Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

6.24.2013

/MAJORKA/ W Palmie pod palmą


Majorka - wyspa 550 kilometrów wybrzeża i ponad 200 plaż, a w jej sercu Palma zwana małą Barceloną, labiryntem smaków, perłą mauretańskiego stylu. Miasto, w którym można i pozwiedzać, i potańczyć, a także dobrze zjeść, pokąpać się w morzu oraz poplażować. 


"Majorkańczyk zawsze znajdzie jakiś powód, aby się nie spieszyć. Życie jest takie długie!" - pisała George Sand w swych wspomnieniach zatytułowanych "Zima na Majorce". Jej słowa były wprawdzie ironiczne, lecz słodka mañana jest chyba rzeczywiście najlepszą strategią, by dobrze wypocząć pod tutejszymi palmami. Najlepiej z kieliszkiem Sangrii wzbogaconej lodem i owocami.
 


Do Palmy leci się z Warszawy trzy godziny - znaleźć się tam więc można szybciej niż na przykład w Kołobrzegu. Lotnisko jest blisko miasta, do centrum kursują autobusy: jedynka zawozi nas w pół godziny w okolicę hotelu. Nazwy kolejnych przystanków wyświetlane są na panelu wewnątrz pojazdu, więc niezależnie od pory dnia trudno się pomylić.

Jak przyjemnie spędzić tu dzień? Do 16 pozwiedzać, by uniknąć leżenia na plaży w największy upał, potem napić się wina z widokiem na imponującą katedrę La Seu lub podcienia na Plaça Major (w jednej z pizzerii można tam zostać obsłużonym nawet po polsku ;-)), następnie w opcji topless lub classic bez strachu przed oparzeniami słonecznymi porozkoszować się białym piaskiem i słoną wodą, a wieczorem potańczyć w jednym z licznych klubów.  


Rano można naładować akumulatory dobrym śniadaniem. Kawa "con leche', sok wyciskany z pomarańczy i hiszpański omlet - z dużą dawką ziemniaków i jajek oraz w towarzystwie bagietki. Po takim zestawie ochota na paellę lub hamburgera - królową i króla większości tutejszych lokali - przychodzi dopiero po południu. A nawet wieczorem, jeśli w międzyczasie człowiek skusi się jeszcze na lukrowane ciastko


Zwiedzanie warto zacząć od promenady Passeig de Born, która od dziesięcioleci jest świadkiem i fiest, i demonstracji. Jedna z nich właśnie się odbywa - kilka osób skanduje lewicowe hasła i macha transparentami, a policjanci z pewnej odległości pilnują, by sytuacja nie wymknęła się spod kontroli. W tle tego spektaklu rozgrywa się inny, mniej poważny: spiderman w klapkach sprytnymi ruchami sznurka rozpiętego między dwoma patykami wyczarowuje wielkie kolorowe bańki mydlane. Rosną, mienią się w słońcu i giną śmiercią naturalną lub rozerwane palcem któregoś z przechodniów. 


Od strony sfinksów, które z gracją i symetrią zamykają ten odcinek Passeig de Born (napis BOSS w tle jednego z nich sugeruje nawet, że to ONE tu rządzą), widać już imponującą La Seu zwaną katedrą morza ze względu na bliskość tego akwenu, katedrą światła z powodu zdobiących ją 87 okien oraz katedrą przestrzeni - nawa główna ma ponad 120 metrów długości, a szerokość świątyni to dumne 55 metrów. Historia tej wspaniałej budowli sięga XIV wieku, ale są w niej też liczne nowsze elementy wystroju - jak na przykład ustawiony w miejscu barokowego ołtarza kontrowersyjny kuty baldachim autorstwa Gaudiego.


Katedrę warto podziwiać w niedzielę w czasie, gdy teoretycznie nie jest otwarta dla zwiedzających. W godzinach oficjalnego zwiedzania wstęp do niej (i do znajdującego się w niej Museu de la Catedral) kosztuje bowiem 6 euro, a w okolicach niedzielnych nabożeństw można wejść bez biletu. 

Gra świateł w La Seu jest niezwykła nie tylko dzięki licznym oknom. Środek budowli rozświetla także rozeta o średnicy 11,5 metra - ponoć największa gotycka rozeta na świecie. Składa się ona z ponad 1230 kawałków kolorowego szkła bajecznie ożywianego śródziemnomorskim słońcem. Z ciekawostek warto też wypatrzyć nietypową płaskorzeźbę przedstawiającą Ostatnią Wieczerzę - stół w niej ułożony jest pod takim kątem, by oddawał nieco perspektywę, ale by nie wystawał za bardzo ze ściany. W efekcie wygląda on tak, że zamiast podziwiać postaci wokół stołu człowiek podświadomie zastanawia się, czemu jedzenie nie spada z blatu i dlaczego właściwie apostołowie jedzą... hamburgery :-)


Budowlę warto obejść błądząc w okalających ją wąskich uliczkach. Są w nich kolorowe sklepy z pamiątkami, z których towar wylewa się we wszystkie strony przyciągając kolorami wzrok turystów. Sukieneczki do flamenco, mozaikowe jaszczurki, dewocjonalia, sobreros. Mierzymy kapelusze z szerokim rondem. Szkoda, że nie zmieszczą się do walizki... Na lotnisku okaże się, że co sprytniejsi pasażerowie wywożą na głowie nawet po kilka okazów z dużymi rondami.   


Jednak najpiękniejszy widok na katedrę rozciąga się od strony morza. Idąc w dół do Parc de La Mar mijamy ulicznych handlarzy prezentujących na chodniku podróbki Ray-Bana i Louis Vuittona. Mająca dobre 1,80 metra wzrostu Hiszpanka (a może Hiszpan?) w stroju flamenco zachęca do wspólnej fotki. Pytam się o cenę. Co łaska, a właściwie "ile podpowie ci serce" - odpowiada. Sprytna strategia - bo na przykład hasło typu 2 euro mogłoby odstraszyć klientów, a apel do serca zmiękczy prawie każdego. Pozując słyszę, że Hiszpan(ka) w oczekiwaniu na klientów słucha sobie muzyki z MP3-ki. Fakt, że o dziwo tłumów w Palmie nie ma. Albo to nie sezon, albo inne wyspy są teraz bardziej modne. Choć oczywiście w hotelu z rana pierwszym językiem, jaki słyszę, jest niemiecki. W końcu jestem w - jak słyszałam ostatnio w "Circus HalliGalli" - siedemnastym landzie. 


Idziemy dalej w dół. Magik wisi na kiju, który trzyma w ręku drugi magik; jak oni to robią? Fotografujemy się z wachlarzem kupionym w sklepiku koło katedry i zasiadamy na tarasie The Guinness House. Jest stąd rzeczywiście - tak jak lokal chwali się na stronie internetowej - najpiękniejszy widok na katedrę, a ponadto - wbrew nazwie - serwowane jest tu także smaczne hiszpańskie wino. Idealne miejsce na relaks, uprzyjemniany jeszcze występem akrobatów, szybko niestety przerwanym przez kelnerki, które nie chcą, by ich potencjalne napiwki lądowały w kapeluszu artystów.


Do lat 60-tych XX wieku morze sięgało aż do murów miejskich. Teraz zastępuje je tu sztuczne jezioro, w którym odbija się katedra. Okolone jest ono Parc de La Mar, w którym z jednolitego beżowego tła wybijają się kwitnące kwiaty, równo rosnące palmy, kolorowy mural autorstwa Joana Miro.


Park zamyka Passeig Maritim wyglądający trochę jak promenada, po której w "Californication" przechadzał się z córką Hank Moody. Oddziela on starówkę od morza niczym cięcie nożem - tak inaczej tu niż nad Bałtykiem, gdzie do wody idzie się mijając las, krzewy i wydmy. Po szosie na Passeig Maritim suną samochody, dalej piesi idą w kierunku plaży, potem po specjalnej drodze mkną wrotkarze i rowerzyści. To oni, a nie piesi, mają najpiękniejszy widok na fale uderzające w skały i na złoty piasek plaży. Po rozgrzanych płytach miło jest iść na bosaka; nie leży tu ani jeden niebezpieczny dla stóp śmieć, pet czy butelka - cała Palma jest zresztą bardzo czysta. Może to jednak nie Kalifornia, może to Miami... Mija nas właśnie żółty kabriolet - czy nie takim jeździła jedna z ofiar Dextera?


