Jest 23.00, wysiadam z pociągu metra, który z centrum Monachium dowiózł mnie na ostatnią stację w podziemiach drugiego terminala w Monachium. Ciemno, deszcz. Ażurowy dach nad dziedzińcem łączącym lotnisko i centrum targowe odcina się od ciemnego nieba niczym pancerz kosmicznego robala.
Kosmiczna będzie też ta noc. Spędzę ją w napcabsie na 4 metrach kwadratowych. Raz już nocowałam w kapsułach na terminalu, ale od tego czasu ponoć je zmodernizowano, więc ciekawa jestem nowego ich wystroju i wyposażenia. Kabin jest też obecnie więcej niż półtora roku temu. Te przy gate'cie G06 stoją bezpośrednio w terminalu, a te w H32 - w specjalnej strefie relaksu. W nocy lotnisko jest zamykane - o różnych godzinach, zależnie od rozkładu lotów w danym dniu. Teraz też przy kontroli bezpieczeństwa panuje półmrok. Ledwie zdążam uprosić ostatnich celników, by wpuścili mnie do strefy tranzytowej. Oczami duszy widzę już siebie śpiącą z bagażem pod głową przy maszynach do check-inu. Na szczęście udaje mi się dogadać z celnikami. Z zainteresowaniem oglądają moje wydruki z informacjami o napcabsach i dają się przekonać, że mimo że mam lot dopiero o 6.30 rano następnego dnia, to już dziś powinnam przedostać się do gate'ów. Idę do strefy H32. Lotnisko jest całkiem puste - takiego jeszcze go nie widziałam. Nie ma nawet służb sprzątających. Sklepy i restauracje pozamykane. W palarniach tylko resztki dymu w powietrzu. Dobrze, że chociaż toalety otwarte są cała dobę.
Dochodzę do strefy relaksu przypominającej scenerię z avatarowej Pandory. Wszechobecna czysta zieleń. I kabiny niczym kokony zapraszające do przytulnych wnętrz.
Przyjemność korzystania z napcabsa to koszt 15 euro za godzinę w dzień (6.00-22.00) i 10 euro w nocy (22.00-6.00). Minimalna wpłata wynosi 30 euro, ale w czasie płacenia kartą kredytową blokowana jest na niej suma 100 euro, z której niewykorzystana kwota odblokowywana jest od razu po opuszczeniu kabiny. Czas pobytu we wnętrzu podliczany jest co do minuty. Pierwsza nowość: w roku 2011 to karta kredytowa służyła za klucz do kabiny, gdy na chwilę chciało się ją opuścić - np. by skorzystać w nocy z toalety. Pewnie niejeden pasażer zaspany wyleciał z napcabsa bez karty i nie mógł wrócić, bo teraz już w czasie meldowania się na ekranie w celu skorzystania z kabiny musiałam ustalić PIN otwierający drzwi po chwilowym wyjściu. A ponieważ PIN także można niechcący zapomnieć, to na monitorze dotykowym we wnętrzu dodano opcję przypomnienia osobistego kodu.
Wsuwam kartę kredytową do terminala na zewnątrz kabiny, wbijam PIN, drzwi automatycznie się otwierają. Wita mnie zapach świeżej pościeli i chłód klimatyzowanego wnętrza. Zatrzaskuję od środka drzwi i zasuwam roletę zapewniającą mi pełną intymność.
Dostrzegam kolejną nowość: na pasażera wynajmującego kabinę czeka półlitrowa butelka wody mineralnej. Niestety improvement, który zgłosiłam mailowo - że w kabinie przydałyby się książki - nie został uwzględniony. Dobrze, że mam prywatnego Kindla. Przybyła za to stacja dokująca do Iphone'a.Bo kabel RJ45 był już na pewno także w starszej wersji minihotelu.
Bawię się precyzyjnym regulatorem klimatyzacji. A potem monitorem i jego dobrze znanymi mi już funkcjami. Opcja "aktywizująca" to mocne światło i dynamiczny Vivaldi rozbrzmiewający w kabinie. Opcja "odprężająca" to ciepłe światło i kojące klasyczne dźwięki. Poza tym mam do wyboru kilkanaście utworów muzyki poważnej i parę filmików reklamowych do obejrzenia. Bazy filmów fabularnych czy gier - które zdarzają się w samolotach luksusowych linii - na razie w kabinie brak.
Przebieram się pidżamkę, ustawiam budzik. Rano okaże się, że pod tym hasłem kryje się zespół funkcji akustyczno-wizualnych, które obudziłyby nawet umarłego. Kabina piszczy, a światło rozbłyskuje się pulsacyjnie. Chyba tylko dzięki temu nie zaspałam na poranny lot do Warszawy - bo w kabinie spało mi się grzesznie słodko.
Po sześciu godzinach budzę się wypoczęta. Ubieram się przy dźwiękach Czajkowskiego. Wychodzę na pusty wciąż terminal. Żegnam się z minihotelem, w którym po raz drugi już przeżyłam miłą noc. Terminal informuje mnie, ile pieniędzy z zablokowanych na karcie stu euro zostanie mi zwrócone.
Do gate'u mam zaledwie kilkadziesiąt metrów. Lotnisko powoli budzi się do życia. Otwierają się pierwsze sklepy, zaspani pasażerowie sączą darmową kawkę z papierowych kubków. Dwóch policjantów spisuje zeznania od jednego z pasażerów, którzy próbował wejść na lotnisko z kastetem.
Wchodzimy do Embraera. Jak zawsze w czasie porannego poniedziałkowego lotu siedzę niczym w jednej ze scen w "Matrixie" wśród klonów w ciemnych garniturach lecących na tydzień roboczy w Monachium do Warszawy. Pogoda piękna, startujemy bez przeszkód i powoli wznosimy się nad chmury. Już za 1,5 godziny będę siedzieć przy biurku w pracy.
Zapraszam też na filmik, który nakręciłam w kapsule:
Spór o wyższości Bożego Narodzenia nad Wielkanocą ma dla mnie tylko jedno rozstrzygnięcie - oczywiście na korzyść Gwiazdki. Bo i prezenty, i więcej dni wolnych, i niepowtarzalny nastrój, i "Last Christmas" w sklepach. Inny temat, to czy spędzać Święta w domu, czy na wyjeździe. Od kilku lat atrakcyjniejsza wydaje mi się ta druga opcja - bo choć bez zapachu barszczyku, a od trzech lat także bez śniegu, Święta w Bawarii nie mają sobie równych. Przede wszystkim z powodu bożonarodzeniowych jarmarków - zwanych tu Weihnachtsmarktami, Christkindlmarktami, a czasem - ze względu na daleko posuniętą poprawność polityczną - nawet Wintermarktami. W tym roku zachwycił mnie mały jarmark w Bad Kötzting, miasteczku w powiecie nomen omen Cham, niecałe 20 kilometrów od granicy z Czechami. "Mały" to pojęcie względne - Weihnachtsmarkt w niemieckim uzdrowisku był bowiem dwa razy większy (i z o dobre kilkaset lat dłuższą tradycją) od tego na Ursynowie i przy dworcu centralnym w Warszawie razem wziętych. I choć na jarmarku w parku Jana Pawła II były renifery, a tu tylko pies zaopatrzony w napis "wszystko mi wolno", to i tak w Bawarii było jakoś tak bardziej świątecznie.
Na Weihnachtsmarkt prowadziła droga zwana "drogą szopek" - w bramach, witrynach sklepów i parkach do przechodniów uśmiechała się Maria, Józef, Trzej Królowie i zwierzaki - w różnych rozmiarach, kolorach, konwencjach. Część sklepów poszła w awangardowe dekoracje wykorzystujące mniej lub bardziej świąteczne motywy. Sztuka strojenia okien - zarówno w domach, jak i w lokalach - to zresztą w Niemczech osobny fascynujący temat zasługujący przynajmniej na obszernego fotobloga.
Jeszcze kilkaset metrów i jesteśmy w królestwie grzanego wina i gorących kiełbasek. Zespół z małej sceny przygrywa na żywo świąteczne country, fani donoszą artystom kubki z Glühweinem - dostępnym tu za 2,20 euro lub o 50 centów drożej w wersji z łykiem rumu. Ludzie stoją przy stolikach, rozmawiają, dzieci kręcą się na karuzeli.
Przechadzam się wśród budek z rozmaitym asortymentem. Są stoiska typowe - z bombkami, świątecznymi ozdobami drewnianymi, skarpetkami, ceramicznymi domkami na świeczki. Ale jedno jest zupełnie inne - takie, jakiego dotąd nigdy nie widziałam: to budka typu Flohmarkt, czyli pchli targ. Stara biżuteria, chińskie puzdereczka, płyty winylowe. I miła pani, która chętnie opowiada historie związane z cackami, które sprzedaje po kilka euro.
Przenosimy się do Passau - ze zwiedzaniem jarmarków bożonarodzeniowych trzeba się śpieszyć, bo większość z nich zamknie swe podwoje 23 grudnia. W dolnobawarskiej metropolii Christkindlmarkt odbywa się w prominentnym miejscu - na placu przed katedrą pod wezwaniem patrona miasta, Św. Stefana. Jak co roku zorganizowany został on z dbałością o szczegóły - w centrum wydarzeń znajduje się mały ryneczek z wiatami i stolikami, przy których można wypić grzane wino (tu za 3 euro w wersji klasycznej i za 3,50 z rumem).
Małe drewniane budki stoją w różnych rzędach wzdłuż alejek. Kolorowe czapki, deski do krojenia z wypaloną świnką - symbolem szczęścia, świąteczne łakocie. I znów natrafiam na asortyment nietypowy - stoisko z oprawionymi skórami zwierząt. Za 25 euro można na nim kupić narzutę na fotel ze skóry kozy. Obok wybór strojów ludowych z pasującą bielizną. Dalej kolejne zaskakujące odkrycie: zawsze myślałam, że zapiekanka to rdzennie polski wynalazek, a tu niespodzianka - w Bawarii też można nabyć bułę z serem.
Finał tegorocznej rundki po świątecznych jarmarkach - lotnisko w Monachium i hałaśliwy oraz zatłoczony do niemożliwości Wintermarkt na placu między terminalem I a II. Nad nim elementy nowoczesnej konstrukcji i ogromne zdjęcie pracowników MUC w strojach ludowych, a w centrum - lodowisko plus tor do gry w bobsleye. Duch świąt jakoś mniej jest tu obecny, bardziej daje się za to odczuć wielkomiejski pośpiech. W czarnym namiocie z napisem "Frohe Botschaft" kupuję najdroższe w tym roku grzane wino - za 4 euro. Piję je w ścisku, międzynarodowym tłumie, hałasie i aromacie dań azjatyckich z pobliskiej budki. Jednak na lotnisko trudno jest przywołać świąteczny nastrój, kolorowe światełka i plastikowe Mikołaje niewiele tu pomogą...
Ale nie samymi jarmarkami człowiek w okresie przedświątecznym żyje. Piękna pogoda i górzyste otoczenie miejscowości Bernried, w której znajduje się nasz hotel, zachęcają do wycieczek. Prócz gór, drzew i pasących się owiec oraz malowniczych widoków - które udaje mi się utrwalić o wschodzie słońca, bo ze względu na inną geograficzną strefę czasową, wystarczy wstać o 8 rano, by złapać piękne światło magic hour - każdego dnia odkrywamy inne ciekawostki.
A więc na przykład cmentarz. Już sam w sobie inny niż te typowe dla Polski: równe, podobne do siebie groby z misternie skomponowaną zielenią. Skromne tablice, czasem o nietypowym wzornictwie. I ciekawostka - automat, w którym można kupić wkłady do zniczy. Dalej inne miejsce pamięci - typowe wyłącznie dla tego regionu Bawarii: tablicez krótkimi epitafiami upamiętniającymi zmarłych. Nie są to groby - szczątki zmarłych chowane są na cmentarzu, a tutaj jedynie składa się hołd życiu mieszkańców miasteczka.
Z krótkich rymowanych czterowierszy wyłaniają się życiorysy ludzi, którzy ciężko pracowali. W wolnym tłumaczeniu:
"Niejeden dom dzięki tobie powstał
dla naszej wioski.
Odpoczynek więc znajdź w niebiosach
od doczesnej troski."
"W życiu swym doczesnym
znałeś tylko pracę i trud.
Dałeś tak wiele innym,
nich wynagrodzi ci Bóg."
Spacer w drugim kierunku - szlakiem 2 z Bernried. Schodzimy w dół z miasteczka. Mijamy pojemniki na śmieci z wyznaczonymi "godzinami użytkowania" i automat z papierosami zaopatrzony w zmyślny system czytników dowodów i kart kredytowych zapobiegający nabywaniu tytoniu przez nieletnich.Wchodzimy na chwile do kościółka, w którym nowoczesność miesza się z tradycją: zamiast tradycyjnych świeczek wotywnych przygotowano tu elektryczne lampki, które wstawia się w specjalne wtyki, a w książkach z pieśniami religijnymi zamieszczono copyrighty pod wszystkimi tekstami.
Jeszcze kilka kroków wąską ścieżką i natrafiamy na... małe muzeum pod gołym niebem. Jest to nieogrodzony skansen gromadzący tradycyjne maszyny rolnicze i narzędzia rzemieślnicze - bez kasy i godzin zwiedzania, stworzony i utrzymywany tak po prostu dla przyjemności wędrowców i mieszkańców miasteczka. Szlifierki, dłuta kamieniarskie, silniki - prawdziwa historia techniki, jeszcze z kroplami ludzkiego potu na uchwytach i lekką rdzą na elementach metalowych. Zapis pracy ludzkiej i zmagań z naturą. Eksponatów jest całkiem sporo. Moją uwagę przykuwa duże wahadło z podwoziem służące do usuwania ciężkich głazów z pól.
Po spacerze jedziemy do Deggendorf. Po drodze, przy tankowaniu, natrafiamy na kolejny dowód ludzkiej inwencji. Właściciel stacji benzynowej w Innenstetten zainstalował nad dystrybutorami automat na sznurek. Na jednej z płaszczyzn obrotowego prostopadłościanu widnieje informacja, że można płacić w kasie lub kartą, na innej - że tylko kartą w terminalu. W zależności od tego, czy małe biuro przy stacji jest w danym dniu otwarte, pracownik ustawia moduł informacyjny w odpowiednim położeniu za pomocą jednego ruchu sznurkiem.
W Deggendorfie po jarmarku świątecznym zostały już tylko puste budki. Jest Wigilia, sklepy otwarte były jedynie do południa. Parkujemy więc za darmo - miasto zasponsorowało w niehandlowe dni darmowy wjazd na podziemny parking umieszczony pod rynkiem.
Snujemy się po pustych niemal ulicach. Tu choinka, tam opakowany świątecznie salon optyczny, ówdzie piłkarskie graffiti z Bobem Marleyem. I mała niespodzianka - pomnik świni. Sympatyczne zwierzątko, będące w Niemczech - jak wspominałam - symbolem szczęścia, zostało ufundowane w roku 2001 przez prywatnego inwestora ku radości mieszkańców i jako upamiętnienie dziejów uliczki, która niegdyś nazwana była właśnie na cześć hodowlanego przyjaciela człowieka. Dziś ulica nazywa się zupełnie inaczej, ale uśmiechnięty prosiak przypomina o jej historii.
Pora na nasz ulubiony popołudniowy bawarski rytuał - kąpiele termalne. Masaże wodne, sauna, rzeka, morskie fale - tutejsze pływalnie to opcja na wiele godzin wszelakich rozkoszy. Najpierw testujemy Johannesbadw Bad Füssing. 12,50 euro w opcji z kąpielami siarkowymi, bez limitu czasu. Ogromny basen pod gołym niebem, rzeka z zachodem słońca w tle, ciepłe i gorące wody o dobroczynnym działaniu. Druga opcja na naszym świątecznym wyjeździe to termy w Bad Griesbach. 14 euro za cztery godziny na pływalni i w saunie. W jednym z basenów umieszczono dysze do masażu. Każda z nich jest na innej wysokości. Co kilka minut ciśnienie wody słabnie i wtedy - zgodnie z wywieszoną instrukcją - rządek ludzi przesuwa się o jedno miejsce w lewo. Jest 17.00, właśnie zaczyna się aqua aerobic. A w saunie obsługa dolewa olejki zapachowe - w jednej cytrusowy, w drugiej leśny, w trzeciej mentolowy. Dla ochłody po poceniu się w 60, 75 lub 90 stopniach można wyjść na golasa na specjalny taras i poleżeć na bujanym leżaku. Albo zażyć przyjemności bąbelkowej kąpieli w jacuzzi - też pod gołym niebem.
Nadchodzi wieczór. Wigilia. Gwizdy już lśnią na czystym niebie. Sala o myśliwskim wystroju czeka już na gości. W zeszłym roku jako główny posiłek na wieczerzy podano nam kurczaka, w tym roku - dziką kaczkę. Dań w sumie było sześć - a więc zaliczyliśmy połowę polskiej tradycji. Jako jedyni mieliśmy też opłatek. Za to obdarowywanie się i tu nie wychodzi z mody - po jedzeniu, które spożywamy w nastrojowym półmroku przy dźwiękach bawarskiego grajka,"one man orchestra" z ochrypłym głosem i keyboardem - Niemcy wyciągają podarki. Obok nas przy stoliku rozgrywa się zabawna scena - chłopak daje dziewczynie pierścionek zaręczynowy, a ona jemu - najwyraźniej nie spodziewając się takiego gestu z jego strony - kraciaste kapcie.
Po wieczerzy ludzie jadą na pasterki do okolicznych kościołów. Nie we wszystkich zaczynają się one o północy, w niektórych o 22.00 czy 23.00. Na koniec tradycyjnych mszy ludzie zgodnie z lokalnym zwyczajem śpiewają w oświetlonym świecami kościele najpiękniejszą chyba kolędę - "Cichą noc". "Stille Nacht, helige Nacht..."
***
Zapraszam też na film o jarmarkach świątecznych:
i o innych bawarskich atrakcjach:
***
Trasa:
Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę