Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label ZOO. Show all posts
Showing posts with label ZOO. Show all posts

12.10.2013

/WARSZAWA/ Fotograficzny spacer po mieście

Zwiedzanie i fotografowanie wbrew pozorom nie idą ze sobą w parze. Na spacer po mieście wystarczy lekki plecak, na spacer fotograficzny trzeba zabrać ciężką torbę z obiektywami, filtrami, statywem i czym tam jeszcze. Zwiedzając człowiek biega jak najszybciej, by dużo zobaczyć i przeżyć, fotografowanie zaś wymaga cierpliwości i polowania na światło, motywy, zdarzenia. Podróżnik to człowiek wolny – rejs łódką, muzeum, knajpa, klub. Fotograf to człowiek ze sprzętem, na który musi uważać – żeby nie upadł, nie zamoczył się, nie zmienił właściciela. Na wyjeździe bez aparatu rozkoszuję się widokami, spotkaniami z ludźmi, spontanicznością. Fotografując wciąż powtarzam mantrę „przysłona – czas – ISO”, a myśli zajmują mi pytania, skąd pada światło, jaki filtr założyć, czy przy tych nastawach konieczny jest statyw, jaki pomiar światła ustawić… Cóż, fotograf, zwłaszcza początkujący, nie ma lekko.

Dlatego czasem łatwiej jest robić zdjęcia blisko domu – nie denerwując się, że przez fotografowanie umykają egzotyczne atrakcje. A więc Warszawa. Miasto chyba nie najpiękniejsze i nie najbardziej przyjazne, ale za to dość dobrze znane. Aby poznać je jeszcze lepiej, wybrałam się na kilka spacerów ze zorganizowanymi grupami fotograficznymi i na kilka eskapad mniej zinstytucjonalizowanych. Ze statywem, ciężką torbą, w różnym towarzystwie, o różnych porach dnia i w mniej lub bardziej kolorowych porach roku. Na wiosnę polowałam na misie, w lecie na światło słońca odbite w Wiśle, na jesieni na okolone żółtymi liśćmi rzeźby w Królikarni, w zimie na auta mknące Aleją Solidarności. Bywało różnie – orkan Ksawery próbował porwać mi statyw, prascy właściciele podwórka wypłoszyć mnie ze swojej oazy piwa i relaksu, a SOM-iści - zniechęcić do używania statywu w metrze. Ale mimo przeciwności udało mi się zrobić trochę zdjęć, które lubię i odkryć na nowo inspirujące fotograficznie miejsca. Oto kilka z nich. 

1. Królikarnia – dzieło człowieka kontra dzieło natury

Od Królikarni bardziej znane i zdecydowanie bardziej rozległe są Łazienki. Ale brak w nich tego, czego w Królikarni bywa pod dostatkiem – świętego spokoju.  A on sprzyja komponowaniu kadru i rozstawianiu statywu. Do tego w mokotowskim parku prócz drzew, trawy i innych typowo parkowych atrakcji są rzeźby i instalacje – idealni mistrzowie pierwszego planu. No i klasycystyczny pałac, którego nazwa jest wspomnieniem niegdysiejszych polowań na króliki, taras widokowy i – nieco niżej – oczko wodne. Nic tylko fotografować!


2. ZOO – przyzoomowane zwierzęta

Choć w warszawskim ZOO większość zwierząt jest za kratami, co skutecznie utrudnia zrobienie dobrych zdjęć, to jednak małe safari z aparatem może się tam udać. Zaczynamy od misiów, do których da się podejść całkiem blisko i które – jako że mimo zakazów masowo karmione są przez zwiedzających – przyjmują ciekawe pozy prosząc o cukierka lub próbując złapać jabłko. Dalej, za parkiem z kolorowym graffiti przedstawiającym m.in. Pałac Kultury, jest ZOO właściwe. Zawsze wdzięczne flamingi, świetne – choć w większości zakratowane – małpy, dostojne słonie i rybki – niestety za szybami. W ZOO przydaje się dobry zoom i cierpliwość.


3. Starówka – fotograficzny samograj

Staromiejskie uliczki, choć nie do końca stare, są tak urokliwe i kolorowe, że mimo pewnego opatrzenia tej okolicy warto się do niej przymierzyć z aparatem. Zygmunt na tle nocnego nieba, zamek oświetlony ciepłym światłem, nieco przyblakłe kamienice – przy odrobinie czasu, współpracy ze strony światła i dobrym statywie da się ze Starówki wydobyć to, co w niej najładniejsze.


4. Teren główny UW – zacisze zadumy

Krakowskim Przedmieściem spacerują tłumy ludzi i w dzień, i w nocy. Stolica, dość martwa wieczorami, tu wydaje się city that never sleeps. By więc wyrwać się z rzeki zdarzeń i popracować nad kadrem, można przekroczyć bramę główną uniwersytetu. Tu życie toczy się wolniej, studenci stają się smugami przy długim czasie naświetlania, a budynki cierpliwie znoszą setki prób przy różnych ustawieniach czasu i przysłony. A do tego jak ładnie na zdjęciach prezentuje się symetria starej biblioteki, biel Auditorium Maximum i kształty kutych ławek!


5. Mosty – linie i rytmy

Mostów nie ma w Warszawie zbyt wiele, ale przynajmniej każdy jest zupełnie inny. A dodatkowo wieczorem przęsła oświetlane są różnokolorowym światłem. Dlatego warszawskie mosty – i w szerokim planie, i na zbliżeniu – to całkiem ciekawi modele. Punkty świetlne rysują na matrycy gwieździste wzory, a metalowe konstrukcje zachwycają plastycznością.


6. Nad Wisłą – prawie rajska plaża

W barze La Playa tłumy piją piwo, na pobliskiej plaży młodzież gra w siatkówkę, a dzieci sprawdzają temperaturę wody w Wiśle. Ale mimo to na nadwiślańskiej plaży jest wystarczająco miejsca, by ustawić tam statyw i zapolować na szuwarki, zachód słońca czy warszawski skyline. To w tym właśnie miejscu – przy Wybrzeżu Helskim – warto spędzić złotą godzinę. Przy odrobinie szczęścia zaprocentuje ona pięknymi kolorami i widoczkami jak z pocztówki.


7. Wiadukty – miejska rzeka

Nigdzie tak dobrze nie ćwiczy się techniki panoramowania jak stojąc na wiadukcie nad rzeką jadących aut. Mkną one szybko albo wolno suną w korku dając fotografowi okazję do poćwiczenia różnych nastawów czasu migawki. Strumień czerwonych świateł, potok białych błysków i dobry statyw, by prócz rozmycia ruchu zarejestrować statykę otoczenia – to pomysł na wieczorną sesję na wiadukcie.


8. Karowa – mury i faktury

Póki nie utrwaliłam z niskiej perspektywy kocich łbów, nie zdawałam sobie sprawy, jak bardzo są fotogeniczne. Mają ładny rytm, a ich wypukłości dodają plastyki zdjęciu. Po zejściu w dół od Krakowskiego Przedmieścia i minięciu Instytutu Socjologii trafia się na miejsce z symetrycznym elementem architektonicznym, który dopełnia zdjęcie bruku i z latarniami oświetlającymi scenę ciepłym światłem. Samochody też czasem się tam zjawiają – to z jednej strony źle, bo statyw nie lubi drgań, ale z drugiej dobrze, bo ich światła mogą wzbogacić zdjęcie. 


9. Las Kabacki – nie tylko drzewa

Las Kabacki to przyroda, spacerowicze, rowerzyści i mgliste wspomnienie guźca. Ale to także kolorowo upstrzone przez grafficiarzy mury zajezdni metra. W weekendy trudno się tam ustawić ze statywem, bo ruch jest jak na Marszałkowskiej, ale w tygodniu warto pobawić się w utrwalanie kolorów i faktur – zarówno drzew, jak i malunków.


10. Metro – morze ludzi

W metrze niełatwo jest robić zdjęcia. Pamiątkowe fotki na peronach i w wagonach nikomu nie przeszkadzają, ale rozstawienie statywu na piętrze stacji Centrum szybko wzbudza zainteresowanie ochrony. Dlatego chcąc utrwalić miejsce, z którego dziennie korzysta ponad 80 000 ludzi, trzeba działać energicznie. Windą z peronu na poziom +1, do balustrady, start. Pociągi pięknie się rozmywają w ruchu, a ludzi są tu naprawdę setki. Nawet na szybko można tu stworzyć idealny kadr do projektu „Życie metropolii”. 

  

Więcej zdjęć z Warszawy i nie tylko: http://maniapodrozowaniaphoto.blogspot.com/

10.16.2013

/STUTTGART/ Zwierzęta a klasyka filmowa, czyli Ochmonek i Toliboski w Wilhelmie

Gdy w czasie podróży ma się już trochę dość muzeów, zabytków i przede wszystkim tłumów ludzi, można odpocząć w ogrodzie zoologicznym. W większości miast na świecie są takie miejsca. Czasem ogromne i spektakularne jak zoo w Singapurze zajmujące 28 hektarów, z czego część stanowią dziewicze połacie lasu deszczowego. Czasem znane głównie ze swych mieszkańców – jak to w Berlinie, w którym na świat przyszedł rozsławiony przez media niedźwiedź polarny Knut, zrodzony z matki Toski, niegdyś atrakcji cyrku w DDR-ze i wykarmiony przez ludzi; niestety w wieku niecałych 5 lat dramatycznie zakończył on swe krótkie życie na oczach zwiedzających – kilka razy obrócił się, zamachał łapami i wpadł nieżywy do wody. Czasem zaś ogrody zoologiczne są skromne, ale urokliwe architektonicznie – jak na przykład Wilhelma w Stuttgarcie,  w której w tym roku miałam bliskie spotkania z naczelnymi i dalszymi kuzynami.


Zlokalizowana w uzdrowiskowej dzielnicy Stuttgartu Wilhelma to historycznie rzecz biorąc zespół pałacowo-parkowy zbudowany w połowie XIX wieku. Zoo zorganizowano na tym obejmującym 30 hektarów terenie dopiero w latach sześćdziesiątych XX wieku sprowadzając tu ponad 9000 zwierzaków z całego świata. Do dziś jest drugim co do wielkości ogrodem w Niemczech – po wspomnianym berlińskim. A pod względem liczby prezentowanych tu gatunków roślin nawet pierwszym w kraju – w Wilhelmie można zobaczyć około 6000 przedstawicieli flory ze wszystkich stref klimatycznych na świecie. Dodatkowo rozsławia go hodowla małp człekokształtnych, w tym goryli, które od maleńkości karmione są tu przez specjalnie wyszkolonych pracowników – do Stuttgartu trafia wiele maluchów, które inaczej nie miałyby szansy na przeżycie. 


Choć zoo istnieje tu dopiero od 70 lat, to Wilhelma ma swą wcześniejszą „zwierzęcą” historię. W 1812 roku na tym terenie – zanim pojawiły się na nim pałace – król Fryderyk I zorganizował tak zwaną menażerię, w której trzymano łącznie 220 zwierząt – w tym słonie, małpy i papugi. Wyróżniało ją oznakowanie (przy klatkach znajdowały się tablice informacyjne) oraz dostępność (wstęp był wolny dla zwykłych ludzi, nie tylko dla arystokracji). Po śmierci króla ogród zamknięto ze względów kosztowych – i dopiero po wielu burzach dziejowych, w tym zniszczeniu części ogrodu w czasie ataku bombowego w roku 1944, odrodził się on w obecnej postaci. 

Dziś wizyta w Wilhelmie to ciekawe przeżycie. Trochę jak podróż w czasie dzięki historycznym budowlom, trochę jak podróż w przestrzeni ze względu na wielość zwierząt i roślin z różnych miejsc na świecie. 

Jest piękny, słoneczny i nad wyraz ciepły dzień. Idziemy od stacji S-Bahn „Wilhelma” wzdłuż muru w stylu mauretańskim. Nieopodal zielonej altanki, w której kiedyś kasjerki sprzedawały bilety, stoją nowoczesne automaty z różnymi opcjami wejściówek do zoo. 


W samym ogrodzie witają nas dokładnie te zwierzaki, które też jako pierwsze widoczne są w zoo warszawskim – czyli flamingi, prawie takie jak te w ustawiane w ogrodzie przez Trevora Ochmonka w kultowym serialu „Alf”. Niewiele dalej kolejne skojarzenie filmowe – pingwiny, które niemal składają już usta, by powiedzieć „Sliiiiiiiide” i skoczyć do lodowej jaskini podświadomości. I białe ptaki patrzące się na nas swymi niewiarygodnie błękitnymi oczami z równą fascynacją, co my na nie.


W ogrodach zoologicznych najchętniej odwiedzam małpy. Może dlatego, że wydają mi się tak do nas podobne – ze swą mimiką, gestami, zmiennością nastrojów. W ich oczach czasem udaje się niemal dostrzec budzącą się świadomość – tak jakby były już krok od tego, by powiedzieć coś ludzkim głosem. Świetnie się składa, bo małpiarnie są specjalnością Wilhelmy. Starsza powstała w latach siedemdziesiątych; dziś oddzielone od widzów szklanymi szybami mieszkają tu jedynie orangutany. Osobnik w średnim wieku bawi właśnie widzów próbując wyciągnąć łakocie z beczułki za pomocą patyka. Obserwuję ten fascynujący spektakl przez dobre kilka minut – małpa jest bardzo wytrwała. 


Nowa małpiarnia pachnie jeszcze świeżością, otwarta została bowiem w maju tego roku. Tu dużo się dzieje – maluchy kręcą się na gałęziach asekurując ogonem pod czujnym okiem wąsacza.


Parkowa klasyka: słonie, hipopotamy, place zabaw. Sympatyczne miejsce dla dorosłych, prawdziwy raj dla dzieciaków.


Jednak jeszcze ciekawsze niż huśtawki jest dla maluchów małe zoo ze zwierzakami, z którymi można wejść w bezpośrednią interakcję. W automacie czeka jedzenie za kilka centów – parzystokopytne zlizują je z zapałem z małych rączek wywołując piski radości. Jedna z owiec właśnie do nas podeszła – aż trudno ją sfotografować, tak szczelnie oblepiona jest dzieciakami, które sprawdzają fakturę szorstkiej sierści.


Czym byłby ogród zoologiczny bez restauracji, lodziarni i sklepiku... Chyba bardzo smutnym miejscem. Korzystamy z tych zdobyczy cywilizacji jedząc frytki i big milka oraz kupując kultową koszulkę z małpą. Podobno część dochodu z niej wspomoże prowadzone tu inicjatywy.


Na finał zostawiłam sobie wizytę w miejscu, gdzie parę lat mieszkał jeden z najsłynniejszych mieszkańców Wilhelmy – odpowiedzialny za rekord wśród zwiedzających: dzień po ogłoszeniu jego pojawienia się na świecie do zoo przyszło ponad 15 000 osób.. To podobnie jak w przypadku berlińskiego ogrodu niedźwiedź polarny urodzony w niewoli. Miś, który przyszedł na świat w grudniu 2007 roku, nosi dumne imię Wilbär powstałe z połączenia nazwy ogrodu i niemieckiego słowa „niedźwiedź”. W przeciwieństwie do słynnego Knuta karmiony był przez matkę, a nie przez ludzi. W jego przypadku trzymano media z daleka i wiadomość o narodzinach podano do prasy z dużym opóźnieniem – by uniknąć potencjalnych problemów z odrzuceniem misia przez matkę i losu, który spotkał Knuta. Dziś Wilbär mieszka w Szwecji, w ogrodzie w miejscowości Orsa, ale w Stuttgarcie wciąż można odwiedzić jego rodzinę. Co też uczyniłam.


Na sam koniec wizyty w Wilhelmie, w której w obliczu licznych atrakcji czas minął nie wiadomo kiedy, jeszcze jedno skojarzenie filmowe. Piękny klasycystyczny staw z nenufarami. Dziwne uczucie, gdy nie ze względu na trudności językowe, lecz na różnicę doświadczeń, z nikim nie można podzielić się obrazem brodzącego w wodzie Toliboskiego. 