Na plaży tłum się smaży, niektóre panie opalają większy procent ciała niż inne, obok nas jakaś matka pokrzykuje "Alejandro, Alejandro" na uciekającego jej niesfornego malca. Słyszę w głowie Lady Gagę i skaczę wraz z falami rozkoszując się przyjemną temperaturą wody - ma pewnie gdzieś 25 stopni. Nie można się jednak oddać się relaksowi w pełni, bo stale trzeba zerkać na torebkę. Młody chłopak właśnie delikatnie kopie ją nogą sprawdzając, czy ktoś się zainteresuje rzeczami, czy też można je sobie przywłaszczyć. Nasz sprint powoduje, że odchodzi jak gdyby nigdy nic. Może nam się tylko zdawało?


Gdy już plaża się znudzi - choć niektórym nie nudzi się chyba nigdy sądząc po stopniu zaróżowienia ciał - można znów iść do miasta. W uliczkach kryją się urokliwe sklepiki, winiarnie, salony jubilerskie sprzedające majorkańskie perły oraz klimatyczne podwórza. Błądząc warto dojść na Plaça Major wyglądający jak mniejszy brat barcelońskiego Plaça Reial. Tutaj też uliczni artyści zabawiają kawiarnianych gości, a spacerowicze podnoszą głowy podziwiając rytmiczne arkady. Warto też zobaczyć spokojniejszą siostrę barcelońskiej Rambli. Ta majorkańska jest znacznie węższa i mniej zatłoczona. Gdy chodzi się ulicami, w oczy rzucają się paszcze wjazdów do parkingów podziemnych, które co jakiś czas wyglądają z podziemia: dzięki temu systemowi parkujące samochody nie blokują chodników. Zresztą po Palmie równie miło jest jeździć, co spacerować: ruch uliczny odbywa się tu niezwykle sprawnie, a autobusy punktualnie podjeżdżają na przystanki. 


Miasto kryje dużo pereł, nie tylko tych wyławianych z morza: niemal każdy tutejszy zakątek przy bliższym oglądzie wydaje się ciekawy. Tu patrzy na nas maszkaron, tam siedzi zamyślona rzeźba, ówdzie mury ożywia oryginalne graffiti. Latające nad starówką mewy oznaczają mnie "na szczęście". Idziemy dalej. Koło portu rozciąga mały bazar z rękodziełem. Zaciekawiają nas na nim barwne, niemal karaibskie obrazy, które przy bliższym oglądzie zdradzają swoje recyklingowe pochodzenie. Ciekawe są też kolorowe plecionki na bazie sznurka. 


Noc na Majorce należy do klubów. Otwierając swe podwoje około 23.00 zmieniają one całkowicie oblicze miasta. Wersję pastelową i leniwie upalną zastępuje wersja pełna świateł, dźwięków i jaskrawych kolorów. Wzdłuż Avenidy Gabriel Roca kluby sąsiadują z klubikami, a bary z kafejkami. Można napić się tam mohito, a potem tańczyć do rana przy rytmicznym reggaetonie. Nowe hity mieszają się ze starszymi, "ajajaj, ajajajaj" śpiewa cała sala. Około 1.00 wpada ekipa niemieckiej telewizji i kręci w klubie sceny do jakiegoś reality show. Tańczącym zupełnie to nie preszkadza - ruszają się jak w transie. W bocznych uliczkach panie w mini czekają na panów (im bliżej rana, z tym większym znudzeniem na twarzy), a po głównej avenidzie spacerują młodzi tubylcy, ludzie w średnim wieku i turyści podziwiając portowe światła i wstępując na drinki. 


Kolejny dzień, kolejne odkrycia. Minipark wyłożony kolorowymi płytkami przy Av. Joan Miro. Restauracja fińsko-baskijska z wywieszonym menu w suomi i po szwedzku. Plaça Espanya ze statuą przedstawiającą króla Jakuba I Zdobywcę, z którym wiąże się niezwykła historia: ponoć nie zostałby poczęty, gdyby jego matka, królowa, w mroku alkowy nie podała się za kochankę niewiernego króla-ojca. 


Słońce praży, ale powietrze jest na tyle suche, że upał nie doskwiera. Parasole z białego sznurka szumią na wietrze, palmy odcinają się od błękitu nieba, a mewy znów dziś może komuś wywróżą szczęście. Gdybym miała wybierać Polsce siedemnaste województwo, to też wybrałabym Majorkę.




***
TRASY SPACERÓW PO PALMA DE MALLORCA:



 (Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)


ZAPRASZAM TEŻ DO OBEJRZENIA MOJEGO VIDEOCLIPU Z PALMY:



6.15.2013

/BERLIN/ TOP 10 atrakcji Berlina na weekend


Berlin leży niecałe 600 km od Warszawy. To idealne miasto na spędzenie weekendu: pierwszy bezpośredni pociąg bladym świtem - chwilę przed 6.00 - w sobotę tam (tak, by w Berlinie być ok. 11.00), ostatni pociąg ok. 17.50 w niedzielę z powrotem (dzięki opcji Berlin-Warszawa Special - http://intercity.pl/en/site/ec-en-m/special-offers/berlin-warszawa/gdynia-specjal.html - można sporo zaoszczędzić: jeśli bilet kupi się do 3 dni przed wyjazdem za pośrednictwem http://rozklad-pkp.pl, to jego koszt waha się między 29 a 39 euro w jedną stronę) - i wbrew pozorom wystarczająco czasu, by poczuć atmosferę stolicy Niemiec i zaliczyć trochę niepowtarzalnych atrakcji. Oto moje osobiste TOP 10 Berlina na weekend.

1. Widokowy rejs po Szprewie 

Nie ma to jak obejrzeć miasto od strony wody. Zwłaszcza Berlin – jest tu bowiem więcej kanałów niż w osławionej Wenecji, a z poziomu rzeki pięknie widać i Reichstag ze szklaną kopułą, w której po spiralnym chodniku niczym mrówki wspinają się turyści, i wyspę muzeów z zabytkowymi budowlami z XIX wieku, i katedrę, i nowoczesne budynki rządowe w Regierungsviertel, i przypominający trochę UFO Dom Kultur Świata z lat pięćdziesiątych… Oraz oczywiście berlińczyków relaksujących się na trawnikach. Zależnie od tego, jaką wybierze się opcję, można sobie pływać z piwkiem nawet kilka godzin. Moja ulubiona trasa to ta godzinna obejmująca główne atrakcje miasta (http://www.sternundkreis.de/de/Unsere-Touren/Innenstadt/K110.htm). Aby ją sobie zafundować, wystarczy dojechać metrem (U-Bahn) lub kolejka miejską (S-Bahn) do dworca Friedrichstraße, przejść do dobrze oznakowanego punktu, z którego startują stateczki i kupić bilet za ok. 12 euro. Rundka rozpoczyna się w sezonie co pół godziny, więc nawet nie trzeba specjalnie planować tej wycieczki.



2. W szklanej kopule Reichstagu 
Szklaną kopułę na budynku parlamentu można zwiedzać od 1999 roku. Jej parametry są imponujące – ma przekrój 38 metrów, wysokość 23,5 metra i wagę ponad 800 ton. Wejście jest nieodpłatne, ale trzeba zaplanować je kilka dni wcześniej. Aby nie pocałować klamki, należy przez Internet zarezerwować termin - wstęp na konkretny dzień i godzinę. Można zrobić to za pośrednictwem formularza na https://visite.bundestag.de/BAPWeb/pages/createBookingRequest.jsf. Zwykle są trzy opcje czasowe do wyboru. Potwierdzenie terminu dostajemy mailem – trzeba go wydrukować i wziąć ze sobą. Po wejściu do budynku musimy poddać się kontroli (podobnej do tej na lotnisku), więc lepiej nie mieć ze sobą scyzoryka czy dezodorantu, a następnie ze strażnikiem wjechać windą do kopuły. Na nią samą wchodzi się po wznoszącym się spiralnym chodniku. Dla zwiedzających przygotowano mikroporty, dzięki którym w czasie spaceru dowiemy się wielu ciekawostek o kopule, samym budynku i niemieckiej demokracji - jeśli chcemy, to nawet w języku polskim.  Piękny finał to spacer po otwartym tarasie u stóp kopuły, z którego rozciąga się widok na dachy okolicznych budynków, Tierpark i wiele zabytków – w tym słynną Bramę Brandenburską. 



