Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Düsseldorf. Show all posts
Showing posts with label Düsseldorf. Show all posts

7.12.2016

/ZAGŁĘBIE RUHRY/ Homo neanderthalensis, homo ludens i homo faber, czyli top 5 atrakcji okręgu przemysłowego


Zagłębie Ruhry to największa aglomeracja przemysłowa w Niemczech i piąta co do wielkości w Europie. Na obszarze niemal 4500 kilometrów kwadratowych mieszka tu ponad 5 milionów ludzi. Duży wkład w rozwój tego regionu mieli Polacy, tak zwani "Ruhrpolen", którzy przybyli tu pod koniec XIX wieku z Królestwa Polskiego, Mazur, Kaszub i Górnego Śląska. Nie tylko budowali oni potęgę przemysłową zagłębia, lecz mieli też na przykład wpływ na język. Do dziś na młotek mówi się tu "Mottek", a na starszą korpulentną matronę - "Matka"; tutejszy dialekt dopuszcza też gubienie rodzajników przed rzeczownikami oraz czasem posługuje się polskimi końcówkami (na przykład "Pastor" funkcjonuje tu jako "Pastek").

Okręg ten to nadal region silnie uprzemysłowiony, choć już nie tak jak kiedyś: w latach 1980-2002 liczba miejsc pracy w sektorze produkcyjnym zmniejszyła się o połowę, a wiele fabryk przekwalifikowano na muzea, sale koncertowe, budynki użyteczności publicznej. Na pewno będąc tutaj warto odwiedzić choć jedną dawną halę produkcyjną i przyjrzeć się, jak dzięki inwencji - i inwestycjom - udało się całkowicie zmienić jej charakter. 


Aby dobrze poczuć klimat aglomeracji, trzeba koniecznie odwiedzić Düsseldorf, stolicę landu Nordrhein-Westfalen oraz główny ośrodek miejski zagłębia, i przejść się słynną Königsallee (zwaną przez miejscowych w skrócie Kö) - najdroższym bulwarem zakupowym Niemiec. Tam jak nigdzie indziej widać ślady dawnej świetności i bogactwa tej okolicy. Z kolei jeszcze starsze dzieje i losy legendarnych przemysłowców można poznać odwiedzając ich wille udostępnione dziś dla zwiedzających.


Współczesne Zagłębie Ruhry to także centrum dobrej kuchni (w industrialnej restauracji Casino Zollverein koło Red Dot Design Museum w Essen zdobyłam autograf Dietera Bohlena, który trzy stoliki ode mnie posilał się krewetkami w przewie w nagraniach do niemieckiego Idola), wydarzeń kulturalnych (region ten był w roku 2010 - obok Stambułu i węgierskiego Pécs - Europejską Stolicą Kultury) i atrakcji sportowych (prócz znanych wszystkim stadionów jest tu na przykład najdłuższy w Europie kryty tor gokartowy).


  

Zapraszam na przejażdżkę do miejsc, które moim zdaniem warto zobaczyć i zwiedzić w Ruhrgebiet.


1. Red Dot Design Museum w Essen

Muzeum nowoczesnego wzornictwa w Essen (mające swą siostrę - niekoniecznie bliźniaczkę - w Singapurze) skupiające wyróżniające się swą estetyką i funkcjonalnością eksponaty wyróżnione znaczkiem „Red Dot“ mieści się w dawnej kotłowni kompleksu przemysłowego kopalni i koksowni Zollverein. Pierwszy szyb wydobywczy stanął tu już w połowie XIX wieku – i działał nieprzerwanie do roku 1986. W latach pięćdziesiątych zeszłego stulecia tutejsza kopalnia uważana była za największy tego rodzaju obiekt w całej Europie. Niestety mimo skali i ją dotknął kryzys - na szczęście jednak odrodziła się w nowej formie: kompleks objęto ochroną konserwatorską jako unikatowe świadectwo historii techniki i dwudziestowiecznej architektury przemysłowej. W 2001 Zollverein został wpisany oficjalnie na listę dziedzictwa kulturowego UNESCO.


Ret Dot Design Museum otwarto tu w roku 1997. Na imponującej postindustrialnej powierzchni 4000 metrów kwadratowych zgromadzono ponad dwa tysiące eksponatów - głównie przedmiotów codziennego użytku. Od razu za progiem niepozornych ogniotrwałych drzwi czeka nas mocne uderzenie: błyszczące eleganckie auto wiszące na tle zardzewiałych instalacji. 



Taki kontrast towarzyszyć nam będzie przez całe zwiedzanie. Wyróżnione przyznawanym od 1955 roku symbolem czerwonej kropki przedmioty - i tak przyciągające wzrok oryginalnością swej estetyki - w postindustrialnej oprawie błyszczą jeszcze bardziej. Dystrybutor do piwa stoi tu obok fotelików dziecięcych, a czarna bateria łazienkowa - koło skórzanych mebli. Dalej mijamy kolorowe samochody, eleganckie narzędzia kuchenne, smukłe odkurzacze...


Jedne eksponaty zachwycają, inne wyglądają już na nieco przestarzałe - ciekawie jest popatrzyć na przedmioty pod kątem tego, że to, co była piękne kilka lat temu, dziś niekoniecznie musi się podobać.


Z półtoragodzinnego zwiedzania z przewodnikiem wynoszę w myślach dwóch faworytów - wannę z wygodnym wejściem w postaci szczelnych drzwiczek i płytę ceramiczną z wgłębieniem na woka. I dochodzę do konkluzji, że ergonomia jest dla mnie chyba istotniejsza od estetyki...



Z hermetycznego świata designu wychodzimy na trawę porastającą dawny teren fabryczny. I by nabrać właściwej perspektywy wjeżdżamy najdłuższymi zewnętrznymi schodami ruchomymi w Niemczech (liczą sobie 58 metrów długości) na przebudowany w roku 2006 gmach płukania węgla A14 Kohlenwäsche. Tam spoglądamy z 24 metra wysokości na teren, który z kopalni i koksowni zmienił się w centrum kultury. 



2. Villa Hügel w Essen 

Villa Hügel w dzielnicy Bredeney i z zewnątrz, i od wewnątrz wygląda tak doskonale, że aż trudno uwierzyć, że stoi tu już od 1873 roku. Jeszcze bardziej niż jej neorenesansowy szyk uwagę zwraca wielkośc obiektu - jego powierzchnia użytkowa, na którą składa się między innymi 269 pokojów, wynosi 8 100 metrów kwadratowych.


Chodząc po pomieszczeniach, z których sporo - w tym absolutnie imponującą bibliotekę ze stylowym kominkiem i kącikiem czytelniczym - udostępnia dla zwiedzających obecny zarządca nieruchomości, Fundacja Kulturstiftung Ruhr, krok po kroku odkrywamy fascynującą historię rodu Kruppów i samej willi, którą wyposażano kiedyś w iście futurystyczne jak na tamte czasy - a na pewno przełomowe i innowacyjne - instalacje techniczne...



Wbrew temu, co można byłoby domniemywać, senior rodu i przemysłowiec Alfred Krupp nie zbudował willi jako człowiek młody. Wręcz przeciwnie, prace nad nią zlecił dopiero jako czterdziestoparolatek - wtedy bowiem ustanowił on w swej firmie (której tradycje kontynuowane są do dziś pod marką ThyssenKrupp) prokurentów i ograniczył swą rolę biznesową do podejmowania głównych decyzji strategicznych. Trudno mu się dziwić - po tylu latach z pewnością zasłużył na odpoczynek: zajmującą się odlewaniem stali firmę Friedrich Krupp AG założył on wraz z dwójką braci już w orku 1811, a od 1816 prowadził ją samodzielnie.



Willa od samego początku pomyślana została jako miejsce reprezentacyjne - dlatego prócz pomieszczeń użytkowych, stworzono w niej też na przykład salę koncertową. Od samego początku też projektowano ją jako budynek luksusowy. Do jego konstrukcji użyto wyłącznie materiałów niepalnych - kamienia, stali i szkła - ponieważ Alfred Krupp panicznie bał się pożaru. Traf chciał, że to nie płomienie, tylko woda zagroziła temu domowi - w czasie budowy ulewne deszcze podmyły jeden z fundamentów, w wyniku czego południowo-zachodnie skrzydło willi oderwało się i zawaliło. Czteroletnie prace budowlane przerywane były zresztą licznymi kęskami i problemami - w końcu jednak, po czasie dłuższym niż początkowo zakładano, 10 stycznia 1873 rodzina Kruppów wprowadziła się do posiadłości w Bredeney.