    
____________________________

Zapraszam też na mój film z Wilhelmy: 



9.08.2013

/AGADIR/ Toast colą za Allaha, Ojczyznę i Króla


Lecę do Agadiru. Pięć godzin w chmurach - w głowie pojawiają się kolejne obrazy, a w sercu rodzą oczekiwania. Zastanawiam się, w jakim kraju wyląduję. Czy znajdę tam jeszcze coś prawdziwego, czy tylko atrakcje turystyczne. Czy zachwycą mnie bezkresne przestrzenie niczym z "Pod osłoną nieba" - filmu o filozofii podróżowania i o głębokiej przemianie, jaką można przejść dzięki zanurzeniu się w inną kulturę. A może będzie to bardziej kraj z opowieści mojego kolegi, który gdzieś koło Casablanki brał udział w osiołkowym polo. Siedząc na grzbiecie zwierzęcia uderzało się miotłą w piłkę próbując podać ją do kogoś z drużyny lub strzelić bramkę. Gdy przyszła kolej kolegi, osły były już tak zmęczone, że w ogóle nie chciały się ruszać. Nie pomagały nawet zachęty wymierzane miotłami. W końcu więc gra wyglądała tak, że zawodnik siedział w siodle, jeden z pomocników ciągnął osła, a drugi go popychał. Tak kończą się próby wprzęgnięcia w biznes turystyczny najbardziej upartych zwierząt świata...

Czy znajdę w Maroku kolory i magię z "W stronę Marakeszu"? Czy poznam moc dżinów - trzeciej po ludziach i aniołach kategorii istot rozumnych, istot narodzonych z ognia bez dymu i mogących przybrać dowolną postać? A może ten kraj będzie niczym smętna "Rick's Cafe" w Casablance, której progu nigdy nie przekroczył Humphrey Bogart i która jedynie imituje tę z ekranowego hitu, bo przecież cały film był kręcony w studio - zaprojektowanym zresztą na potrzeby innej produkcji - oraz na lotnisku Van Nuys koło Los Angeles.


Ląduję w Agadirze. Lotnisko nadspodziewanie dobrze zorganizowane. Przy jednym z wielu stanowisk szybko udaje się załatwić uproszczoną procedurę imigracyjną - kwit wypełniłam już w samolocie, urzędnik uzupełnia go jedynie o numer wizy, który wbija mi też do paszportu - numer ten będzie mi potrzebny przy wszystkich meldunkach w hotelach. Bagaż odbieram z automatycznej taśmy nadzorowanej przez dwóch pracowników lotniska, którzy sprawnie wkładają na nią zsuwające się czasem walizki i korygują inne niedoskonałości techniki.


Przed budynkiem lotniska Al Massira bagażowi w szarych mundurach oferują pomoc przy przetachaniu walizy. Szósty zmysł podpowiada im bezbłędnie, kto będzie chciał skorzystać z ich usług, a kogo należy zignorować. Mnie od razu witają gromkim "Dzień dobry", a gościa obok mnie - równie głośnym i trafionym "Guten Tag". Gorąco, palmy, rodziny arabskie transportujące toboły do taksówek. Kobiety w kolorowych dżelabach trzymające się za ręce w siostrzanej atmosferze. A więc jestem w Maroku.


30 minut jazdy. Agadir - beton i hotele wszystkich kategorii. 10 kilometrów piaszczystych plaż, pole golfowe, bary i restauracje, zoo, port jachtowy i rybacki, meczety, mały souk, dwa pałace królewskie, których - jak wszystkich tego typu obiektów w Maroku - nie wolno fotografować. Obecny król, Mohammed VI, którego majątek Forbes szacuje na 4 miliardy dolarów, ma kilkadziesiąt rezydencji w całym kraju pilnie strzeżonych przez mundurowych.


Miasto zbudowane od nowa po trzęsieniu ziemi. W lutym 1960 przez kilkanaście sekund zniszczona została niemal cała jego substancja. Odbudowę rozpoczęto w latach dziewięćdziesiątych. Miała tu powstać miejscowość łącząca tradycję i nowoczesność, a wyszedł betonowy potworek, w którym o historii przypominają jedynie meczety - nowe acz tradycyjne - oraz ruiny kazby - twierdzy na wzniesieniu górującym nad Agadirem. Na wzgórzu podświetlany wieczorem napis z trzema największymi wartościami dla Marokańczyków: Allah, Ojczyzna i Król. Z perspektywy bulwaru miejskiego można sfotografować go - nie bez kozery - z logiem Mc Donalda na pierwszym planie. Amerykański gigant, podobnie jak meczety i minarety, jest w Maroku dosłownie wszędzie. A że w restauracjach innych niż hotelowe trudno jest kupić piwo - czy to Heinekena, czy pyszną lokalną Casablancę - więc to colą piję pierwszy toast za podróż po Maroku. I za to, by inne miasta nie przypominały Agadiru...


Za 18 dirhamów funduję sobie przejażdżkę po Agadirze kolejką turystyczną. Nie udaje mi się odkryć nic innego niż to, co już widziałam. Dużo za to dowiaduję się o ruchu ulicznym. W Maroku jest bardzo dużo rond - często wspaniale ozdobionych rzeźbami lub fontannami. Zasady ruchu są proste - pierwszeństwo ma zawsze WIĘKSZE auto. To ono jedzie przed mniejszymi samochodami i może dowolnie zmieniać pasy. Światła zasadniczo są respektowane, ale tylko przez samochody -  motorynki oraz wozy ciągnięte przez osiołki lub muły traktują je raczej jako luźną wskazówkę. Sygnalizatory dla pieszych są rzadkością. Gdy ich nie ma trzeba po prostu poczekać aż samochody będą miały czerwone i wtedy zaryzykować przejście na drugą stronę ulicy.


Biała ciuchcia - le petit train - powoli jedzie uliczkami Agadiru. Hotele, hotele, hotele. Tłumy turystów skuszonych perspektywą złotego piasku, plażowych atrakcji i 300 słonecznych dni w roku. Dla części z nich to niestety jedyny przystanek w Maroku - tak przecież innym niż to liczące zaledwie kilkadziesiąt lat miasto.


Mijamy promenadę obsadzoną palmami. Wśród zielonych drzew jedno jakby inne - wysokie, szare, gładkie; idealnie równe ciemnozielone liście. To marokański patent na estetyczne ukrycie nadajników radiowych i komórkowych - okablowane sztuczne drzewko z zamaskowaną na czubku elektroniką.


Gdzie są tu jakieś ślady tradycji? Wbrew pozorom nie na souku zalanym chińszczyzną i pełnym oprowadzaczy ciągnących gości do sklepów swoich kuzynów. Ku swojemu zdziwieniu najwięcej mieszkańców miasta spotykam w... zoo. Sam ogród zoologiczny nie ma jakichś rzadkich gatunków - tu papugi, tam flamingi, nieopodal owce i lamy. I to nie one są największą atrakcją, tylko marokańskie dzieciaki piszczące na widok kur. Porządkowy wręcza maluchom ziarno, by mogły karmić ptaki. Jedna z dziewczynek myli się i sama zjada pszenicę, chłopczyk się śmieje i wyciąga rękę przez siatkę. Obowiązkowa rodzinna fotka. Porządkowy wyciąga butelkę z wodą i obmywa dzieciakom ręce.


Jakieś elementy tradycji są też w... Uniprixie. Supermarket skrywa liczne wnęki z rzemiosłem marokańskim. Częściowo chińsko-podróbkowym, częściowo oryginalnym; figurki z drewna tujowego i kolorowa porcelana sprzedawane są też bezpośrednio z chodnika przed wejściem do marketu. W sklepie można też kupić książkę kucharską po francusku, rosyjsku, angielsku lub niemiecku i poznać tajniki przygotowywania tajinów. Jest też - co nietypowe dla marokańskich sklepów - obszerny dział z alkoholem, a w nim specjalność marokańska: szare wino -  produkowany  z rustykalnego szczepu cinsault trunek mający wbrew nazwie kolor lekko różowy. Towary lądują w ratanowym koszyku, a dzięki "fixed prices" przy kasie nie trzeba się targować.


Cóż jeszcze można zrobić w Agadirze? Wybrać się na spacer bulwarem wzdłuż plaży w kierunku kazby. Popatrzeć na sklepiki, restauracje, tu bar norweski, tam English Pub , kawałek dalej sushi. Świat w pigułce. Dojść do portu jachtowego i pokarmić ryby kłębiące się w wodzie. Skorzystać z tradycyjnego Hammamu. A potem wrócić bulwarem Hassana II wstępując do cukierni Tafarnout słynącej z najpyszniejszych ciastek w mieście.


Idę aleją Kennedy'ego. Skręcam w którąś z bocznych uliczek i szybko orientuje się, że zakamarki - w przeciwieństwie do głównych alei -  nie są wyszykowane dla turystów. Bilans mojego po nich spaceru to jeden żywy szczur i jeden martwy kot (plus dziesiątki żywych oczywiście). Oraz mur więzienny.


Cały Agadir to 40 minut per pedes w od krańca do krańca. Gdy upał nie doskwiera więc zbyt mocno, pozostaje jeszcze spacer na wzgórze kazby. Od rana spotkać tam można miejscowych uprawiających jogging i gimnastykę. Po krętej drodze wjeżdżają też liczne busy z turystami. Na górze prócz wspaniałego widoku i ruin twierdzy czekają wielbłądy i węże, z którymi można się sfotografować za kilka dirhamów, dziadek z kozą i dzieciaki proszące o kilka centymów. Prośbom oczywiście nie należy ulegać - rząd marokański od kilku lat prowadzi nawet akcję uświadamiającą mającą na celu ukrócenie żebractwa wśród dzieci i danie im szansy ukończenia szkoły.


Facet z wężem rozpoczyna negocjacje od 10 euro. Rozsądna cena to 2 dirhamy, więc rozmowy chwilę trwają. Przy okazji przeglądam zawartość portmonetki. Prócz monety z napisem 50 centimes znajduję moniaka z nadrukiem 1/2 dirhama, a prócz banknotu dwudziestodirhamowego także dwudziestopięciodirhamowy. Wszystkie oczywiście z nadrukiem króla - tego, który rządzi tu od 1999 roku i który zniósł niedawno konstytucyjny zapis o świętości władcy. Oczywiście tylko na papierze król przestał być święty. Lud nadal uważa go za potomka Mahometa, a dostojnicy przy spotkaniach próbują pocałować go w rękę. Mohammed VI cofa wtedy dłoń, by nie schlebiać dawnym zwyczajom, i zaaferowani ministrowie często całują w rozpędzie już jedynie końce własnych palców.


O królu myślę dużo - w końcu w każdym sklepie, hotelu, urzędzie, a nawet w taksówkach są jego portrety. Czasem jest w garniturze, czasem w tradycyjnej dżelabie; raz w sytuacji oficjalnej, raz w półprywatnej. Ludzie wieszają zdjęcia władcy nie dlatego, że tak trzeba, lecz spontanicznie, z autentycznego i żywego szacunku do monarchy tak innego niż rządzący twardą ręką ojciec, który po zamachach na swoje życie wydał wiele wyroków śmierci oraz umocnił boskość wizerunku wymykając się napastnikom.

Wracam do hotelu. W recepcji portret uśmiechniętego króla, w telewizji TV Polonia -  interlokutorzy przeżuwają jakiś ciężkawy temat. Cóż za kontrast. W zupowatym basenie większość turystek i Marokanek prezentuje wdzięki w bikini - ale nie wszystkie zdecydowały się na tak odważny strój.


W barze zamawiam zimne piwo, którego próżno by szukać w miejskich restauracjach. Idę do pokoju o pałacowym wystroju. Klimatyzacji nie włączam pamiętając ostrzeżenia, że ostatni raz czyszczono ją w czasie protektoratu francuskiego. Zresztą włącznik i tak chyba nie działa - podobnie jak telefon. Jutro z betonowego Agadiru wyruszam do prawdziwego Maroka.


___________________________________________
ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM O AGADIRZE:


ORAZ DO LEKTURY INNYCH MOICH TEKSTÓW O MAROKU:
- Marrakesz
- Fez
 
- Casablanca  
- Meknes
- Rabat  
- Oauallidia, El Jadida  
- Essaouira, Safi