Na początku naszego pobytu w Bangkoku rozważałyśmy taką opcję, by spędzić dzień za miastem, na jakiejś fajnej plaży - woda, piaseczek i spokój. Wtedy zupełnie nie wzbudziło to mojego entuzjazmu - jak to, cały dzień poza Bangkokiem? Bez zwiedzania? De facto z m a r n o w a n y? Po mniej więcej pięciu dniach w megamieście marzyłam już tylko o tym, by spędzić dzień na rajskiej plaży, z dala od hałasu i smrodu, w kojących okolicznościach przyrody... Tak działa Bangkok. Kto jest w nim dwa dni, wyjeżdża z żalem, a kto dwa tygodnie - z ulgą. Tymczasem czekamy na busik pod KFC przy dworcu Hualampong. Jest 6.40, słońce już wstało, a w mieście ruch i pośpiech jak zawsze. Do znajdującej się 150 km od Bangkoku Pattayi będziemy jechać dobre 2 godziny. To z jednej strony kurort, w którym wzniesiony ma zostać nota bene najwyższy budynek w Tajlandii, z drugiej zaś centrum uciech wszelkich - dostępnych i w dzień, i w nocy. Grupy docelowej można domyślić się po języku, w którym pisana jest większość szyldów i informacji.
Za nami czerwone uliczki, przed nami biała plaża i turkusowa woda, od której oddzielają nas jedynie rzesze handlarzy dysponujących dobrami różnego rodzaju. Szczególnie fascynujące są sprzedawczynie kapeluszy - od jednej kupuje duży turkusowy okaz doskonale chroniący od palącego słońca. Zbiórka z naszym przewodnikiem, Tonym. Opowiada o przebiegu dnia i zachęca do sportów wodnych - nurkowania, jazdy na bananie lub nartach wodnych, lotu na paralotni za motorówką.
Z Pattayi najpierw małą łódką, a potem dużą łodzią (do której mała nas podwozi) płyniemy na rajską wyspę Ko Lan leżącej w Zatoce Tajskiej. Po drodze "one of most exciting water sports", jak zapewni Tony. Znów mniejsza łódka podwozi nas do większej. Na niej znajduje się hangar z blachy falistej i lądowisko z worków z piaskiem. Kupuję bilet za 500 bahtów, a potem wszystko dzieje się jak na przyspieszonym filmie. Ktoś przypina mnie linkami do paralotni, ktoś inny krzyczy, bym biegła i bez żadnych wstępów, pouczeń czy instrukcji lecę na paralotni za motorówką. Nie jestem pewna, czy odpowiednio mnie przypięto, trzymam się więc cały czas stelaża rękami. Dodatkowo silnik w motorówce trochę się dusi, pojazd zwalnia, a aj wtedy dość gwałtownie opadam w dół. Potem motorówka rusza szybciej, szarpnięcie i znów jestem wyżej. jest wspaniale, czuję się jak ptak szybujący nad odległą taflą wody.
Nad lądowaniem lepiej za długo się nie zastanawiać, bo to niestety głównie ono czyni z tej atrakcji "one of most exciting water sports". Motorówka zawija, lecę podejrzanie nisko nad blaszanym dachem modląc się, by za nisko nie opaść, bo będzie po stopach. Jestem już nad małym kwadratem lądowiska z worków piaskiem. Czterech Tajów rzuca się na mnie, ściąga mnie w dół, przydusza i szybko odpina liny. Siedzę sobie spokojnie, choć jeszcze pełna emocji, i patrzę jak inni startująi lądują - mniej lub bardziej precyzyjnie opuszczani przez motorówkę.
Duża łódź dowozi nas na plażę na Ko Lan. Nie jest to rajska plaża z "The Beach" z Leonardo di Caprio - tamta jest na odległej Phuket - ale i tak zachwyca nas jedwabistym piaskiem i ciepłą wodą. I turystów chyba trochę tu mniej - za to naciągaczy równie dużo, co na prawdziwej rajskiej plaży. Gdy odmawiamy masażu za 400 bahtów i owoców za 200 bahtów, nagle okazuje się, że za samo leżenie na leżaku należy się 100 bahtów. Nie ulegamy bezprawnej prośbie - dłuższa hałaśliwa dyskusja, nadejście posiłków ("bileterka" woła "ochroniarza"), a my z uporem twierdzimy, że leżenie na plaży jest w cenie wycieczki. W końcu naciągacze odchodzą jak niepyszni, a my rozkoszujemy się okolicznościami przyrody.
