Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

6.02.2013

/BARCELONA/ Część 2 - Katalońskie motywy, rytmy i smaki



La Sagrada Familia i La Seu to nie jedyne zachwycające kościoły Barcelony. Jest jeszcze na przykład niepozorna z zewnątrz, a niezwykła od wewnątrz Santa Maria del Mar. Niezwykła, bo prawdziwie średniowieczna - nie unowocześniona, nie zbarokizowana, nie wyposażona w błyskające monitory. I nie zalana przez morze turystów. Katedrę tę zbudowano w XIV wieku w niespełna 60 lat, co było wówczas czasem rekordowym. Rekordowa jest tez jej konstrukcja - wspierające sklepienia trzech naw kolumny znajdują się w odległości aż 13 metrów jedna od drugiej. Może stąd to odczucie przestrzeni, które ma się w jej wnętrzu. Kiedyś modlili się tu mieszczanie i cieśle okrętowi - to był ich kościół w odróżnieniu od La Seu, "kościoła hrabiów". Pewnie dlatego u stóp jednej ze świętych figur stoi drewniany model statku. Podobno Santa Maria del Mar ma sekret, którego nie poznamy, dopóki nie zabrzmi w niej muzyka: wnętrze zaprojektowano tak, by dźwięki osiągały kilkusekundowe opóźnienia, co stwarza wrażenie polifonii.


Park Güell to nie jedyny wart uwagi park Barcelony. Warto iść jeszcze do pełnego niespodzianek Parc de la Ciutadela i do Parc Montjuic zwanego zielonymi płucami miasta. Ten pierwszy to miejsce niezwykłe - z pozoru niewielki teren, ale każdy jego zakątek kryje jakąś ciekawostkę. Jest w nim nawet pomnik... mamuta. Sama historia parku jest zresztą niezwykła - jego nazwa to pozostałość cytadeli wzniesionej tu na początku XIX wieku i zburzonej pod koniec tego samego stulecia w wyniku protestów nacjonalistów katalońskich uważających budynek za symbol opresji. Park stworzono tu w 1888 roku z okazji wystawy światowej.

 
Po wejściu przez bramę od strony Passeig de Picasso od razu natrafia się na dwa budynki podobne do siebie a jednocześnie różne niczym Filibert i Filidor. To Hivernacle i Umbracle - szklano-stalowa cieplarnia i ceglana palmiarnia. W pierwszej z nich trafiamy na wystawę kaktusów. Cała hala pełna jest kolczastych potworów - co ciekawe, przy niektórych z nich umieszczono kartki "nie dotykać", tak jakby ktoś rzeczywiście mógł chcieć narazić rękę na kontakt z nastroszonymi igłami. 



Mijamy Muzeum Geologiczne i zmierzamy do połyskującej z daleka złotą kwadrygą kaskady, również stworzonej na wystawę światową w drugiej połowie XIX wieku. W jej tworzeniu brał ponoć udział sam Gaudi, wówczas student architektury. Smoki nadają instalacji orientalnego charakteru. Ma go też zresztą pobliski staw z drzewami na wodzie wyglądający jak ogród japoński.


A skąd w parku wspomniany mamut? To kolejne po nieukończonej od ponad stu lat Sagradzie i nie zrealizowanym projekcie mieszkaniowym w Park Güell świadectwo zmienności planów i koncepcji. Mamut miał doczekać się towarzystwa - postawiono go tu jako pierwszą z zaplanowanych wielu rzeźb starożytnych gadów. Inne zwierzęta nigdy nie powstały, dzieli więc park z konceptualnym pomnikiem ofiar nazizmu i pomnikiem Walta Disneya. Parc de la Ciutadela to zaiste miejsce niezwykłe.



Parc Montjuic, zielone płuca Barcelony, warto odwiedzić w ramach spaceru z góry Montjuïc. Na jej szczyt - do twierdzy - można dostać się kolejką linową. Widoki z przeszklonych wagoników są bezcenne, a z dachu cytadeli widać chyba całą Barcelonę.



Droga w dół góry Jowisza to miły spacer - w górę z pewnością nie byłby tak przyjemny. Po drodze rzeźba przywodząca na myśl socrealistyczny optymizm, park i ciekawa instalacja wodna. Dalej park olimpijski z ciekawą wieżą telekomunikacyjną oraz Poble Espanyol - Hiszpania w miniaturze.



Poble Espanyol także powstało na wystawę światową - ale tę w 1929 roku. Dwóch architektów zbierało w całej Hiszpanii inspiracje: szukało najładniejszych i najbardziej charakterystycznych dla różnych regionów budynków. Niemal 120 z nich zreplikowano - i stoją one do dziś w tym urokliwym skansenie. W jednym z domków ktoś robi biżuterię, w innym stoi sprzęt tkacki, w jeszcze innym można napić się piwa. Dzielnica andaluzyjska zachwyca bielą domków, a drzewko pomarańczowe dumnie prezentuje dojrzałe owoce. 


W poble akurat odbywa się festyn. Przy długich stołach miejscowi i turyści piją wino; napój odróżnia tę imprezę od podobnych bawarskich - tu ludzie trzymają kieliszki zamiast kufli. Wszystko inne podobne: można zjeść pysznego hiszpańskiego wursta i posłuchać ludowej muzyki. Tradycyjny "boysband" śpiewa pięknie na głosy i przygrywa rytmicznie. 



Panie zamawiają kolejne tańce, panowie grają na życzenie piękne tango z "Zapachu kobiety". Miejscowe kumoszki ruszają w tan, w kółku i parami, śmieją się. Ochoczo przyłączam się do nich i szybko znajduję partnerkę, która chwyta mnie za rękę i prowadzi przez nie najłatwiejszy układ kroczków. Wino jest słodkie, muzyka piękna, czas w poble mija jak z bicza trzasnął.


U stóp Montjuïc czeka kolejna atrakcja - Plaça d'Espanya z dwiema wieżami będącymi kopiami weneckiej campanilli na placu św. Marka i z magiczną fontanną, która wieczorem przed tłumem ludzi udowadnia, że zasługuje na swą nazwę. Od 21.00 do 23.00 co pół godziny odbywa się tu niezwykły spektakl. Fontanna tryska, pieni się, burzy, zmienia barwy, wybucha i gaśnie - a wszystko w rytm muzyki symfonicznej. Sama fontanna jest tu od końca lat dwudziestych XX wieku, ale muzykę dodano dopiero w latach osiemdziesiątych. Czajkowski sąsiaduje tu więc z Johnem Williamsem. W kierunku gwiazd płynie "Dziadek do orzechów" i motyw ze "Star Wars"...


Jeśli o kolorowych i tłocznych atrakcjach mowa, to czymże byłaby wizyta w Barcelonie bez spaceru po La Rambli. Sama ulica trochę męcząca: naganiacze ciągną do podejrzanych przybytków gastronomicznych, które nie do końca zachęcają widokiem potraw, standy mienią się wszystkimi kolorami plastikowych pamiątek. Kosmiczne żywe figury - jedne śmieszne, inne straszne - zachęcają do pozowania z nimi do zdjęć, a artyści uliczni - do zamawiania u nich swoich karykatur. 

 
Dlatego warto w długim spacerze po La Rambli zrobić sobie małe wycieczki na bok. Choćby na market Boqueria. Można tam kupić wspaniałe szynki za 150 - 400 euro (zależnie od wagi i dojrzałości), owoce egzotyczne, jeszcze (pół)żywe skorupiaki, a także kiełbasy, ryby, owoce, czego dusza - a właściwie żołądek - zapragnie. 


Market jest po lewej stronie - idąc od strony pomnika Kolumba - po prawej zaś do zwiedzenia zachęca Plaça Reial. Powstał on w połowie XIX wieku na terenie dawnego zakonu kapucynów. Teraz jest mekką ukrytych w arkadowych podcieniach knajpek, piwiarni i kawiarenek oraz sceną dla artystów ulicznych. Dziś akurat wykręcają dla nas salta. Nieopodal niezwykły bazar. Wszystkie sprzedawane tu przedmioty pochodzą z recyklingu. Broszki z kapsli, roboty z płytek trawionych, mrówkojad z butelki - istna galeria osobliwości drwiących z konsumpcyjnego świata, który dał im drugie życie. 

 
Nie sposób nie iść w Barcelonie na pokaz flamenco. Jednocześnie wybór dobrego show w gąszczu ofert w Internecie wymaga wielogodzinnego researchu. Są pokazy połączone z konsumpcją, drogie i bez gwarancji dobrego miejsca - zależy ono niestety od tego, czy zapłaci się słoną sumę za kolację. Są pokazy artystyczne w teatrach tańca - ale nie odbywają się codziennie. I są pokazy w klubach - między innymi w Los Tarantos przy Plaça Reial. Nie żałujemy wyboru: taniec trwa tylko pół godziny, ale emocje nie odpuszczają nawet przez sekundę. Śpiew jest przejmujący, a taniec dramatyczny. Gitarzysta ściera pot z czoła, a tancerki testują twardość podłogi. Czasem ktoś z widowni coś pokrzykuje - widocznie nie tylko turyści przyszli podziwiać dzisiejszy pokaz Marii Jose Gonzales. Siedzimy tuż przy scenie - warto było kupić bilet przez Internet i uniknąć kolejki. A do dzbanka Sangrii dołożono nam pamiątkowe DVD.



Barcelona to nie tylko zabytki, to także atrakcje kulinarne. Pyszne paelle z różnymi kombinacjami ryb i owoców morza. Soczysta wołowina. Tapas - proste przekąski. Najdziwniejszy snack ever - okrawki dojrzewającej szynki w rożkach z papieru. I wspaniałe kanapki w "naszej" knajpce śniadaniowej. Na bułce nie rozsmarowuje się tu masła, lecz pokrapia się ją oliwą - jak w scenie z "Przerwanych objęć", w której syn przygotowuje śniadanie dla skacowanej matki, która wyznała mu poprzedniego wieczoru wiele tajemnic - a jeszcze więcej zachowała dla siebie. A do kanapek - uśmiechnięta kawa con leche. Jak podaje Wikipedia: bardziej podobna do włoskiej caffe latte niż do francuskiej café au lait.

 
Dni w Barcelonie - rozpoczynane pysznym śniadaniem, a kończone dobrym winem - mijają szybko. Plan zwiedzania łatwo tu zrealizować dzięki dobrym oznaczeniom, życzliwej pomocy lokalsów i świetnej komunikacji miejskiej. Najszybsze jest wielopoziomowe metro, w którym można czasem trafić na minikoncert na skrzypcach lub flecie pana - dlatego hotel warto wybrać nieopodal stacji kolejki podziemnej. Na bilet "Hola, Barcelona!" w wersji trzy-, cztero- lub pięciodniowy można też jeździć autobusami. Fajną opcją jest też rower. Tutejszy system Bicing to ponad 400 stacji i 6000 rowerów. A do jeżdżeniu po mieście na dwóch kółkach zachęca też rozbudowana sieć dróg rowerowych. Niestety Bicing to opcja przeznaczona dla mieszkańców miasta, a nie dla turystów - ale na Tripadvisorze nie brakuje rad, jak poradzić sobie z tym problemem i związanymi z nim ograniczeniami. 



Co pozostanie we mnie z Barcelony? W uszach muzyka, tak wszechobecna: śpiew famenco i dźwięk gitary. W oczach kolory i kształty - szalone jak projekty Gaudiego. W nozdrzach zapach morza i Jamón. W sercu - z pewnością nastrój wywoływany przez barwę witraży kontrastującą z białymi ścianami Sagrady.



__________________________

Zapraszam na pierwszą częśc tekstu: >>> Część 1: Atrakcje wietrznego miasta  i na filmy z Barcelony: >>> Youtube.com: Barcelona by ManiaPodrozowania oraz do zakładki "Porady", w której umieściłam aktualne ceny różnych atrakcji w Barcelonie.



2 comments:

  1. Podczas wjazdu na Montjuic nie wiadomo w którą stronę patrzeć bo wszędzie widoki cudne.A La Rambla jest tym, czym dla Zakopanego Krupówki, więc być w Bcnie a nie być na Rambli to się nie godzi:).Barcelona jest cudna, każdy ulega urokowi.Czerpałaś pełnymi garściami podczas pobytu tam.Super!

    ReplyDelete
    Replies
    1. Dziękuję! Rzeczywiście Rambla ma nastrój iście Krupówkowy, a Barceloną trudno się nie zachwycić :-)

      Delete