Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Austria. Show all posts
Showing posts with label Austria. Show all posts

1.30.2013

/ŚWIAT/ Ranking niezwykłych potraw

 
 
1.       Kategoria: Najstarsze danie – Stuletnie jajo  
Century egg, czyli stuletnie jajko to – wbrew nazwie – raczej jako „studniowe”. Przygotowuje się je, jak podaje Wikipedia,  w naczyniu wypełnionym roztworem z gliny, niegaszonego wapna, soli, herbaty, łusek ryżowych i wody. Pojemnik z jajami jest szczelnie zamykany i odstawiany na okres około stu dni. W tym czasie dochodzi w nim do procesu gaszenia wapna, podczas którego jajka nagrzewają się, a następnie stygną. Po całym procesie białko robi się brązowe lub czarne i nabiera galaretowatej konsystencji, żółtko natomiast staje się brązowo-zielone. Tak właśnie wyglądała przystawka, którą zamówiłam w Itacho Sushi w Singapurze – breja w kolorze khaki na kawałku tofu. Intensywny zapach i puddingowata konsystencja zupełnie nie zachęcały do konsumpcji, ale dałam radę!  Choć do dziś nie rozumiem, czemu stuletnie jajko uważane jest za przysmak…


2.       Kategoria: Najciekawsze połączenie składników Fińskie przysmaki
Przyciemnione wnętrze Ravintola Zetor – undergroundowego lokalu w Helsinkach, do którego zaprasza wystawiony przed nim stary traktor – to scena prawdziwych spektakli kulinarnych. Potrawy są tam niezwykłe, a do tego finezyjnie podane. Ja spróbowałam dwóch arcydzieł – ryby nadziewanej rybą, czyli śledzia wypełnionego wędzonym łososiem oraz wariacji mięsno-rybnej: wątróbki renifera z łososiem.  Przenikanie się smaków i tekstur było naprawdę niezwykłe, subtelne puree ziemniaczane z dodatkiem marchewki doskonale dopełniało danie, a borówka brusznica – lingon – przełamała całość słodkim smakiem. Nigdy nie sądziłam, że jednego ze smaczniejszych dań w moim życiu spróbuję właśnie w Finlandii!
 
 
3.       Kategoria: Najbardziej śmierdzące – Durian 
Nic dziwnego, że w singapurskim metrze wiszą zakazy przewożenia tego owocu. Każdy, kto poczuł jego woń, wie, dlaczego to obostrzenie jest zasadne. Duran śmierdzi zgnilizną na dobre kilka metrów – nawet w formie nierozkrojonej. Odważyłam się spróbować tego owocowego odpowiednika skunksa jedynie w formie praliny oblanej czekoladą. I nie mam ochoty na więcej...
 
 
4.       Kategoria: Najbardziej krwiste – Paryskie steki 
Steki można zamawiać w wersji rare (w Niemczech „Englische Art”, czyli „po angielsku”), medium i well done… We Francji ma on jeszcze jeden stopień wysmażenia (a właściwie niewysmażenia) zwany „blue”.  Mięso jest niemal surowe i bardzo soczyste. Stek blue jadłam w restauracji Malakoff z widokiem na wieżę Eiffla oraz w lokalu sieci Hipopotamus, w której na miejsce przy stoliku w porze lunchu trzeba poczekać dobre 20 minut. Tam też serwowana jest jeszcze inna hardcore’owa potrawa: tatar w wersji obiadowej. Dania te to prawdziwa gratka dla miłośników mięsa. Zamówienie do nich piwa powoduje lekkie zdziwienie u obsługi – Francuzi tradycyjnie wolą do nich wino.
 

5.       Kategoria: Najdziwniejszy szaszłyk – Chińskie przekąski na patyku 
Bóg mi świadkiem, ze miałam ochotę spróbować chrupiącego skorpiona na patyku! Ale odór nieświeżego mięsa unoszący się nad stoiskami z dziwnymi szaszłykami w Szanghaju niestety zniechęcił mnie do kulinarnych eksperymentów. Skupiłam się więc na zdjęciach. Nie ja jedna zresztą – dziwne przekąski mało kto tam kupował, dużo osób natomiast pstrykało im fotki.

 
6.       Kategoria: Najdłuższe – Turecki kebab 
Kebabów w Turcji jest co niemiara. Baraninę można dostać w różnych formach – nabitą na metalowy szpikulec, pokrojoną niczym gulasz i oczywiście w formie pasków skrawanych z kręcących się urządzeń. W jednym z barów uraczono nas paskiem mięsa, który zdawał się nie mieć końca...
 
 
7.       Kategoria: Największe rozczarowanie – Mięso krokodyla 
Będąc na farmie krokodyli  w Zatoce Świń można nie tylko zobaczyć żywe krokodyle kubańskie, ale też zrobić sobie fotkę z ich młodymi, kupić biżuterię z ich kości i zjeść gulasz z ich mięsa…  To ostatnie z pewnością wymagało najwięcej samozaparcia. Danie było gąbczaste, za słabo doprawione (kubański standard) i cuchnęło niezbyt świeżą rybą, która stanowiła zapewne ostatnią wieczerzę delikwenta zabitego na naszą cześć. Może jednak z dwudaniowego menu trzeba było wybrać drugą opcję – nieśmiertelnego kurczaka z ryżem.
 
 
8.       Kategoria: Najbardziej okrutne Żaba prosto z chodnika 
W Suzhou, chińskiej Wenecji, można kupić różne rzeczy. Torebki, chustki, plastikowego kotka machającego ręką na szczęście, niefabrycznie zamknięte butelki z podejrzanej proweniencji wodą i… żywe żaby prosto z chodnika. Sprzedawca przecina je dla chętnych leżącym obok stoiska nożem.


9.       Kategoria: Najlepsza ryba – Strzępiel pod Mostem Galata 
Pod mostem Galata w Stambule restauracji co niemiara. Nic dziwnego – widok na miasto jest stąd naprawdę niezwykły. Naganiacze prześcigają się w pomysłowych trickach mających na celu skuszenie turystów do zjedzenia lunchu w ich przybytku. Mnie przekonał przystojny Turek, który wręczył mi skromny bukiecik kwiatów i zapewnił, że specjalnością kuchni jest sea bass, czyli strzępiel, którego zawsze chciałam spróbować (a przynajmniej odkąd obejrzałam „Piekielną kuchnię”, w której ryba ta występowała niemal w każdym odcinku). A więc aromatyczny strzępiel, tureckie piwo i widok na dostojne meczety – niezapomniany lunch.
 
 
10.   Kategoria: Najdziwniejsze pieczywo – Turkusowe chałki 
Kuchnia karaibska nie należy do moich ulubionych. Kojarzę ją głównie z ryżem i czarną fasolą, nietypowo oprawionym kurczakiem i patatami. Żadna z próbowanych na Kubie czy w kubańskich restauracjach w Europie potrawa nie zachwyciła mnie swą finezją… No może poza jedną – serwowaną w hotelu w Varadero bułką w kolorze turkusowym. Jej walory wizualne były tak przytłaczające, że smakowe aż bałam się sprawdzać…
 
 
11.   Kategoria: Najlepszy początek dnia – Angielskie śniadanie 
Niektórzy żartują, ze w piekle jest angielska kuchnia i amerykańskie żony. Moje odczucia odnośnie brytyjskich przysmaków są zgoła inne – pyszne steki, aksamitne puree ziemniaczane, pachnący zielony groszek i wspaniałe piwo. Szczególną atencją darzę jednak angielskie śniadanie – po fasolce, kiełbasce, jajku i grzance naprawdę ma się energię na cały dzień!


12.   Kategoria: Najładniej podane – Krewetkowy talerz 
Przez lata unikałam owoców morza – do momentu, kiedy spróbowałam naprawdę świeżych krewetek, które jako żywo nie pachną rybą ani niczym dziwnym. W China Town w Singapurze za kilka dolarów można było dostać talerz z potrawą tyleż pięknie udekorowaną, co niezwykle smaczną. Delikatne mięso i doskonały sos – teraz już wiem, że krewetki to prawdziwy przysmak.
 
 
13.   Kategoria: Najbardziej osławiony – Tort Sachera w Hotelu Sacher 
Podobnie jak w Itacho Sushi i Hipopotamusie także tu musiałam poczekać w kolejce. Wiele osób chce spróbować najsłynniejszego czekoladowego tortu w najsłynniejszym wiedeńskim hotelu. Wystrój przytulny, przypominający warszawską kawiarnie Wedla przy Brackiej. A torcik tak smaczny, że warto byłoby poczekać nawet godzinę.
 
 
14.   Kategoria: Najbardziej wielosmakowe – Laksa 
Tak wielosmakowej zupy nie próbowałam jeszcze nigdy. Jest w niej słodycz, słoność, kwaskowość i dużo ostrych przypraw. Zanurzając łyżkę w kokosowej bazie raz wyławia się krewetkę, raz jajko, raz warzywa, raz trawę cytrynową, raz kawałek ryby. Malezyjskie danie narodowe nie wygląda może superatrakcyjnie, ale smakuje jak nic innego. 
 
 
15.   Kategoria: Najtwardszy mięczak – Zupa ze ślimakami 
Żabie udka można w Paryżu dostać głównie w restauracjach chińskich, ale ślimaki mają dobre miejsce w kartach dań różnych restauracji. Winniczki serwowane są jako przystawka, można też zamówić je w zupie, na przykład grzybowej. Mięczaki, miękkie za życia, po ugotowaniu okazały się raczej gumowate i dość twarde. Jednak wolę polską wersję – pieczarkową z łazankami.
 

16.   Kategoria: Najbardziej niezwykły street food - Żabie szaszłyki
Koło flower marketu w Bangkoku można w jednej z budek ze street foodem uraczyć się pożywnym i tanim przysmakiem - żabim szaszłykiem. Żabki wyglądają świeżo, pachą apetycznie i można je mieć już za 20 bahtów!
 
 
 
ZAPRASZAM TEŻ NA INNE RANKINGI NA BLOGU:
•Mieszkanie marzeń
Ranking cudów z witryn sklepowych
 

1.06.2013

/ŚWIAT/ Ranking cudów z witryn sklepowych

Windowshopping to zajęcie często znacznie bardziej zajmujące niż kupowanie. W witrynach na całym świecie zdarzają się kurioza, obok których trudno jest przejść obojętnie. I choć jakość zdjęć robionych przez szybę bywa nie najlepsza, to czasem właśnie te fotki bywają szczególnie fascynujące. Oto ranking niezwykłych znalezisk z różnych miast na świecie.

Miejsce 10: Kuba/Cienfuegos – Nie ma niczego
Kuba jest piękna i kolorowa. Ale witryny sklepowe niestety jak nic innego obnażają kryzys zżerający kraj Fidela. Czy to apteka, czy sklep z ubraniami, czy magazyn żelazny. Jak to ktoś kiedyś powiedział „Nie ma niczego”… 


Miejsce 9: Turcja/Stambuł – Upiorne manekiny
Manekiny blade niczym duchy wytrzeszczają się na przechodniów z jednego ze sklepików z centrum Stambułu w pobliżu Wielkiego Bazaru. Zważywszy na śniadą cerę tubylców ich białość robi jeszcze większe wrażenie.


Miejsce 8: Egipt/Kair – Klapki kontratakują
Sklepów z butami w Kairze co niemiara. Setki modeli – niby każdy inny, ale coś je jednak łączy…


Miejsce 7: Francja/Paryż – Mopsikowe akcesorium
Elegancka Champs Elysees. W witrynach tyle cudów, że poszczególnym sklepom trudno jest się wydróżnić. Ale jednemu z magazynów się to udało – do bajońsko drogich stylizacji zaproponował ciekawe dmuchane akcesorium…


Miejsce 6:  Holandia/Amsterdam – Atak gumowych cycków
Witryny sex shopów w czerwonej dzielnicy pozwalają zupdate’ować wiedzę o ofercie zabawek na każdą okazję. Szczególne wrażenie zrobił na mnie atak gumowych cycków.


Miejsce 5: Polska/Warszawa – Alkoholowy Jackie Chan
Na samą smętnie stojącą butelkę w jednej z witryn przy Puławskiej pewnie nikt by nie zwrócił uwagi. Co innego Jackie Chan w tradycyjnym stroju. Budujący wniosek? Picie zwiększa kreatywność!


Miejsce 4: Belgia/Bruksela – Że aż strach…
Na dobry miesiąc przed Halloween witryny w Brukseli zaczynają straszyć!



Miejsce 3: Niemcy/Bochum – Piercing oswojony
Uszy przekute, brew też, w nosie kolczyk… Co by tu jeszcze? Nie ma jak dobra inspiracja. W końcu marketing to także KREOWANIE potrzeb.



Miejsce 2: Niemcy/Straubing – Heil Krasnal!
Krasnale ogrodowe nie muszą być kiczowate. Mogą też wyrażać pewien statement – nawet dość kontrowersyjny.



Miejsce 1: Austria/WiedeńTrumna full wypas
W końcu i trumnę zareklamować jakoś trzeba… Zwłaszcza modele z wyższej półki – od razu widać, że wygodne!



ZAPRASZAM TEŻ NA INNE RANKINGI NA BLOGU:
•Ranking niezwykłych potraw
•Mieszkanie marzeń


7.29.2012

/WIEDEŃ/ Weekend w stolicy sznycla


Po weekendach w stolicy knedlików i w stolicy gulaszu przyszedł czas na trzecią metropolię dawnej CK Monarchii - na Wiedeń, ojczyznę torcika Sachera i stolicę sznycla, w której łatwiej dziś dostać kebaba i noodles niż schaboszczaka.

Wakacyjny weekend, słoneczko świeci, chmury suną powoli po błękitnym niebie. Lądujemy na Schwechat i z licznych opcji dojazdu do centrum Wiednia - pociągiem, airport busem, tramwajem S7, taksówką  - wybieramy tę najszybszą: CAT, czyli City Airport Train. Koszt biletu to 19 euro w dwie strony, ale jaka wygoda: kursująca co 30 minut kolejka dociera do Wien Mitte w 16 minut! Plus po drodze na monitorach można pooglądać infofilmiki - za oknem i tak prócz rafinerii nie ma nic ciekawego. Na stacji CAT w centrum Wiednia zwykle można skorzystać z zamykanych szafek bagażowych, niestety teraz z powodu przebudowy nie ma gdzie zostawić plecaka.


Generalnie Wiedeń rozkopany. Nie działa duża część trasy metra U1 - co ma swoje plusy: hotele w okolicach stacji tej linii kuszą superofertami cenowymi. Tam, gdzie dotychczas był dworzec południowy, powstaje teraz Zentral Bahnhof Wien. Jadąc tramwajem "O" do dzielnicy Favoriten, w której mieści się nasz hotel, z prawej strony mamy więc wiek XIX i XX - piękne secesyjne kamienice, z lewej zaś wiek XXI - las dźwigów budowlanych.


Ale póki co lądujemy w Wien Mitte. Pomysł, by do symbolu Wiednia - Stephansdomu, czyli Katedry Św. Stefana - dojechać metrem szybko upada, bo w gąszczu prowizorycznych przejść i poprzedzielanych dyktą korytarzy ciężko jest wypatrzyć stację kolejki podziemnej. Idziemy więc na azymut przez park miejski Stadtpark w kierunku widocznych z daleka wież kościelnych. Na ławkach starsi państwo wygrzewają się w słońcu, a backpackerzy odsypiają noc w klubie. Kwiaciarka szykuje nowe kompozycje z letnich roślin.


Przechodzimy przez ulicę i wchodzimy w jedną z uliczek prowadzących do katedry. Z planu wydawało się, że to jeszcze kawałek drogi, ale jakoś wyjątkowo szybko i nagle wyrasta przed nami obiekt, którego szukaliśmy: Domkirche St. Stephan zu Wien, w skrócie Stephansdom. Jak podają źródła, katedra zbudowana została w latach 1230/1240-1263 w stylu późnoromańskim, a następnie rozbudowywano ją od XIV do początku XVI w. nadając jej obecną gotycką formę.


Katedra należy do największych świątyń europejskich, jej całkowita długość wynosi 107, zaś szerokość 34 metry. Ślub brał w niej sam Mozart! Tablice kierują chętnych do wieży, którą można zdobyć pokonując ponad 300 metrów schodów... Upał straszny plus wspomnienie męki ze wspinaczki na wieżę katedry w Kolonii powstrzymują mnie przed tym szalonym krokiem. Wchodzę do wnętrza świątyni, podziwiam piękne sklepienie, w sklepiku kupuję medalik ze św. Stefanem i... ku mojemu zdziwieniu odkrywam windę, która za 4,50 euro zawiezie mnie na szczyt baszty północnej, w której mieści się słynny dzwon Pummerin wykonany na początku XVIII wieku z niemal trzystu stopionych armat! Dzwon jak dzwon, ale winda w zabytkowym kościele - to jest coś.



Z góry widok imponujący. U podnóża katedry tłoczą się dorożki konne. Ludzie przemykają niczym mrówki. Wspaniale ozdobiony dach kościoła lśni w słońcu. Ponoć do przykrycia wszystkich połaci dachów wykorzystano aż 230 000 glazurowanych dachówek! Jest tak przejrzyście, że widać nawet znajdujący się na drugim brzegu Dunaju Prater.  



Japońscy turyści - a są ich w Wiedniu setki chyba, jeśli nie tysiące - całą grupą wchodzą na tarasy widokowe, głośno rozmawiają, robią zdjęcia. Czar średniowiecznej zadumy pryska, pora wracać na ziemię - windziarz, miłośnik muzyki lat osiemdziesiątych - podśpiewuje do radyjka zwożąc nas w dół. 


Potrzeby ducha chwilowo zaspokojone, pora na potrzeby ciała. W pobliskiej budzie z kiełbaskami zjadamy Wienerwürstel, czyli parówki z ketchupem, musztardą i bułką za 3,20 euro i popijamy je piwem - 3,60 euro za pół litra.Wody można napić się za darmo z pobliskiej nowoczesnej wersji specjalnie oznaczonego hydranta. Z pewnością korzystają z niego miłośnicy Käsekrainera - bardzo słonej i ostrej kiełbasy z serem również serwowanej w pobliskim Würstlstandzie.


Spacer deptakiem Kärntner Straße do pobliskiego Hofburga - stojącego tu już od XIII wieku (a rozbudowywanego po wiek XX) pałacu władców Austrii, w którym co roku w Sylwestra odbywa się słynny bal. Potem mijamy pałac prezydencki podpisany w kilku językach na chodniku, po którym przechodzi właśnie piesek - nic sobie nie robiąc z powagi tego miejsca.



Metrem dojeżdżamy do stacji Karlsplatz znajdującej się nieopodal "Główki Kapusty" - budowli z charakterystyczną złotą kopułą będącej kluczowym osiągnięciem wiedeńskiej secesji oraz kolejnej wyjątkowej atrakcji miasta - Naschmarktu. Tak olbrzymiego targu vel bazaru vel rynku jeszcze nie widziałam! Setki stoisk, budek, straganów, knajpek, stolików... A na nich wszystko: oliwki nadziewane migdałami, kozi ser owinięty boczkiem i zanurzony w miodzie, 10 rodzajów szafranu i 100 gatunków innych przypraw, kraby, łososie, tuńczyki, mięsa wszystkich chyba pasażerów arki Noego. A pomiędzy tym kolorowe chusty, sukienki w kwiaty, sklepik z winami, skład porcelany, kawiarnia, barek, winiarnia... Miszmasz dóbr wszelkich spowity zapachem świeżych ziół. 

 

Akurat jest sobota, więc ciągnący się niemal bez końca Naschmarkt przedłużony jest o drugą olbrzymią część z pchlim targiem. Austriacy wyprzedający starocie z piwnic, Cyganie z błyszczącymi garnkami i tombakowymi zegarkami, bez koszul - bo upał straszny; Polacy próbujący przypomnieć sobie liczebniki po niemiecku, by coś utargować. Nastrój tego miejsca nie ustępuje nastrojowi arabskich bazarów. Stoliki, budki; czasem rzeczy piętrzą się po prostu na kupie na chodniku. Matka boska nadgryziona przez korniki stoi obok plastikowego Homera Simpsona. Ktoś targuje się o poczerniały order. Jakaś kobieta mierzy przykurzone buty, dwie Cyganki popychają się nawzajem. Ja próbuję uzyskać przyjazną cenę za czarne lakowe pudełeczko z zamknięciem w kształcie żółwia. I kupuję za 3 euro ceramiczny kufel do piwa.


Mała przekąska w pobliskiej syryjskiej knajpce. Do niej Apfelschorle zwana tu "Apfelsaft gespritzt" - mieszanka soku jabłkowego i wody gazowanej idealnie gasi pragnienie.

Czas zameldować się i chwilę odpocząć w hotelu. Jedziemy doń z centrum przez dzielnicę Favoriten. Mijamy dom pogrzebowy wystawiający w witrynie najnowsze modele trumien, sex shop, w którym kontrowersyjne rejony zaklejono manekinom taśmą, dalej kino erotyczne i klub dla swingersów, budy z kebabami, duże centrum handlowe. Hotel w secesyjnej kamienicy, bardzo ładny; słynie z pysznych śniadań.


Pół godziny relaksu i nie zrażeni wichurą, która porywa nawet jeden z parasoli przy knajpce, ruszamy do Therme Wien.Tramwajem 66 jedziemy tam dobre 30 minut; największe wiedeńskie termy znajdują się na dalekich obrzeżach miasta. Mijamy sypialniane osiedla, supernowoczesny kampus jednej z uczelni - FH Wien, kolejne blokowiska, lasek i lądujemy na pętli Oberlaa. W kompleksie sklepików przy pętli, mocno już podupadłym, zauważamy bar szybkiej obsługi o dźwięcznej nazwie Johnny's Imbis. Pobliska restauracja przy termach świeci pustkami, a tu trudno znaleźć stolik. Po zamówieniu kanapek i zupy gulaszowej już wiem dlaczego - za kilka euro można zjeść tu prawdziwe arcydzieła smaku. Pasta paprykowa na świeżutkim chlebie rozpływa się w ustach, a zupa wybucha w ustach bogactwem smaku - delikatnej wołowiny, kiełbasy, podsmażonej papryki, kartofelków o idealnym stopniu twardości.


Zaspokojona kulinarnie udaję się do term. Wewnątrz basen zwykły, z masażami, relaksacyjny z podgłówkami umożliwiającymi wygodny relaks i podświetlaną na kolorowo wodą (dzieciom poniżej 14 lat wstęp wzbroniony), dwie duże zjeżdżalnie, mniejsza zjeżdżalnia w formie kamienia... I cały obszar z saunami, których ze względu na upal nie daję rady przetestować. Na zewnątrz basen sportowy, solankowy, z masażami. Kawiarenka i restauracja, w której "płaci się" czipem - tym samym, który służy do zamykania szafki. Pływam trochę, relaksuję się w solance, jem pyszny banana split - i tak do 22.00. 


Wracamy znów 66-ką; w drodze powrotnej łapie nas deszcz, więc skrywamy się w Quicku na Quellenplatz. Zamawiam jedno duże piwo. Kelner przynosi je szybko. Niedługo potem zjawia się właściciel stawiając przede mną drugie pół litra złotego płynu i prosząc, bym spróbowała, czy nie smakuje lepiej. Próbuję - smakuje tak samo. Właściciel śmieje się i mówi, że chyba była jakaś awaria beczki z piwem. Życzy mi smacznego. Wypijam oba piwa, kelner dziwi się widząc dwa puste kufle, idzie na chwilę do właściciela i oznajmia, że z jakiegoś powodu zostałam przez niego zaproszona. Wychodząc dziękuję mu z uśmiechem za miły gest.



Ruszamy w obchód przeczesując dzielnicę Favoriten w poszukiwaniu słynnego Wiener Schnitzla. Kilometr pierwszy: noodle, pizza i kebab. Kilometr drugi: sushi, kebab i kebab - przy drugim dwóch Turków ogląda na monitorze olimpijskie zmagania pływaków dyskutując o ich osiągnięciach... po polsku. Kilometr trzeci: kebab, Mc Donalds X 2 i Burger King. Chyba czas się poddać i zjeść hamburgera, sznycel będzie jutro.



Mimo niesprzyjających prognoz kolejny dzień znów upalny i słoneczny. Idealny na przejażdżkę statkiem po pięknym modrym. Jedziemy więc bezpośrednio z hotelu tramwajem 68 na Schwedenplatz, skąd odpływają na rejs po Dunaju, kanałach i do Bratysławy stateczki firmy o mało oryginalnej nazwie Blue Danube. Mamy szczęście - o 11.00, czyli za 10 minut rozpoczyna się półtoragodzinna rundka po kanałach. Cena na bilecie 17,50 euro, ale płacimy 19,50 - wywieszka informuje, że ze względu na wzrost cen ropy pasażerowie muszą każdorazowo dopłacać po 2 euro za paliwo. 


Na trasie stateczku kilka zabytków - z ciekawszych: Urania (instytut edukacyjny i obserwatorium) i spalarnia śmieci projektu Hunderwassera. Ale głównie drzewa, krzaki i prawdziwa megagaleria street artu.


Graffiti artystyczne, okazjonalne, prowokacyjne... Choć głos z megafonu o tych właśnie zabytkach nas nie informuje przemilczając je po niemiecku, angielsku, włosku i hiszpańsku, to są one z pewnością najciekawszymi obiektami i prawdziwym kuriozum na tej trasie. Kelnerzy na statku pojawiają się często - o czym wiedziałam dzięki licznym uwagom na ten temat w Internecie. Ale dziś to dobrze, piwko pasuje do galerii graffiti przesuwającej się przed naszymi oczami.


Obiad w restauracji z widokiem  na Dunaj - niczym szklana narośl zbudowanej nad portem dla stateczków. Ceny mocno wygórowane, ale cuisine topowa: kotlecik cielęcy jak marzenie, a pod nim drugi, bliźniaczy. Do tego sałatka kartoflana. Poezja.


Niedzielne popołudnie to idealna pora, by zanurzyć się w kolorowy świat rozrywek. Metrem jedziemy do stacji Praterstern i lądujemy u wrót słynnego parku rozrywki. Klaun sprzedaje serca i jamniki z baloników, mijamy kasę kuszącą karnetami łączonymi na różne atrakcje i muzeum Madame Tussauds - na mający od 1766 roku status parku publicznego Prater można wejść bez żadnego biletu, płaci się tylko za poszczególne atrakcje. 



Największa i fizycznie i historycznie atrakcja to oczywiście koło diabelskie Riesenrad. Ma ponad 64 metry wysokości - aż trudno uwierzyć, że zbudowano je jeszcze w XIX wieku! Byłam na kołach większych i nowocześniejszych - w Dubaju, Londynie, Singapurze - ale tylko to ma tak niezwykły charm: drewniane wagoniki i chyboczące szybki w oknach. Nastrój trochę jak na wieży Eiffla, z przyjemnością odrywam wzrok od miasta widocznego niby makieta po sam horyzont, by podziwiać metalową konstrukcję spojoną solidnymi nitami.


Szybkich karuzeli bałam się zawsze - zwłaszcza, że widywałam już sprzątane z nich kolorowe pawie z resztkami waty cukrowej i kawałkami M&M-sów. Ale dziś taki piękny dzień, a fruwanie na stalowych łańcuchach kosztuje jedynie 3 euro... Przełamuję się i decyduję na lot na karuzeli. Schodzę na miękkich nogach; na pewno nie spróbuję prawdziwie podniebnej wersji tej przyjemności.


Jeszcze  Burggarten - fotka z obleganym Mozartem i zupełnie nieobleganym Goethem. Neorenesansowy budynek opery - 25 maja 1869 roku wystawienie opery "Don Giovanni" rozpoczęło działalność tutejszej sceny operowej.



Nieopodal słynny Hotel Sacher. Tłum Japończyków, na wejście do wnętrz przypominających do złudzenia warszawskiego Wedla trzeba chwilkę poczekać. Ale warto to zrobić, by za 4,90 euro w pięknym otoczeniu skosztować najsłynniejszy chyba torcik świata serwowany przez kelnerkę w czarnym mundurku z białym fartuszkiem. Ten smak rozpływającej się na języku czekolady i dżemu morelowego pozostanie w mojej pamięci jako smak Wiednia.


Komfortowy przejazd CAT-em na lotnisko. Lot do Warszawy trwa niewiele ponad godzinę. Jakże bliskie te byłe Austrowęgry. I jakże dalekie. 





TRASY SPACERÓW





(Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, aby ją powiększyć)



ZAPRASZAM TEŻ NA MOJE FILMY O ATRAKCJACH WIEDNIA: http://www.youtube.com/playlist?list=PL49D4D93EDD952BCE&feature=plcp