Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Finlandia. Show all posts
Showing posts with label Finlandia. Show all posts

9.28.2013

/EUROPA/ Ranking przytulnych miejsc na deszczowy dzień

„Jesienią, jesienią sady się rumienią”… Ale że w ostatnich czasach częściej niż polska złota występuje niestety europejska deszczowa wersja jesieni, to czasem nie pozostaje nic innego niż w czasie wrześniowej lub październikowej podróży schronić się w jakimś zacisznym miejscu. Naszło mnie na wspominki i postanowiłam zrobić ranking miejsc, w których poratowano mnie dobrym piwem, pyszną czekoladą, ciepłą strawą i w których udało mi się osuszyć przemoknięte buty w miłej atmosferze.

1. Délirium Café w Brukseli, czyli 2000 marek piwa do wyboru

To niezwykłe miejsce ukryte jest małej uliczce Impasse de la Fidélité kilkaset metrów od Grande Place. Zapuścić się w nią warto również dlatego, że ukryta jest tam Jeanneke Pis, sikająca dziewczynka – feministyczna odpowiedź na Manneken Pis, sikającego chłopca będącego jednym z symboli Brukseli. Pojawiła się w mieście w roku 1987, by zwracać uwagę turystów na tę część brukselskiej starówki. I choć sika ukryta za kratami, warto ją zobaczyć. A potem przed kapryśną pogodą skryć się w Délirium Café.

Gości wita wizerunek różowego słonia na drzwiach lokalu. Wnętrze pubu jest bardzo nastrojowe – przyciemnione światło, beczki zamiast stołów, nad barem lśniące krany. Lokal został wpisany do księgi rekordów Guinnessa w roku 2004 – wtedy w karcie było tu ponad 2000 rodzajów piw z 60 krajów świata. Ja w karcie znalazłam około 30 nazw – pewnie reszta specjałów była na życzenie. Kufel Delirium Tremens – belgijski specjał z listy 50 najlepszych piw świata – nie umożliwił mi co prawda spotkania z różowym słoniem, ale sprawił, że między ołowianymi chmurami zaczęłam dostrzegać przebłyski słońca.
 

2. Schokoladenmuseum w Kolonii, czyli czekolada ze złotej fontanny 

Zanosi się na deszcz, idę wzdłuż nabrzeża Renu zastanawiając się, czy nie zawrócić i nie ukryć się w katedrze – aż tu nagle wyrasta przede mną szklany dom, przez którego ściany widać cudo: złote drzewo ze złotymi liśćmi. Jak zaczarowana podchodzę do budynku, który - jak doczytam później - jest jednym z dziesięciu najchętniej odwiedzanych muzeów w Niemczech. Jest to zbudowane na półwyspie na Renie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nakładem 53 milionów marek Muzeum Czekolady.

To raj nie tylko dla dzieci i nie tylko na deszczowy dzień. Już kilka metrów przed wejściem czuć grzesznie słodki zapach czekolady – trzymetrowe złote drzewo w budynku jest bowiem w istocie fontanną. Pracownice muzeum ubrane w białe fartuchy serwują gościom biszkopty umoczone w czekoladowej rzece. A dalej jest jeszcze ciekawiej: taśmy produkcyjne z robotycznymi łapami pakującymi czekoladki. Mali kuzyni R2D2 niestrudzenie wykonują z tysiące takich samych ruchów.

Dwie godziny mijają nie wiadomo kiedy – na dworze już się przejaśnia. Wystawa prezentująca historię czekolady – od czasów Majów i Azteków po dzień dzisiejszy. Sala kinowa, w której można obejrzeć nostalgiczne reklamy słodyczy z lat sześćdziesiątych. Srebrne naczynia z XIX wieku służące do serwowania deserów. A przy wyjściu z muzeum sklep, który sam w sobie mógłby być muzeum produktów czekoladowych z całego świata. Kupuję tabliczkę bardzo gorzkiej czekolady z chilli. Ten smak już zawsze przenosić będzie mnie do Schokoladenmuseum w Kolonii.
 

3. The Buldog w Amsterdamie, czyli muffiny z dodatkami 

The Buldog, sieć kultowych coffeeshopów, w których oczywiście można skosztować znacznie więcej niż filiżankę kawy. Pamiętam wizytę w Amsterdamie, w czasie której przez pięć dni cały czas lał deszcz. Do idiolektu naszej ekipy weszło wtedy nawet określenie "amsterdamska pogoda". Od depresji ratowała nas jedynie trasa uwzględniająca wizyty w kolejnych Buldogach w odstępach maksymalnie godzinnych. I kupowanie po drodze kolejnych par suchych skarpetek. Dziś stanowią one zapewne dobre 60% mojej skarpetkowej szuflady.

Pierwszy kultowy coffeshop z niezapomnianym wizerunkiem żółtego buldoga przy wejściu otwarty został w Amsterdamie w roku 1975. Wtedy to Henk de Vries, który – jak mówi legenda – pierwszą paczkę ziół przywiózł z Afryki z pudełku zapałek, opróżnił sex shop swojego ojca nad kanałem i otworzył w nim alternatywną hippisowską kawiarnię. Z początku miejsce to funkcjonowało pół-, a właściwie nawet nielegalnie – dziś działa w majestacie prawa stosując się zresztą do zasady wedle której w takich miejscach nie powinno się sprzedawać alkoholu.

Sprzedaje się natomiast wiele innych rzeczy. Informacja o nich podana jest na kartach menu umieszczonych w blatach i widocznych dopiero po podświetleniu – pod barem są specjalne lampki uruchamiane na życzenie przez obsługę. Tę nieco prohibicyjną atmosferę podkreśla też niepowtarzalny wystrój wnętrz Buldogów: półmrok, unoszący się dym, plastikowe psy, dekoracje w kształcie kapeluszy muchomorów. Czekoladowy muffin z wkładką i kawa bez wkładki – to menu pozwalające przetrwać kolejny deszczowy dzień w Amsterdamie. 
 

4. Telecafé w Berlinie, czyli zakręcona restauracja 

Na wysokości ponad 200 metrów, za specjalnymi termoizolowanymi szybami sprowadzonymi z Belgii, kręci się restauracja. To jedna z atrakcji znajdujących się w kuli wieży telewizyjnej przy Alexanderplatzu w dawnym Berlinie Wschodnim. Stojąca tu od końca lat sześćdziesiątych Fernsehturm jest najwyższą wolnostojącą budowlą w Europie. Odwiedza ją rocznie ponad milion gości. W deszczowy dzień wiodk na Berlin jest mniej imponujący, ale za to kolejka do wjazdu krótsza.

Do restauracji wchodzi się po schodach z tarasu widokowego. Kelnerzy wskazują jeden z 40 stolików. Wszystkie są przy oknie. Restauracja powoli się obraca, lampki dają intymne światło, świetlne punkty na ścianach przywodzą na myśl drogę melczną.

Do przebudowy pod koniec lat dziewięćdziesiątych goście restauracji mogli cieszyć się przytulnością jej wnętrza jedynie przez godzinę – w takim czasie kula wykonywała bowiem pełen obrót, po którym trzeba było zwolnić stolik. Dziś prędkość obrotu można ustawić na dowolny przedział między 30 a 60 minutami, a gości nikt już nie wyprasza. Można więc ogrzać się tu w deszczowy dzień przy dźwiękach nastrojowej muzyki i do woli oglądać wspaniały spektakl z kamienic, Szprewy, Reichstagu i Bramy Brandemburskiej.  

5. Ravitoli Zetor w Helsinkach, czyli ryba nadziewana rybą 

Helsinki wspominam jako miasto niepodobne do żadnego innego. Trochę puste, mocno wietrzne, zimne nie tylko w sensie dosłownym, a jednocześnie fascynujące. Za szarymi fasadami kryły się tu atrakcje tylko dla insiderów – jakaś kapela grająca gothic rock w bramie, kolorowa młodzież słuchająca muzyki z boomboxa w bocznej uliczce. Miasto surowe z pozoru, ukrywające emocje gdzieś w głębi.

Ravitoli Zetor było jak to miasto – najpierw nie zachęcało do wejścia, a potem trudno było z niego wyjść. Wnętrze istniejącego od początku lat dziewięćdziesiątych lokalu miało być parodią fińskich filmów z lat pięćdziesiątych (t.zw. Suomi-filmien) i ironicznym komentarzem dotyczących stereotypów wiejskiego życia. Stąd między innymi wyglądająca na poły komicznie, na poły abstrakcyjnie krowa zdobiąca salę. Stąd też karta z niezwykłymi specjałami – jak choćby śledź nadziewany łososiem.

