Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Belgia. Show all posts
Showing posts with label Belgia. Show all posts

9.28.2013

/EUROPA/ Ranking przytulnych miejsc na deszczowy dzień

„Jesienią, jesienią sady się rumienią”… Ale że w ostatnich czasach częściej niż polska złota występuje niestety europejska deszczowa wersja jesieni, to czasem nie pozostaje nic innego niż w czasie wrześniowej lub październikowej podróży schronić się w jakimś zacisznym miejscu. Naszło mnie na wspominki i postanowiłam zrobić ranking miejsc, w których poratowano mnie dobrym piwem, pyszną czekoladą, ciepłą strawą i w których udało mi się osuszyć przemoknięte buty w miłej atmosferze.

1. Délirium Café w Brukseli, czyli 2000 marek piwa do wyboru

To niezwykłe miejsce ukryte jest małej uliczce Impasse de la Fidélité kilkaset metrów od Grande Place. Zapuścić się w nią warto również dlatego, że ukryta jest tam Jeanneke Pis, sikająca dziewczynka – feministyczna odpowiedź na Manneken Pis, sikającego chłopca będącego jednym z symboli Brukseli. Pojawiła się w mieście w roku 1987, by zwracać uwagę turystów na tę część brukselskiej starówki. I choć sika ukryta za kratami, warto ją zobaczyć. A potem przed kapryśną pogodą skryć się w Délirium Café.

Gości wita wizerunek różowego słonia na drzwiach lokalu. Wnętrze pubu jest bardzo nastrojowe – przyciemnione światło, beczki zamiast stołów, nad barem lśniące krany. Lokal został wpisany do księgi rekordów Guinnessa w roku 2004 – wtedy w karcie było tu ponad 2000 rodzajów piw z 60 krajów świata. Ja w karcie znalazłam około 30 nazw – pewnie reszta specjałów była na życzenie. Kufel Delirium Tremens – belgijski specjał z listy 50 najlepszych piw świata – nie umożliwił mi co prawda spotkania z różowym słoniem, ale sprawił, że między ołowianymi chmurami zaczęłam dostrzegać przebłyski słońca.
 

2. Schokoladenmuseum w Kolonii, czyli czekolada ze złotej fontanny 

Zanosi się na deszcz, idę wzdłuż nabrzeża Renu zastanawiając się, czy nie zawrócić i nie ukryć się w katedrze – aż tu nagle wyrasta przede mną szklany dom, przez którego ściany widać cudo: złote drzewo ze złotymi liśćmi. Jak zaczarowana podchodzę do budynku, który - jak doczytam później - jest jednym z dziesięciu najchętniej odwiedzanych muzeów w Niemczech. Jest to zbudowane na półwyspie na Renie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nakładem 53 milionów marek Muzeum Czekolady.

To raj nie tylko dla dzieci i nie tylko na deszczowy dzień. Już kilka metrów przed wejściem czuć grzesznie słodki zapach czekolady – trzymetrowe złote drzewo w budynku jest bowiem w istocie fontanną. Pracownice muzeum ubrane w białe fartuchy serwują gościom biszkopty umoczone w czekoladowej rzece. A dalej jest jeszcze ciekawiej: taśmy produkcyjne z robotycznymi łapami pakującymi czekoladki. Mali kuzyni R2D2 niestrudzenie wykonują z tysiące takich samych ruchów.

Dwie godziny mijają nie wiadomo kiedy – na dworze już się przejaśnia. Wystawa prezentująca historię czekolady – od czasów Majów i Azteków po dzień dzisiejszy. Sala kinowa, w której można obejrzeć nostalgiczne reklamy słodyczy z lat sześćdziesiątych. Srebrne naczynia z XIX wieku służące do serwowania deserów. A przy wyjściu z muzeum sklep, który sam w sobie mógłby być muzeum produktów czekoladowych z całego świata. Kupuję tabliczkę bardzo gorzkiej czekolady z chilli. Ten smak już zawsze przenosić będzie mnie do Schokoladenmuseum w Kolonii.
 

3. The Buldog w Amsterdamie, czyli muffiny z dodatkami 

The Buldog, sieć kultowych coffeeshopów, w których oczywiście można skosztować znacznie więcej niż filiżankę kawy. Pamiętam wizytę w Amsterdamie, w czasie której przez pięć dni cały czas lał deszcz. Do idiolektu naszej ekipy weszło wtedy nawet określenie "amsterdamska pogoda". Od depresji ratowała nas jedynie trasa uwzględniająca wizyty w kolejnych Buldogach w odstępach maksymalnie godzinnych. I kupowanie po drodze kolejnych par suchych skarpetek. Dziś stanowią one zapewne dobre 60% mojej skarpetkowej szuflady.

Pierwszy kultowy coffeshop z niezapomnianym wizerunkiem żółtego buldoga przy wejściu otwarty został w Amsterdamie w roku 1975. Wtedy to Henk de Vries, który – jak mówi legenda – pierwszą paczkę ziół przywiózł z Afryki z pudełku zapałek, opróżnił sex shop swojego ojca nad kanałem i otworzył w nim alternatywną hippisowską kawiarnię. Z początku miejsce to funkcjonowało pół-, a właściwie nawet nielegalnie – dziś działa w majestacie prawa stosując się zresztą do zasady wedle której w takich miejscach nie powinno się sprzedawać alkoholu.

Sprzedaje się natomiast wiele innych rzeczy. Informacja o nich podana jest na kartach menu umieszczonych w blatach i widocznych dopiero po podświetleniu – pod barem są specjalne lampki uruchamiane na życzenie przez obsługę. Tę nieco prohibicyjną atmosferę podkreśla też niepowtarzalny wystrój wnętrz Buldogów: półmrok, unoszący się dym, plastikowe psy, dekoracje w kształcie kapeluszy muchomorów. Czekoladowy muffin z wkładką i kawa bez wkładki – to menu pozwalające przetrwać kolejny deszczowy dzień w Amsterdamie. 
 

4. Telecafé w Berlinie, czyli zakręcona restauracja 

Na wysokości ponad 200 metrów, za specjalnymi termoizolowanymi szybami sprowadzonymi z Belgii, kręci się restauracja. To jedna z atrakcji znajdujących się w kuli wieży telewizyjnej przy Alexanderplatzu w dawnym Berlinie Wschodnim. Stojąca tu od końca lat sześćdziesiątych Fernsehturm jest najwyższą wolnostojącą budowlą w Europie. Odwiedza ją rocznie ponad milion gości. W deszczowy dzień wiodk na Berlin jest mniej imponujący, ale za to kolejka do wjazdu krótsza.

Do restauracji wchodzi się po schodach z tarasu widokowego. Kelnerzy wskazują jeden z 40 stolików. Wszystkie są przy oknie. Restauracja powoli się obraca, lampki dają intymne światło, świetlne punkty na ścianach przywodzą na myśl drogę melczną.

Do przebudowy pod koniec lat dziewięćdziesiątych goście restauracji mogli cieszyć się przytulnością jej wnętrza jedynie przez godzinę – w takim czasie kula wykonywała bowiem pełen obrót, po którym trzeba było zwolnić stolik. Dziś prędkość obrotu można ustawić na dowolny przedział między 30 a 60 minutami, a gości nikt już nie wyprasza. Można więc ogrzać się tu w deszczowy dzień przy dźwiękach nastrojowej muzyki i do woli oglądać wspaniały spektakl z kamienic, Szprewy, Reichstagu i Bramy Brandemburskiej.  

5. Ravitoli Zetor w Helsinkach, czyli ryba nadziewana rybą 

Helsinki wspominam jako miasto niepodobne do żadnego innego. Trochę puste, mocno wietrzne, zimne nie tylko w sensie dosłownym, a jednocześnie fascynujące. Za szarymi fasadami kryły się tu atrakcje tylko dla insiderów – jakaś kapela grająca gothic rock w bramie, kolorowa młodzież słuchająca muzyki z boomboxa w bocznej uliczce. Miasto surowe z pozoru, ukrywające emocje gdzieś w głębi.

Ravitoli Zetor było jak to miasto – najpierw nie zachęcało do wejścia, a potem trudno było z niego wyjść. Wnętrze istniejącego od początku lat dziewięćdziesiątych lokalu miało być parodią fińskich filmów z lat pięćdziesiątych (t.zw. Suomi-filmien) i ironicznym komentarzem dotyczących stereotypów wiejskiego życia. Stąd między innymi wyglądająca na poły komicznie, na poły abstrakcyjnie krowa zdobiąca salę. Stąd też karta z niezwykłymi specjałami – jak choćby śledź nadziewany łososiem.

Na zewnątrz wiatr i deszcz, a my kosztujemy nieoczekiwanych smaków siedząc w metalowej klatce. Czuję się jak w filmie. Rockowe kelnerki stukają ciężkimi butami. Czas płynie inaczej. I Helsinki, i Ravitoli Zetor, i dziwna potrawa, którą jem, są jak muzyka Nightwisha – trudna przy pierwszym kontakcie, ale uzależniająca jak żadna inna.

1.06.2013

/ŚWIAT/ Ranking cudów z witryn sklepowych

Windowshopping to zajęcie często znacznie bardziej zajmujące niż kupowanie. W witrynach na całym świecie zdarzają się kurioza, obok których trudno jest przejść obojętnie. I choć jakość zdjęć robionych przez szybę bywa nie najlepsza, to czasem właśnie te fotki bywają szczególnie fascynujące. Oto ranking niezwykłych znalezisk z różnych miast na świecie.

Miejsce 10: Kuba/Cienfuegos – Nie ma niczego
Kuba jest piękna i kolorowa. Ale witryny sklepowe niestety jak nic innego obnażają kryzys zżerający kraj Fidela. Czy to apteka, czy sklep z ubraniami, czy magazyn żelazny. Jak to ktoś kiedyś powiedział „Nie ma niczego”… 


Miejsce 9: Turcja/Stambuł – Upiorne manekiny
Manekiny blade niczym duchy wytrzeszczają się na przechodniów z jednego ze sklepików z centrum Stambułu w pobliżu Wielkiego Bazaru. Zważywszy na śniadą cerę tubylców ich białość robi jeszcze większe wrażenie.


Miejsce 8: Egipt/Kair – Klapki kontratakują
Sklepów z butami w Kairze co niemiara. Setki modeli – niby każdy inny, ale coś je jednak łączy…


Miejsce 7: Francja/Paryż – Mopsikowe akcesorium
Elegancka Champs Elysees. W witrynach tyle cudów, że poszczególnym sklepom trudno jest się wydróżnić. Ale jednemu z magazynów się to udało – do bajońsko drogich stylizacji zaproponował ciekawe dmuchane akcesorium…


Miejsce 6:  Holandia/Amsterdam – Atak gumowych cycków
Witryny sex shopów w czerwonej dzielnicy pozwalają zupdate’ować wiedzę o ofercie zabawek na każdą okazję. Szczególne wrażenie zrobił na mnie atak gumowych cycków.


Miejsce 5: Polska/Warszawa – Alkoholowy Jackie Chan
Na samą smętnie stojącą butelkę w jednej z witryn przy Puławskiej pewnie nikt by nie zwrócił uwagi. Co innego Jackie Chan w tradycyjnym stroju. Budujący wniosek? Picie zwiększa kreatywność!


Miejsce 4: Belgia/Bruksela – Że aż strach…
Na dobry miesiąc przed Halloween witryny w Brukseli zaczynają straszyć!



Miejsce 3: Niemcy/Bochum – Piercing oswojony
Uszy przekute, brew też, w nosie kolczyk… Co by tu jeszcze? Nie ma jak dobra inspiracja. W końcu marketing to także KREOWANIE potrzeb.



Miejsce 2: Niemcy/Straubing – Heil Krasnal!
Krasnale ogrodowe nie muszą być kiczowate. Mogą też wyrażać pewien statement – nawet dość kontrowersyjny.



Miejsce 1: Austria/WiedeńTrumna full wypas
W końcu i trumnę zareklamować jakoś trzeba… Zwłaszcza modele z wyższej półki – od razu widać, że wygodne!



ZAPRASZAM TEŻ NA INNE RANKINGI NA BLOGU:
•Ranking niezwykłych potraw
•Mieszkanie marzeń


10.14.2012

/BRUKSELA/ O wyższości sikającego chłopca nad sikającą dziewczynką

Manneken Pis i Jeanneke Pis to dwa symbole Brukseli. Jednak jak to w patriarchalnym świecie bywa koło sikającego chłopca kłębią się tłumy turystów, a dziewczynka siusia samotnie w bocznej uliczce. Chłopczyk z brązu ma kilkaset ubranek, osławiony jest w licznych legendach i utrwalony na kilogramach gadżetów. A dziewczynie trochę uwagi poświęcają głównie podchmieleni goście pobliskiego pubu Delirium.


Jak podaje Wikipedia, jedna z legend mówi, że gdy w XIV wieku najeźdźcy chcieli zdobyć miasto i podłożyli w murach materiały wybuchowe, mały chłopiec imieniem Juliaanske odkrył miejsce, gdzie miał nastąpić wybuch i oddał mocz na palący się lont, czym uratował miasto. Ta historia wydaje się prawdopodobna, bo Manneken Pis jest czczony niczym bohater narodowy - a przynajmniej niczym genialny marketingowy pomysł na promocję miasta. Mierząca 61 centymetrów figura z brązu stojąca tu od 1965 roku (jej poprzedniczki - najstarsza z 1619 roku - zostały skradzione) jest przebierana kilka razy w tygodniu - zbiór jej ponad 700 strojów można obejrzeć w muzeum miejskim. Nie ma rogu ulicy czy sklepu, w którym w jakiejś formie nie byłaby obecna - a to jako plastikowy olbrzymek trzymający w jednej ręce siusiaka, a w drugiej gofra lub sikający do kufla z piwem, a to jako czekoladowa figurka w różnych wersjach smakowych i kolorystycznych, a to jako korkociąg, otwieracz do piwa, nadruk na koszulce, kurzołap na półkę czy fontanna do ogrodu. 


Losy Jeanneke Pis to zupełnie inna historia. Dziewczynka jest dużo młodsza od chłopca - pojawiła się w mieście w roku 1987, by zwracać uwagę turystów na część brukselskiej starówki zlokalizowaną w pobliżu ulicy Beenhouwersstraat, na której obok siebie jest pewnie z pięćdziesiąt restauracji i ze stu naganiaczy zachęcających gości do wybrania ich przybytku. O ile do chłopca prowadzą liczne drogowskazy, o tyle dziewczynkę odkryć jest niełatwo. Krążymy po Beenhouwersstraat próbując nie dać się zaciągnąć naganiaczom na lunch - a to wymawiając się, że już jadłyśmy, a to obiecując, że przyjdziemy za godzinę. Zaglądamy w boczne uliczki nie wiedząc dokładnie, czego szukamy. Trud się opłaca - zupełnie przypadkiem odkrywamy Pub Delirium, który i tak chciałyśmy odwiedzić. Ciekawy lokal - w karcie nie ma ani jednej przekąski, widnieje w niej za to z trzydzieści gatunków piwa. Nad barem lśnią krany, zastanawiamy się, czy od strony barmana są jakieś opisy, czy też opanował już wiedzę tajemną, skąd wypływa Kasteel Rouge, a skąd Delirium Tremens. Ja biorę to drugie - nie tylko nazwę ma fajną, ale i smak przedni - nic dziwnego, że w 2008 roku otrzymało na zwodach w Chicago tytuł najlepszego piwa świata.


Po piwie o dziwo jakoś łatwiej wypatrzyć dziewczynkę za kratami chroniącymi ją przed wandalizmem. Niestety przez kraty trudno zrobić zdjęcie, ale mamy satysfakcję, że udało nam się zobaczyć ten mniej znany i nieco dziwaczny symbol Brukseli.


Bruksela. Z jednej strony miasto czekolady, wafli belgijskich (dostępnych w dobrych dwudziestu wariantach - z bitą śmietaną, różnymi owocami, polewami i posypkami), koronek i piwa (ponoć w Belgii produkuje się ponad 600 gatunków tego napoju), a przede wszystkim wszechobecnej muzyki (rozbrzmiewa ona wszędzie - na dworcach, w metrze, w przejściach podziemnych i nadziemnych, w sklepach), z drugiej zaś brudu, chaosu, wypadków komunikacyjnych i zapachu... na zapach spuśćmy zasłonę milczenia. W każdym razie zazdroszczę Agnieszce, że ma katar i zatkany nos. Nie bez kozery ścianę kościoła św. Katarzyny zdobi pisuar, a symbolem miasta są sikające rzeźby.


Lot do Brukseli w teorii krótki i bezproblemowy. Wprawdzie z Modlina, ale za 12 złotych można z Dworca Gdańskiego wygodnie dojechać w niecałą godzinę na to nowe podwarszawskie lotnisko - 12 stacji kolejką KM9 do Nasielska, a potem autobusem. Co ciekawe, miasteczko Modlin dostrzegło już nowe opcje biznesowe - przy dworcu kolejowym powstał pensjonat typu Bed&Breakfast, a na pobliskiej rozwalającej się chałupie wisi reklama szybkich dojazdów do lotniska. Koszt biletu Wizzairem 200 zł w dwie strony, oczywiście plus opłata za przelew i drakońskie obostrzenia bagażowe. Wizzairowy standard.


Niestety po dotarciu na lotnisko okazuje się, że lot mamy nie o 18.30, tylko o 22.00 i nie do Charleroi, tylko do Liege... Jak przekonamy się później na własnej skórze, w Charleroi rzeczywiście na noc zwijają asfalt i nijak nie można dostać się do centrum Brukseli. Dobrze, że na Lotnisku Modlin udaje nam się dopaść jeden z nielicznych stolików, bo większość pasażerów - a czeka ich cały tłum, bo przez mgłę sporo lotów się poopóźniało - koczuje przy i na grzejnikach. Za kontrolą celną niewiele lepiej - jeden barek z kosmicznymi cenami plus dwa sklepy wolnocłowe (grupa docelowa: szczupli bez bagażu; na to przynajmniej wskazuje szerokość przejść między regałami). 

O 24.00 lądujemy w Liege. Na lotnisku dyskoteka, odświętnie ubrani ludzie - albo to jakaś odlotowa impreza firmowa, albo wesele. Wizzair oczywiście tradycyjnie gwarantuje absolutne minimum: zamiast dowieźć nas 90 km do Brukseli podstawia autokary, które wiozą nas 85 km do Charleroi oddalonego 50 km od Brukseli... Szybka akcja: jest po 1:00  w nocy, następny autobus z Charleroi do stolicy odjeżdża o 8:30, więc dopadamy mówiącego trochę po angielsku Pakistańczyka, negocjujemy cenę za taksówkę, dobieramy dwoje podobnie jak my zdesperowanych i zmęczonych pasażerów i za 30 euro od łebka, w zdezelowanym i śmierdzącym citroenie jedziemy bez taksometru do Brukseli. 

Niestety to jeszcze nie koniec wrażeń. Nasz kierowca nastawiony jest wyłącznie na półlegalne interesy bez rachunku i taksometru, wysadza nas więc na jakimś dworcu dobre kilka kilometrów od hotelu i odmawia dalszej jazdy. Błąkamy się więc po szmulkopodobnych ulicach między kupkami śmieci szukając taksówki. Pierwszy złapany kierowca mówi z wyrzutem "Przecież jem!"; faktycznie ma w ręku kanapkę. Drugi siedzi z jakimś podejrzanym kumplem w taksie, więc nie mamy odwagi wsiąść. Do trzech razy sztuka. Miły imigrant z obrączką i czystym samochodem dowozi nas do dzielnicy europejskiej. O 3 w nocy padamy na grzesznie miękkie materace w naszym pięknym dużym apartamencie z widokiem na budynek Komisji Europejskiej.


Niebo sika, Manneken Pis sika, Jeanneke Pis sika. Pierwszy dzień w Brukseli jest deszczowy, co ma swoje plusy - nie czujemy się winne wchodząc co chwila do kawiarni a to na kawkę, a to na wafla albo do sklepu z czekoladą czy koronkami. Dwie miłe Polki - właścicielki butiku przy Grand Place - tłumaczą nam różnicę między koronkami robionymi ręcznie a tymi szytymi maszynowo z kawałków taśmy. Prezentują też frywolne ubiory na butelki z winem, haftowane kołnierzyki, koronkowe zakładki do książek i bardzo popularne tu wisiorki z oprawionymi koronkowymi monogramami. W butikach z czekoladkami pachnie tak pięknie, że aż cieknie ślina - do ciasteczek z czekoladą, truskawek w czekoladzie, czekoladowych pralin z oliwkami w środku, trufli w czekoladzie, figurek z czekolady, czekoladowego granulatu do napoju... Asortyment cudów większy niż w amsterdamskich sex shopach. Jakby nie było nam dość degustacji w sklepach z łakociami, idziemy do kawiarenki typowego belgijskiego wafla. Je też można kupić i zjeść tu wszędzie - w kafejkach stacjonarnie, w budkach - na wynos; sprzedawane są nawet w systemie obwoźnym - prosto z furgonetek


Podziwiamy Grand Place - o tej porze roku nie zdobi go już dywan z kwiatów (możemy zobaczyć go jedynie w wersji plastikowej w Minieuropie), ale i tak jest przepiękny. Z jednej strony spogląda na nas gotycki ratusz z XV wieku, z drugiej Dom Króla - okazała rezydencja zbudowana w latach 1504-1536 z polecenia Księcia Brabancji jako symbol jego panowania; jak podają źródła, nie bez powodu zlokalizowana została ona naprzeciw okazałego ratusza - jej zadaniem było umniejszyć znaczenie budynku miejskich władz.

 
Mimo deszczu tłumy turystów przechadzają się po placu. Kawiarenki kuszą suchym - acz lekko brudnawym - wnętrzem. Jakiś bezdomny zbiera pieniądze narażając na zmoknięcie cocker spanielkę i trójkę jej młodych i uderzając do nieczułych serc obrazkiem z Ojcem Pio. Jemy późny obiad w jednej z restauracji na słynnej Beenhouwersstraat. "Le Petit Bruxelles" skusiła nas reklamą trzydaniowych zestawów za 18 euro i atmosferą skrzącego się kominka. Niestety w karcie same dania za 30 euro, a te polecane za minimum 40. Wychodzę na zewnątrz, by zerknąć na tablicę z reklamą ustawioną przed lokalem - i dopiero to skłania kelnera do przyniesienia nam tańszej karty. Za to, że nie dałam zarobić właścicielom, spotkała mnie dotkliwa kara - zatrucie krewetkami. Jednak jak jedząc krewetkę człowiek ma wątpliwości, czy na pewno tak powinna smakować, to lepiej jej już dalej nie jeść...


Dojście do stacji metra Schuman od naszego hotelu to spacer pesymistyczny, a przejście w odwrotnym kierunku napawa optymizmem... Na murze okalającym siedzibę Komisji Europejskiej jest wystawa 100 zdjęć. Pierwsze przedstawia roczne dziecko, drugie dwulatka, kolejne dzieci i młodzież, środkowe mężczyzn w średnim wieku, a ostatnie - stuletniego seniora. Za nim wisi jeszcze informacja, że  przygotowywany jest podobny projekt ze zdjęciami kobiet. To trochę tak jak z sikającymi symbolami miasta - jednak patriarchat trzyma się mocno. Spacer wzdłuż tej niezwykłej wystawy zawsze skłaniał nas do rozmów i refleksji - gdzie jesteśmy my na tym continuum, kiedy kończy się młodość a zaczyna starość, w których okresach życia człowiek zmienia się najbardziej... Droga do hotelu - czyli wbrew zegarowi biologicznemu - była dla nas znacznie przyjemniejsza.


Bazary to zawsze ciekawe oblicze miasta, które zdradza wiele jego tajemnic. W Brukseli zwiedziłyśmy dwa - pchli targ koło Notre-Dame du Sablon oraz bazarek ze sweterkami za 5-10 euro i majtkami za 1 euro koło dworca południowego Bruxelles Midi. Ten pierwszy nas rozczarował - głównie kosmicznymi cenami; na tym drugim azjatyccy sprzedawcy uśmiechali się zachęcająco, a wybór jeansów był lepszy niż w markowym sklepie. Tylko ten odór - hmmm - żółtej rzeki.


W Notre-Dame du Sablon oddajemy się zadumie. Zaraz zacznie się msza - organista już ćwiczy, na tle muzyki pięknie wibruje głos śpiewaczki, karkołomne koloratury przeszywają nas do szpiku kości. Wchodzi czarnoskóry ksiądz i chce rozpoczynać mszę, ale organista dalej gra jak opętany...


Opętanie to też słowo, które jakoś kojarzy mi się z tym miastem. Po trosze ze względu na halloweenowe przebrania - straszyły nas one w śródmiejskiej uliczce (która notabene po zmroku okazała się mniej przyjazna niż za dnia). A po trosze dlatego, że takiej parady dziwaków nie widziałyśmy chyba nigdzie. Nie mówię tu o Szkotach przechadzających się z spódniczkach i błyskających gołymi łydkami w zimne deszczowe popołudnie. Raczej o kilku typach w delirium jeżdżących bez celu metrem, otyłej alkoholiczce, której brzuch wyłaził do połowy przy każdym hauście z butelki czy niestrudzonym knajpianym naganiaczu, którego uroda i zachowanie sprawiały, że nie sposób było minąć go obojętnie... No i o wariackim stylu parkowania - przebijającym nawet ten w Paryżu.


Mój ulubiony zestaw przy zwiedzaniu miasta to coś starego i coś nowoczesnego. A więc po gotyckich zabytkach czas na Atomium. Jedziemy do stacji Heysel, przechodzimy przez parking, fotografujemy się na tle napisu Welcome i ustawiamy w kolejce po bilet. Wejście do samego Atomium to koszt 11 euro, na bilet kombi z Minieuropą trzeba wydać 23,50 euro. Co też czynimy. 40 minut czekania, po drodze sprytnie usytuowany sklepik z gadżetami. Potem kolejne 40 minut - już z biletem, w kolejce do windy. Kiedyś była to najszybsza winda w Europie - dziś została już zdetronizowana, ale nadal solidnie zatyka w niej uszy.


Wjeżdżamy na belgijskiego młodszego brata Wieży Eiffla. Jak podają źródła ten monumentalny model atomu żelaza powiększonego 165 miliardów razy został zbudowany z okazji światowej wystawy EXPO w 1958 roku jako symbol technicznych osiągnięć tamtych czasów. Składająca się z dziewięciu kul połączonych rurami budowla ma 103 metry wysokości i waży 2400 ton. Na taras widokowy w najwyższej kuli wjeżdżamy windą. Potem jeszcze schodami ruchomymi i per pedes zdobywamy inną kulę, by zobaczyć wystawę o historii Atomium i pokaz nowoczesnej sztuki użytkowej. Podobnie jak strzelisty symbol Paryża, Atomium też chciano zburzyć - ale przetrwało i jest jedną z głównym atrakcji miasta. Z góry ładny widok, zwłaszcza że pogoda dziś łaskawa. Dobrze, że kupiłyśmy bilety do Minieuropy, bo z tej perspektywy widać już, że będzie tam co oglądać.  


Minieuropa nie jest pierwszym światem w miniaturze, który odwiedziłam. Ale z pewnością najciekawszym. Obiekty dobrane są tematycznie - twórcy parku starali się pokazać budynki kluczowe dla historii Europy. Jest więc na przykład Łuk Tryumfalny czy mur berliński - rozwalany przez plastikową koparkę i podnoszący się z powrotem niczym Feniks. A z polskich zabytków?... Fragment gdańskiej starówki z Neptunem i pomnik poległych stoczniowców. A do tego standardowe dla takich miejsc atrakcje: jeżdżące w kółko pociągi, rowerzyści, których można poruszyć kręcąc korbą, pływające statki, buczące samoloty. I tak zwane monidła oczywiście.


Pobyt w Brukseli nie za długi, ale treściwy. Byłby dłuższy, gdyby nie nasza czujność - autobus odjeżdżający na lotnisko Charleroi z dworca Bruxelles Midi beztrosko odszedł od rozkładowych zobowiązań i odjechał ponad 10 minut przed czasem. Dobrze, że wyczułyśmy już tutejsze klimaty i swoisty brak przywiązania do takich szczegółów, jak czystość czy punktualność właśnie. Bagaż napakowany czekoladą do granic możliwości, w kieszonkę wciśnięte wafle, a z torebki wysypują się koronki - mimo różnych przygód do domu przyjeżdżamy z miłymi wspomnieniami. 

  ***
TRASA:

Dzień 1

Dzień 2
(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)

 
  ***
ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM O ATRAKCJACH BRUKSELI: