Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Barri Gotic. Show all posts
Showing posts with label Barri Gotic. Show all posts

6.02.2013

/BARCELONA/ Część 2 - Katalońskie motywy, rytmy i smaki



La Sagrada Familia i La Seu to nie jedyne zachwycające kościoły Barcelony. Jest jeszcze na przykład niepozorna z zewnątrz, a niezwykła od wewnątrz Santa Maria del Mar. Niezwykła, bo prawdziwie średniowieczna - nie unowocześniona, nie zbarokizowana, nie wyposażona w błyskające monitory. I nie zalana przez morze turystów. Katedrę tę zbudowano w XIV wieku w niespełna 60 lat, co było wówczas czasem rekordowym. Rekordowa jest tez jej konstrukcja - wspierające sklepienia trzech naw kolumny znajdują się w odległości aż 13 metrów jedna od drugiej. Może stąd to odczucie przestrzeni, które ma się w jej wnętrzu. Kiedyś modlili się tu mieszczanie i cieśle okrętowi - to był ich kościół w odróżnieniu od La Seu, "kościoła hrabiów". Pewnie dlatego u stóp jednej ze świętych figur stoi drewniany model statku. Podobno Santa Maria del Mar ma sekret, którego nie poznamy, dopóki nie zabrzmi w niej muzyka: wnętrze zaprojektowano tak, by dźwięki osiągały kilkusekundowe opóźnienia, co stwarza wrażenie polifonii.


Park Güell to nie jedyny wart uwagi park Barcelony. Warto iść jeszcze do pełnego niespodzianek Parc de la Ciutadela i do Parc Montjuic zwanego zielonymi płucami miasta. Ten pierwszy to miejsce niezwykłe - z pozoru niewielki teren, ale każdy jego zakątek kryje jakąś ciekawostkę. Jest w nim nawet pomnik... mamuta. Sama historia parku jest zresztą niezwykła - jego nazwa to pozostałość cytadeli wzniesionej tu na początku XIX wieku i zburzonej pod koniec tego samego stulecia w wyniku protestów nacjonalistów katalońskich uważających budynek za symbol opresji. Park stworzono tu w 1888 roku z okazji wystawy światowej.

 
Po wejściu przez bramę od strony Passeig de Picasso od razu natrafia się na dwa budynki podobne do siebie a jednocześnie różne niczym Filibert i Filidor. To Hivernacle i Umbracle - szklano-stalowa cieplarnia i ceglana palmiarnia. W pierwszej z nich trafiamy na wystawę kaktusów. Cała hala pełna jest kolczastych potworów - co ciekawe, przy niektórych z nich umieszczono kartki "nie dotykać", tak jakby ktoś rzeczywiście mógł chcieć narazić rękę na kontakt z nastroszonymi igłami. 



Mijamy Muzeum Geologiczne i zmierzamy do połyskującej z daleka złotą kwadrygą kaskady, również stworzonej na wystawę światową w drugiej połowie XIX wieku. W jej tworzeniu brał ponoć udział sam Gaudi, wówczas student architektury. Smoki nadają instalacji orientalnego charakteru. Ma go też zresztą pobliski staw z drzewami na wodzie wyglądający jak ogród japoński.


A skąd w parku wspomniany mamut? To kolejne po nieukończonej od ponad stu lat Sagradzie i nie zrealizowanym projekcie mieszkaniowym w Park Güell świadectwo zmienności planów i koncepcji. Mamut miał doczekać się towarzystwa - postawiono go tu jako pierwszą z zaplanowanych wielu rzeźb starożytnych gadów. Inne zwierzęta nigdy nie powstały, dzieli więc park z konceptualnym pomnikiem ofiar nazizmu i pomnikiem Walta Disneya. Parc de la Ciutadela to zaiste miejsce niezwykłe.



Parc Montjuic, zielone płuca Barcelony, warto odwiedzić w ramach spaceru z góry Montjuïc. Na jej szczyt - do twierdzy - można dostać się kolejką linową. Widoki z przeszklonych wagoników są bezcenne, a z dachu cytadeli widać chyba całą Barcelonę.



Droga w dół góry Jowisza to miły spacer - w górę z pewnością nie byłby tak przyjemny. Po drodze rzeźba przywodząca na myśl socrealistyczny optymizm, park i ciekawa instalacja wodna. Dalej park olimpijski z ciekawą wieżą telekomunikacyjną oraz Poble Espanyol - Hiszpania w miniaturze.



Poble Espanyol także powstało na wystawę światową - ale tę w 1929 roku. Dwóch architektów zbierało w całej Hiszpanii inspiracje: szukało najładniejszych i najbardziej charakterystycznych dla różnych regionów budynków. Niemal 120 z nich zreplikowano - i stoją one do dziś w tym urokliwym skansenie. W jednym z domków ktoś robi biżuterię, w innym stoi sprzęt tkacki, w jeszcze innym można napić się piwa. Dzielnica andaluzyjska zachwyca bielą domków, a drzewko pomarańczowe dumnie prezentuje dojrzałe owoce. 


W poble akurat odbywa się festyn. Przy długich stołach miejscowi i turyści piją wino; napój odróżnia tę imprezę od podobnych bawarskich - tu ludzie trzymają kieliszki zamiast kufli. Wszystko inne podobne: można zjeść pysznego hiszpańskiego wursta i posłuchać ludowej muzyki. Tradycyjny "boysband" śpiewa pięknie na głosy i przygrywa rytmicznie. 



Panie zamawiają kolejne tańce, panowie grają na życzenie piękne tango z "Zapachu kobiety". Miejscowe kumoszki ruszają w tan, w kółku i parami, śmieją się. Ochoczo przyłączam się do nich i szybko znajduję partnerkę, która chwyta mnie za rękę i prowadzi przez nie najłatwiejszy układ kroczków. Wino jest słodkie, muzyka piękna, czas w poble mija jak z bicza trzasnął.


U stóp Montjuïc czeka kolejna atrakcja - Plaça d'Espanya z dwiema wieżami będącymi kopiami weneckiej campanilli na placu św. Marka i z magiczną fontanną, która wieczorem przed tłumem ludzi udowadnia, że zasługuje na swą nazwę. Od 21.00 do 23.00 co pół godziny odbywa się tu niezwykły spektakl. Fontanna tryska, pieni się, burzy, zmienia barwy, wybucha i gaśnie - a wszystko w rytm muzyki symfonicznej. Sama fontanna jest tu od końca lat dwudziestych XX wieku, ale muzykę dodano dopiero w latach osiemdziesiątych. Czajkowski sąsiaduje tu więc z Johnem Williamsem. W kierunku gwiazd płynie "Dziadek do orzechów" i motyw ze "Star Wars"...


Jeśli o kolorowych i tłocznych atrakcjach mowa, to czymże byłaby wizyta w Barcelonie bez spaceru po La Rambli. Sama ulica trochę męcząca: naganiacze ciągną do podejrzanych przybytków gastronomicznych, które nie do końca zachęcają widokiem potraw, standy mienią się wszystkimi kolorami plastikowych pamiątek. Kosmiczne żywe figury - jedne śmieszne, inne straszne - zachęcają do pozowania z nimi do zdjęć, a artyści uliczni - do zamawiania u nich swoich karykatur. 

 
Dlatego warto w długim spacerze po La Rambli zrobić sobie małe wycieczki na bok. Choćby na market Boqueria. Można tam kupić wspaniałe szynki za 150 - 400 euro (zależnie od wagi i dojrzałości), owoce egzotyczne, jeszcze (pół)żywe skorupiaki, a także kiełbasy, ryby, owoce, czego dusza - a właściwie żołądek - zapragnie. 


Market jest po lewej stronie - idąc od strony pomnika Kolumba - po prawej zaś do zwiedzenia zachęca Plaça Reial. Powstał on w połowie XIX wieku na terenie dawnego zakonu kapucynów. Teraz jest mekką ukrytych w arkadowych podcieniach knajpek, piwiarni i kawiarenek oraz sceną dla artystów ulicznych. Dziś akurat wykręcają dla nas salta. Nieopodal niezwykły bazar. Wszystkie sprzedawane tu przedmioty pochodzą z recyklingu. Broszki z kapsli, roboty z płytek trawionych, mrówkojad z butelki - istna galeria osobliwości drwiących z konsumpcyjnego świata, który dał im drugie życie. 

 
Nie sposób nie iść w Barcelonie na pokaz flamenco. Jednocześnie wybór dobrego show w gąszczu ofert w Internecie wymaga wielogodzinnego researchu. Są pokazy połączone z konsumpcją, drogie i bez gwarancji dobrego miejsca - zależy ono niestety od tego, czy zapłaci się słoną sumę za kolację. Są pokazy artystyczne w teatrach tańca - ale nie odbywają się codziennie. I są pokazy w klubach - między innymi w Los Tarantos przy Plaça Reial. Nie żałujemy wyboru: taniec trwa tylko pół godziny, ale emocje nie odpuszczają nawet przez sekundę. Śpiew jest przejmujący, a taniec dramatyczny. Gitarzysta ściera pot z czoła, a tancerki testują twardość podłogi. Czasem ktoś z widowni coś pokrzykuje - widocznie nie tylko turyści przyszli podziwiać dzisiejszy pokaz Marii Jose Gonzales. Siedzimy tuż przy scenie - warto było kupić bilet przez Internet i uniknąć kolejki. A do dzbanka Sangrii dołożono nam pamiątkowe DVD.



Barcelona to nie tylko zabytki, to także atrakcje kulinarne. Pyszne paelle z różnymi kombinacjami ryb i owoców morza. Soczysta wołowina. Tapas - proste przekąski. Najdziwniejszy snack ever - okrawki dojrzewającej szynki w rożkach z papieru. I wspaniałe kanapki w "naszej" knajpce śniadaniowej. Na bułce nie rozsmarowuje się tu masła, lecz pokrapia się ją oliwą - jak w scenie z "Przerwanych objęć", w której syn przygotowuje śniadanie dla skacowanej matki, która wyznała mu poprzedniego wieczoru wiele tajemnic - a jeszcze więcej zachowała dla siebie. A do kanapek - uśmiechnięta kawa con leche. Jak podaje Wikipedia: bardziej podobna do włoskiej caffe latte niż do francuskiej café au lait.

 
Dni w Barcelonie - rozpoczynane pysznym śniadaniem, a kończone dobrym winem - mijają szybko. Plan zwiedzania łatwo tu zrealizować dzięki dobrym oznaczeniom, życzliwej pomocy lokalsów i świetnej komunikacji miejskiej. Najszybsze jest wielopoziomowe metro, w którym można czasem trafić na minikoncert na skrzypcach lub flecie pana - dlatego hotel warto wybrać nieopodal stacji kolejki podziemnej. Na bilet "Hola, Barcelona!" w wersji trzy-, cztero- lub pięciodniowy można też jeździć autobusami. Fajną opcją jest też rower. Tutejszy system Bicing to ponad 400 stacji i 6000 rowerów. A do jeżdżeniu po mieście na dwóch kółkach zachęca też rozbudowana sieć dróg rowerowych. Niestety Bicing to opcja przeznaczona dla mieszkańców miasta, a nie dla turystów - ale na Tripadvisorze nie brakuje rad, jak poradzić sobie z tym problemem i związanymi z nim ograniczeniami. 



Co pozostanie we mnie z Barcelony? W uszach muzyka, tak wszechobecna: śpiew famenco i dźwięk gitary. W oczach kolory i kształty - szalone jak projekty Gaudiego. W nozdrzach zapach morza i Jamón. W sercu - z pewnością nastrój wywoływany przez barwę witraży kontrastującą z białymi ścianami Sagrady.



__________________________

Zapraszam na pierwszą częśc tekstu: >>> Część 1: Atrakcje wietrznego miasta  i na filmy z Barcelony: >>> Youtube.com: Barcelona by ManiaPodrozowania oraz do zakładki "Porady", w której umieściłam aktualne ceny różnych atrakcji w Barcelonie.



6.01.2013

/BARCELONA/ Część 1 - Atrakcje wietrznego miasta


Wiatr - nieodłączny towarzysz spacerów po Barcelonie. Hula w szerokich alejach, błądzi po placach, spotkać go można nawet w pozornie zacisznych wąskich uliczkach. Rozwiewa włosy, podwiewa spódnicę, chłodzi w gorące dni, szarpie koszulkę, w którą ubrany jest Kolumb spoglądający na miasto i port z wysokości dwukrotnie większej niż nasz Zygmunt. Wiatr niczym motto wizyty w Barcelonie niesie zapachy miasta - rybny bukiet paelli i drażniącą woń szynki. I z wprawą animuje piękny spektakl z chmur nad wieżami Sagrady


Na wietrze powiewają tutejsze wyznania wiary - świadectwa miłości do Katalonii i do piłki nożnej, a właściwie do barcelońskiej drużyny. Flagi katalońskie można spotkać w wielu oknach w starszych i nowszych częściach miasta, a w koszulkę w charakterystyczne bordowo-granatowe pasy  ubrany jest tu chyba co drugi mały chłopiec, co czwarty młody człowiek i sam symbol miasta, Kolumb. Siedmiometrowa statua wskazuje drogę do nowego świata - a może do sportowego zwycięstwa - w koszulce rozmiaru XXXXXL. Z pewnością trudniej było go ubrać niż filigranowego sikającego chłopczyka w Brukseli mierzącego niewiele ponad pół metra.


Wiatr hula też po barcelońskich plażach. Bardziej jeszcze niż czysty piasek i szmaragdowa woda zachwyca na nich infrastruktura. Są niczym przykład tego, jak powinna wyglądać nowoczesna plaża miejska. Promenada pozwalająca na wygodny spacer suchą nogą, betonowe ławki, zarazem piękne, praktyczne i zabezpieczone przed przestawianiem, przyrządy gimnastyczne - służące do ćwiczeń nie tylko w teorii, ale jak najbardziej w praktyce i cieszące się dużym zainteresowaniem. I restauracje kuszące kartami z potrawami z owoców morza.


Jakże inaczej wygląda dziś plaża Barceloneta niż na obrazie Picassa... W tutejszym muzeum malarza można skonfrontować impresje z pobytu w Barcelonie z jej historyczną i artystyczną wizją malarza. Niebieskie dachy kamienic, już trochę kubistyczne, osiołek na plaży nieopodal naszego hotelu - jeszcze impresjonistyczny. To muzeum warto też odwiedzić się, by zobaczyć drogę Picassa od realizmu do własnego stylu - i przekonać się, że umiał malować też całkiem "zwyczajnie". I że z konsekwencją i odwagą odchodził od realizmu nie zawsze znajdując uznanie krytyki. Przed Museu Picasso stoi często długa kolejka, zwłaszcza w weekendy - warto więc wybrać się tam w dzień powszechny około 10.00. Nam udało się czekać jedynie kwadrans.

Źródło:iberianature.com
Mieszkańcy Barcelony mają jeszcze jedną miłość prócz Katalonii i piłki nożnej - jest nią Gaudi zwany tu boskim architektem i czczony jako geniusz wielki acz skromny i pobożny. W gablocie w Casa Museu Gaudi wśród rzeczy osobistych wystawiono krzyż i modlitewnik, a w skromnej sypialni architekta wyeksponowano klęcznik. Wiele faktów, o których można przeczytać w muzealnych informatorach, owianych jest tajemnicą i podszytych niejasnościami - mimo że Gaudi nie żył w odległych wiekach. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to celowa polityka mająca zbliżyć wielkiego Katalończyka do beatyfikacji, o której mówi się coraz głośniej od czasu niedawnej konsekracji jego wielkiego dzieła, katedry Sagrada Familia, przez Benedykta XVI. 


La Sagrada Familia - perła Barcelony, wciąż under construction, ale już nieskończenie piękna. Budowana od lat osiemdziesiątych XIX wieku, ukończona ma zostać w połowie XXI wieku. Około roku 1950 krążyła nawet petycja, by zaprzestać budowy świątyni - podpisana między innymi przez Le Corbusiera. Zresztą historii, legend i opowieści związanych z Kościołem Świętej Rodziny jest co niemiara - części z nich można posłuchać na filmie w części bazyliki zamienionej w muzeum. Z ciekawostek jest tam też makieta całej Sagrady oraz pracownia architektoniczna z przeszkloną ścianą, w której można obserwować planowane prace nad katedrą. Wystawę tę można zobaczyć bez dodatkowej opłaty - na wejściówkę do samej katedry. Podobnie jak drugą ekspozycję prezentującą obrazowo, jak wiele inspiracji Gaudi czerpał z natury. Zwieńczenia wież są niczym koszyczki polnych kwiatów, schody przypominają muszlę, kolumny - pnie drzew. Wracając do ciekawostek - projekty świątyni naszkicowane przez Gaudiego zostały zniszczone w czasie hiszpańskiej wojny domowej przez katalońskich anarchistów - dlatego dzisiejszy jej kształt daleki jest od początkowych zamysłów. 


Sagrada stoi nieco wciśnięta między budynkami i ulicami - dlatego ciężko jest z odpowiedniej odległości zobaczyć fasady, a jeszcze trudniej - zrobić ładne zdjęcie. Również dlatego, że przy wieżach stoją szyje dźwigów budowlanych niczym rachityczne parodie samych wież. Od strony Fasady Narodzenia Pańskiego wchodzą grupy zorganizowane, turyści indywidualni zaś od strony nowszej Fasady Męki Pańskiej - patrząc od strony stacji metra jest to fasada tylna. Jeszcze w XIX wieku krytykowano nota bene Gaudiego za decyzję, by fasadę wschodnią budować jako pierwszą. Kolejka do wejścia stoi tu na okrągło, więc podobnie jak w przypadku Muzeum Picassa warto zaplanować zwiedzanie raczej na dzień powszedni i godziny poranne. Strażnicy dyscyplinują i tak zdyscyplinowanych i grzecznie stojących w rządku pod prowizorycznym dachem z dykty turystów; na pytanie Amerykanów, ile postoimy, mówią, że pół godziny. I rzeczywiście sprawdza się to co do minuty. 


Uiszczamy po 13,5 euro za wstęp. Najpierw zadzieramy głowy, by wypatrzyć na fasadzie jak najwięcej scen męki i ukrzyżowania Jezusa. Te, które samemu trudno jest zlokalizować, można znaleźć dzięki tablicom informacyjnym ze szczegółowymi ilustracjami i opisem po hiszpańsku, katalońsku i angielsku. To typowy zestaw języków dla opisów w tutejszych muzeach i atrakcjach turystycznych. Tablic jest sporo przed kościołem i w jego wnętrzu - więc można zaoszczędzić 4,5 euro za audioguide i skorzystać z tej bardziej tradycyjnej formy zwiedzania. Do świątyni wchodzi się przez niezwykłe drzwi z trójwymiarowymi napisami. Są na nich cytaty Biblii w różnych językach, w tym po katalońsku, z wyróżnionymi słowami-kluczami. Tradycyjny przekaz w nowoczesnej formie.


Warto zapamiętać swoje pierwsze wrażenie z wejścia do Sagrady - zanim nadgrane zostanie tysiącami obserwacji i szczegółów. Dla mnie była jak las na planecie Pandora. Kolumny - w założeniu rzeczywiście mające symbolizować drzewa - wydawały się momentami gigantycznymi Avatarami w kosmicznych maskach. Jakże dalekimi od klasycznych jońskich ślimaków, korynckich liści, kariatyd czy jakichkolwiek innych klasycznych form.


W świątyni najbardziej zachwyciła mnie przestrzeń i gra świateł. Wielokolorowe witraże barwiące ściany. Odblaski na piszczałkach organów. Okna w odcieniach błękitu wyrażające smutek i zadumę i zmieniające nastrój patrzącego. I Jezus na ołtarzu z podkulonymi nogami - bardziej ludzki i fizjologicznie ułożony niż na klasycznych przedstawieniach. 


Choć trudno o zadumę w tłumie ludzi i obok murarza cyzelującego szpachlą podłogę (po minie widać, że nie myśli o tym, w jak wielkim dziele uczestniczy), to jednak nastrój tego miejsca, jego skala, niezwykłość i wielowątkowość poruszają serce. I każą trzymać kciuki za to, by to arcydzieło zostało kiedyś ukończone.


Drugie barcelońskie must see - również związane z Gaudim  - to oczywiście Park Güell. By uniknąć tłoku przy wejściu głównym i wspinaczki pod górę do najważniejszych atrakcji parku, korzystamy z polecanego na forach podróżniczych scenariusza, by dojechać do stacji metra Vallcarca (występującej też w postach jako "Vallarca", ze zjedzonym "c") i skorzystać ze schodów ruchomych. Ta droga jest niezwykle malownicza - jadąc w górę podziwiamy widok na pagórkowatą Barcelonę.


Tak więc park zwiedzamy niejako od tyłu. Zaczynamy od punktów widokowych. Wspaniały widok - widać nawet Sagradę z towarzyszącymi jej dźwigami, metaforą syzyfowej pracy. Schodzimy w dół. Sprzedawcy zachęcają do zakupu plastikowych jaszczurek z ręczniczków. Podobno w przypadku nalotu policji w kilka sekund zwijają ręczniczek w zgrabny worek pełen towaru i szybko się ulatniają. Wizyta w Casa Museo Gaudi, fotka na najdłuższej ławce świata. Na pocztówkach wije się ona pięknie, w dzień przykryta jest szczelnie tyłkami turystów. Z daleka wygląda bajecznie, z bliska w sposób aż nazbyt oczywisty zdradza tajniki rzemiosła


Park Güell podobnie jak Sagrada Familia jest projektem de facto nieukończonym. Na początku XX wieku miało tu powstać osiedle około 60 dyskretne urokliwych willi dla bogatej burżuazji. Udało się jednak sprzedać tylko dwie parcele i w końcu tuż po I wojnie teren wykupiło miasto przekształcając je na publiczny park. Do dziś i turyści, i mieszkańcy miasta, mogą korzystać z niego bezpłatnie.

Z tarasu znad ławki patrzymy na dwa charakterystyczne budynki stojące symetrycznie przed wejściem do parku. Ich dachy przypominają lukier, a one same - piernikowe chatki. Idziemy dalej w dół. Głaszczemy ceramiczną jaszczurkę - podobno trzeba to zrobić, by jeszcze kiedyś wrócić do Barcelony. Wraz z nami głaszcze ją grupka niewidomych przyprowadzonych na wycieczkę do parku. Dla nich Gaudi to jedynie fantazyjne kształty, dla nas - przede wszystkim kolory.


Po wyjściu z parku idziemy na spacer uliczką Larrard, gdzie w jednym z budynków reklamowany jest pokaz "Gaudi w 4D". Drogi, zaledwie kilkunastominutowy i nie cieszący się dobrymi rekomendacjami w Internecie, więc rezygnujemy. Ale przed wyjściem fotografujemy się z podobizną najsłynniejszego katalońskiego architekta


