Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Amsterdam. Show all posts
Showing posts with label Amsterdam. Show all posts

9.28.2013

/EUROPA/ Ranking przytulnych miejsc na deszczowy dzień

„Jesienią, jesienią sady się rumienią”… Ale że w ostatnich czasach częściej niż polska złota występuje niestety europejska deszczowa wersja jesieni, to czasem nie pozostaje nic innego niż w czasie wrześniowej lub październikowej podróży schronić się w jakimś zacisznym miejscu. Naszło mnie na wspominki i postanowiłam zrobić ranking miejsc, w których poratowano mnie dobrym piwem, pyszną czekoladą, ciepłą strawą i w których udało mi się osuszyć przemoknięte buty w miłej atmosferze.

1. Délirium Café w Brukseli, czyli 2000 marek piwa do wyboru

To niezwykłe miejsce ukryte jest małej uliczce Impasse de la Fidélité kilkaset metrów od Grande Place. Zapuścić się w nią warto również dlatego, że ukryta jest tam Jeanneke Pis, sikająca dziewczynka – feministyczna odpowiedź na Manneken Pis, sikającego chłopca będącego jednym z symboli Brukseli. Pojawiła się w mieście w roku 1987, by zwracać uwagę turystów na tę część brukselskiej starówki. I choć sika ukryta za kratami, warto ją zobaczyć. A potem przed kapryśną pogodą skryć się w Délirium Café.

Gości wita wizerunek różowego słonia na drzwiach lokalu. Wnętrze pubu jest bardzo nastrojowe – przyciemnione światło, beczki zamiast stołów, nad barem lśniące krany. Lokal został wpisany do księgi rekordów Guinnessa w roku 2004 – wtedy w karcie było tu ponad 2000 rodzajów piw z 60 krajów świata. Ja w karcie znalazłam około 30 nazw – pewnie reszta specjałów była na życzenie. Kufel Delirium Tremens – belgijski specjał z listy 50 najlepszych piw świata – nie umożliwił mi co prawda spotkania z różowym słoniem, ale sprawił, że między ołowianymi chmurami zaczęłam dostrzegać przebłyski słońca.
 

2. Schokoladenmuseum w Kolonii, czyli czekolada ze złotej fontanny 

Zanosi się na deszcz, idę wzdłuż nabrzeża Renu zastanawiając się, czy nie zawrócić i nie ukryć się w katedrze – aż tu nagle wyrasta przede mną szklany dom, przez którego ściany widać cudo: złote drzewo ze złotymi liśćmi. Jak zaczarowana podchodzę do budynku, który - jak doczytam później - jest jednym z dziesięciu najchętniej odwiedzanych muzeów w Niemczech. Jest to zbudowane na półwyspie na Renie na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych nakładem 53 milionów marek Muzeum Czekolady.

To raj nie tylko dla dzieci i nie tylko na deszczowy dzień. Już kilka metrów przed wejściem czuć grzesznie słodki zapach czekolady – trzymetrowe złote drzewo w budynku jest bowiem w istocie fontanną. Pracownice muzeum ubrane w białe fartuchy serwują gościom biszkopty umoczone w czekoladowej rzece. A dalej jest jeszcze ciekawiej: taśmy produkcyjne z robotycznymi łapami pakującymi czekoladki. Mali kuzyni R2D2 niestrudzenie wykonują z tysiące takich samych ruchów.

Dwie godziny mijają nie wiadomo kiedy – na dworze już się przejaśnia. Wystawa prezentująca historię czekolady – od czasów Majów i Azteków po dzień dzisiejszy. Sala kinowa, w której można obejrzeć nostalgiczne reklamy słodyczy z lat sześćdziesiątych. Srebrne naczynia z XIX wieku służące do serwowania deserów. A przy wyjściu z muzeum sklep, który sam w sobie mógłby być muzeum produktów czekoladowych z całego świata. Kupuję tabliczkę bardzo gorzkiej czekolady z chilli. Ten smak już zawsze przenosić będzie mnie do Schokoladenmuseum w Kolonii.
 

3. The Buldog w Amsterdamie, czyli muffiny z dodatkami 

The Buldog, sieć kultowych coffeeshopów, w których oczywiście można skosztować znacznie więcej niż filiżankę kawy. Pamiętam wizytę w Amsterdamie, w czasie której przez pięć dni cały czas lał deszcz. Do idiolektu naszej ekipy weszło wtedy nawet określenie "amsterdamska pogoda". Od depresji ratowała nas jedynie trasa uwzględniająca wizyty w kolejnych Buldogach w odstępach maksymalnie godzinnych. I kupowanie po drodze kolejnych par suchych skarpetek. Dziś stanowią one zapewne dobre 60% mojej skarpetkowej szuflady.

Pierwszy kultowy coffeshop z niezapomnianym wizerunkiem żółtego buldoga przy wejściu otwarty został w Amsterdamie w roku 1975. Wtedy to Henk de Vries, który – jak mówi legenda – pierwszą paczkę ziół przywiózł z Afryki z pudełku zapałek, opróżnił sex shop swojego ojca nad kanałem i otworzył w nim alternatywną hippisowską kawiarnię. Z początku miejsce to funkcjonowało pół-, a właściwie nawet nielegalnie – dziś działa w majestacie prawa stosując się zresztą do zasady wedle której w takich miejscach nie powinno się sprzedawać alkoholu.

Sprzedaje się natomiast wiele innych rzeczy. Informacja o nich podana jest na kartach menu umieszczonych w blatach i widocznych dopiero po podświetleniu – pod barem są specjalne lampki uruchamiane na życzenie przez obsługę. Tę nieco prohibicyjną atmosferę podkreśla też niepowtarzalny wystrój wnętrz Buldogów: półmrok, unoszący się dym, plastikowe psy, dekoracje w kształcie kapeluszy muchomorów. Czekoladowy muffin z wkładką i kawa bez wkładki – to menu pozwalające przetrwać kolejny deszczowy dzień w Amsterdamie. 
 

4. Telecafé w Berlinie, czyli zakręcona restauracja 

Na wysokości ponad 200 metrów, za specjalnymi termoizolowanymi szybami sprowadzonymi z Belgii, kręci się restauracja. To jedna z atrakcji znajdujących się w kuli wieży telewizyjnej przy Alexanderplatzu w dawnym Berlinie Wschodnim. Stojąca tu od końca lat sześćdziesiątych Fernsehturm jest najwyższą wolnostojącą budowlą w Europie. Odwiedza ją rocznie ponad milion gości. W deszczowy dzień wiodk na Berlin jest mniej imponujący, ale za to kolejka do wjazdu krótsza.

Do restauracji wchodzi się po schodach z tarasu widokowego. Kelnerzy wskazują jeden z 40 stolików. Wszystkie są przy oknie. Restauracja powoli się obraca, lampki dają intymne światło, świetlne punkty na ścianach przywodzą na myśl drogę melczną.

Do przebudowy pod koniec lat dziewięćdziesiątych goście restauracji mogli cieszyć się przytulnością jej wnętrza jedynie przez godzinę – w takim czasie kula wykonywała bowiem pełen obrót, po którym trzeba było zwolnić stolik. Dziś prędkość obrotu można ustawić na dowolny przedział między 30 a 60 minutami, a gości nikt już nie wyprasza. Można więc ogrzać się tu w deszczowy dzień przy dźwiękach nastrojowej muzyki i do woli oglądać wspaniały spektakl z kamienic, Szprewy, Reichstagu i Bramy Brandemburskiej.  

5. Ravitoli Zetor w Helsinkach, czyli ryba nadziewana rybą 

Helsinki wspominam jako miasto niepodobne do żadnego innego. Trochę puste, mocno wietrzne, zimne nie tylko w sensie dosłownym, a jednocześnie fascynujące. Za szarymi fasadami kryły się tu atrakcje tylko dla insiderów – jakaś kapela grająca gothic rock w bramie, kolorowa młodzież słuchająca muzyki z boomboxa w bocznej uliczce. Miasto surowe z pozoru, ukrywające emocje gdzieś w głębi.

Ravitoli Zetor było jak to miasto – najpierw nie zachęcało do wejścia, a potem trudno było z niego wyjść. Wnętrze istniejącego od początku lat dziewięćdziesiątych lokalu miało być parodią fińskich filmów z lat pięćdziesiątych (t.zw. Suomi-filmien) i ironicznym komentarzem dotyczących stereotypów wiejskiego życia. Stąd między innymi wyglądająca na poły komicznie, na poły abstrakcyjnie krowa zdobiąca salę. Stąd też karta z niezwykłymi specjałami – jak choćby śledź nadziewany łososiem.

Na zewnątrz wiatr i deszcz, a my kosztujemy nieoczekiwanych smaków siedząc w metalowej klatce. Czuję się jak w filmie. Rockowe kelnerki stukają ciężkimi butami. Czas płynie inaczej. I Helsinki, i Ravitoli Zetor, i dziwna potrawa, którą jem, są jak muzyka Nightwisha – trudna przy pierwszym kontakcie, ale uzależniająca jak żadna inna.

1.06.2013

/ŚWIAT/ Ranking cudów z witryn sklepowych

Windowshopping to zajęcie często znacznie bardziej zajmujące niż kupowanie. W witrynach na całym świecie zdarzają się kurioza, obok których trudno jest przejść obojętnie. I choć jakość zdjęć robionych przez szybę bywa nie najlepsza, to czasem właśnie te fotki bywają szczególnie fascynujące. Oto ranking niezwykłych znalezisk z różnych miast na świecie.

Miejsce 10: Kuba/Cienfuegos – Nie ma niczego
Kuba jest piękna i kolorowa. Ale witryny sklepowe niestety jak nic innego obnażają kryzys zżerający kraj Fidela. Czy to apteka, czy sklep z ubraniami, czy magazyn żelazny. Jak to ktoś kiedyś powiedział „Nie ma niczego”… 


Miejsce 9: Turcja/Stambuł – Upiorne manekiny
Manekiny blade niczym duchy wytrzeszczają się na przechodniów z jednego ze sklepików z centrum Stambułu w pobliżu Wielkiego Bazaru. Zważywszy na śniadą cerę tubylców ich białość robi jeszcze większe wrażenie.


Miejsce 8: Egipt/Kair – Klapki kontratakują
Sklepów z butami w Kairze co niemiara. Setki modeli – niby każdy inny, ale coś je jednak łączy…


Miejsce 7: Francja/Paryż – Mopsikowe akcesorium
Elegancka Champs Elysees. W witrynach tyle cudów, że poszczególnym sklepom trudno jest się wydróżnić. Ale jednemu z magazynów się to udało – do bajońsko drogich stylizacji zaproponował ciekawe dmuchane akcesorium…


Miejsce 6:  Holandia/Amsterdam – Atak gumowych cycków
Witryny sex shopów w czerwonej dzielnicy pozwalają zupdate’ować wiedzę o ofercie zabawek na każdą okazję. Szczególne wrażenie zrobił na mnie atak gumowych cycków.


Miejsce 5: Polska/Warszawa – Alkoholowy Jackie Chan
Na samą smętnie stojącą butelkę w jednej z witryn przy Puławskiej pewnie nikt by nie zwrócił uwagi. Co innego Jackie Chan w tradycyjnym stroju. Budujący wniosek? Picie zwiększa kreatywność!


Miejsce 4: Belgia/Bruksela – Że aż strach…
Na dobry miesiąc przed Halloween witryny w Brukseli zaczynają straszyć!



Miejsce 3: Niemcy/Bochum – Piercing oswojony
Uszy przekute, brew też, w nosie kolczyk… Co by tu jeszcze? Nie ma jak dobra inspiracja. W końcu marketing to także KREOWANIE potrzeb.



Miejsce 2: Niemcy/Straubing – Heil Krasnal!
Krasnale ogrodowe nie muszą być kiczowate. Mogą też wyrażać pewien statement – nawet dość kontrowersyjny.



Miejsce 1: Austria/WiedeńTrumna full wypas
W końcu i trumnę zareklamować jakoś trzeba… Zwłaszcza modele z wyższej półki – od razu widać, że wygodne!



ZAPRASZAM TEŻ NA INNE RANKINGI NA BLOGU:
•Ranking niezwykłych potraw
•Mieszkanie marzeń


6.11.2012

/AMSTERDAM/ Uśmiech żółtego buldoga


Wenecja Północy z 1500 mostami i ponad 100 km kanałów. Miasto miliona rowerów. Metropolia, w której unosi się zapach marihuany, a z oświetlonych czerwonymi jarzeniówkami okien wyglądają dziewczyny w bieliźnie - lub bez. Te wszystkie określenia pasują równie dobrze: Amsterdam to miasto, gdzie w witrynie secesyjnej kamienicy sprzedawane są silikonowe imitacje kobiecych piersi, obok nobliwej księgarni do przechodniów uśmiecha się buldog - symbol najbardziej znanej i najstarszej sieci coffee shopów w mieście, a koło stoisk z kwiatami na Nieuwmarkt ktoś właśnie korzysta z osłoniętego ażurową ścianką z metalu ulicznego pisuaru.


W Amsterdamie można znaleźć to, czego się szuka - i zobaczyć takie oblicze miasta, jakie chce się ujrzeć. Piękne kamienice z ukwieconymi oknami i gankami, przy których przejeżdżają stada oczyszczarek ulicznych dbając o czystość miasta lub przykryte wielowarstwowym graffiti wąskie uliczki. Kolorowo ubranych uśmiechniętych Amsterdamczyków lub żebraków i prostytutki o wszystkich możliwych odcieniach skóry. Muzeum van Gogha lub obdrapany erotic theatre, w którym na żywo odgrywane są akty kobieco-kobiece, męsko-męskie i mieszane.


Pierwsze spotkanie z miastem to Schiphol, czwarte co do wielkości lotnisko w Europie pod względem nasilenia ruchu pasażerskiego. Już tutaj można odczuć przedsmak tego, co na amsterdamskich ulicach rzuca się w oczy na każdym kroku - wokół terminali znajdują się liczne sklepiki z pamiątkami wszelkiej maści: od biało-niebieskiej porcelanowej solniczki w kształcie penisa po specjalną smycz do noszenia na szyi butelki z wodą. Lotnisko jest przyjazne dla pasażerów - można skorzystać z otwartego tarasu i zrelaksować się na nim na leżaczku wśród roślinności, przysiąść pod sztucznym drzewem lub za 2 euro dać się wymasować przez 5 minut maszynie shiatsu z cudownie miękkim fotelem.


Kolejny obraz to bardziej historyczne oblicze miasta: dworzec główny. Gmach go mieszczący stoi na sztucznej wyspie na 8700 drewnianych palach. To zbudowane pod koniec XIX wieku dzieło słynnego architekta P. J. H. Cuypersa jest jedną z wizytówek miasta. Stamtąd tramwajem 26 jedziemy do Ijburg - również usypanej ludzkimi rękami wyspy; znajduje się ona 20 minut jazdy na wschód od centrum Amsterdamu i przyciąga osoby zainteresowane nowoczesna architekturą, której na niej nie brakuje. 


Mieszkamy w przytulnym Lieve Nachten w pokoju nazwanym "Pożegnanie z Afryką". Budynek z zewnątrz zwraca uwagę żywymi barwami, w środku zaś zachwyca loftową konstrukcją i eklektycznym wystrojem. Przed naszym pokojem śpi kot, a ze ścian nad łóżkami patrzą na nas ceramiczne główki małych podobizn buddy. Właściciele, rodowici Amsterdamczycy, służą radą i odlotowymi śniadankami, na których serwują pomidory z własnego ogrodu i jeszcze ciepłe placki z rabarbarem. Czujemy się tu jak w domu - tym bardziej, że klucz wraz z powitalnym liścikiem czeka na nas w kopercie przyklejonej do drzwi budynku; nawet nie pod słomianką :-) Właścicielka śmieje się, gdy zapewniamy, że będziemy polecać jej B&B - i stwierdza, że nie trzeba, bo zawsze ma komplet gości.


W Amsterdamie jest kilka znanych muzeów - Muzeum van Gogha, Rijksmuseum czy Muzeum Ruchu Oporu; jest też kilka nietypowych - np. muzea tatuaży, haszyszu i łodzi mieszkalnych. Do tych pierwszych ustawiają się kilkusetmetrowe kolejki - rekordzistą jest, mogące pochwalić się zbiorami 200 obrazów, 400 rysunków i 700 listów mistrza, van Gogh Museum, gdzie na wejście trzeba byłoby poczekać dobre 3-4 godziny. Cóż, pozostaje nam wizyta w sklepiku, w którym można nabyć apaszkę, długopis, notes lub lusterko z kopią "Słoneczników" czy "Gwiaździstej nocy w Arles" oraz całą masę innych pomysłowych drobiazgów.


Mimo deszczu tłum kłębi się też na słynnym targu kwiatowym Bloemenmarkt. Stragany, na których można kupić dziesiątki gatunków tulipanów w formie cebulek i sadzonek, cięte kwiaty żywe i ich drewniane kopie, a nawet rośliny mięsożerne i bonsai, znajdują się na łodziach zacumowanych na kanale Singel. Widać to dopiero, gdy spojrzy się na targ od drugiej strony - niejako od tyłu. Na przeciwko straganów wszechobecne sklepy z pamiątkami kłujące w oczy pomarańczem, narodową barwą Holendrów, której obecność wzmogła się znacznie przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej. Reklamy Euro 2012 są tu nota bene na każdym kroku - na proporczykach nad ulicami, na billboardach, a nawet na zabawnych zawieszkach na pomnikach.


Grzechem byłoby nie zeksplorować przewagi konkurencyjnej Amsterdamu nad innymi stolicami Europy przyciągającej do tego liberalnego miasta rzesze turystów. Tym bardziej, że toczy się coraz więcej dyskusji nad zakazem sprzedaży używek przyjezdnym - zakaz taki ma być ponoć wprowadzony już w tym roku. Nad kanałem koło Red Light Districtu przy Oudezijds Voorburgwal "buldog" za "buldogiem" - słynna sieć coffee shopów z tradycjami ma tu kilka swoich filii, hotel i sklepik z pamiątkami, gdzie można kupić bluzę lub zapalniczkę z kultowym logo przedstawiającym żółty pysk psa. Hasz, marihuana, grzybki, muffiny z trawką - karta jest wypasiona, ale nie ma w niej... piwa. W większości coffee shopów nie sprzedaje się alkoholu ze względu na obowiązujący w Holandii zakaz serwowania go w takich miejscach - ale co ciekawe, niektóre mniejsze coffee shops go łamią.

Mieszanki haszyszu i marihuany posegregowane według mocy, gotowe skręty po 4-5 euro, czekoladowe muffiny ze zmiksowaną trawą, przypominające kształtem małe purchawki różne odmiany psilocibes z dokładnym opisem działania (po jednych można wejść w świat kolorowych zwidów, po innych śmiać się do rozpuku)... Nad barem psychodeliczne dekoracje wyglądające jak gigantyczne kapelusze muchomorów, z kontuaru spogląda wesoło plastikowy buldog. Wizyta w pachnącym słodkim dymem coffee shopie to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Szkoda, że obok zakazu wejścia dla osób niepełnoletnich pojawi się na nich niebawem również zakaz wstępu dla turystów.



Skoro o niedogodnościach dla turystów mowa - prawdziwą trudność nastręcza tu znalezienie restauracji oferujących dania kuchni holenderskiej. Można za to odwiedzić restauracje tybetańskie, włoskie, chińskie oraz steakhouse'y - zwłaszcza tych ostatnich zdecydowanie tu nie brakuje. Z dań kojarzonych z Holandią najłatwiej dostać frytki (a właściwie często gigantyczne fryty) serwowane tu tradycyjnie z majonezem lub sosem serowym oraz naleśniki sprzedawane w licznych pancake house'ach. W jednym z tego typu przybytków nieco skonfundowały nas ostrzeżenia w toalecie - dziwne, że w coffee shopach takich nie ma.



Konfuzję wywołuje też u nowoprzybyłych do miasta system kasowania biletów. Komunikacja miejska jest tu wprawdzie dobrze rozwinięta i tania - koszt biletu trzydobowego na wszystkie linie to około 15 euro - ale za to dość dziwnie zorganizowana. Przy każdym wejściu i wyjściu z tramwaju trzeba przykładać kartę do czytnika (nie udało nam się rozgryźć po co, ale głos z mikrofonu przypominał o tym na każdym przystanku), co bardzo spowalnia ruch pasażerów z i do pojazdu. Dodatkowo w połowie tramwaju znajduje się kantorek, w którym u konduktora można kupić bilet czy zasięgnąć rady - co też powoduje z reguły przestoje. Konduktor cieszy się, że państwo stworzyło mu miejsce pracy i z własnej inicjatywy mówi coś czasem o mijanych obiektach lub strofuje młodzież, by ustąpiła miejsca starszym.




Wróćmy do okolic "buldoga". Od Oudezijds Voorburgwal po obu stronach kanału odchodzą wąskie uliczki, na których nie tylko wieczorem trochę jak w ZOO w przeszklonych od frontu minipokoikach, których niemal całą powierzchnię zajmuje łóżko, toaleta i umywalka, prężą się kobiety różnego wieku, rasy i figury. Młode Azjatki stoją we dwie w białych stringach lśniących w ultrafioletowym świetle. Pulchna blondynka z obwisłym brzuszkiem zasuwa ze złością kotarę na widok naszych ciekawych spojrzeń. Apetyczna czekoladowa piękność zachęca przechodnia ruchem ręki do wejścia do jej kabiny. W części podświetlonych na czerwono okien kotary są zasłonięte - widocznie ubito tam już cielesno-finansowy deal. Jedna z kobiet wygraża nam na widok mojej próby cyknięcia fotki. A przecież czerwona dzielnica przyciąga głównie turystów, a nie klientów - dlatego można w niej nawet skorzystać z usługi zrobienia sobie za kilka euro zdjęcia w bieliźnie w podświetlonym oknie. 


Facet w drzwiach erotycznej wersji Moulin Rouge zachęca nas do wejścia słowami "Do you want a big one for a change?"... Jakoś nam tym nie zaimponował. Wolimy zwiedzić kolorowe sexshopy z bogatymi działami BDSM, kolekcją pejczy i kajdanek, silikonowymi kopiami różnych interesujących fragmentów ciała, śmiesznymi wibrującymi kaczkami, setkami filmów. Są tu też sklepy dla osób konkretnych orientacji - np. gay/lesbian. Przypomina mi się Kundera: "Z jednej strony stoją domy, a za wielkimi pastelowymi oknami podobnymi do wystaw sklepowych znajdują się małe pokoiki kurew, które rozebrane do bielizny siedzą tuż przy szybie w fotelikach wyściełanych poduszkami. Wyglądają jak wielkie znudzone kotki. Drugą stronę ulicy tworzy wielki gotycki kościół z czternastego wieku. Pomiędzy światem kurew i światem bożym unosi się niczym rzeka między dwoma królestwami intensywny smród moczu."



Dochodzimy do wniosku, że deszcz w tym mieście chyba NIGDY nie przestaje padać i czekanie na słońce mija się z celem. Dlatego by dać podeschnąć przemoczonym stopom idziemy do jednej z licznych przystani z płaskimi oszklonymi stateczkami motorowymi. Są zadaszone, więc nawet w dzień z pogodą pod buldogiem można się nimi wybrać w podróż po kanałach na rzece Amstel. 14 euro za bilet i wsiadamy. Trasa wiedzie po Herengracht, Prinsengracht i Keizersgracht - trzech głównych kanałach. Podziwiamy liczne mosty, śluzę, historyczne kamienice i łodzie mieszkalne - ponoć mieszka w nich tu ponad 2400 rodzin. Po wodzie pływają łabędzie, nad głowami latają mewy.



Podobnie jak wiele innych dużych miast w Europie i na świecie Amsterdam ma swoje China Town. Znajduje się ono w Zeedijk, dawnej dzielnicy marynarzy. Nie jest tak okazałe jak na przykład to w Londynie, ale ma oczywiście punkty charakterystyczne dla tego typu dzielnic - są tu i chińskie restauracje, i orientalne supermarkety, i sklepiki z jedwabnymi bluzkami. Spośród kamieniczek wyłania się buddyjska świątynia He Hua (czyli "kwiat lotosu") czynna od 2000 roku. Jest to największy tego typu obiekt w Europie. We wszystkie dni poza poniedziałkami można za darmo zwiedzić jej złoto-czerwone wnętrza.


Odmienny zupełnie nastrój panuje w innej dzielnicy Amsterdamu - Jordaan. Nazwa tej okolicy okalającej zachodnie kanały miasta pochodzi od francuskiego "Le Jardin"- tak nazwali ją francuskojęzyczni osadnicy w XVII wieku. I rzeczywiście jest tu zielono - przed domami kwitną kwiaty, w bramach schowane są urocze miniogrody. Niegdyś mieszkali tu rzemieślnicy, obecnie domy tu są coraz droższe i bardziej modne. To właśnie w Jordaanie udało mi się wypatrzyć JEDYNY w czasie mojego pobytu w Amsterdamie ogródek - nomen omen - jordanowski z bawiącymi się w nim dziećmi. 


Siedzimy z kawką w jednej z licznych kawiarenek w Jordaan i obserwujemy przechodniów oraz rowerzystów. Ktoś w przyczepce wiezie dziecko, ktoś sprawnie obsługuje jednocześnie kierownicę i jointa, młoda dziewczyna energicznie pedałuje na bezprzerzutkowej damce. Wśród miliona tutejszych rowerów (dla których zbudowano nawet specjalne domy parkingowe) trudno jest wypatrzyć inny niż typowe "holendry" - tak popularne u nas mountain bikes nie są tu zupełnie w cenie.


Podobnie jak wielu innym turystom Amsterdam pozostanie w mojej pamięci jako miasto rowerów, deszczu i słodkawego zapachu marihuany. Zapamiętam też na pewno kolorowe kamienice i zaskoczenie schowanym za jedną z niepozornych bram całkiem dużym neogotyckim kościołem. I smak sera z pesto spróbowanego w jednym z licznych sklepików z serami. Miasto to kojarzyć mi się będzie też z uśmiechniętym żółtym buldogiem i czaplą, która tak ładnie pozowała mi stojąc na kierownicy roweru. I oczywiście z dobrą zabawą.