - w końcu w 1530 roku w tutejszym kościele przemawiał sam Martin Luther.


Ze starówki przejeżdżamy na boisko sportowe pod miastem, na którym odbywa się targ staroci, czyli Trödelmarkt zwany też pchlim targiem, czyli Flohmarktem. Na słusznej wielkości trawiastym placu stoiska mają zarówno osoby prywatne i przedstawiciele firm specjalizujących się w utylizacji sprzętów w sprzedawanych i dziedziczonych domach, jak i regularni handlarze z ubraniami z Chin i nieprzebranym asortymentem innych przydatnych towarów - na przykład krasnali ogrodowych.


Starsza pani rozłożyła porcelanę i kryształy na kocykach i obrusach opisanych zachęcającym "wszystko za 1 euro". Przy większych zakupach daje rabat od tej jakże już korzystnej ceny. Dalej w kartonach można wygrzebać płyty DVD i kasety - też po 1 euro. Maszyna do pisania bardzo starego typu stoi spokojnie czekając na kolekcjonera, który ją przygarnie, a gramofon przyciąga potencjalnych nabywców dźwiękami muzyki z winylowej płyty.


Wśród gór dóbr różnych straszą plastikowe potworki. Z jednego z pudeł łypie na nas potworne drewniane niemowlę


Dziś obiad jemy przy dźwiękach szumiącej w kole młyńskim wody - w restauracji Springbach Mühle w Bad Belzig. Wyrafinowany entrecôte - dostępny również w wysmażeniu raw, czyli na bardzo krwisto - serwowany jest tu w towarzystwie pomidora zapiekanego z mozarellą i pesto, fasolki szparagowej i pieczarek z cebulką w sosie beszamelowym oraz placuszków ziemniaczanych. Po obfitym posiłku można iść na spacer wokół otoczonych bujną zielenią stawów.


Aby szparagowy weekend był także weekendem dla zdrowotności, jedziemy do Term Stein słynących z naturalnej solanki. Wypływająca z głębin woda o temperaturze 30 stopni ma  nasycenie solą sięgające aż 20%. Możemy się więc poczuć tu jakbyśmy pływali w Morzu Martwym. A do tego skorzystać z masaży wodnych pod gołym niebem, saun suchych i parowych oraz minitężni. Kwotę 2,70 za piwo 0,4 dla ochłody nabijam na chip, a rachunek reguluję w automacie przy wyjściu - bardzo wygodny system. W budynku pływalni panuje chyba rzeczywiście niezwykły mikroklimat, skoro nawet ustawione w hali wejściowej drzewka szczęścia osiągają tu rozmiary dorosłego człowieka. 


Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Sezon szparagowy jest krótki, ale w tym roku przynajmniej udało nam się porozkoszować niepowtarzalnym smakiem białych pędów. Droga powrotna - A 9, A 10, A 115, A 100. Ruch na autostradach tym razem mały - większość Niemców nie wraca jeszcze z przedłużonego weekendu. Następnie z lotniska na Hauptbahnhof busem TXL, a potem już do Warszawy Beroliną... I tylko może szkoda, że w Warsie nie serwują likieru szparagowego.  


No comments:

Post a Comment