Kolejny punkt w zwiedzaniu Barcelony i podziwianiu dzieł Gaudiego to Casa Batlló. Atrakcja dość droga, bo znajdująca się w rękach prywatnych i nie subwencjonowana przez państwo. Bilet kosztuje 20 euro z ogonkiem; dobrze, ze audioguide jest już w cenie. I dobrze, że bilety kupiłam online, bo omijamy kolejkę - wejściówka bookowana przez Internet nie jest na szczęście ważna w konkretnym dniu czy na wybrane godziny, co pozwala wybrać się do Casa Batlló niejako przy okazji spaceru po okolicach Plaça de Catalunya. Domu przy ulicy Passeig de Gracia nie sposób przegapić, choć na tej reprezentacyjnej alei sporo jest pięknych budynków. Fasada gruntownie przebudowana przez Gaudiego na zlecenie bogatego przemysłowca kamienicy symbolizuje walkę świętego Jerzego, patrona Katalonii, ze smokiem. Najlepiej widać to na tarasie na dachu - kolorowe płytki układają się w grzbiet potwora.


W samym domu można zwiedzać tylko kilka kondygnacji, reszta nadal jest zamieszkała. Pięknie wykończone okiennice i framugi, trochę mebli, niezwykła niebieska klatka schodowa. Z niższego tarasu można obejrzeć tył kamienicy. Prócz tego na ostatnim piętrze wyświetlany jest artystyczny filmik o inspiracjach związanych z koncepcją kamienicy. A na do widzenia wychodzącym gościom macha hologramowy Gaudi z charakterystyczną brodą.


Barcelona to jednak nie tylko atrakcje XIX i XX-wieczne. Warto zobaczyć też starsze oblicze miasta - Barri Gotic. Dzielnicę gotycką zwiedzamy od jej najbardziej prominentnego punktu, katedry La Seu. Na jej schodach siedzą grupki ludzi, grajek pięknie interpretuje na skrzypcach Vivaldiego. Słońce intensywnie rozświetla fasadę, a we wnętrzu kościoła i tak średniowieczny mrok i chłód. Można by pomyśleć, że o ile wejście do Sagrady przeniosło nas na Pandorę, o tyle krok do katedry św. Eulalii był niczym podróż w czasie. O tym, że mamy XXI wiek przypominają jedynie ekraniki z filmami edukacyjnymi, o tym, ze w kościele należy być cicho i nie wchodzić roznegliżowanym. I może ołtarz - na pewno przynajmniej o 400 lat młodszy niż sama XIV-wieczna katedra. Ale jakże piękny - wydaje się, jakby krzyż stanowiący jego centralny element unoszony był przez anioły. 


W przewodniku przeczytałam, że na zwiedzanie La Seu warto zarezerwować sobie godzinę. Myślałam, że to przesada, ale rzeczywiście samo obejrzenie kilkunastu ołtarzy bocznych, przeczytanie podpisów, spojrzenie na alabastrowy nagrobek św. Eulalii, zachwycenie się stallami i wjazd nie średniowieczną acz wiekową windą na dach katedry i obejrzenie z tej perspektywy wąskich uliczek Barri Gotic zajmuje przynajmniej 60 minut.


Po wyjściu z katedry warto udać się do czworobocznego krużganka, w wirydarzu znajduje się tam mały staw z fontanną, wokół którego spaceruje trzynaście gęsi - tyle, ile lat miała patronka La Seu w chwili męczeńskiej śmierci. A potem pobłądzić wąskimi uliczkami dzielnicy gotyckiej. Nad jedną z ulic zachwycił nas drewniany łącznik, w bramie koło ratusza przypadkiem odbywała się wystawa koronek, a w jednym z pomniejszych kościołów pierwszy raz zobaczyłam ciężarną Matkę Boską. Dlatego właśnie fajnie jest się na chwilę zgubić w Barri Gotic. Tym bardziej, wąskie uliczki dzielnicy gotyckiej to jedno z nielicznych miejsc w Barcelonie, w których nie hula wiatr od morza.



__________________________

Zapraszam na dalszą częśc tekstu: >>> Część 2: Katalońskie motywy, rytmy i smaki i na filmy z Barcelony: >>> Youtube.com: Barcelona by ManiaPodrozowania oraz do zakładki "Porady", w której umieściłam aktualne ceny różnych atrakcji w Barcelonie.