Na zewnątrz wiatr i deszcz, a my kosztujemy nieoczekiwanych smaków siedząc w metalowej klatce. Czuję się jak w filmie. Rockowe kelnerki stukają ciężkimi butami. Czas płynie inaczej. I Helsinki, i Ravitoli Zetor, i dziwna potrawa, którą jem, są jak muzyka Nightwisha – trudna przy pierwszym kontakcie, ale uzależniająca jak żadna inna.

1.30.2013

/ŚWIAT/ Ranking niezwykłych potraw

 
 
1.       Kategoria: Najstarsze danie – Stuletnie jajo  
Century egg, czyli stuletnie jajko to – wbrew nazwie – raczej jako „studniowe”. Przygotowuje się je, jak podaje Wikipedia,  w naczyniu wypełnionym roztworem z gliny, niegaszonego wapna, soli, herbaty, łusek ryżowych i wody. Pojemnik z jajami jest szczelnie zamykany i odstawiany na okres około stu dni. W tym czasie dochodzi w nim do procesu gaszenia wapna, podczas którego jajka nagrzewają się, a następnie stygną. Po całym procesie białko robi się brązowe lub czarne i nabiera galaretowatej konsystencji, żółtko natomiast staje się brązowo-zielone. Tak właśnie wyglądała przystawka, którą zamówiłam w Itacho Sushi w Singapurze – breja w kolorze khaki na kawałku tofu. Intensywny zapach i puddingowata konsystencja zupełnie nie zachęcały do konsumpcji, ale dałam radę!  Choć do dziś nie rozumiem, czemu stuletnie jajko uważane jest za przysmak…


2.       Kategoria: Najciekawsze połączenie składników Fińskie przysmaki
Przyciemnione wnętrze Ravintola Zetor – undergroundowego lokalu w Helsinkach, do którego zaprasza wystawiony przed nim stary traktor – to scena prawdziwych spektakli kulinarnych. Potrawy są tam niezwykłe, a do tego finezyjnie podane. Ja spróbowałam dwóch arcydzieł – ryby nadziewanej rybą, czyli śledzia wypełnionego wędzonym łososiem oraz wariacji mięsno-rybnej: wątróbki renifera z łososiem.  Przenikanie się smaków i tekstur było naprawdę niezwykłe, subtelne puree ziemniaczane z dodatkiem marchewki doskonale dopełniało danie, a borówka brusznica – lingon – przełamała całość słodkim smakiem. Nigdy nie sądziłam, że jednego ze smaczniejszych dań w moim życiu spróbuję właśnie w Finlandii!
 
 
3.       Kategoria: Najbardziej śmierdzące – Durian 
Nic dziwnego, że w singapurskim metrze wiszą zakazy przewożenia tego owocu. Każdy, kto poczuł jego woń, wie, dlaczego to obostrzenie jest zasadne. Duran śmierdzi zgnilizną na dobre kilka metrów – nawet w formie nierozkrojonej. Odważyłam się spróbować tego owocowego odpowiednika skunksa jedynie w formie praliny oblanej czekoladą. I nie mam ochoty na więcej...
 
 
4.       Kategoria: Najbardziej krwiste – Paryskie steki 
Steki można zamawiać w wersji rare (w Niemczech „Englische Art”, czyli „po angielsku”), medium i well done… We Francji ma on jeszcze jeden stopień wysmażenia (a właściwie niewysmażenia) zwany „blue”.  Mięso jest niemal surowe i bardzo soczyste. Stek blue jadłam w restauracji Malakoff z widokiem na wieżę Eiffla oraz w lokalu sieci Hipopotamus, w której na miejsce przy stoliku w porze lunchu trzeba poczekać dobre 20 minut. Tam też serwowana jest jeszcze inna hardcore’owa potrawa: tatar w wersji obiadowej. Dania te to prawdziwa gratka dla miłośników mięsa. Zamówienie do nich piwa powoduje lekkie zdziwienie u obsługi – Francuzi tradycyjnie wolą do nich wino.
 

5.       Kategoria: Najdziwniejszy szaszłyk – Chińskie przekąski na patyku 
Bóg mi świadkiem, ze miałam ochotę spróbować chrupiącego skorpiona na patyku! Ale odór nieświeżego mięsa unoszący się nad stoiskami z dziwnymi szaszłykami w Szanghaju niestety zniechęcił mnie do kulinarnych eksperymentów. Skupiłam się więc na zdjęciach. Nie ja jedna zresztą – dziwne przekąski mało kto tam kupował, dużo osób natomiast pstrykało im fotki.

 
6.       Kategoria: Najdłuższe – Turecki kebab 
Kebabów w Turcji jest co niemiara. Baraninę można dostać w różnych formach – nabitą na metalowy szpikulec, pokrojoną niczym gulasz i oczywiście w formie pasków skrawanych z kręcących się urządzeń. W jednym z barów uraczono nas paskiem mięsa, który zdawał się nie mieć końca...
 
 
7.       Kategoria: Największe rozczarowanie – Mięso krokodyla 
Będąc na farmie krokodyli  w Zatoce Świń można nie tylko zobaczyć żywe krokodyle kubańskie, ale też zrobić sobie fotkę z ich młodymi, kupić biżuterię z ich kości i zjeść gulasz z ich mięsa…  To ostatnie z pewnością wymagało najwięcej samozaparcia. Danie było gąbczaste, za słabo doprawione (kubański standard) i cuchnęło niezbyt świeżą rybą, która stanowiła zapewne ostatnią wieczerzę delikwenta zabitego na naszą cześć. Może jednak z dwudaniowego menu trzeba było wybrać drugą opcję – nieśmiertelnego kurczaka z ryżem.
 
 
8.       Kategoria: Najbardziej okrutne Żaba prosto z chodnika 
W Suzhou, chińskiej Wenecji, można kupić różne rzeczy. Torebki, chustki, plastikowego kotka machającego ręką na szczęście, niefabrycznie zamknięte butelki z podejrzanej proweniencji wodą i… żywe żaby prosto z chodnika. Sprzedawca przecina je dla chętnych leżącym obok stoiska nożem.


9.       Kategoria: Najlepsza ryba – Strzępiel pod Mostem Galata 
Pod mostem Galata w Stambule restauracji co niemiara. Nic dziwnego – widok na miasto jest stąd naprawdę niezwykły. Naganiacze prześcigają się w pomysłowych trickach mających na celu skuszenie turystów do zjedzenia lunchu w ich przybytku. Mnie przekonał przystojny Turek, który wręczył mi skromny bukiecik kwiatów i zapewnił, że specjalnością kuchni jest sea bass, czyli strzępiel, którego zawsze chciałam spróbować (a przynajmniej odkąd obejrzałam „Piekielną kuchnię”, w której ryba ta występowała niemal w każdym odcinku). A więc aromatyczny strzępiel, tureckie piwo i widok na dostojne meczety – niezapomniany lunch.
 
 
10.   Kategoria: Najdziwniejsze pieczywo – Turkusowe chałki 
Kuchnia karaibska nie należy do moich ulubionych. Kojarzę ją głównie z ryżem i czarną fasolą, nietypowo oprawionym kurczakiem i patatami. Żadna z próbowanych na Kubie czy w kubańskich restauracjach w Europie potrawa nie zachwyciła mnie swą finezją… No może poza jedną – serwowaną w hotelu w Varadero bułką w kolorze turkusowym. Jej walory wizualne były tak przytłaczające, że smakowe aż bałam się sprawdzać…
 
 
11.   Kategoria: Najlepszy początek dnia – Angielskie śniadanie 
Niektórzy żartują, ze w piekle jest angielska kuchnia i amerykańskie żony. Moje odczucia odnośnie brytyjskich przysmaków są zgoła inne – pyszne steki, aksamitne puree ziemniaczane, pachnący zielony groszek i wspaniałe piwo. Szczególną atencją darzę jednak angielskie śniadanie – po fasolce, kiełbasce, jajku i grzance naprawdę ma się energię na cały dzień!


12.   Kategoria: Najładniej podane – Krewetkowy talerz 
Przez lata unikałam owoców morza – do momentu, kiedy spróbowałam naprawdę świeżych krewetek, które jako żywo nie pachną rybą ani niczym dziwnym. W China Town w Singapurze za kilka dolarów można było dostać talerz z potrawą tyleż pięknie udekorowaną, co niezwykle smaczną. Delikatne mięso i doskonały sos – teraz już wiem, że krewetki to prawdziwy przysmak.
 
 
13.   Kategoria: Najbardziej osławiony – Tort Sachera w Hotelu Sacher 
Podobnie jak w Itacho Sushi i Hipopotamusie także tu musiałam poczekać w kolejce. Wiele osób chce spróbować najsłynniejszego czekoladowego tortu w najsłynniejszym wiedeńskim hotelu. Wystrój przytulny, przypominający warszawską kawiarnie Wedla przy Brackiej. A torcik tak smaczny, że warto byłoby poczekać nawet godzinę.
 
 
14.   Kategoria: Najbardziej wielosmakowe – Laksa 
Tak wielosmakowej zupy nie próbowałam jeszcze nigdy. Jest w niej słodycz, słoność, kwaskowość i dużo ostrych przypraw. Zanurzając łyżkę w kokosowej bazie raz wyławia się krewetkę, raz jajko, raz warzywa, raz trawę cytrynową, raz kawałek ryby. Malezyjskie danie narodowe nie wygląda może superatrakcyjnie, ale smakuje jak nic innego. 
 
 
15.   Kategoria: Najtwardszy mięczak – Zupa ze ślimakami 
Żabie udka można w Paryżu dostać głównie w restauracjach chińskich, ale ślimaki mają dobre miejsce w kartach dań różnych restauracji. Winniczki serwowane są jako przystawka, można też zamówić je w zupie, na przykład grzybowej. Mięczaki, miękkie za życia, po ugotowaniu okazały się raczej gumowate i dość twarde. Jednak wolę polską wersję – pieczarkową z łazankami.
 

16.   Kategoria: Najbardziej niezwykły street food - Żabie szaszłyki
Koło flower marketu w Bangkoku można w jednej z budek ze street foodem uraczyć się pożywnym i tanim przysmakiem - żabim szaszłykiem. Żabki wyglądają świeżo, pachą apetycznie i można je mieć już za 20 bahtów!
 
 
 
ZAPRASZAM TEŻ NA INNE RANKINGI NA BLOGU:
•Mieszkanie marzeń
Ranking cudów z witryn sklepowych
 

4.28.2012

/HELSINKI/ Helsiński spleen


Wietrznie, zimno, na trawnikach resztki zasp śnieżnych... Koniec kwietnia w Helsinkach. Jedziemy autobusem 615 z Vantaa do centrum stolicy Finlandii. Przedmieścia czyste, eleganckie i nieco bezludne - jak to w Skandynawii; ale same Helsinki... no cóż, bardzo różnią się od przedmieść.


Mimo wyraźnych zakazów spożywania alkoholu naklejonych na środki transportu publicznego zaróżowiony gość siedzący na przeciwko nas wyciąga flaszkę Akvavita i bez skrępowania pociąga łyka na każdym przystanku z opakowanej w papier butelki. A przystanków dużo - jazda trwa dobre 40 minut.


Lądujemy przed Helsingin päärautatieasema, czyli centralnym dworcem kolejowym. Jak podaje Wikipedia,  dworzec został otwarty w roku 1919 i stał się jedną z najbardziej charakterystycznych budowli Helsinek. Posągi na nim patrzą dumnie - przypominają trochę te na naszym PKiN-ie, ale to jednak nie socrealizm. Z ciekawostek: w 1940 na stacji tej na zawał serca zmarł prezydent Finlandii Kyösti Kallio. Podobnie jak dworzec w Stuttgarcie, w którego obronie toczy się właśnie batalia związana z tym, że planowane jest przeniesienie torowisk pod ziemię i przebudowa dworca na przelotowy, dworzec w Helsinkach jest stacją czołową. Dworce czołowe mają w sobie jednak pewien urok :-) 


Stoimy na Rautatientori - placu dworcowym. Otaczają nas secesyjne budynki, wśród nich Teatr Narodowy (Kansallisteatteri) z 1882 roku i galeria o znajomej nazwie Ateneum. Język szwedzki słychać tu równie często, co fiński - wszystkie nazwy ulic i obiektów oraz tablice informacyjne też są dwujęzyczne.


Idziemy na spacer pobliskimi ulicami. Co najbardziej z nich zapamiętam? Może młodzież w kolorowych ciuchach słuchającą muzykę z boomboxów. Grupy z piwkiem zbierają się i tu, i na pobliskim skwerze. To chyba czas matur, które tradycyjnie w Skandynawii świętowane są przez młodzież bardzo intensywnie - z "pożyczaniem" samochodów do wesołych przejażdżek po mieście włącznie. Młodzież się bawi, puszki walają się po chodniku, a mewy patrzą ze zdziwieniem na uliczną imprezę.


A może zapamiętam nastrój tego miasta - trochę pustego, trochę smutnego, ale przepełnionego muzyką. Mi w głowie gra Nightwish, a w bramie jakiś zespół robi próby do wieczornego występu. Gothic rock to idealny podkład do tego otoczenia.


Idziemy dalej. Kobieta sprzedająca balony targane przez wiatr wygląda nieco surrealistyczne, skaterzy trenują akrobacje na placu za dworcem, postaci na billboardzie rymują się swymi pionowymi kształtami z kolumnami na budynku w tle.


Znamy już trochę nastrój i dźwięki Helsinek, chcemy jeszcze poznać ich smak. Idziemy do grounge'owej knajpki Ravintola Zetor, która znajduje się przy Mannerheimintie około 200 metrów od dworca kolejowego. Z półmroku wyłania się plastikowa krowa, dalej stoją stare ciągniki marki Zetor, centrum knajpy oddzielone jest metalową siatką. Tatuowane kelnerki roznoszą karty przy mocnej muzyce. Karta we wszystkich niemal językach świata - również po polsku.


Wybieramy dania najbardziej odlotowe: krwistą wątróbkę z renifera plus łososia oraz śledzia na ciepło nadziewanego łososiem. Do tego oczywiście zimne piwo.  Dania wkraczają z towarzyszeniem pysznych puree - z ziemniaków oraz kartoflano-marchewkowego - oraz konfitury ze skandynawskiej borówki lingon. Jestem fanką skandynawskiej muzyki, a z pierwszym kęsem wątróbki pokochałam też fińską kuchnię.


Knajpek masa, ale z toaletami trudniej. Przypomniał mi się sport, który z lepszym lub gorszym skutkiem uprawiałam w czasie urlopu w Szwecji - polegał on na próbie nie płacenia za korzystanie z WC. Sport ten jest niezwykle trudny - nawet w McDonaldzie trzeba wrzucić monetę. Ale mam pewien plan - kino. Tam przecież muszą być darmowe toalety. Jakież jest moje zdziwienie, jak okazuje się, że WC w multipleksie otwiera specjalny kod nadrukowany na bilecie! No cóż, duch sportowy upadł i trzeba było poświęcić 1 euro...

 
Spacerujemy po mieście, jest sobota wieczór, wszystkie sklepy pozamykane - uprawiamy więc klasyczny window shopping.
 

Po zaspokojeniu potrzeb ciała udajemy się do parku Kaisaniemi. W parku liczne brzozy, które od wizyty w fińskim pawilonie na EXPO w Hanowerze w 2000 roku pozostaną dla mnie na zawsze symbolem tego kraju. I intrygująca rzeźba wyciosana z drewna. Grobu Freemansona, jednego z najstarszych pomników w Helsinkach, jakoś nie udało nam się namierzyć.



Na trawnikach grupki młodzieży bawią się coraz weselej, choć imprezy wyraźnie są dwie - tutejsi osobno (na trawniku), imigranci osobno (na ławce). Parkowe harce zakrapiane suto alkoholem nadzoruje policja konna. Dwaj młodzieńcy turlają się z górki, chyba libacja nie zakończy się przed ranem.


Nasz czas w Helsinkach już dobiega końca - za parę godzin lecimy z Vantaa w daleki świat. Pomysł, by lecieć Finnairem i zrobić sobie przerwę w podróży na zwiedzanie Helsinek był naprawdę genialny - mamy poczucie, że zdążyłyśmy zobaczyć całkiem sporo, poczuć atmosferę miasta i poznać uroki fińskiej kuchni. Na wiele miast nie starczyłby miesiąc, na chłodne kwietniowe Helsinki jeden dzień wystarczył mi w zupełności.


Tekst: Joanna Łukasiewicz, Zdjęcia: Agnieszka Kubiczek i Joanna Łukasiewicz



***
TRASA SPACERU

 (Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)