Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

5.21.2014

/LONDYN/ Weekendowy spacerownik londyński: spacer historyczno-filmowy


Słońce bezlitośnie wciska się przez nieszczelności rolet w naszym apartamencie na 15. piętrze skutecznie nas budząc. Wstajemy i otwieramy okna. Co za widok! I jaka pogoda! Szybko zjadamy śniadanko - kompozycje owoców dostarczane dla sieci Marks & Spencer's prosto z RPA i ruszamy na kolejny spacer po niemal dziesięciomilionowej metropolii o niepowtarzalnym charakterze, zaskakującej architekturze i multikulturowym nastroju.


Metrem z jedną przesiadką udajemy się wprost do tej części miasta, w której jest chyba najwięcej jego symboli: Big Ben, parlament, Westminster Abbey, a od przełomu XX i XXI wieku - także obracające się dostojnie London Eye


Wprost ze stacji metra Westminster udajemy się na pobliski Parliament Square, z którego patrzy na nas niezbyt zapraszająco ponad 2,5-metrowy Winston Churchill z brązu stojący tu od 1973 roku. Nie bez kozery pomnik przywódcy ustawiono właśnie tutaj - on sam za życia wskazał to miejsce jako to, gdzie powinna stanąć kiedyś jego statua. Co ciekawe dzieło Ivora Roberts-Jonesa doczekało się aż trzech replik - jednej w angielskiej dzielnicy Oslo, drugiej w Halifax w Toronto, trzeciej zaś w australijskiej Canberze.


Niejako na tyłach Churchilla - i dalej niż on od budynków parlamentu - stoją inne pomniki: kilku brytyjskich premierów, w tym David Lloyd George z rozwianymi połami płaszcza, Abraham Lincoln oraz Jan Smuts i Nelson Mandela reprezentujący na skwerze RPA. Stare miesza się tu z nowym - niektóre pomniki pochodzą z XIX wieku, najnowsze - George'a oraz Mandeli - postawiono tu w roku 2007.


Skwer - już sam w sobie dostojny - otoczony jest przez miejsca jeszcze dostojniejsze: budynek sądu najwyższego, wspomniany już parlament i Westminster Abbey. Niestety zwiedzanie tych dwóch ostatnich to niebagatelny koszt, więc ograniczamy się do ich kontemplacji z zewnątrz. 


Neogotyckie wieże kolegiaty Św. Piotra w Westminsterze, której początki sięgają X wieku - miejsca koronacji królów i pochówku 3300 zasłużonych zmarłych - lśnią w słońcu. A my aby przypomnieć sobie nastrój panujący w Westminster Abbey wchodzimy do niejako "gratisowej próbki" stojącej po lewej stronie od głównego wejścia do katedry - i dostępnej bez opłat dla wszystkich zwiedzających - czyli do Kościoła Św. Małgorzaty


Gdy chwile się zastanowić, pojawia się pytanie, po co obok tak dużego i znacznego kościoła zbudowano w XII wieku i potem przez stulecia utrzymywano drugi, zdecydowanie mniejszy. Otóż Świętą Małgorzatę wznieśli mnisi - Benedyktyni - dla zwykłych ludzi, dla których progi świątyni dobrze urodzonych były za wysokie. Kilka wieków później okazało się, że bogactwo Westminster Abbey nie odpowiada też purytanom zasiadającym w parlamencie i msze postanowili odprawiać w skromniejszych okolicznościach - co czynią zresztą do dziś: to w St. Margaret's Church odbywają się regularnie Parliamentary Services.  Skromność to oczywiście rzecz względna - nam wnętrze wydaje się całkiem imponujące. 


Zasiadamy w ławkach wyposażonych w poduszeczki pod kolana. Spoglądamy na panelowy dach podwieszony pod zaokrągloną nawą, na szesnastowieczne witraże w oknach - z których nie wszystkie przetrwały dziejowe burze - i na gotycki ołtarz.


Po chwili refleksji nad religią stworzoną przez Henryka VIII Tudora, który - by uzyskać rozwód, na który nie zgadzał się papież - ogłosił się „jedyną i najważniejszą głową na Ziemi kościoła anglikańskiego", nad religią bez celibatu i od niedawna także bez słów typu "diabeł" i "piekło" w formułkach (uznano je za przestarzałe i zbyt drastyczne)  wychodzimy na słoneczne ulice i przez liczący ponad 150 lat Westminster Bridge idziemy na drugą stronę Tamizy. W tle majaczy mi hotel Park Inn, w którym miałam kiedyś przyjemność mieszkać. W kawiarni koło londyńskiego akwarium pijemy kawę w uśmiechniętych kubkach i jemy croissanty z widokiem na Big Bena


Przeciskamy się przez tłum turystów stojących w kolejce do 45-minutowej rundki na London Eye i dochodzimy do budki z biletami na stateczki po Tamizie. Za 8 funtów kupujemy bilet na obiekt pływający z otwartym górnym dekiem, który nie tylko w pół godziny zawiezie nas do Tower of London, lecz również dostarczy wiedzy i rozrywki - dzięki animatorowi ze swadą opowiadającemu o ciekawostkach związanych z zabytkami znajdującymi się po obu stronach rzeki i z kolejnymi mostami przelatującymi nam nad głowami.


Najpierw przepływamy pod Hugerford Bridge. Machamy do przechodzących po nim osób - podobno ci, którzy odmachują, na pewno nie pochodzą z Londynu. Dalej przy pirsie stoi zacumowana łódka z pubem na pokładzie. Ponoć była na niej kiedyś galeria sztuki, ale zbankrutowała; jeden dzień w charakterze baru przyniósł jej właścicielom większy dochód niż miesiące, w których funkcjonowała jako miejsce wystaw sztuki.


Po lewej stronie mijamy ledwie widoczną z tej odległości Igłę Kleopatry. Kolumnę tę podarował Brytyjczykom w roku 1819 władca Egiptu i Sudanu Muhammad Ali w upamiętnieniu zwycięstw Lorda Nelsona i Sir Ralpha Abercromby'ego. 


Kolejny most - Waterloo Bridge z 1945 roku - zwany jest, jak podkreśla przewodnik, "the ladies' bridge". Po pierwsze dlatego, że ekipa jego konstruktorów składała się głównie z kobiet, po drugie zaś - bo zbudowano go z samoczyszczącego się kamienia, który zawsze wygląda schludnie i na którym deszcze nie pozostawiają zacieków. 


Kolejna ciekawostka przesuwa się przed naszymi oczami od strony prawej burty - to Teatr Narodowy z 1976 roku nazywany przez niektórych najbrzydszym budynkiem świata. W czasie uroczystego otwarcia opisano wygląd betonowej bryły jako "estetykę przełamanej formy", ale potem już prawie nikt nie był tak łaskawy. Książę Karol zażartował nawet, że architekt w gruncie rzeczy sprytnie umieścił elektrownię atomową w środku miasta unikając protestów. 


Mijamy charakterystyczny budynek OXO, w którym logo sprytnie ukryto w formie detali architektonicznych, i wypatrujemy gości w znajdującej się u jego szczytu restauracji Harveya Nicholsa, w której ponoć za poniżej 100 funtów można zamówić ledwie małą porcję fish & chips.


Przed nami kolejna atrakcja: Blackfriars Bridge - biało-różowa metalowa konstrukcja z 1869 roku zaprojektowana przez Josepha Cubitta. Przepływając pod nim należy pocałować ukochaną osobę, bo przynosi to szczęście.Pasażerowie naszego stateczku nie wahają się ani chwili - opowieść przewodnika przerywają głośnie cmokania.


Mijamy wystające z Tamizy czerwone kolumny, pozostałość starych przęseł, most kolejowy z 1864 roku oraz słynny Millennium Bridge, który najpierw uroczyście otwarto w czerwcu pierwszego roku nowego tysiąclecia, a potem - po raz drugi - w lutym 2002, po usunięciu usterek. Każdy, kto oglądał "Harry'ego Pottera i Księcia Półkrwi" pamięta spektakularne zniszczenie tej konstrukcji przez śmierciożerców - więc aż miło przekonać się na własne oczy, że był to tylko film...



Z lewej strony widać Katedrę Św. Pawła z prawej pub "Anchor" z zacumowaną obok repliką żaglowca Drake'a (odbywają się na niej pirackie animacje dla dzieci) oraz, nieco przed nim, teatr Globe - w wersji z 1997 roku, bo szesnastowieczny budynek, którego udziałowcem był Shakespeare, spłonął w pożarze. St. Paul bieli się zachęcająco na tle nieba - dziś jeszcze się do niego wybierzemy.


Kolejny most to London Bridge. Stojąca tu ówczesna konstrukcja - zbudowana w latach 1967-73 i odnowiona po niefortunnej kolizji z okrętem wojennym HMS Jupiter w 1984 roku - jest trzecim lub czwartym wcieleniem mostu: przejście przez rzekę istniało tu już bowiem 2000 lat temu, za czasów rzymskich. W tle wyrasta niezwykle smukły "odłamek szkła" - Shard of Glass, ukończony w 2012 roku 87-piętrowy drapacz chmur będący obecnie najwyższym budynkiem w Unii Europejskiej. Architekt, który go stworzył, Renzo Piano, sam ma w nim apartament.


Prawą burtą mijamy HMS „Belfast” – krążownik Royal Navy z okresu II wojny światowej obecnie udostępniony dla zwiedzających, których jest na nim rzeczywiście sporo. Nic dziwnego: zasłużony w służbie w ramach Osiemnastej Eskadry Krążowników "Belfast" to największy okręt-muzeum w Europie. 


W tle widzimy drugie - po Swiss RE Tower - londyńskie "jajko": City Hall projektu Normana Fostera, otwartą w roku 2002 siedzibę mera Londynu. Dzięki swemu oryginalnemu kształtowi obiekt jest wewnątrz doskonale doświetlony we wszystkich porach dnia.


Nasz rejs dobiega końca - ale zanim wysiądziemy wydamy jeszcze jedno westchnienie zachwytu: tym razem na widok wyrastającego przed nami imponującego i pod względem rozmiaru, i wiktoriańskiej konstrukcji Tower Bridge. Otwarty w roku 1894 most uważany był za cud myśli inżynierskiej - choćby ze względu na ważący ponad 2000 ton napędzany parą mechanizm, który regulował otwarcie środkowej części konstrukcji - tak, by przepływać pod nim mogły nawet największe statki. Obecnie - dzięki jeszcze bardziej zaawansowanemu napędowi elektrycznemu - most otwiera się w 90 sekund. Kiedyś nawet udało mi się zobaczyć to na własne oczy. 



Wysiadamy przy Tower Pier, nasz przewodnik ze statku ustawia się z czapeczką czekając na napiwki i tłumacząc, że może świadczyć swe usługi tylko dzięki datkom turystów. Jest to kwestia, która uderza mnie tu w wielu miejscach - na przykład w Tower of London, do którego właśnie idziemy: na co idą pieniądze za regularne bilety, skoro wszystko funkcjonuje tu rzekomo tylko dzięki DODATKOWYM wpłatom? Dużymi literami napisano, że trzeba zapłacić za wejście 22 funty, a mniejszymi, że mamy prawo zrezygnować z 2 funtów dobrowolnej darowizny przeznaczonej na otwieranie kolejnych fragmentów obiektu dla zwiedzających. Jeśli ktoś nie zna angielskiego lub nie doczyta tej informacji i nie poprosi w kasie wyraźnie o opcję "excluding donation", to nawet nie będzie wiedział o swoim szczęściu zostania filantropem... Zresztą - na co przeznaczane jest te niemałe przecież 20 funtów, skoro to te 2 dodatkowe inwestowane są w obiekt, który będziemy zwiedzać?... Te pytania już po raz kolejny zaprzątnęły moją głowę. I muszę przyznać, że sympatyczniejsza wydaje mi się opcja stosowana tu w muzeach państwowych - wejście bez opłaty, ale za to liczne skarbonki w kolejnych salach zachęcające do w pełni dobrowolnych datków. 



A jeśli chodzi o finansowe wsparcie Tower, to można zrobić to też w sklepiku z pamiątkami zlokalizowanym nieopodal kas. Konia z rzędem temu, kto tam wejdzie i nic nie kupi. Gadżety ułożone są tu tematycznie, kolorystycznie, w zależności od użytych materiałów... Skórzane drobiazgi w królewskim fiolecie, dalej metalowe figurki, w osobnej sali T-Shirty i bluzy, dalej herbaty i dżemy... Długo by wymieniać. Powiem więc tylko, ze miejsce to jest jeszcze bardziej niebezpieczne dla portfela niż kasy biletowe wyciągające dodatkowe 2 funty za wejście.