3. Currywurst i Weizenbier 
Krojona biała kiełbaska w ostrym sosie pomidorowym z curry oraz piwo pszeniczne to typowy berliński zestaw. Pierwszy kontakt z tymi smakami może być zaskakujący, ale warto zaryzykować. Można to zrobić już w jednym z barów na Dworcu Głównym (Hauptbahnhof), od razu po wyjściu z pociągu, można też skorzystać z jednej z kultowych budek w centrum miasta. Jedną z najbardziej znanych jest ta przy słynnej zachodnioberlińskiej ulicy Kurfürstendamm (zwanej potocznie Ku-damm) 195 (http://www.tripadvisor.com/Restaurant_Review-g187323-d983826-Reviews-Bier_s_Kudamm_195-Berlin.html). Można tez wybrać wersję bio – na przykład w jednej z filii baru Witty’s (http://www.wittys-berlin.de/). Z piw pszenicznych polecam Berliner Weiße.



4. Na antycznych Schodach Zeusa
Muzeum Pergamońskiego specjalnie polecać nie muszę – jest ono chyba na wszystkich top listach berlińskich atrakcji. Ale ja chciałabym je zarekomendować z pozycji osoby, która niespecjalnie interesuje się sztuką antyczną – głównie ze względu na samo przeżycie obcowania z gigantycznymi budowlami, które znajdują się w tym obiekcie. Niezwykłe dla mnie było to, że ołtarza pergamońskiego nie ogląda się tu zza tabliczki „nie dotykać eksponatów”, lecz że można poczuć się tu jak w kapsule czasu wchodząc po Schodach Zeusa na samą górę antycznego cudu. Niezwykłe wrażenie robi też zrekonstruowana Świątynia Ateny – kojarząca mi się wizualnie trochę z jordańską Petrą. Nota bene we wszystkich muzeach na wyspie Museuminsel, w których byłam, można robić sobie pamiątkowe zdjęcia – zakazem objęta jest jedynie głowa Nefretete w Muzeum Egipskim, przedmiot sporu między rządami Niemiec i Egiptu. Godziny otwarcia Pergamonmuseum: 10.00 – 18.00, wstęp 10 euro (http://www.smb.museum/smb/standorte/index.php?p=2&objID=27&n=17).



5. Fascynujący świat sztuki nowoczesnej, graffiti i komiksów
Berlin to nie tylko historia, to także centrum sztuki nowoczesnej – w bardzo różnych odsłonach. Niezwykłym przeżyciem (polecanym tylko osobom ze słabym węchem ze względu na mocny zapach uryny) jest Tacheles przy Oranienburgerstraße 54 – zdewastowany budynek skrywający atelier różnego rodzaju twórców i sklepiki. Wchodząc w nim coraz wyżej po schodach można oglądać dziwaczne kukły, odlotowe instalacje, biżuterię z widelców…  Ja szczególnie polecam atelier Tima Roelffsa, w którym za kilka euro można kupić pocztówki z niezwykłymi kolażami (http://www.roeloffs1.de/zencart/index.php), na których trabanty latają z supermanem, a piękności rodem z mangi pokazują biust pod Bramą Brandenburską. (UPDATE: na mocy decyzji administracyjnej Galeria Tacheles przy Oranienburgerstraße została zamknięta. Obecnie można ją zwiedzać wirtualnie na http://kunsthaus-tacheles.berlinin3d.com/)


Jeśli ktoś ma ochotę na obejrzenie prawdziwej galerii różnego rodzaju graffiti, powinien zgubić się w bramach Hackesche Höfe. To trudno opisać, to trzeba zobaczyć na własne oczy… Prócz samej sztuki ulicznej można podziwiać tam też techniki, w których powstają ozdoby bram – sprayowanie odręczne i wsparte szablonami, naklejanie figur z papieru, nakładanie farb strukturalnych. Ciekawostką jest znajdujący się w jednym z podwórzy (a konkretnie w Hof 5) sklepik z setkami gadżetów, także jadalnych, z motywem Ampelmanna - charakterystycznego grubaska ze świateł ulicznych (http://ampelmannshop.com).   


Moim odkryciem popartowym jest duży sklep z komiksami „Modern Graphics” na Oranienstraße 22 na Kreuzbergu (http://modern-graphics.de). Wchodząc przez stare drzwi przechodzimy do innego uniwersum pełnego niezwykłych przygód i niezwykłych bohaterów. Komiksy kolorowe, czarno-białe, nowoczesne i vintage, zabawne i przerażające. Filozofia Kanta w formie komiksu, komiksowy Stary Testament, historia największych dzieł literatury w obrazkach. Można tam spędzić kilka godzin wnikając w zakamarki niezwykłego świata historii opowiedzianych kreską i kolorem.


Dla miłośników sztuki nowoczesnym obowiązkowym przystankiem jest też Berlinische Galerie (http://www.berlinischegalerie.de/home/). Już złożony z liter chodnik przed nią wskazuje, jak ciekawe będzie jej wnętrze. Zgromadzona w galerii wystawa sztuki berlińskiej lat 1880 - 1980 robi ogromne wrażenie - niektóre instalacje nie dają o sobie zapomnieć.

Ulrich Baehr - Kinderfreund (Przyjaciel dzieci)

W Berlinie jest też wiele mniejszych galerii sztuki nowoczesnej - czasami jest tam dosłownie po kilka eksponatów. Kiedyś weszłam do jednej, a tam farby, płachty i drabiny. Myślałam, że trafiłam na remont - ale okazało się, że to wyrafinowana instalacja artystyczna... Jak to mówią Niemcy "Ist das Kunst oder kann es weg?", czyli "Czy to dzieło sztuki, czy można to wyrzucić?".



6. Noc w klubie
W Berlinie są setki klubów – od klasycznych po całkowicie awangardowe. Moje dwa ulubione ich skupiska to stary teren fabryczny na Ostkreuzu oraz oczywiście Kreuzberg. W tym pierwszym nie ma sobie równych „Zum schmutzigen Hobby” przy Revaler Straße 99 (http://www.lonelyplanet.com/germany/berlin/entertainment-nightlife/bar-gay/zum-schmutzigen-hobby). Reklamuje go dmuchana krowa wystawiona w witrynie, na ścianach są zdjęcia przedstawiają czynność, o której pewnie nie można nawet myśleć przed 23.00, jest tam też jedyna w swoim rodzaju otwarta toaleta… W zasadzie jest to gay bar, ale towarzystwo w nim mieszane i kolorowe. W niektóre środy można wziąć udział w quizie prowadzonym przez słynnego berlińskiego drug queen Ninę Queer (http://www.ninaqueer.com/_nq.php), w czwartki obejrzeć na żywo kolejny odcinek niemieckiej edycji top modelek lub innego reality show. I potańczyć do upadłego.


Na Kreuzbergu polecam klub so36 (http://so36.de) na Oranienstraße 19 (prawie naprzeciwko sklepu z komiksami), który zachwycił mnie atmosferą i rozmachem. Obsługa w strojach pielęgniarskich, drink w kostce cukru na wejściu, ogromny lokal – choć z zewnątrz tylko niepozorne obdrapane drzwi. I zegar pod sufitem odmierzający czas – co pół godziny zmiana klimatu i muzyki.  Klub otwierany jest późno, zwykle o 22.00 (czasem wcześniej, jeśli odbywa się koncert na żywo) – warto iść tam po 23.00 i tańczyć do białego rana. 


7. Film i architektoniczna uczta w Sony Center
Budynek Sony Center (http://www.sonycenter.de) na Potsdamer Platz warto odwiedzić z kilku powodów. Przede wszystkim ze względu na jego niezwykłą architekturę: budynki znajdują się pod dachem symbolizującym japońską górę Fujisan. Można tam sobie usiąść w zadaszonym foyer, wypić kawę i zjeść lody. Rajem dla dzieci jest Legoland Discovery Centre. Jeśli chcemy w Berlinie iść do multipleksu, to też warto zrobić to właśnie tu. Dlaczego? W innym kinie w Niemczech trudno jest zobaczyć film po angielsku, bo znakomita większość hollywoodzkich hitów jest dubbingowana, specjalnością Sony Center są natomiast filmy nadawane w języku oryginalnym. 



8. Berlin z góry
Tradycyjnym punktem widokowym jest oczywiście Fernsehturm (http://www.tv-turm.de) – wieża telewizyjna na Alexanderplatz. W zimie nie ma problemu z wjechaniem na górę, ale niestety w lecie do wind na obrotowy taras (bilet wstępu 12 euro) i do restauracji ustawiają się długie kolejki. Jeśli nie mamy ochoty czekać, wystarczy rozejrzeć się i wypatrzyć znajdujący się kilkadziesiąt metrów od wieży hotel Park Inn. Za 3 euro można wjechać tam na taras na czterdziestym piętrze (od poniedziałku do czwartku w godz. 15 - 22.00, w piątek, sobotę i niedzielę od 12.00 do 22.00) i rozkoszować się panoramą Berlina – nawet piękniejszą niż z Fernesehturm, bo z wieży nie widać… jej samej. Dla miłośników mocnych wrażeń hotel oferuje też skok na bungee - base flying  (http://www.parkinn-berlin.de/baseflying-de.html). 



9. Resztki muru i niezwykłe eksponaty w Checkpoint Charlie
Eksponaty tego muzeum bledną być może w porównaniu z historycznymi zbiorami Bode Museum czy Altes Museum. Ale z pewnością muzeum muru – zlokalizowane na byłej granicy stref okupacji Berlina to miejsce jedyne w swoim rodzaju. Już przed wejściem można sfotografować się z kawałkiem pomalowanego Berliner Mauer, w środku zaś - zobaczyć miszmasz niezwykłych pamiątek z ucieczek ze wschodu na zachód. Lotnia, którą ktoś przeleciał nad żelazną granicą, samochody, w którym uciekinierzy chowali się w najdziwniejszych miejscach… Koszt biletu to 12,50 euro (http://www.mauermuseum.de), niestety nie można w środku robić zdjęć.


Większe fragmenty mającego kiedyś 156 kilometrów długości muru berlińskiego znaleźć można w East Side Gallery na przeciwko stacji Ostbahnhof - zwiedzanie bezpłatne. Warto się tam wybrać, ponieważ galeria podobno już niedługo zostanie zlikwidowana - teren w tej okolicy jest zbyt cenny, by mógł pozostać nieużytkiem. Kilka płyt Berliner Mauer ustawiono też wraz z tablicami informacyjnymi przybliżającymi jego historię na Potsdamer Platz przed Sony Center.

 
Checkpoint Charlie i East Side Gallery polecam szczególnie, jeśli ktoś waha się między nimi a DDR Museum (http://www.ddr-museum.de/de/) lub Erotik Museum Beate Uhse (http://erotikmuseum.beate-uhse.com). To pierwsze rozczarowało mnie ubogością zbiorów i przestrzeni, a drugie wydało mi się zbiorem przypadkowych przedmiotów: porcelanowych azjatyckich miniatur, rycin erotycznych różnych kultur, afrykańskich symboli płodności, rzeźb nagusów - bez specjalnych atrakcji. W sumie dużo ciekawszy jest sklepik przy muzeum (na parterze pod salami wystawowymi), do którego można wejść bez biletu, a eksponaty ma w większej liczbie, bardziej współczesne i do tego z możliwością kupienia. 



10. Przejażdżka setką
Autobus numer 100 (http://www.visitberlin.de/de/artikel/mit-dem-100er-bus-durch-die-stadt) to sympatyczny double deck jeżdżący specjalną trasą uwzględniającą nie tylko sztandarowe atrakcje miasta: można z niego wypatrzyć na przykład słynną rzeźbę Marksa i Engelsa (w parku w okolicach ratusza i Marienkirche) czy łączkę FKK w Tierparku, na której w ciepłej dni opalają się golasy (w okolicach Siegessäule). Ma on dwie ogromne zalety: nie trzeba kupować dodatkowego biletu (wystarczy pokazać kierowcy skasowany bilet jednorazowy lub czasowy na komunikację miejską) oraz można sobie z niego wysiąść w dowolnym punkcie trasy – choćby po to, by zapozować z lordem Vaderem przed Bramą Brandenburską. Setka startuje z przystanku autobusowego przed głównym wejściem do dworca S+U Bahnhof ZOO, a kończy bieg w okolicach Alexanderplatzu przy Memhardstraße.



Berlin za jeszcze mniej? To też jest możliwe. Na portalu http://www.gratis-in-berlin.de znajduje się aktualizowany na bieżąco spis atrakcji gratis.




***
Zapraszam na filmową przejażdżkę autobusem 100 
oraz na spacer pod kopułą Reichstagu 
i pod dachem Sony Center: