Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Potsdamer Platz. Show all posts
Showing posts with label Potsdamer Platz. Show all posts

4.26.2016

/BERLIN/ Zagajewski na murze i kolejka po kebaba, czyli Berlin od podwórka i od kuchni


Tym razem  na pobyt w Berlinie wybrałyśmy mieszkanko w kamienicy w dzielnicy Wedding. Same plusy - blisko do metra, dużo knajpek wokół, lokalizacja znana taksówkarzom (mój mówi od razu po podaniu adresu na Prinzenallee - "A tak, stare dobre Wedding") i jeden minus: piąte piętro bez windy. Rekompensuje to trochę sympatyczny widok na niebo nad Berlinem i neogotycki kościół. Dobrze, że okna mamy właśnie od tej strony, bo z drugiej patrzyłybyśmy na dom noszący jeszcze ślady wojny w postaci dziur po kulach. 


Nazwa dzielnicy - wchodzącej dziś w obręb szeroko rozumianego centrum Berlina - przypomina anglojęzyczne określenie wesela, ale nie ma z nim nic wspólnego: pochodzi od nazwiska szlachcica Rudolf de Weddinghe, który miał tu kiedyś swoje włości. W XIX wieku okolica, w której mieszkam, była centrum prostytucji i gier hazardowych, po czym nie ma już wielu śladów. Trudno też rozpoznać, że po wojnie należała do sektora francuskiego. Dobrze za to widać w niej najnowsze wpływy - a konkretnie to, że od lat siedemdziesiątych jest dzielnicą robotniczą zamieszkałą w dużej mierze przez imigrantów. Na dole mojej kamienicy jest więc grecka knajpa, nieopodal wypożyczalnia bollywoodzkich hitów, a dalej sklep z fajkami wodnymi.


Jest i akcent polski - i to tuż za rogiem "mojej" (choć zważywszy na jej stan, to dobrze, że NIE mojej) kamienicy. Na murze ktoś zapisał... wiersz Zagajewskiego. "Walk through this town at a gray hour when sorrow hides in shady gates and children play with great balls..." Rzeczywiście trochę szara ta Prinzenallee - i wbrew nazwie zupełnie nie książęca.


Wedding to też dzielnica, w której mężczyznom wolno jeszcze płakać. Tak przynajmniej głosi szyld na budce z Currywurstami serwowanymi z superostrym sosem chilli. Przybytków (również mobilnych) oferujących koronne berlińskie danie - siekaną białą kiełbaskę z pomidorowym sosem z curry - jest w mieście tak dużo, że każdy stara się czymś wyróżnić. A więc jeden ma Wursty najsłynniejsze, inny najgrubsze, jeszcze inny najostrzejsze, najbardziej odlotowe, ze specjalnym sosem... Jednak żaden nie zrobił takiej kariery jak ponoć najlepszy kebab w Berlinie - ten przy Mehringdamm 32 na Kreuzbergu. Po specjały Mustafy stoją bowiem popołudniami naprawdę długie kolejki. W Warszawie takie były ostatnio chyba za komuny...


Kreuzberg to swoją drogą prawdziwa mekka kuchni całego świata. Można tu zjeść i oryginalną singapurską laksę (w Mirchi przy Oranienstr. 204), i nepalskie pierożki (w Nepal House przy Gneisenaustr. 4). W tym drugim lokalu rozbawiło mnie porównanie Niemiec i Nepalu umieszczone w karcie po menu. Wynika z niego, że choć azjatycki kuzyn jest dużo mniejszy od europejskiego, to za to ciastka jada się tam trzy razy dziennie, a tu - najwyżej raz. Ze względu na ostrą konkurencję ceny drinków (w Niemczech zwanych koktajlami) niemal wszędzie są takie same i wynoszą 4,50 euro. 


Ale prawdziwą poezją jest nie tylko jedzenie w kreuzberskich lokalach, lecz także same NAZWY tych miejsc. W okolicach Heinrichplatz mamy więc na przykład koreański barek Angry Chicken, Świątynię 1001 Falafeli, Hanf Haus, czyli Dom Marychy oraz wybuchowy Molotow Cocktail. Najbardziej ujęła mnie mała kafejka z napisem na witrynie głoszącym, że czekolada to odpowiedź Boga na brokuły.


W bardziej szykownych dzielnicach i zakątkach lokale też walczą o klienta zabawnymi nazwami i oryginalnym wystrojem. Na przykład naprzeciwko Sony Center, w krainie wieżowców przy Potsdamer Platz, przycupnęła knajpka chwaląca się, że ma w ofercie aż 100 gatunków piwa. Z kolei nieopodal Alexanderplatzu przy Karl-Liebknecht-Straße 30 można poczuć się jak w Bawarii. Przed wejściem do Hofbräuhaus Berlin powiewają charakterystyczne biało-niebieskie flagi na takiż słupach, a w środku panie w ludowych strojach (które można notabene kupić w sklepiku obok specjalizującym się w bawarskim ubiorze) roznoszą słusznej wielkości kufle z piwem.  


Cała okolica Alexanderplatzu - i sam plac - to  jeden z moich ulubionych zakątków Berlina. Taki, do którego wracam - bo część elementów jest tu od zawsze niezmienna (jak choćby wieża telewizyjna z obrotową kulą czy zegar światowy pokazujący czas we wszystkich strefach geopolitycznych), a część - za każdym razem inna (na przykład teraz w witrynie sklepu Lego jest wystawa postaci z "Gwiezdnych Wojen" zbudowanych z klocków). Mam nawet taki quiz dla znajomych: powiedz mi, który z berlińskich placów lubisz najbardziej, a powiem ci, kim jesteś. No bo jedni wybierają szykowny Gendarmenmarkt (widziałam kiedyś na nim spacerującego Joschkę Fischera), inni nowoczesny Potsdamer Platz, jeszcze inni z Breitscheidplatz z kikutem kościoła Gedächtniskirche przypominającym o najnowszej historii... W tym mieście chyba każdy znajdzie jakiś zakątek, w którym się zakocha - ale dla każdego będzie to INNY zakątek.


Kolejne miejsce przyciągające mnie jak magnes to Hackesche Höfe - może ze względu na ich secesyjny flair, a może dlatego, że w ośmiu połączonych ze sobą bramach można znaleźć i chwilę wytchnienia przy fontannie, i okazję do zakupu oryginalnych ubrań, i stylowe miejsce na wypicie kawy. Tym razem serwuje mi ją notabene kelner-Polak. 


Nie wyobrażam też sobie wizyty w mieście bez wjechania na kopułę Reichstagu. Z jednej strony dlatego, że szklano-aluminiowa konstrukcja o przekroju 38 metrów i wysokości 23,5 metra za każdym razem na nowo zachwyca mnie swą potęgą, z drugiej zaś strony z tego względu, że Berlin oglądany z jej perspektywy - z łopoczącymi na pierwszym planie niemieckimi flagami - wygląda tak pięknie i dumnie. 


Tym razem idąc w górę po dwustutrzydziestometrowym ślimaczym chodniku podziwiam też biały ekran zamocowany na metalowej konstrukcji ustawionej po zachodniej stronie Bramy Brandenburskiej, od strony Tierparku. Mecze może na nim oglądać jednocześnie do 10 000 widzów. Co wieczór odbywają się tu największe w Europie public viewings spotkań piłkarskich w ramach mistrzostw świata.


Ale za każdym razem będąc w Berlinie staram się też odkryć dla siebie jakieś nieznane, nowe miejsce - albo choćby zwiedzić muzeum, na które dotąd nie było czasu. Tym razem jest to Muzeum Filmu i Telewizji w Sony Center (wstęp 7 euro) - kilkupiętrowa wysokobudżetowa ekspozycja ciekawa nie tylko ze względu na zakres tematyczny, ale też z uwagi na nowoczesny multimedialny sposób prezentacji. 


Wchodzę do labiryntu. Zewsząd z ogromnych monitorów patrzą na mnie ruchome głowy gwiazd przedwojennego kina. Każda coś mówi, każda pokazuje jakieś emocje, a widz czuje się jak Alicja w Krainie Czarów. Idę dalej i dochodzę do sali poświęconej klasykowi niemej kinematografii - "Gabinetowi Doktora Caligari". Ekspresjonistyczny film grozy z roku 1920 osacza mnie ze wszystkich stron - z ekranu, makiet, plakatów. Aż czuję jego niezwykły nastrój - i naprawdę mam dreszcze.


Dalej obejrzeć można trochę historycznych kamer filmowych, notatki reżyserów, fragmenty starych dzieł. W specjalnej sali poświęconej Marlenie Dietrich twarz diwy mówi do zwiedzających z kilku ekranów, a ze szklanych witryn wyłaniają się kostiumy filmowe z najbardziej znanych obrazów z jej udziałem.


W następnej sali jest prawdziwa gratka dla miłośników dokumentu. Przy makiecie stadionu olimpijskiego ustawiony jest monitor z touchscreenem, na którym można wybrać fragmenty taśm z 1936 roku. Klikam w ikonkę. Na ekranie pojawia się twarz Hitlera, który z uwagą obserwuje dokonania skoczków. Nie sądziłam, że miał tak żywą mimikę.


Na czasowej wystawie poświęconej technice robienia filmów gimnastykuję się w greenboksie patrząc na efekty moich starań w ustawionym z boku monitorze. W kolejnych salach spotykam Winnetou i innych superbohaterów niemieckiego kina akcji.


Od multimedialnych wrażeń odpoczywam w wyposażonej w wygodne kanapy wideotece. Wybieram film o historii muru berlińskiego. Staruszka skacze z okna na zachodnią stronę, młoda kobieta przebiega przez kłęby drutu kolczastego, Kennedy usprawiedliwia brak reakcji ze strony USA. Pasjonujący dokument. Na monitorze obok prezentowana jest historia Loriota - zmarłego niedawno komika, pisarza i reżysera. Przypominam sobie jeden z jego znanych skeczy małżeńskich, który zaczyna się pytaniem męża, czy ugotowane przez żonę jajko jest na twardo czy na miękko, a kończy zdaniem "Ja ją zabiję". 


Spora część kilkupiętrowego muzeum poświęcona jest kamieniom milowym w historii telewizji w Niemczech i najważniejszym transmisjom z poszczególnych lat. Można tam obejrzeć na przykład reportaże z koronacji Elżbiety II, z pogrzebu Diany, z ataku tsunami w Tajlandii, z wojny w Zatoce Perskiej. Dowiaduję się też, że pierwszy kanał niemieckiej telewizji państwowej – czyli ARD – powstał w 1950 roku z połączenia stacji BR, HR, RB, SDR, SWF, NWDR i RIAS Berlin. RFN-owska „dwójka”, ZDF, powołana została do życia w roku 1960 na mocy uchwały podpisanej przez prezydentów poszczególnych zachodnich Landów.  W NRD z kolei oficjalnym kanałem państwa i partii była  DDR-FS działająca w latach 1972-1990; wcześniej w latach 1956-72 na wschodzie funkcjonowała DFF - bez "DDR" w nazwie, bo z założenia - nigdy nie zrealizowanego - miała docierać do odbiorców w CAŁYCH Niemczech. Co ciekawe, tak zwane „próbne nadawanie” (program można było oglądać codziennie przez 2 godziny od 20.00 do 22.00) stacja ta rozpoczęła już 21 grudnia 1952 roku – dokładnie w 74 rocznicę urodzin Józefa Stalina.


Na końcu wchodzę do ciemnej sali, która zamiast ścian ma niebieskie ekrany. Na poruszającym się prostokącie wyświetlane są tu fragmenty programów z lat pięćdziesiątych. Kwartet podstarzałych Pseudobeatlesów śpiewa po niemiecku "Yellow Submarine". W wiadomościach spiker z powagą informuje o danych ekonomicznych. A teraz kolej na cykl "Rosyjski z Żenią". Żenia chodzi z koszyczkiem po sklepie. "Eta małako" mówi biorąc butelkę mleka. Nagle wyraźnie się rozpromienia "O, a zdjes piwo!".


Wychodzę z muzeum na ulice Berlina ogarniętego gorączką mistrzostw świata. Flagi zwisają z balkonów, powiewają na samochodach, zdobią twarze kibiców. Koło Alexanderplatzu gigantyczny Mesut Özil kopie gigantyczną piłkę. Niektóre knajpy zapraszają na pokazy piłkarskie specjalnie dla gejów i lesbijek, inne kuszą atrakcyjnymi cenami piwa. A i te, które nic specjalnego nie oferują, też w czasie najważniejszych spotkań nie mogą narzekać na brak klienteli.


Berlin jak zwykle pokazał mi swe oblicze znane i nieznane, stare i nowe, stałe i ulotne. Zobaczyłam kilka świeżych graffiti, sfotografowałam zabawne reklamy, przeczytałam niezauważone dotąd przesłania. Nie żałuję, że raz pomyliłam tramwaj i że jechałam nim czterdzieści minut na gapę (automat w wagonie był zepsuty) - bo w takim mieście nawet zgubić się jest fajnie.




***
TRASA SPACERU:
(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)

***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO SONY CENTER:

I PO KOPULE REICHSTAGU:


8.09.2011

/BERLIN/ Berlińskie graffiti

Chrystus w Świebodzinie, zmiana obsługi pociągu, jeszcze chwila i są – pełne swoistej poezji blokowiska Berlina Wschodniego...

"Du kriegst mich aus Berlin, doch Berlin niemals aus mir". Z Berlina można wyjechać, ale nigdy się go nie zapomni. To tylko 6 godzin stąd, trochę jak na innej planecie. Zawsze będąc w Berlinie mam wrażenie, że to stolica Europy – centrum wydarzeń, wrażeń i przeżyć.
Chciałam opisać wrażenia z Berlina i zilustrować je wieloma zdjęciami. Schodziłam to miasto przez 8 dni zdzierając buty i stopy i fotografując tysiące graffiti, setki zabytków, dziesiątki osób. Zdjęcia mam jednak niestety tylko z ostatnich dwóch dni – aparat zginął z mojej kurtki o 4 rano w czwartek  gdzieś na Ostkreuzu koło niezwykłego swoją drogą klubu „Zum schmutzigen Hobby”. Klub polecam – dmuchana krowa w witrynie, zdjęcia na ścianach przedstawiające czynność, o której pewnie nie można nawet myśleć przed 23.00 oraz jedyna w swoim rodzaju otwarta toaleta…

Tym razem udało mi się zwiedzić Reichstag. Rejestracja przez stronę www, miesiąc oczekiwania i – jest: cenny glejt uprawniający do wejścia o konkretnej godzinie konkretnego dnia. Kontrola przy wejściu. Przyjaciółka ma  na torbie buttony wyrażające jej światopogląd - homofobia jest pedalska, zalegalizujmy trawę, precz energii atomowej... Każą jej zdjąć button o energii atomowej - "rząd jest w tej sprawie neutralny".

Wrażenie ze szklanej kopuły Reichstagu? Jakby się było w statku kosmicznym nad miastem. Ludzie suną powoli po pnącym się w górę ślimaku ze słuchawkami na uszach. Duszno, mimo że dziura w ślimaku ma zapewniać wietrzenie (w przypadku deszczu zaś szybko się zamknąć). Ale to niedotlenienie chyba jeszcze bardziej potęguje odczucie niezwykłości – i samej konstrukcji, i pięknej panoramy miasta.


Przy wieży telewizyjnej znów trzygodzinna kolejka – a więc i tym razem sobie odpuszczę. Na szczęście okazuje się, że hotel Park Inn naprzeciwko wieży oferuje za drobną opłatą podobną panoramę – a nawet lepszą, bo w końcu świetnie widzi się stąd Fernsehturm.



Muzeów, galerii, wystaw setki. W jednej z nich zastałam wiadra z cementem. Myślałam, że remont, ale okazało się, że wręcz przeciwnie – nie remont, tylko SZTUKA. Sztuką jest to, co człowiek sztuką nazwie. Berlinische Galerie zachwyciła mnie nie tylko ciekawą instalacją przed wejściem i miksem berlińskiej sztuki z epok różnych, lecz także nietypową inspirującą aranżacją wnętrza.
Ogromnym odkryciem okazał się sklep z komiksami na Oranienstraße 22… Nie wiem, kiedy minęły trzy godziny – a i tak wychodziłam z żalem. Biblia w formie komiksu, komiksowa historia świata, komiks o fraktalach, filozofia Kanta przybliżona w komiksowy sposób. Setki, tysiące grafik kolorowych i czarno-białych, a w każdej inny świat, w który warto się zanurzyć.
Berlińskie metro działa krócej niż warszawskie. Nie współgra to z rytmem miasta, które nocą aż dudni życiem i turecką muzyką. Klub so36 uwiódł mnie atmosferą. Obsługa w strojach pielęgniarskich, drink w kostce cukru na wejściu, ogromny lokal – choć z zewnątrz tylko niepozorne obdrapane drzwi. I zegar pod sufitem odmierzający czas – co pół godziny zmiana klimatu i muzyki. I genialny koncert grupy Nachlader, który przeniósł wszystkich w lata 80-te.




Każda brama to inny świat. Słynny berliński streetart* – wieczne graffiti i jego siostra-efemeryda z papieru. Zaangażowane ulotki i mniej zaangażowani kosmici. Są wszędzie.



Jakoś chyba przekornie najbardziej komercyjną atrakcją Berlina wydało mi się tym razem Tacheles. Pierścienie z widelców po 25 euro i ulotki, by nie zamykać Tacheles – i tak już od dobrych 15 lat. A Tacheles nadal ma się świetnie, choć osoby z wrażliwym węchem mogą mieć w nim problem z rozkoszowaniem się sztuką. Galerie, galeryjki, sklepiki – i tak piętro po piętrze. Fajne kolaże Tima Roeloffsa. Kilka pocztówek typu Manga meets Berlin, Che w koszulce „I love Sex” i trabant lecący koło niedźwiedzia ozdabia dziś moje biurko.




Niezapomniane zdjęcie z Lordem Vaderem pod Bramą Brandenburską przepadło. Fotka ze znanym niemieckim transwestytą, Niną Queer, też. Ale do ulubionego miasta w końcu najchętniej się wraca – choćby pod pretekstem potańczenia w so36 i zrobienia kolejnych zdjęć.





* Zapraszam też do mojej GALERII STREET ARTU: http://maniapodrozowania.blogspot.com/p/streetart.html