Idąc w kierunku bramy mamy wrażenie, że ktoś na nas patrzy... To rodzina lwów wykonanych z siatki ogrodzeniowej przez artystkę Kendrę Haste specjalizującą się w tworzeniu rzeźb z galwanizowanego drutu. Na terenie Tower zaskoczy nas jeszcze kilka jej dzieł: choćby stado małp czy wychylający głowę z muru słoń. Konstrukcje te są hołdem dla królewskiej menażerii założonej tu w XIII wieku. Zoo składające się z różnych gatunków, często egzotycznych, które pojawiały się tu głównie jako prezenty dla monarchów, przetrwało aż 600 lat - zamknięto je dopiero w XIX wieku. Teraz upamiętnia je wystawa w jednej z wież.


Przy bramie na teren zostajemy zatrzymane przez dwoje strażników wykonujących pobieżną kontrolę torebek - mały nóż pewnie by przeszedł, granat też; kontrola ma chyba aspekt bardziej psychologiczny niż realny.W każdym razie z tylko lekko naruszoną prywatnością udajemy się za średniowieczne mury, w których czeka moc atrakcji: od licznych wystaw ukrytych w kolejnych wieżach, które mija się idąc wzdłuż średniowiecznymi murami poprzez imponującą zbrojownię w White Tower po skarbiec królewski z niewyobrażalną kolekcją klejnotów koronacyjnych. Ale po kolei.



Schodkami wchodzimy na grube mury obronne okalające kompleks historyczny, którego najstarsze części wzniesiono w 1078 roku dla Wilhelma Zdobywcy i które przez całe średniowiecze było siedzibą władców. Dzięki makiecie możemy zobaczyć, jak duże jest dziś to rozbudowywane przez stulecia założenie. Fragmenty murów łączą poszczególne wieże z różnych czasów, w których obecnie znajdują się wystawy poświęcone kolejnym władcom oraz ich czasom. W ich wnętrzach panuje chłód - 3,6-metrowe ściany skutecznie oddzielają nas od słonecznej pogody.



Zaczynamy od trzynastowiecznej wieży zbudowanej przez Edwarda I w XIII wieku. Wystawa w niej zrobiona jest interaktywnie - tak, że czujemy się wciągnięci w bieg historii. Oglądamy film o władcy, który opracował zręby brytyjskiego systemu prawnego, potem przechodzimy do sali, w której można dotknąć próbek materiałów i płytek ceramicznych stosowanych w ówczesnych czasach w wystroju zamkowych wnętrz. 


Wąskie przejścia, schodki w górę i w dół wiodą nas do kolejnych wież - z kolejnych epok. teraz więc jesteśmy w Wakefield Tower zbudowanej dla Henryka III, ojca Edwarda I. Wstawiono  tu meble będące kopią tych stosowanych w XIII wieku - możemy więc zobaczyć, jak wyglądał średniowieczny tron czy wyposażenie kaplicy.


Dalsze wystawy prezentują różne aspekty życia w średniowieczu. Mamy więc na przykład zbiór artefaktów religijnych. Zachwyca mnie miniaturowy przenośny ołtarzyk z kości słoniowej - jego wykonanie jest niewyobrażalnie misterne. Obok w witrynie pokazano stylus - nieco przypominający współczesne rysiki do urządzeń elektronicznych, ale zdecydowanie bardziej bogato zdobiony. Z tablic informacyjnych dowiadujemy się, że Henryk III był władca niezwykle religijnym - codziennie uczęszczał na trzy msze oraz wydawał jedzenie dla 500 biedaków widząc w ich cierpieniu męki samego Jezusa.


W wieży, w której funkcjonowało więzienie, na ścianach wciąż są napisy wyryte przez skazanych. Jest też element multimedialny - maszyna do głosowania: każdy zwiedzający może wybrać, jak powinno się traktować więźniów. 219 tysięcy zagłosowało dotąd za zapewnieniem im komfortu i maksimum wolności, a niemal cztery razy tyle za stosowaniem ciężkich kar i spartańskich warunków w celach...


Moje smutne refleksje na szczęście przerywa żarcik, bo i humorystycznych elementów nie brakuje w wystawach na murach. W poniedziałek 14 czerwca 1381 roku ukradziono następujące przedmioty. Prosimy o kontakt każdego, kto wie coś o tej sprawie.


Schodzimy z murów i idziemy do skarbca. Kolejne ciemne komnaty z klejnotami koronacyjnymi niezwykłej urody, których piękno potęguje też specjalne oświetlenie, wciągają nas w historię monarchii z jej wszystkimi zwrotami akcji - w tym z jej likwidacją w 1649 roku w czasie wojen domowych i przywróceniem dziesięć lat później. Absolutny zakaz fotografowania uniemożliwia utrwalenie wspomnień, ale i tak pozostaną one długo żywe. Animowana inscenizacja pochodu koronacyjnego. Przepełniona smutkiem po śmierci ojca królowa Elżbieta II na filmie z koronacji. Złote jabłka, inkrustowane berła i rękojeści mieczy. Złote płaszcze koronacyjne. Miniaturowa codzienna korona na czubek głowy zakładana przez królową Wiktorię. Model diamentu Koh-i-Noor, pierwszych cięć i szlifów kolejnych diamentów.  W każdej kolejnej sali skarbca napięcie rośnie, a w ostatniej osiąga kulminację: w szklanej skrzyni w centrum czarnego pomieszczenia błyszczy korona Elżbiety II. Ważące 2,23 kilograma cudo ozdobiono 444 klejnotami, m.in. diamentami, topazami, rubinami, ametystami, szafirami i turmalinami. U dołu widać gronostajowy otok, u góry - krzyż osadzony na globie. Korona podróżuje czasem do właścicielki w specjalnej skrzyni, którą notabene też można obejrzeć przy wyjściu ze skarbca.

Dla ochłonięcia po kontakcie z takim przepychem jem loda - 2,25 funta za kulkę. I obserwuję zmianę warty - strażnicy maszerują w śmiesznych butach z czapami nasuniętymi na oczy. Jeden coś skanduje, inni się skłaniają - po pięciu minutach wszystko wraca do status quo i mężczyzna w czerwonym mundurze stoi nieruchomo przy budce wartownika.


Resztę loda jem na ławce koło ozdobnej armaty z brązu. Ważący niemal 6 ton eksponat przywieziono tu z Malty na początku XIX wieku. 


Nasz ostatni punkt naszego dzisiejszego zwiedzania Tower of London to zbrojownia - by ją zobaczyć, wchodzimy po schodach do wejścia do White Tower. Zbiory ukryte na kolejnych poziomach wieży są imponujące - poczynając od zbroi dla rycerzy i ich koni poprzez na przykład drewniane figury służące eleganckiej ekspozycji królewskich zbiorów - bo zbrojownia pełniła też ważne funkcje reprezentacyjne.


W sali gromadzącej prezenty dla króli podziwiamy między innymi oryginalny indiański pióropusz. Dalej w izbie multimedialnej dzieciaki próbują swych sił w strzelaniu z łuku oraz w trafianiu kulą w ruszający się na ekranie komputera obiekt. Można też wciąć tu udział w quizie wiedzowym. Gdy na panelu wyświetla się pytanie, która broń wymaga największego kunsztu od swego użytkownika, trzeba stuknąć w przycisk mieczem, inne wymaga stuknięcia siekierą - i tak dalej. Największe wrażenie wywiera na mnie stanowisko, na którym na własne oczy i uszy można się przekonać, jak niewiele widać i słychać przez średniowieczny hełm bojowy przypominający trochę nakrycie głowy Lorda Vadera. Nie bez kozery Monty Python ekipę wyruszającą po Graala ubrał w puszki - wkładając głowę w eksponat czuję się bowiem dokładnie jak zamknięta w puszce.


Wychodzimy z białej wieży wypatrując z góry kruków, które jak wiadomo są symbolem Tower. Legenda głosi, że dopóki na tutejszych wieżach będą siadały te duże czarne ptaki, dopóty trwać będzie imperium brytyjskie. Trochę mnie to niepokoi, bo kruków widzimy jak na lekarstwo i głównie w klatkach. Najwyraźniej wyparte zostały przez mewy.

Jeśli już o legendach mowa, to nie spotkałyśmy też na szczęście ducha Anny Boleyn, który przechadza się ponoć po tutejszych kaplicach z głową pod pachą.

Aby wizyta w Tower była kompletna, pozuję z jednym ze strażników - tak zwanym Yeomen Warder. Trudno w to uwierzyć, ale straż ta powołana została już w XV wieku przez Henryka VII. Angażowano do niej jedynie kandydatów pochodzących spośród yeomenów - średniorolnych chłopów, posiadających konie - stąd nazwa. Potocznie mówi się o nich notabene "beefeaterzy" - podobno z uwagi na zagwarantowane im od wieków racje wołowiny.


Stacja metra koło Tower nie działa, więc spontanicznie wsiadamy do autobusu numer 15 - na tablicy ma napisane "St. Paul's", więc powinien dowieźć nas w okolice katedry. I rzeczywiście, po półgodzinnym przebijaniu się przez korki wysiadamy przed słynną białą budowlą i z charakterystycznymi schodami oraz widoczną z daleka kopułą o średnicy 50 metrów. Przed udaniem się do wnętrza na strawę duchową, idziemy do pobliskiego pubu Garfunkel's posilić się pożywnymi brytyjskimi daniami: fish & chips z puree z groszku, klasyka.


W Świętym Pawle akurat odbywa się msza anglikańska, siadamy więc w tylnej ławce, by nie przeszkadzać. Myślimy o historii tego miejsca zbudowanego na przełomie XVII i XVIII wieku w stylu klasycyzującego baroku na zgliszczach wcześniejszej świątyni strawionej przez pożar. Wnętrze - teraz wypełnione wiernymi - uderza symetrią i elegancją. I wywołuje wspomnienia nawet w tych, którzy nigdy tu nie byli ze względu na transmitowaną na cały świat i wielokrotnie retransmitowaną ceremonię ślubu Karola Windsora i lady Diany Spencer.


Dzień w Londynie jest nadspodziewanie długi, po chwili kontemplacji wnętrza świątyni udajemy się więc 15-ką do jej końcowego przystanku, czyli na Trafalgar Square. Stojące tu gigantyczne czarne lwy, na które ciągle się ktoś wspina, nie są niczym zaskakującym - w przeciwieństwie do niebieskiego koguta. Stojąca tu od lipca 2013 roku niemal pięciometrowa rzeźba niemieckiej artystki Kathariny Fritsch ma symbolizować - jak czytam na portalu BBC News - siłę i regenerację. jej obecność w tym prominentnym miejscu zaplanowano na 18 miesięcy.


Wiem na pewno, czego kogut NIE symbolizuje: miłości do ptaków - na Trafalgar Square ustawiono nierzadkie w Londynie tablice z zakazem karmienia gołębi.


Chłoniemy nastrój miejsca. Przed nami galeria narodowa, wokół nas tłumy ludzi, a 50 metrów nad nami admirał Nelson w czapce, która pozwala laikom pomylić go z - o zgrozo - Napoleonem. Piedestał pomnika wybudowanego w połowie XIX wieku ozdabiają płaskorzeźby odlane, co ciekawe, z przetopionych francuskich armat zdobytych w czasie działań wojennych. Przedstawiają one - jak czytam w przewodniku - bitwę koło Przylądka św. Wincentego (1797), bitwę morską pod Abukirem (1798), bitwę pod Kopenhagą (1801) i bitwę pod Trafalgarem (1805), w której Nelson poniósł śmierć.


Od historycznej części dzisiejszego spaceru miękko przechodzimy do jego części filmowej: metrem udajemy się do osławionej dzielnicy Notting Hill w poszukiwaniu nastrojów i kadrów ze słynnego filmu w Julią Roberts i Hugh Grantem. Pewnie inaczej jest tu w czasie sierpniowych parad ulicznych w stylu karaibskim - bo dziś dzielnica wydaje się raczej ospała.


Mijamy małe sklepiki, second handy  z ubraniami i płytami, salony fryzjerskie, knajpki. Z ulic wyglądają rzędy identycznych domków. Gdzie jest jakiś ślad romansu Williama z Anną Scott?... Nagle rzeczywiście na niego natrafiamy: jedna z niepozornych knajpek kryje na tyłach secret garden. Wyobrażam sobie, że dokładnie ten, w którym Ann leżała z głową na kolanach ukochanego i czytała książkę.


Wbrew temu, co zaczęłyśmy podejrzewać - a mianowicie, że słońce dziś nie zajdzie - jednak zaczyna się zmierzchać. Długi dzień kończą sceny rodzajowe w metrze - dwie małe Hinduski w różowych sukieneczkach rywalizują o kolana tatusia, młoda dziewczyna prezentuje dumnie tatuaże w stylu pinup, bezdomny przechadza się z puszką. Współczesny Londyn jest już mocno niedickensowski, ale równie fascynujący co w tamtych czasach.


***
TRASA SPACERU:

(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)


 ***
ZAPRASZAM TEŻ NA INNE LONDYŃSKIE SPACERY: 

No comments:

Post a comment