Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label lotnisko. Show all posts
Showing posts with label lotnisko. Show all posts

9.08.2013

/AGADIR/ Toast colą za Allaha, Ojczyznę i Króla


Lecę do Agadiru. Pięć godzin w chmurach - w głowie pojawiają się kolejne obrazy, a w sercu rodzą oczekiwania. Zastanawiam się, w jakim kraju wyląduję. Czy znajdę tam jeszcze coś prawdziwego, czy tylko atrakcje turystyczne. Czy zachwycą mnie bezkresne przestrzenie niczym z "Pod osłoną nieba" - filmu o filozofii podróżowania i o głębokiej przemianie, jaką można przejść dzięki zanurzeniu się w inną kulturę. A może będzie to bardziej kraj z opowieści mojego kolegi, który gdzieś koło Casablanki brał udział w osiołkowym polo. Siedząc na grzbiecie zwierzęcia uderzało się miotłą w piłkę próbując podać ją do kogoś z drużyny lub strzelić bramkę. Gdy przyszła kolej kolegi, osły były już tak zmęczone, że w ogóle nie chciały się ruszać. Nie pomagały nawet zachęty wymierzane miotłami. W końcu więc gra wyglądała tak, że zawodnik siedział w siodle, jeden z pomocników ciągnął osła, a drugi go popychał. Tak kończą się próby wprzęgnięcia w biznes turystyczny najbardziej upartych zwierząt świata...

Czy znajdę w Maroku kolory i magię z "W stronę Marakeszu"? Czy poznam moc dżinów - trzeciej po ludziach i aniołach kategorii istot rozumnych, istot narodzonych z ognia bez dymu i mogących przybrać dowolną postać? A może ten kraj będzie niczym smętna "Rick's Cafe" w Casablance, której progu nigdy nie przekroczył Humphrey Bogart i która jedynie imituje tę z ekranowego hitu, bo przecież cały film był kręcony w studio - zaprojektowanym zresztą na potrzeby innej produkcji - oraz na lotnisku Van Nuys koło Los Angeles.


Ląduję w Agadirze. Lotnisko nadspodziewanie dobrze zorganizowane. Przy jednym z wielu stanowisk szybko udaje się załatwić uproszczoną procedurę imigracyjną - kwit wypełniłam już w samolocie, urzędnik uzupełnia go jedynie o numer wizy, który wbija mi też do paszportu - numer ten będzie mi potrzebny przy wszystkich meldunkach w hotelach. Bagaż odbieram z automatycznej taśmy nadzorowanej przez dwóch pracowników lotniska, którzy sprawnie wkładają na nią zsuwające się czasem walizki i korygują inne niedoskonałości techniki.


Przed budynkiem lotniska Al Massira bagażowi w szarych mundurach oferują pomoc przy przetachaniu walizy. Szósty zmysł podpowiada im bezbłędnie, kto będzie chciał skorzystać z ich usług, a kogo należy zignorować. Mnie od razu witają gromkim "Dzień dobry", a gościa obok mnie - równie głośnym i trafionym "Guten Tag". Gorąco, palmy, rodziny arabskie transportujące toboły do taksówek. Kobiety w kolorowych dżelabach trzymające się za ręce w siostrzanej atmosferze. A więc jestem w Maroku.


30 minut jazdy. Agadir - beton i hotele wszystkich kategorii. 10 kilometrów piaszczystych plaż, pole golfowe, bary i restauracje, zoo, port jachtowy i rybacki, meczety, mały souk, dwa pałace królewskie, których - jak wszystkich tego typu obiektów w Maroku - nie wolno fotografować. Obecny król, Mohammed VI, którego majątek Forbes szacuje na 4 miliardy dolarów, ma kilkadziesiąt rezydencji w całym kraju pilnie strzeżonych przez mundurowych.


Miasto zbudowane od nowa po trzęsieniu ziemi. W lutym 1960 przez kilkanaście sekund zniszczona została niemal cała jego substancja. Odbudowę rozpoczęto w latach dziewięćdziesiątych. Miała tu powstać miejscowość łącząca tradycję i nowoczesność, a wyszedł betonowy potworek, w którym o historii przypominają jedynie meczety - nowe acz tradycyjne - oraz ruiny kazby - twierdzy na wzniesieniu górującym nad Agadirem. Na wzgórzu podświetlany wieczorem napis z trzema największymi wartościami dla Marokańczyków: Allah, Ojczyzna i Król. Z perspektywy bulwaru miejskiego można sfotografować go - nie bez kozery - z logiem Mc Donalda na pierwszym planie. Amerykański gigant, podobnie jak meczety i minarety, jest w Maroku dosłownie wszędzie. A że w restauracjach innych niż hotelowe trudno jest kupić piwo - czy to Heinekena, czy pyszną lokalną Casablancę - więc to colą piję pierwszy toast za podróż po Maroku. I za to, by inne miasta nie przypominały Agadiru...


Za 18 dirhamów funduję sobie przejażdżkę po Agadirze kolejką turystyczną. Nie udaje mi się odkryć nic innego niż to, co już widziałam. Dużo za to dowiaduję się o ruchu ulicznym. W Maroku jest bardzo dużo rond - często wspaniale ozdobionych rzeźbami lub fontannami. Zasady ruchu są proste - pierwszeństwo ma zawsze WIĘKSZE auto. To ono jedzie przed mniejszymi samochodami i może dowolnie zmieniać pasy. Światła zasadniczo są respektowane, ale tylko przez samochody -  motorynki oraz wozy ciągnięte przez osiołki lub muły traktują je raczej jako luźną wskazówkę. Sygnalizatory dla pieszych są rzadkością. Gdy ich nie ma trzeba po prostu poczekać aż samochody będą miały czerwone i wtedy zaryzykować przejście na drugą stronę ulicy.


Biała ciuchcia - le petit train - powoli jedzie uliczkami Agadiru. Hotele, hotele, hotele. Tłumy turystów skuszonych perspektywą złotego piasku, plażowych atrakcji i 300 słonecznych dni w roku. Dla części z nich to niestety jedyny przystanek w Maroku - tak przecież innym niż to liczące zaledwie kilkadziesiąt lat miasto.


Mijamy promenadę obsadzoną palmami. Wśród zielonych drzew jedno jakby inne - wysokie, szare, gładkie; idealnie równe ciemnozielone liście. To marokański patent na estetyczne ukrycie nadajników radiowych i komórkowych - okablowane sztuczne drzewko z zamaskowaną na czubku elektroniką.


Gdzie są tu jakieś ślady tradycji? Wbrew pozorom nie na souku zalanym chińszczyzną i pełnym oprowadzaczy ciągnących gości do sklepów swoich kuzynów. Ku swojemu zdziwieniu najwięcej mieszkańców miasta spotykam w... zoo. Sam ogród zoologiczny nie ma jakichś rzadkich gatunków - tu papugi, tam flamingi, nieopodal owce i lamy. I to nie one są największą atrakcją, tylko marokańskie dzieciaki piszczące na widok kur. Porządkowy wręcza maluchom ziarno, by mogły karmić ptaki. Jedna z dziewczynek myli się i sama zjada pszenicę, chłopczyk się śmieje i wyciąga rękę przez siatkę. Obowiązkowa rodzinna fotka. Porządkowy wyciąga butelkę z wodą i obmywa dzieciakom ręce.


Jakieś elementy tradycji są też w... Uniprixie. Supermarket skrywa liczne wnęki z rzemiosłem marokańskim. Częściowo chińsko-podróbkowym, częściowo oryginalnym; figurki z drewna tujowego i kolorowa porcelana sprzedawane są też bezpośrednio z chodnika przed wejściem do marketu. W sklepie można też kupić książkę kucharską po francusku, rosyjsku, angielsku lub niemiecku i poznać tajniki przygotowywania tajinów. Jest też - co nietypowe dla marokańskich sklepów - obszerny dział z alkoholem, a w nim specjalność marokańska: szare wino -  produkowany  z rustykalnego szczepu cinsault trunek mający wbrew nazwie kolor lekko różowy. Towary lądują w ratanowym koszyku, a dzięki "fixed prices" przy kasie nie trzeba się targować.


Cóż jeszcze można zrobić w Agadirze? Wybrać się na spacer bulwarem wzdłuż plaży w kierunku kazby. Popatrzeć na sklepiki, restauracje, tu bar norweski, tam English Pub , kawałek dalej sushi. Świat w pigułce. Dojść do portu jachtowego i pokarmić ryby kłębiące się w wodzie. Skorzystać z tradycyjnego Hammamu. A potem wrócić bulwarem Hassana II wstępując do cukierni Tafarnout słynącej z najpyszniejszych ciastek w mieście.