Jakaś para bezcześci białe stroje w wodzie, by mieć piękne zdjęcie ślubne. Pies chłodzi łapy w wodzie. Jemy lunch - rybka z głębokiego tłuszczu, pycha. Nigdy tu nie wiemy, co właściwie nam podano, bo ryby w karcie dań określane są po prostu ogólnie jako "fish" bez bliższych wyjaśnień.
Na przemian chłodzimy się w wodzie i nadrabiamy deficyty snu drzemiąc na leżaczkach. Grupa Koreańczyków koło nas pęka co chwile ze śmiechu oglądając jakieś obrazki na facebooku. Ale i tak jest tu tysiąc razy ciszej i spokojniej niż w Bangkoku, który przez chwilę wydaje nam się bardzo odległy. Wracamy, autobus dość szybko dociera do miasta, ale potem przebija się przez megakorki. Koło Phloen Chit postanawiamy wysiąść, bo pojazdy właściwie przestały się już ruszać i siedzenie w busie przestaje mieć sens. Stąd przynajmniej blisko jest do MRT, a poza tym zobaczymy sobie dzielnicę arabską. Knajpy libańskie, kuchnia z Emiratów, aromatyczne kebaby. Stajemy przed jedną z restauracji - karta ma chyba z 300 pozycji. Z tyłu jakiś naganiacz już nas próbuje namówić na inny, rzekomo lepszy przybytek. W końcu idziemy na tanie uliczne dania - libański kebab, humus i opiekany pieróg z ziemniakami. Smakują wspaniale, choć żar płynący z płyt do opiekania mięsa trudno jest znieść.
Kolejna noc w Bangkoku. Jedziemy do stacji Sukhumvit, gdzie gra muzyka, trąbią auta i błyskają neony. I na Soi Cowboy, i wokół kapliczektłumy jak co wieczór.
Bangkok zajmuje pierwsze miejsce w kilku rankingach. Według Światowej Organizacji Meteorologicznej jest najgorętszym miastem świata. Ma też wpisaną do Księgi Rekordów Guinessa najdłuższą ze wszystkich miast globu nazwę - w tłumaczeniu brzmi ona: "Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto
boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć
pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac
Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi
zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu." To także metropolia 15 milionów mieszkańców, prawie 6 milionów korkujących go samochodów i 400 świątyń. Co roku przyjeżdża tu ponad 35 milionów turystów - część, by podziwiać zabytki, część, by skorzystać z taniej seksoferty: na ulicach Bangkoku nierzadkim widokiem jest niezbyt urodziwy pan obejmujący 1-2 patrzące nań z oddaniem bardzo młode Tajki. Dziś wieczorem napatrzę się na to na słynnej Soi Cowboy...
Ale póki co jest rano, wagarujemy z hotelowego śniadanka i jedziemy na tosty z miodem i jajka na centrum handlowego Terminal przy stacji Sukhumvit. Każde piętro tego malla ma przywodzić na myśl inne miasto - Stambuł,Londynczy San Francisco.
Na samym dole barki i naleśnikarnia kusząca odlotową wystawą, na samej górze food court: przy wejściu kupuje się kartę z nabitymi punktami i w poszczególnych stoiskach płaci nią za soki, ryż, kurczaka czy frytki. Hitem jest stoisko, na którym pokazuje się kubek wypełniony owocami - obsługa bierze go, miksuje zawartość w blenderze, dodaje kroplę miodu i podeja nam indywidualnie zmiksowany dla nas koktajl.
Cały Terminal - podobnie jak całe miasto - ogarnięty walentynkowym szaleństwem. Na ulicach serduszka, misie, kwiatki i chłopcy dzierżący róże; w mallu zawieszki, specjalne stoiska, walentynkowa aranżacja, na tle której można sobie zrobić zdjęcie. W tym roku święto zakochanych rywalizuje z chińskim nowym rokiem, więc nastrój w wielu miejscach jest podwójnie świąteczny - szczęśliwe czerwone chińskie zawieszki przetykane są motywami serca.
Sky Trainem jedziemy do znajdującej się przy rzece stacji Saphan Taksin. Obsługa przysypia, ale udaje nam się kupić bilet na stateczek turystyczny i przejechać nim do ostatniej stacji: Tha Prha Athit. Po drodze podziwiamy Bangkok od strony wody - i jego oblicze elegantsze, i to mniej przeznaczone dla oczy turystów. Przewodniczka - skutecznie zagłuszana przez rzężenie silnika - opowiada przez mikrofon jakieś ciekawostki.
Idziemy do dzielnicy Banglamphu. Na ulicy ciąg dalszy walentynkowego szaleństwa - zwłaszcza, że w pobliżu szkoły i McDonald's, a więc główne skupiska konsumentów tego komercyjnego święta. Idziemy ulicą ogarniętą przez tutejsze szaleństwo narodowe - sprzedaż kuponów, które najwyraźniej cieszą się tu ogromnym powodzeniem. Do przypadkowego salonu wpadam na manicure za 50 bahtów. Gdy zmywacz nie daje rady, manicurzystka zeskrobuje resztki lakieru własnymi paznokciami, a na stępnie kladzie mi 2 warstwy prawdziwej żarówy - dokładnie takiej, jaką odradzała mi manicurzystka w Warszawie.
Podziwiamy Pomnik Demokracji, który stoi tu od roku 1940 i upamiętnia pucz z początku lat trzydziestych, w wyniku którego Tajlandia z monarchii absolutystycznej stała się monarchią konstytucyjną. Reliefy wokół pomnika stworzył włoski architekt mający tajskie obywatelstwo - a więc kolejny włoski akcent w tym mieście. Nieopodal pomnika ciekawostka - informacja, że stanowi on "the 0 kilometer marker" dla kilku dużych tajskich dróg. Monument prócz historycznego ma też znaczenie symboliczne - jego część centralna ma przypominać szkatułkę z liści palmowych, w których przechowywana jest konstytucja z roku 1932. Okalające serce pomnika cztery skrzydła mają wysokość 24 metry - ponieważ przewrót miał miejsce 24 czerwca. Monument stoi w samym środku ruchliwego ronda na skrzyżowaniu Ratchadamnoen Klang Road oraz Dinso Road, więc ciężko go sfotografować.
Na azymut idziemy w kierunku Złotej Góry, Phu Khao Thong,na terenie Wat Saket. Jak to bywa z takimi niezaplanowanymi trasami, mijamy wiele ciekawych miejsc: śmierdzące kanały, remizę strażacką, niewyobrażalnie cuchnące slumsy. Miejsce to wraz ze świątynią znajdującą się na szczycie sztucznej góry nie jest zaliczane do top 10 atrakcji Bangkoku - mnie jednak podobało się chyba najbardziej. Może ze względu na piękny widok z góry, a może dlatego, że by zobaczyć złotą stupę weszłam w tym upale nie do opisania. Dobrze, że po drodze można kupić za 10 bahtów butelkę ze świętą wodą ze złotej góry - najwyraźniej dodaje ona mocy, bo się nie poddałam.
Zanim rozpocznie się pielgrzymkę na szczyt góry, warto zajrzeć do znajdującej się u jej stóp świątyni Szczęśliwego Buddy (Fortune Buddha) - i popatrzyć, jak kryształ, na którym stoi złota figura, podświetlany jest po kolei wszystkimi kolorami tęczy. A potem kawałek dalej zrobić sobie fotkę ze swoim chińskim znakiem zodiaku - wzdłuż drogi w rzędzie stoją wykonane z plastiku zwierzęta prawdziwe i mityczne symbolizujące cały horoskop.
Pod samym szczytem napis, który tak wiele mówi o stosunku religii buddyjskiej do człowieka. Wszędzie w Bangkoku przed wejściem do obiektów, w których jest wizerunek Buddy, trzeba zdejmować buty - nie tylko przed świątyniami, ale też na przykład przed niektórymi sklepikami z pamiątkami. A tu wyraźne ostrzeżenie, by nie iść na bosaka, bo jest ślisko. Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie - zdrowie i bezpieczeństwo nie są mniej ważne od hołdu dla bóstwa.
Sama świątynia na wzgórzu wspaniała, choć dość nowa - jej betonowe ściany powstały w latach czterdziestych XX wieku, by ochronić wzgórze przed osuwaniem się. Budynek w sercu skrywa część znacznie starszą.Z kolei złota wieża na dachu świątyni skrywarelikwię Buddy - dlatego należy obchodzić ją z szacunkiem w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara i w ciszy omijać modlące się tam osoby.
Idziemy zakupić wycieczkę na kolejny dzień. Najwięcej biur widziałyśmy w okolicach Khaosan Road, tam więc się udajemy. Jak jednak wybrać dobre biuro z setek sklepików i standzików oferujących wyjazdy zorganizowane poza Bangkok? Założenie, że lepsze są agencje w porządnych klimatyzowanych lokalach zupełnie się nie sprawdza - świetne miejsce i toaleta dla gości, angielski słaby, a oferta jeszcze słabsza. Wychodzimy. Koło McDonalda dostrzegamy kolejkę - gość najwyraźniej umie sprzedawać wycieczki, choć nie ma nawet lokalu, a jedynie prowizoryczną budę. Ale umie doradzić i zachęcić, oferuje też odbiór spod hotelu, więc prócz całodniowego wyjazdy na Pattaya Beach (900 bahtów za osobę, o 200 taniej niż w naszym hotelu) bookujemy też u niego kurs gotowania po tajsku.
Na ulicach "love is in the air". Nadchodzi walentynkowy wieczór. Chłopcy w szkolnych mundurkach biegają z różami, wysyp wielorybów prowadzających się z młodymi Tajkami, trzecia płeć podmalowana mocniej niż zwykle. Łapiemy taksówkę z ciekawymi znaczkami na szybiei chcemy jechać do polecanego przez "Lonely Planet" tajskiego lokalu w okolicach Sukhumvit. Kierowca to młody Taj ubrany w koszulkę polskiej reprezentacjipiłkarskiej. Nie jest tego zresztą świadom, bo na naszą odpowiedź na pytanie "Where are you from?" kompletnie nie reaguje.
Co gorsza nie reaguje też na hasło "Sukhumvit". Nie, on nie wie, gdzie to jest, nie wie też jak dojechać, nie zna tej knajpy. Ale chętnie zawiezie nas do "biggest seafood market in Bangkok". Przepychanka, kierowca idzie w zaparte. W końcu każemy mu narysować na mapie, gdzie jest ten targ owoców morza. Okazuje się, że blisko naszej knajpy. OK, niech nas tam wiezie, trudno... Finał historii: wylądowałyśmy pewnie z 10 km od Sokhumvit. Kierowca wwiózł nas prawie do środka mafijnego lokalu z wystrojem z lat 70-tych, Rosjanami w złotych sygnetach i cenami przystawek zaczynającymi się od 300 bahtów (plus 7% podatku i 10% za obsługę). Nauka dla nas? Po iluś przejazdach zakończonych podejrzanie daleko od celu wiemy już, że aby uniknąć kontaktu z mafią, należy wsiadać jedynie do taksówki, którą prowadzi Chińczyk w średnim wieku, nigdy zaś do taryfy młodego Taja.
Per pedes na głodniaka do metra, stacja Sukhumvit, bar sushi na szóstym piętrze w Paragonie. Hostessa przydziela numerki podchodzącym - są Walentynki, więc na stolik trzeba poczekać godzinę czasu. Sushi pyszne, warto było wykazać się cierpliwością.
Noc na Soi Cowboy. Ta mająca zaledwie 200 metrów boczna uliczka wciśnięta między biurowce i malle stanowi prawdziwe centrum nocnego życia. Jej nazwa upamiętnia amerykańskiego lotnika T. G. „Cowboya“ Edwardsa, który w latach siedemdziesiątych otworzył tu pierwszy bar go go. Kluby, półnagie hostessy, sporo ludzi. W końcu dziś Walentynki - dla jednych oznacza to romantyczną kolację, a dla innych wizytę w klubie ze strip-teasem.