A dom to był jak na ówczesne czasy niezwykły. Zainstalowano w nim na przykład system zbliżony do dzisiejszej klimatyzacji - i niestety równie zawodny, co obecne rozwiązania tego typu. Ponieważ we wszystkich pomieszczeniach temperaturę miało się tu regulować indywidualnie, umieszczono w nich specjalne ozdobne stalowe rury grzewcze z regulacją podłączone do dystrybutora ciepłej wody. Nie wszystko niestety zadziałało zgodnie z oczekiwaniami - już w lutym, tuż po przeprowadzce, senior rodu pisał w jednym z listów, że wszyscy członkowie rodziny jeden po drugim chorują od hulających po domu przeciągów. W głównej części willi zastosowano dodatkowo ogrzewanie z wykorzystaniem nawiewu ciepłym powietrzem. Mimo to, jak wspomina przyjaciel rodziny, z początkiem każdego sezonu grzewczego wszyscy Kruppowie regularnie zapadali na infekcje dróg oddechowych.

Willa od samego początku wyposażona była w instalację elektryczną. Co prawda z początku zasilała ona jedynie telegraf, ale już w roku 1880 zaufany lekarz rodziny, Emil Ludwig Schmidt, zainspirował seniora rodu w czasie jednej z rozmów do wykorzystania elektryczności również do oświetlenia - dzięki czemu zmniejszyłyby się przeciągi w korytarzach wywoływane przez lampy gazowe. Alfred pomysł podchwycił - i jak zwykle nie szczędził środków na jego techniczną realizację. W ten sposób w 1889 roku w posiadłości przybyła maszyna parowa stuttgarckiej firmy G. Kuhn - i wraz z nią pomieszczenia rozświetliło światło nie powodujące niekontrolowanych ruchów powietrza w przepastnych korytarzach.


Ciekawa historia wiąże się też z zegarami. Otóż w tutejszej portierni zamontowano w grudniu 1872 roku tak zwany zegar centralny, według którego dostrajano nie tylko czas w willi, ale i w fabryce. Co rano wyznaczona specjalnie osoba z domowego personelu przesyłała równo o 9.00 rano sygnał telegraficzny do biura - tak by i tu, i tam wszystko funkcjonowało w tym samym rytmie.

Ci, którym od technikaliów bliższe są zagadnienia natury estetycznej, Villa Hügel też się spodoba - bo dbałość o detale także w ich wymiarze wizualnym jest w niej niezwykła. No i to otoczenie: trzydziestohektarowy park i urokliwe jezioro Baldeneysee.



Siedząc na jego brzegu, który w równej mierze opanowali zwiedzający oraz łabędzie, doczytuję w przewodniku rozdział o najnowszej historii willi, z której ocienionych korytarzy właśnie wyszłam. Przez dziesięciolecia mieszkali tu kolejni potomkowie nestora Alfreda - z coraz większym trudem ponosząc koszty utrzymania posiadłości. Po krótkim epizodzie powojennym, kiedy to willę zajęły wojska amerykańskie, w roku 1952 budynek wrócił w posiadanie rodziny Kruppów, która przekazała część pomieszczeń na potrzeby wystaw sztuki, do celów reprezentacyjnych firmy ThyssenKrupp i dla fundacji zarządzającej salami udostępnionymi dla zwiedzających.



3. Tor gokartowy w Dortmundzie

Nie samą historią i kulturą człowiek żyje - dobrą odmianą po atrakcjach muzealnych jest przejażdżka gokartami. Zwłaszcza że to właśnie w Zagłębiu Ruhry znajduje się najdłuższy kryty tor kartingowy na świecie. Highway Kart Racing zlokalizowany przy Baroper Bahnhofstraße 79-85 w Dortmundzie dysponuje trasą o długości 1600 metrów i nowoczesnymi pojazdami marki Rimo napędzanymi paliwem ekologicznym. 



Pierwsze zawody kartingowe odbyły się w roku 1959 w USA. W roku 1961 rozegrano już mistrzostwa świata, a w 1968 - mistrzostwa Europy. Na torze w Dortmundzie można samemu poczuć, na czym polega przyjemność z jazdy pojazdem bez mechanizmu różnicowego. Nawet mimo kasku i kombinezonu wrażenia zmysłowe są bardzo silne: drgania, smród palonej gumy, hałas. Ale i fun jest ogromny - zwłaszcza, jeśli przyjdzie się w parę osób. Cena tej zabawy? Dziesięciominutowa jazda indywidualna to koszt 12 euro; w przypadku godzinnych wyścigów dla grupy od 10 kierowców każdy płaci po 70 euro.


4. Königsallee w Düsseldorfie

"Widzieć i być widzianym" - to motto tej ze wszech miar modnej, eleganckiej i drogiej ulicy handlowej, która jest symbolem dekadencko-burżuazyjnego stylu życia i ostoją nieco przebrzmiałych już wartości - takich jak luksus na pokaz. Widać to po paniach, które przechadzają się tu w szpilkach z czerwoną podeszwą, widać też po wystroju modnych sklepów w legendarnych Kö-Galerie i Sevens Center. W tej drugiej galerii - stojącej tu od roku 2000 i przyciągającej przechodniów między innymi ogromnym pięciopiętrowym Saturnem - Tata kupił mi buty. Już od dziesięciu lat noszę je z poczuciem, że są absolutnie wyjątkowe.



Ale by docenić urok Kö, nie trzeba wcale wydawać pieniędzy. Już sam windowshopping w Tiffanym, Diorze czy Swarovskim pozwoli dostarczyć tylu wrażeń, ile wizyta w niejednej galerii sztuki. Marketingowcy dbają o to, by zlokalizowane tu flagowe salony światowych marek - równie ważne co te na Champs Elysees - aż emanowały luksusem. A gdy od błysku brylantów zaczyna nas już boleć głowa, możemy odpocząć spacerując wzdłuż Kö-Graben - umieszczonego centralnie między jezdniami pasa zieleni przedzielonego podłużnym zbiornikiem wodnym.


Ten zaaranżowany na początku XIX wieku kilometrowej długości park swój według niektórych nieco kiczowaty wygląd zawdzięcza oczarowanemu Francją księciu Janowi Wellemowi, który marzył o przebudowaniu całego miasta i stworzenia z niego Wersalu nad Renem. Ten szeroko zakrojony projekt nie został nigdy zrealizowany, ale Kö-Graben do dziś jest świadectwem książęcych fascynacji. 

Idąc wzdłuż fosy z południa na północ mijamy 155 kasztanowców i 100 platanów - a potem dochodzimy do fontanny. Tritonenbrunnen to dzieło lokalnego rzeźbiarza Friedricha Coubilliera stworzone w latach 1898 - 1902 na zamówienie Stowarzyszenia Upiększania Miasta. Inspirowana mitologią rzeźba przedstawia Trytona, syna Posejdona, odpędzającego trójzębem potężną rybę. Scena ta jest tak dynamiczna i sugestywna, że mam wrażenie, że mój spacer najdroższą ulicą handlową, który był trochę jak film o życiu pięknych i bogatych, kończy się prawdziwie spektakularnym happy endem.



5. Neanderthal Museum koło Düsseldorfu 


Niepozorne tyczki wskazują na miejsce niezwykłe: to tu pod koniec XIX wieku górnicy natrafili w czasie pracy na szczątki człowieka pierwotnego z okresu plejstocenu, którego ochrzczono homo neanderthalensis od nazwy doliny nad rzeką Düssel, około 10 km od Düsseldorfu - czyli od miejsca, w którym właśnie stoję. 


Muzeum historii gatunku ludzkiego - które rocznie odwiedza ponad 170 000 osób - powstało tu dużo później, bo dopiero w roku 1996 - wcześniej znaleziska prezentowano w małym budynku 100 metrów stąd. Budynek projektu Güntera Zampa Kelpa, Juliusa Kraussa und Arno Brandlhubera charakteryzuje to, że nie ma w nim schodów - całą wystawę ogląda się spacerując po wznoszącym się łagodnie chodniku o owalnym (podobnie jak ściany muzeum) kształcie.


Eksponaty ułożone są chronologicznie. O humanoidach, australopithecusie i homo erectusie można nie tylko posłuchać przez audioguide, lecz - jak na nowoczesną ekspozycję przystało - spojrzeć im też prosto w głęboko osadzone oczy.


Pokaz antropogenezy krok po kroku poprzetykany jest wystawmi tematycznymi - na przykład o rozwoju medycyny i farmacji czy o historii alfabetu. Z tej ostatniej dowiaduję się, że pierwsze pismo literowe opracowali już Fenicjanie około 1000 lat przed naszą erą. Używali oni 22 spółgłosek, które zapisywali od prawej strony do lewej. Grecy usprawnili tę notację dodając samogłoski i odwracając kierunek pisania, za co do dziś są im wdzięczni praworęczni użytkownicy piór wiecznych.


Projektanci ekspozycji - być może dlatego, że natura ludzka jest im dobrze znana - uwzględnili faktor zmęczenia zwiedzających rosnącego wsprost proporcjonalnie do liczby kroków wykonanych na ślimaczym chodniku. Dla odpoczynku i odmiany stworzyli oni więc sale kinowe z pokazami filmów o rozwoju naszego gatunku, ewolucjonizmie i pracach wykopaliskowych. Aby zaś nabyta wiedza lepiej się utrwaliła, zadbano też o krótką powtórkę materiału: przed budynkiem muzeum jest ścieżka z zaznaczonymi poszczególnymi etapami historii ludzkości. Z początku kreski na niej są dość rzadkie, potem zaś coraz gęstsze - bo z lat nam bliskich mamy już więcej kronik opisujących ważne wydarzenia.


W minutę mijam narodziny Chrystusa, koronację Karola Wielkiego i II wojnę światową. I z niejakim niepokojem myślę o tym, co zostanie napisane przy kolejnych, pustych jeszcze, kreskach przede mną...


***

TRASA SAMOCHODEM (130 km)


(źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, by ją powiększyć)

7.07.2008

/BOCHUM/ Industrial ukryty w gąszczu drzew, czyli szok tlenowy w przemysłowym zagłębiu


O Zagłębiu Ruhry uczyłam się już w szkole podstawowej. Pani od geografii barwnie opowiadała o lasach kominów, pokrytych pyłem domach i industrialnym krajobrazie osnutym dymem. Rurhgebiet wyobrażałam więc sobie jak Katowice skrzyżowane z Wałbrzychem - i mocno zastanawiałam się, czy na pewno chcę zainwestować cenne dni urlopu w takie właśnie górniczo-hutnicze klimaty. Zawłaszcza, że mieszkać miałam w Bochum - mieście, o którym słynny niemiecki piosenkarz Herbert Grönemeyer śpiewał, że Słońce się tam kurzy, że jest szare od pracy i że ma puls ze stali...

Choć nieraz wyobrażenia niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, to rzadko ta rozbieżność jest aż tak dramatyczna. Bochum powitało mnie zielenią parków, zadrzewionymi alejkami i nieco małomiasteczkową atmosferą. Podejrzliwie zaciągnęłam się powietrzem - ale zamiast petrochemicznej nuty poczułam jedynie świeżość. Pomyślałam, że może jak w "Kongresie futurologicznym" ktoś rozpyla tu substancje zmieniające postrzeganie - i że zaraz spotkam szczury spacerujące za rączkę. Ale nie - wszystko wygląda jednak standardowo, TIR-y suną po przelotówce tuż przed oknami mojego mieszkanka, więc jednak jestem jeszcze w na tym świecie i w tej epoce, tylko kominów jakoś nie widać... Trzeba będzie ich poszukać - może ukryły się gdzieś między drzewami.


Moje mieszkanko w Bochum jest mniej idylliczne niż samo miasto. Śpię na materacu w wykuszu, który drży za każdym razem, gdy za oknem przejeżdża ciężarówka - mimo, że w mieście jest ograniczenie do 50 km/h, do którego kierowcy jak najbardziej się stosują. A więc pierwsza pobudka o 5 rano. Druga o 6.00 - wtedy bowiem zaczynają bić dzwony w neogotyckim kościele zlokalizowanym naprzeciwko secesyjnej kamienicy przy Wittener Str. 269. Potem około 7.00 intensyfikują się trzaski linii elektrycznej, bo po mojej ulicy prócz TIR-ów jeżdżą także tramwaje... 


Obudzona tak wcześnie najpierw udaję się na śniadanie. Zjem je w "Trójkącie Bermudzkim" - tak miejscowi mówią o knajpiano-kawiarnianym zakątku miasta zlokalizowanym między schodzącymi się ku sobie ulicami Viktoriastr. i Kortumstr. Typowy zestaw - choć może niekoniecznie na śniadanie - to tutaj, podobnie jak w Berlinie, Currywurst (czyli biała siekana kiełbaska w ostrym sosie pomidorowym) oraz piwko. Łamię więc zasadę z jednej z książek Remarque'a, by nie pić alkoholu przed południem. 


Pokrzepiona udaję się na poszukiwanie industrialnych klimatów. Podobno można znaleźć je tu w... parku. Stworzony pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku Westpark zajmujący 38 ha powierzchni w zachodniej części centrum miasta był kiedyś bowiem właśnie terenem przemysłowym. W roku 1842 uruchomiono tu odlewnię stali - Mayerschen Gußstahlfabrik przez 160 lat słynęła z wyrobu najwyższej jakości kół kolejowych, armat, dzwonów. Jeden z nich - okaz ważący 15 ton - stoi do dziś w Bochum jako upamiętnienie wystawy światowej w Paryżu w roku 1867, na której dumnie reprezentował Niemcy. A o samej odlewni przypominają już jedynie opuszczone ceglane budynki.


Idąc dalej jedną z alejek w głąb parku natrafiam na otoczoną wodą Jahrhunderthalle. Jej stalową konstrukcję zbudowano w 1902 roku z uwzględnieniem dwóch kluczowych założeń: po pierwsze miała być przede wszystkim użytkowa i funkcjonalna - jej estetykę uznano za mało ważną, po drugie zaś wszystkie pręty opisano tak, by budowlę łatwo było złożyć i rozstawić gdzie indziej. Tak się też stało - hala przywędrowała do Bochum z Düsseldorfu, gdzie pierwotnie stanowiła część infrastruktury wystawienniczej. Przez niemal cały XX wiek była elementem parku przemysłowego (a przez pewien czas nawet piecem), obecnie zaś stanowi swoiste centrum ZWYKŁEGO parku - po rewitalizacji w roku 2003 Jahrhunderthalle odbywają się tu przestawienia, pokazy, koncerty muzyki - od klasycznej po rockową. 12 grudnia 2009 pokazywano ją nawet za pośrednictwem telewizji w 44 krajach, ponieważ odbywała się w niej uroczystość wręczenia Europejskiej Nagrody Filmowej zwanej Europejskim Oskarem.


Z zewnątrz hala nie wygląda jednak imponująco. Po otaczających ją murach - zwanych żartobliwie koloseum - wspinają się skałkarze, a i psy też niewiele sobie robią ze stuletniej historii oznaczanych przez siebie cegieł. Ale najważniejsze, że udało mi się znaleźć to, czego szukałam - ślady przemysłowej świetności regionu. Obchodzę park dookoła szlakiem oznaczonym na tablicach informacyjnych jako "przemysł-natura", a potem w pozycji horyzontalnej na ławce oddaję się refleksji nad przemijaniem. O tyle uzasadnionej, że chmury nade mną przemijają dziś w naprawdę słusznym tempie. 


Czas w parku biegł jeszcze szybciej niż żwawe cumullusy, pora już więc na obiad. Znalezienie steka okazuje się nie lada wyzwaniem. Już prawie kapituluję - w końcu dobry kebab też nie jest zły - gdy udaje mi się wypatrzyć... Mateczkę Wittig, prawdziwy niemiecki Gasthof z tradycjami i z szyldem pisanym gotykiem. Obecny właściciel napisał we wstępie do menu, że restaurację nazwał na część swej prababki, z zawodu położnej, która w tym właśnie budynku przez dziesięciolecia serwowała domowe dania. Kiedyś miejsce to nazywało się "Zur Altstadt", teraz - jako "Mutter Wittig" - nadal ma się nieźle: i dzięki smakowi dań, i wielkości porcji.  


Po południu  idę do Muzeum Górnictwa, najbardziej chyba znanej atrakcji miasta. To - podobnie jak Westpark - kolejny symbol jego dawnej przemysłowej przeszłości zamieniony w miejsce użyteczności publicznej. Deutsches Bergbaumuseum warto odwiedzić przynajmniej z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że jest to największe tego typu muzeum na świecie, a po drugie, bo można spojrzeć tu na miasto z perspektywy ponad 71-metrowej wieży szybowej skonstruowanej w roku 1939 przez Fritza Schuppa. Już pierwszy rzut oka z góry utwierdza mnie w przekonaniu, że Bochum to dziś miasto kamieniczek i zieleni, a nie fabryk i dymu.


Po liczących w sumie 2,5 kilometra podziemnych chodnikach Deutsches Bergbaumuseum przechodzi rocznie ponad 365 000 zwiedzających. Dziś ja też staję się dziś liczbą w tej dumnej statystyce - co bardzo mnie cieszy, bo lubię wystawy, na których można dotykać eksponatów. Zwłaszcza tak naznaczonych historią - w miejscu, na którym stoję fedrowano już w latach sześćdziesiątych XIX wieku, ostatni wagonik z węglem wyjechał stąd natomiast 11 stycznia 2000 roku - co upamiętniono białą farbą na jego czarnym korpusie. Co ciekawe samo muzeum otwarto już w roku 1930 - przy działającej kopalni. 


W salach wystawowych odkrywam imponującą siedmiotonową skamienielinę z epoki karbonu, parową prasę do brykietów z roku 1901 i czarny diament (3,401 karata) wstawiony do zbiorów w roku 2011 przez jednego z lokalnych jubilerów. Jeszcze bardziej emocjonujący jest podziemny spacer z przewodnikiem, który barwnie opowiada o ciężkiej pracy górników. Kto ma problemy z pobudzeniem wyobraźni w czarnym półmroku, może popatrzyć na naturalnej wielkości plastikowe figury górników i na imponujące maszyny, które wspomagały niegdyś ich pracę. Spacer wąskimi korytarzami jest nieco klaustrofobiczny, a zapach wilgoci - wszechogarniający.


Wieczór mojego dnia zapoznawczego z Bochum - dnia poszukiwania industrialnych klimatów - spędzam na rozległym terenie nieco opustoszałego z powodu wakacji (zwykle uczy się tu około 41 456 osób, dzięki czemu uczelnia ta plasuje się w pierwszej dziesiątce rankingu ilościowego niemieckich uniwersytetów) Ruhr-Universität Bochum.


Mijam domy studenckie - ich architektura zionie takim smutkiem, że zastanawiam się, czy to nie tu właśnie kręcono scenę z "Mechanicznej pomarańczy", w której Alex - nie mogąc dostać się do zdezelowanej windy - biegnie w górę po schodach ozdobionych śmieciami i wymiętym stanikiem wiszącym na brudnej plastikowej poręczy. Beton, pustka, kilka namiotów - po napisach na rozwieszonych tu i ówdzie transparentach orientuję się, że są schronieniem aktywistów protestujących przeciw wprowadzeniu opłat za studia. 


Ustawiona przy jednym z chodników instalacja - w duchu iście postindustrialnym - jest trochę metaforą samego Bochum, w którym dawna przemysłowa świetność ustąpiła miejsca atrakcjom turystycznym. A może to nie instalacja, może to zwykły złom...


Zapada zmrok, zewsząd zaczynają mnie straszyć kolejne artystyczne niespodzianki. Guernica? czy ktoś naprawdę założył, że dobrze jest zaczynać dzień nauki od tak przejmującego obrazu?... Dobrze, że audytorium maximum w kształcie rozety nieco ożywia ten kompleks, w którym architektura lat sześćdziesiątych pokazała swe chyba najsmutniejsze - i bezkompromisowo betonowe - oblicze. 


Może weselej będzie nad jeziorem Kemnader See, przy którym zlokalizowano tutejszy kampus? Niestety - nic z tego. Spotykam tam jedynie kaczkę skubiącą plastikową reklamówkę. Patrzę na nią i dociera do mnie, że ona też jest jak Bochum, w którym natura pożera industrialną przeszłość...





***
TRASA SPACERU PO BOCHUM


DOJAZD DO UNIWERSYTETU

(Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, by ją powiększyć)