Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Checkpoint Charlie. Show all posts
Showing posts with label Checkpoint Charlie. Show all posts

5.24.2019

/BERLIN/ Zburzony mur i spalona trawa


Jadąc do Berlina nie wertuję tym razem przewodnika. Czytam "Wypalanie traw" Wojciecha Jagielskiego, które wydaje mi się nie tylko książką o apartheidzie, lecz również - a może przede wszystkim - o tym, jak bardzo mogą polaryzować ludzi różnice - i te zewnętrzne, i religijne, i obyczajowe. Myślę o tym w kontekście Niemiec, dziś tak wielokulturowych i parady równości odbywającej się właśnie w ten weekend. "Akceptacja zamiast tolerancji", tolerancja to za mało, potrzebna jest akceptacja - to hasło tegorocznego Christopher Street Day, który już po raz 36 rozkołysze ulice miasta.


A przecież i podziały w Berlinie wciąż są trochę widoczne. Przypomina o nich na przykład mała szrama koło dworca wschodniego Ostbahnhof - czyli East Side Gallery, resztka muru, który niegdyś mierzył 156 kilometrów i przez 30 lat szczelnie dzielił miasto. Do dziś często mówi się metaforycznie, że powstał w jedną noc: z 12 na 13 sierpnia 1961 roku wojsko, funkcjonariusze Niemieckiej Policji Granicznej, Policji Ochronnej i  Ludowej oraz  członkowie Robotniczych Oddziałów Samoobrony rozpoczęły blokadę ulic i torów kolejowych prowadzących do Berlina Zachodniego. Padł zresztą również nocą - z czwartku 9 listopada na piątek 10 listopada 1989. A teraz niczym pamięć o nim ginie sprzedawany we fragmentach w pamiątkowych kartkach, usuwany przez inwestorów budowlanych, uprzątany przez władze miasta. East Side Gallery też podobno już niedługo zostanie zlikwidowana - teren wokół resztki muru jest zbyt cenny, by mógł pozostać nieużytkiem. Dlatego łapczywie fotografuję graffiti na płytach, bo za rok może już ich tu nie być. I pozwalam sobie na chwilę zadumy przy zaniedbanej łące, która przypomina mi wypalane pola z książki Jagielskiego. 


Podziały widać też w układzie dzielnic Berlina. O ile coraz trudniej rozpoznać, czy dany fragment miasta był kiedyś w NRD czy w RFN-ie, o tyle doskonale widać, gdzie dziś mieszka najwięcej imigrantów. Idąc Oranienstraße, kolorową ulicą Kreuzbergu pełną knajp, klubów i butików, mijam kobiety w chustach na głowie i tureckie szyldy oraz wypożyczalnie video z wyborem hitów tureckich i bollywoodzkich. Dalej na północ, w Neukölln, przybyszów spoza Niemiec mieszka jeszcze więcej. Widać to choćby po liczbie ogłoszeń z kursami "Niemiecki dla początkujących".



Inicjatyw wspierających uchodźców i przesiedleńców jest w Berlinie notabene naprawdę sporo. Stykam się z nimi w czasie innego spaceru - w podwórzach Mehringhof 2a, do których wchodzi się z Gneisenaustraße przez szczelnie oplakatowaną bramę. Jest tu związek pracowników z Turcji, alternatywny teatr, księgarnia "Czarna Szpara". W pomieszczeniach na piętrze odbywają się wiece, spotkania informacyjne, kursy integracyjne. 


Tymczasem idę dalej Oranienstraße, która za skrzyżowaniem przechodzi w Wiener Straße. Młodzi chłopcy w grupkach stoją oparci o pylony wiaduktu nad prostopadłą względem dwóch poprzednich ulic Skalitzer Straße. Niektórzy podjeżdżają do przechodniów na rowerach dyskretnie oferując paczuszki z - nomen omen - trawą. Inni krzyczą "GHAAA-NAAA"; dziś wieczorem drużyna niemiecka zmierzy się w ramach mistrzostw świata z drużyną z Afryki. Będzie to trochę mecz bratobójczy: po stronie Niemiec zagra w nim Jérôme Boateng, a po stronie Ghany jego młodszy brat, Kevin-Prince Boateng. 


Mecz obejrzę dziś wieczorem na żywo w knajpie w dzielnicy Wedding. Też myśląc o podziałach i uprzedzeniach. Ze stojącego na skrzynkach po Heinekenie beamera obraz rzucany jest na ekran rozpięty na tle kościoła. Niemka obok mnie ma w uszach kolczyki z flagami, a na twarzy charakterystyczne żółto-czerwono-czarne maźnięcia. Dzień jest bardzo długi, czekamy na zmrok, bo wtedy lepiej będzie widać zarysy piłkarzy na białym ekranie. Gra jest coraz bardziej emocjonująca. Za ogrodzeniem ogródka piwnego, w którym siedzę, zebrała się grupa młodych Turków, którzy bez zasiadania na kanapie i płacenia za napoje, na stojaka, obserwują ruchy drużyn na murawie patrząc nam niejako przez ramię. 87 minuta meczu. Mesut Özil zgrabnie wrzuca piłkę w pole karne. Wszyscy zamierają. Usta Niemki obok mnie układają się już w "T" - bo może zaraz trzeba będzie krzyknąć "TOOOOOOR". Niestety podanie do Müllera zostaje przejęte przez piłkarza drużyny przeciwnej. Bramki na razie nie będzie. "Chrzaniony Turek!!!!" wrzeszczy w kierunku zbliżenia twarzy Özila na ekranie młodzieżowa grupka zza płotu.


Ale tymczasem jeszcze jest dzień, a ja idę do Görlitzer Parku zwanego przez Berlińczyków pieszczotliwie Görli. Końcówka "-i" to zresztą lubiany sufiks zdrobnieniowy w tym mieście: na przykład na stację metra "Kottbusser Tor" też mówi się "Kotti". Park powstał na początku lat dziewięćdziesiątych wokół opustoszałego budynku dworca kolejowego, który dziś notabene trudno nazwać opustoszałym, bo w najlepsze toczy się tu alternatywne życie towarzyskie wspomagane używkami różnego kalibru.


Liczba chłopaków w czapkach wyciągających zachęcająco z kieszeni folie ze zszarzałą zawartością znacząco się zwiększa. Adresowany do miejskich przedstawicieli porządku plakat przy wejściu do parku mówi wyraźnie, że nikt sobie tu nie życzy żadnej ingerencji. I że potrzebne jest miejsce bez zakazu sprayowania, palenia, słuchania głośnej muzyki, wprowadzania psów, biwakowania - bo niektórzy mieszkańcy miasta mają też takie potrzeby. Wchodzę na własną odpowiedzialność do tej strefy anarchii będącej niejako poza prawem. Do strefy, w której koegzystują artyści, dziwacy i... rodziny z dziećmi odwiedzające znajdujące się tu darmowe minizoo, plac zabaw czy nieco zdezelowaną pływalnię.


Z lewej reggae i opary dymu. Z prawej artyści ozdabiają betonowe ściany muralami z kapsli. Przede mną łąka, na której siedzą ludzie zdający się myśleć "above us only sky". Z krzaków ktoś macha do mnie zachęcająco jakimś towarem. Obok mnie przechodzi matka z dwojgiem małych dzieci. Nade mną na dziwnej konstrukcji kiwają się trampki poruszane podmuchami wiatru. To jest Görli - miasto w mieście, przykład koegzystencji trudnej do wyobrażenia. Kojarzy mi się z Ventersdorpem z "Wypalania traw", w którym Burowie mieszkali obok Afrykańczyków prowadząc niejako życia równoległe, a przecież tak bardzo ze sobą splecione.


Odwiedzam minizoo, w którym smętny osiołek wyraźnie cieszy się z nielicznych odwiedzin. Po chwili odkrywam przyczynę jego iście kłapouszej melancholii - na nieco upokarzającej skierowanej ku niemu strzałce napisano, że jest na diecie i nie wolno go karmić. Może więc sobie najwyżej popatrzyć, jak dzieci dożywiają kózki. A ślinka cieknie.  Dalej na trampolinie skaczą dzieci, a w jednym z boksów dla zwierząt - najwyraźniej przez nie opuszczonym - ojciec gra z synem w piłkę pokrzykując na niego po turecku i stając się mimowolnie atrakcją dla zwiedzających. Królicze klatki pachną trawą, ale inną niż cała reszta parku. Zamiast opisów z nazwami gatunkowymi na ogrodzeniach porozwieszano imiona własne zwierząt. Jak sympatycznie! Dzieci wołają "Heidi, Heidi", ale koza pozostaje niewzruszona. Inna rzecz, że na swoją nazwę łacińską też by na pewno nie zareagowała...


Nowe mury w Berlinie - jak ten odgradzający Görli od reszty świata - trzymają się dobrze, ale pozostałości starych znikają w zastraszającym tempie. Idę więc odwiedzić te rozproszone po mieście fragmenty, które jeszcze stoją, by się z nimi pożegnać zanim zjedzą je buldożery przygotowujące teren pod nowe apartamenty i ulice. Mijam sklep z komiksami na Oranienstraße. To notabene też osobny mikrokosmos - wszechświat sztuki rysunkowej, która nie boi się żadnych tematów i konwencji. Dziś na przykład w centrum witryny stoi komiks "Hitler Hipster".


20 minut spacerem i dochodzę na Kochstraße, przy której mieści się Muzeum Muru i historyczna tablica znacząca niegdyś granicę stref okupacyjnych w Berlinie. Linia pod moimi stopami upamiętnia istnienie muru i pokazuje jego przebieg w tym miejscu.



Wchodzę w tłum turystów. Część z nich zaprzyjaźnia się z historią robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia retro w specjalnej kabinie lub pozując do zdjęcia z przystojnymi chłopakami w amerykańskich mundurach. Zastanawiam się, czy to przebierańcy, czy też przedstawiciele armii USA dorabiają sobie tutaj do żołdu.



Nieopodal Haus am Checkpoint Charlie w roku 2012 pojawił się infobox - prowizoryczny pawilon z wystawą o zimnej wojnie. Na jego miejscu ma powstać w przyszłym roku muzeum poświęcone tamtym czasom. Na razie można dowiedzieć więcej o tej inicjatywie, zjeść słynny berliński Currywurst i obejrzeć wystawę historycznych zdjęć. Jest wśród nich też to najsłynniejsze: dziecko oddzielone od rodziców w czasie akcji przegradzania Berlina chce przejść na drugą stronę drutu kolczastego, a żołnierz w bezradnej pozie nie umie mu pomóc.



Ostatni przystanek na mojej trasie poszukiwania pozostałości muru to okolice Potsdamer Platz ze słynnym supernowoczesnym Sony Center. Wysiadam z metra i podchodzę do kilku osprayowanych betonowych paneli, które tu nagle zyskują zupełnie inny kontekst - w otoczeniu szklanych wieżowców wydają się małe, bezbronne, przeraźliwie stare... Czy to możliwe, że mur runął zaledwie 25 lat temu? 



***
TRASA SPACERU

(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)

8.09.2011

/BERLIN/ Berlińskie graffiti

Chrystus w Świebodzinie, zmiana obsługi pociągu, jeszcze chwila i są – pełne swoistej poezji blokowiska Berlina Wschodniego...

"Du kriegst mich aus Berlin, doch Berlin niemals aus mir". Z Berlina można wyjechać, ale nigdy się go nie zapomni. To tylko 6 godzin stąd, trochę jak na innej planecie. Zawsze będąc w Berlinie mam wrażenie, że to stolica Europy – centrum wydarzeń, wrażeń i przeżyć.
Chciałam opisać wrażenia z Berlina i zilustrować je wieloma zdjęciami. Schodziłam to miasto przez 8 dni zdzierając buty i stopy i fotografując tysiące graffiti, setki zabytków, dziesiątki osób. Zdjęcia mam jednak niestety tylko z ostatnich dwóch dni – aparat zginął z mojej kurtki o 4 rano w czwartek  gdzieś na Ostkreuzu koło niezwykłego swoją drogą klubu „Zum schmutzigen Hobby”. Klub polecam – dmuchana krowa w witrynie, zdjęcia na ścianach przedstawiające czynność, o której pewnie nie można nawet myśleć przed 23.00 oraz jedyna w swoim rodzaju otwarta toaleta…

Tym razem udało mi się zwiedzić Reichstag. Rejestracja przez stronę www, miesiąc oczekiwania i – jest: cenny glejt uprawniający do wejścia o konkretnej godzinie konkretnego dnia. Kontrola przy wejściu. Przyjaciółka ma  na torbie buttony wyrażające jej światopogląd - homofobia jest pedalska, zalegalizujmy trawę, precz energii atomowej... Każą jej zdjąć button o energii atomowej - "rząd jest w tej sprawie neutralny".

Wrażenie ze szklanej kopuły Reichstagu? Jakby się było w statku kosmicznym nad miastem. Ludzie suną powoli po pnącym się w górę ślimaku ze słuchawkami na uszach. Duszno, mimo że dziura w ślimaku ma zapewniać wietrzenie (w przypadku deszczu zaś szybko się zamknąć). Ale to niedotlenienie chyba jeszcze bardziej potęguje odczucie niezwykłości – i samej konstrukcji, i pięknej panoramy miasta.


Przy wieży telewizyjnej znów trzygodzinna kolejka – a więc i tym razem sobie odpuszczę. Na szczęście okazuje się, że hotel Park Inn naprzeciwko wieży oferuje za drobną opłatą podobną panoramę – a nawet lepszą, bo w końcu świetnie widzi się stąd Fernsehturm.



Muzeów, galerii, wystaw setki. W jednej z nich zastałam wiadra z cementem. Myślałam, że remont, ale okazało się, że wręcz przeciwnie – nie remont, tylko SZTUKA. Sztuką jest to, co człowiek sztuką nazwie. Berlinische Galerie zachwyciła mnie nie tylko ciekawą instalacją przed wejściem i miksem berlińskiej sztuki z epok różnych, lecz także nietypową inspirującą aranżacją wnętrza.
Ogromnym odkryciem okazał się sklep z komiksami na Oranienstraße 22… Nie wiem, kiedy minęły trzy godziny – a i tak wychodziłam z żalem. Biblia w formie komiksu, komiksowa historia świata, komiks o fraktalach, filozofia Kanta przybliżona w komiksowy sposób. Setki, tysiące grafik kolorowych i czarno-białych, a w każdej inny świat, w który warto się zanurzyć.
Berlińskie metro działa krócej niż warszawskie. Nie współgra to z rytmem miasta, które nocą aż dudni życiem i turecką muzyką. Klub so36 uwiódł mnie atmosferą. Obsługa w strojach pielęgniarskich, drink w kostce cukru na wejściu, ogromny lokal – choć z zewnątrz tylko niepozorne obdrapane drzwi. I zegar pod sufitem odmierzający czas – co pół godziny zmiana klimatu i muzyki. I genialny koncert grupy Nachlader, który przeniósł wszystkich w lata 80-te.




Każda brama to inny świat. Słynny berliński streetart* – wieczne graffiti i jego siostra-efemeryda z papieru. Zaangażowane ulotki i mniej zaangażowani kosmici. Są wszędzie.



Jakoś chyba przekornie najbardziej komercyjną atrakcją Berlina wydało mi się tym razem Tacheles. Pierścienie z widelców po 25 euro i ulotki, by nie zamykać Tacheles – i tak już od dobrych 15 lat. A Tacheles nadal ma się świetnie, choć osoby z wrażliwym węchem mogą mieć w nim problem z rozkoszowaniem się sztuką. Galerie, galeryjki, sklepiki – i tak piętro po piętrze. Fajne kolaże Tima Roeloffsa. Kilka pocztówek typu Manga meets Berlin, Che w koszulce „I love Sex” i trabant lecący koło niedźwiedzia ozdabia dziś moje biurko.




Niezapomniane zdjęcie z Lordem Vaderem pod Bramą Brandenburską przepadło. Fotka ze znanym niemieckim transwestytą, Niną Queer, też. Ale do ulubionego miasta w końcu najchętniej się wraca – choćby pod pretekstem potańczenia w so36 i zrobienia kolejnych zdjęć.





* Zapraszam też do mojej GALERII STREET ARTU: http://maniapodrozowania.blogspot.com/p/streetart.html