Idę aleją Kennedy'ego. Skręcam w którąś z bocznych uliczek i szybko orientuje się, że zakamarki - w przeciwieństwie do głównych alei -  nie są wyszykowane dla turystów. Bilans mojego po nich spaceru to jeden żywy szczur i jeden martwy kot (plus dziesiątki żywych oczywiście). Oraz mur więzienny.


Cały Agadir to 40 minut per pedes w od krańca do krańca. Gdy upał nie doskwiera więc zbyt mocno, pozostaje jeszcze spacer na wzgórze kazby. Od rana spotkać tam można miejscowych uprawiających jogging i gimnastykę. Po krętej drodze wjeżdżają też liczne busy z turystami. Na górze prócz wspaniałego widoku i ruin twierdzy czekają wielbłądy i węże, z którymi można się sfotografować za kilka dirhamów, dziadek z kozą i dzieciaki proszące o kilka centymów. Prośbom oczywiście nie należy ulegać - rząd marokański od kilku lat prowadzi nawet akcję uświadamiającą mającą na celu ukrócenie żebractwa wśród dzieci i danie im szansy ukończenia szkoły.


Facet z wężem rozpoczyna negocjacje od 10 euro. Rozsądna cena to 2 dirhamy, więc rozmowy chwilę trwają. Przy okazji przeglądam zawartość portmonetki. Prócz monety z napisem 50 centimes znajduję moniaka z nadrukiem 1/2 dirhama, a prócz banknotu dwudziestodirhamowego także dwudziestopięciodirhamowy. Wszystkie oczywiście z nadrukiem króla - tego, który rządzi tu od 1999 roku i który zniósł niedawno konstytucyjny zapis o świętości władcy. Oczywiście tylko na papierze król przestał być święty. Lud nadal uważa go za potomka Mahometa, a dostojnicy przy spotkaniach próbują pocałować go w rękę. Mohammed VI cofa wtedy dłoń, by nie schlebiać dawnym zwyczajom, i zaaferowani ministrowie często całują w rozpędzie już jedynie końce własnych palców.


O królu myślę dużo - w końcu w każdym sklepie, hotelu, urzędzie, a nawet w taksówkach są jego portrety. Czasem jest w garniturze, czasem w tradycyjnej dżelabie; raz w sytuacji oficjalnej, raz w półprywatnej. Ludzie wieszają zdjęcia władcy nie dlatego, że tak trzeba, lecz spontanicznie, z autentycznego i żywego szacunku do monarchy tak innego niż rządzący twardą ręką ojciec, który po zamachach na swoje życie wydał wiele wyroków śmierci oraz umocnił boskość wizerunku wymykając się napastnikom.

Wracam do hotelu. W recepcji portret uśmiechniętego króla, w telewizji TV Polonia -  interlokutorzy przeżuwają jakiś ciężkawy temat. Cóż za kontrast. W zupowatym basenie większość turystek i Marokanek prezentuje wdzięki w bikini - ale nie wszystkie zdecydowały się na tak odważny strój.


W barze zamawiam zimne piwo, którego próżno by szukać w miejskich restauracjach. Idę do pokoju o pałacowym wystroju. Klimatyzacji nie włączam pamiętając ostrzeżenia, że ostatni raz czyszczono ją w czasie protektoratu francuskiego. Zresztą włącznik i tak chyba nie działa - podobnie jak telefon. Jutro z betonowego Agadiru wyruszam do prawdziwego Maroka.


___________________________________________
ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM O AGADIRZE:


ORAZ DO LEKTURY INNYCH MOICH TEKSTÓW O MAROKU:
- Marrakesz
- Fez
 
- Casablanca  
- Meknes
- Rabat  
- Oauallidia, El Jadida  
- Essaouira, Safi

11.04.2012

/BAWARIA/ Bawarska jesień


W Warszawie deszcz i ziąb... Złota polska jesień przeniosła się najwyraźniej za naszą zachodnią granicę - do Bawarii, a konkretnie do Oberbayern, czyli Górnej Bawarii. To miejsce jest chyba rzeczywiście szczególnie upodobane przez Pana Boga - choć już listopad, tu słońce nagrzewa zieleniąca się jeszcze trawę i złote liście do niewiarygodnych dwudziestu stopni. Kot wygrzewa się na masce naszej Kugi, krowa uśmiecha się do kamery, a ustrojone na paradę konie dumnie prezentują kokardki na ogonach.




Z Bawarią nieodłącznie kojarzy mi się pozdrowienie, które używane jest też zresztą powszechnie w Austrii i innych katolickich rejonach krajów niemieckojęzycznych - szczególnie zaś właśnie tu, na południu. "Grüß Gott", czyli "Pochwalony". Tak tradycyjnie pozdrawiają się starsze osoby. Ale nie tylko. Nas w ten sposób przywitał przy wsiadaniu na pokład samolotu Lufthansy sympatyczny młody steward. Pewnie dlatego, że tym razem jadąc do Oberbayern nie zapomnieliśmy wziąć ze sobą elementów ludowych - w końcu z szarotką na klapie w bawarskich miasteczkach wygląda się znacznie mniej  turystycznie niż bez niej. Dzień później usłyszałam to pozdrowienie również w najbardziej chyba groteskowej z możliwych sytuacji. W saunie parowej w Bad Endorf siedzi pięcioro golasów płci obojga wdychając olejek eteryczny o zapachu leśnym. Wchodzi szósty - też goły jak święty turecki, bo do Dampfbadu nie bierze się nawet ręcznika - i wita nas uprzejmym... "Grüß Gott" właśnie. Cóż, może ma to swoje uzasadnienie: w końcu wszyscy siedzimy w saunie właśnie tak, jak stworzył nas Pan Bóg (i - jak żartobliwie dodaje Tytan Popu - uformował McDonald's)...


Sauna to doskonałe miejsce na jesienny wieczór. Ta przy termach w Bad Endorf jest jedną z moich ulubionych. To uzdrowisko ma się czym poszczycić - jak informuje tablica przy wejściu tutejsze źródła solankowo-jodowe są jednymi z najbardziej nasyconych dobroczynnymi pierwiastkami w Europie. Miło jest kurować się w dwóch jacuzzi, rwącej sztucznej rzece oraz w pięknie podświetlanych basenach w hali i pod gołym niebem; woda ma temperaturę 34 stopni, więc nawet w listopadzie nie brakuje chętnych do oglądania gwiazd przy masujących dyszach. Saun też jest tu co niemiara. Prócz tradycyjnej fińskiej, parowej i ziołowej znajduje się tu sauna ziemna - w chatce, do której trzeba na golasa przebiec po trawniku - i sauna ze światłem podczerwonym, w której można ukoić mięśnie przy muzyce klasycznej. Dla miłośników nagich kąpieli jest mały basen - też bezpośrednio pod rozgwieżdżonym niebem. Z lokalnych ciekawostek - o konieczności wzięcia prysznica przed wejściem do wód termalnych przypomina żartobliwy plakat z "checklistą", co należy umyć.




W listopadowy wieczór sauna pęka w szwach. Ludzie w każdym wieku, galeria mniej lub bardziej fantazyjnych tatuaży. Pary wmasowują w siebie nawzajem balsamy, co odważniejsi wskakują nagrzani do minibsenu z zimną wodą. Nikt nie myśli o swych nieokrytych niczym niedoskonałościach. No może do momentu - a moment taki zdarza się zawsze - gdy do sauny wchodzi jakaś bogini (wbrew rozpowszechnianym poglądom istnieją one w naturze, bez fotoszopa). Gdy taka bogini przekracza próg sauny, panie się kulą, a panowie wyprężają torsy.


Sauna to oczywiście nie jedyna atrakcja uprzyjemniająca jesienny urlop w Oberbayern. Natura mieni się paletą ciepłych barw, więc nawet przejażdżka samochodem jest niezwykłym przeżyciem estetycznym. A co dopiero spacer! Wjeżdżamy wyciągiem krzesełkowym na Hochries - dziś tylko do pierwszej stacji, bo na szczycie szaleje fen. Ta góra to prawdziwa mekka downhillowców. Jako spacerowicze jesteśmy w
zdecydowanej  mniejszości - 90% korzystających z transportu w górę to opatuleni kosmici w ochraniaczach i kaskach ze swoimi ubłoconymi rowerami. Meta zjazdu jest szczególnie ekscytująca - wypada pośrodku parkingu, więc właściciele co lepszych aut ustawiają je z dala od bramki, choć muszą przez to iść dalej do kolejki. 




Idziemy ze stacji pośredniej pod górkę: pogoda piękna, ale rzeczywiście zdrowo wieje. Krótki przystanek przy kapliczce, fotka na skale. Aż kręci się w głowie od nadmiaru świeżego powietrza. W drodze powrotnej zupa i piwo w urokliwym schronisku na Moserboden Alp. I jedziemy dalej.




Jadąc samochodem, zwłaszcza po zmroku, warto prócz pilota mieć w aucie wypatrywacza dziczyzny. Lisy i sarny hulają o tej porze szczególnie żwawo i przebiegają na ślepo drogi w najmniej oczekiwanym momencie. Znaki ostrzegające przed zwierzyną trzeba traktować bardzo poważnie - i najlepiej zwolnić mimo bardzo liberalnych ograniczeń prędkości. Po zmroku po obu stronach szosy rozbłyskują w reflektorach dodatkowe niebieskie odblaski umieszczone po zewnętrznych stronach słupków. Mają odstraszać zwierzaki od nieprzemyślanych przebieżek. Nie są niestety w 100% skuteczne - nam w ciągu kilku dni drogę przebiegł zarówno lis, jak i jeleń. 


Dziczyzna to prócz żywej ozdoby Bawarii również lubiany przysmak. O smakowitościach tradycyjnej kuchni tego regionu mogłabym pisać długo i kwieciście. Ale wspomnę tylko o highlightach: wołowinie w sosie  z gorgonzoli, przysmaku Gasthofu
Höß w Bad Feilnbach oraz szpinakowych knedlach w "Schneiderwirt" w Nußdorf am Inn. Ze ścian spoglądały na nas poroża, z kuchni dobiegały zapachy smażonej cebulki, w uszach mieszał się gwar rozmów, piwa zgrabnym ruchem nalewały kelnerki w tradycyjnych bawarskich strojach ludowych, a my rozkoszowaliśmy się smakiem tych po trosze tradycyjnych, a po trosze innowacyjnych potraw.




Wróćmy do spacerów. Trudno wyobrazić sobie piękniejszy widok niż Chiemsee o zachodzie słońca. Pomost, z którego widać mieniącą się taflę jeziora i przeglądające się w niej Alpy. Koloryt z minuty na minutę coraz bardziej podchodzący czerwienią... I delikatnie przełamana szumem jesiennych liści cisza dodająca powagi i zadumy temu miejscu.




Cisza to też sprzymierzeniec w kontemplowaniu pereł architektury sakralnej, których w Bawarii jest co niemiara. W samym tylko Altötting stojąc na Kapellplatz z jednej strony ma się kościół katolicki, z drugiej ewangelicki, a po środku kaplicę skrywającą obraz słynącej z cudów Czarnej Madonny (którego niestety nie wolno fotografować). Kaplica ta - zbudowana między XVIII a X wiekiem - jest jednym z najbardziej uczęszczanych miejsc pielgrzymek w Europie. Ściany zewnętrzne szczelnie przykryte są obrazami wotywnymi namalowanymi przez wiernych w podziękowaniu za cuda.




To zaiste niezwykła galeria - obok niewprawnego malunku przedstawiającego cudowne ozdrowienie wisi przykurzona scena wojenna. Podziękowaniu za uratowanie życia przejechanemu przez furmankę dziecku sporządzonemu w latach trzydziestych towarzyszy bliźniacze niemal podziękowanie z lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku - tyle że na obrazku zamiast fury jest traktor. Chodząc wokół kaplicy poznajemy tysiące losów ludzkich.




Inna ciekawa budowla sakralna tego regionu to Kirche St. Johan Baptist und Heiligkreuz w Westerndorf am Wasen. Ma nietypowy dla budowli barokowych okrągły kształt zwieńczony czarną kopułą o kształcie główki cebuli. To zbudowane w XVII wieku cudo zwraca uwagę w krajobrazie swym nieco orientalnym wyglądem. Wokół kościoła jest cmentarz z charakterystycznymi dla Niemiec wypielęgnowanymi grobami ziemnymi. Niektóre z nich wyglądają niczym małe ogródki japońskie. Kaplica otwarta - w środku dramatyczny kontrast jasnych ścian i czarnych elementów wystroju - a do tego nowoczesny żyrandol potęgujący wrażenie intrygującej niespójności wnętrza.




Trzecie odkrycie listopadowego urlopu w Oberbayern to nie sama budowla sakralna, lecz znajdujący się w jej pobliżu historyczny agregat chłodniczy. Po wyjściu z kościoła parafialnego pod wezwaniem świętych Marinusa i Anianusa w Rott am Inn, na pobliskim murze można podziwiać wystawiony w szklanej gablocie wynalazek Carla von Linde wyprodukowany w jego fabryce na początku XX wieku. Robi wrażenie - szczególnie swymi imponującymi rozmiarami. 




Z ciekawostek, o których nie piszą w przewodnikach, wspomnę jeszcze o jednej. To niepozorna brama w  Mühldorf, historycznym miasteczku nad rzeką Inn. Ktoś stworzył tam prawdziwą galerię osobliwości - z chodnika wyrasta grób psa, na ścianie lśni szklana Myszka Miki, nieopodal kręci się młynek modlitewny.  




Żuraw z metalu dziobie bruk, łeb byka łypie ze ściany, a z kranu pod czerwoną diabelską maską można napić się wody. Mikroświat cudów na kilku metrach kwadratowych podwórka.




Pisząc o Mühldorf nie sposób wspomnieć jego ładniejszego brata - Wasserburga. On też leży nad rzeką Inn - a nawet NA rzece Inn, na półwyspie połączonym z lądem wąskim paskiem gruntu. Miasteczko to można w całości ogarnąć wzrokiem z punktu widokowego, warto też wejść przez historyczną bramę i pobłądzić między kolorowymi domami. W jednym z nich skrywa się sklep ze stoma gatunkami kaw i czekoladkami z całego świata, w innym - kawiarnia Obermaier, w której serwują pyszne capuccino.




 

Trzecia perełka tej okolicy to Neubeuern, które w roku 1981 wygrało konkurs na najpiękniejszą wioskę w Niemczech. Nietrudno zgadnąć, dlaczego - ściany niemal wszystkich tutejszych domów zdobią kolorowe malunki iluzjonistyczne (tak zwane Luftmalerei), które nadają temu miejscu iście bajkowego flairu. Z daleka obrazki wydają się trójwymiarowe, z bliska zachwycają dbałością o detale. Warto po schodkach wejść na górujący nad osadą zamek z XII wieku i podziwiać widok na idylliczną okolicę. 
 

Co jakiś czas we wsi organizowany jest targ. Kolorowe stragany wypełniają szczelnie uliczki - konkurując z malowidłami. W jednej budce można kupić trzydzieści rodzajów musztard, w innej kapelusiki ludowe, w kolejnej ubrania z Indii, w dalszej ozdoby wycinane z drewna. Sól z Himalajów, miody z Bawarii, plecione koszyki. Czego tu nie ma! Szkoda, że ludowy pas pięknie uwydatniający talię to koszt aż 70 euro... Ale małą przypinkę z szarotką można kupić już za 2,50. 



Aż trudno uwierzyć, że gdzieś może być więcej barw, wrażeń i gości niż na tym niezwykłym bazarze. A jednak. Leonhardiritt to wydarzenie, które nie sposób opisać słowami, a nawet oddać na zdjęciach. Ta doroczna parada koni połączona z procesją i mszą polową odbywa się w różnych zakątkach Bawarii od połowy XV wieku w okolicach 6 listopada, dnia świętego Leonharda von Limoges, patrona między innymi rolników, kowali i górników. 




Jedziemy do Lippertskirchen. Parkujemy na zorganizowanym specjalnie parkingu, z aut wysiadają już ubrani po bawarsku panowie i dziewczyny w tradycyjnych sukienkach. W kierunku kościoła jadą przystrojone wozy, konie machają ogonami z kokardkami. Najpierw odprawiana jest uroczysta msza polowa, potem cały ogromny orszak na 50 wozów poprzetykany amazonkami na błyszczących koniach trzykrotnie objeżdża trasę procesji. Na co którejś furze przygrywa orkiestra, czwórka kasztanek ciągnie święty obraz, za nią na innym wozie jedzie miniatura tutejszego kościoła. Nastrój uroczysty; w uczestnikach spektaklu widać radość uczestniczenia w tak starym obyczaju. Konie trochę się denerwują, nawet ksiądz ostrzega przed zbytnim zbliżaniem się do zwierząt. Mimo kilku niesubordynacji nieparzystokopytnych orszak sprawnie posuwa się do przodu.




Jesienne dni w Oberbayern okraszone ciepłym słońcem minęły jak z bicza trzasnął. Lotnisko w Monachium, piąta rano. Na ławkach śpią podróżni. Flughafen München budzi się z nocnego snu. Obsługa uruchamia maszyny do automatycznego baggage drop offu - w sierpniu jeszcze ich tu nie było. Wylatuję z żalem... Przylatując tu bardziej czułam się, jakbym wracała do Bawarii, niż do niej przyjeżdżała.   

 

 


ZAPRASZAM TEŻ NA MOJE FILMY O ATRAKCJACH BAWARII: