Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Hualampong. Show all posts
Showing posts with label Hualampong. Show all posts

2.03.2014

/BANGKOK/ Bangkok Dangerous, czyli demonstracje w rytmie reggae


"W związku z wyborami parlamentarnymi w Tajlandii, które odbędą się 2 lutego br., Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca unikanie okolic lokali wyborczych, które mogą być miejscem demonstracji politycznych oraz prowokacji z możliwością użycia broni lub materiałów wybuchowych" - ostrzega MSZ i wymienia miejsca, w których gromadzą się demonstranci. Problem w tym, że są to właściwie WSZYSTKIE miejsca, w których są jakieś zabytki, świątynie, atrakcje turystyczne. Jak więc zwiedzać Bangkok w czasie stanu wyjątkowego?... 

Wychodzimy z bezpiecznej strefy turystycznej - Khaosan i Rambuttri pełnych straganów z ciuchami, salonów masażu i tatuażu, wózków ze streetfoodem, knajp, lokalnych biur podróży. Ulice te to miasto w mieście - więcej na nich turystów niż miejscowych, a zamiast tak wszechobecnych w innych dzielnicach Bangkoku świątyń buddyjskich są tu świątynie zachodniego stylu życia - Mc Donald's i Subway.


Idziemy do pomnika demokracji, który wymieniono na liście MSZ jako jedno z miejsc, których należy unikać. Nie bez kozery: wszelkie manifestacje i bunty dotyczące łamania zasad demokracji koncentrują się w Tajlandii właśnie u stóp tego monumentu, ponieważ stanowi on symboliczne miejsce walki o prawomocne rządy. Idziemy wzdłuż Ratchadamnoen Klang Road upstrzonej stoiskami z biletami loteryjnymi, wokół których gromadzą się ludzie z uwagą wybierający szczęśliwe ciągi cyfr. To prawdziwe narodowe szaleństwo w tym kraju. Wielu ludzi udaje się nawet do świątyń, by pomodlić się o wskazówkę, co zakreślić na kuponie. Albo inspiruje się datami urodzin lub śmierci znanych mnichów, a nawet numerami pokoi szpitalnych, w których leżeli przed śmiercią. Inni ponoć analizują numery telefonów i rejestracje swoich samochodów, by odgadnąć szczęśliwą kombinację.


Z daleka w promieniach słońca błyskają białe dwudziestoczterometrowe skrzydła monumentu, wzniesionego w latach 1939-1940 dla uczczenia wydarzeń z 1932 roku, kiedy to zakończyła się w Tajlandii era monarchii absolutnej. Pomnik przez rok oczywiście się nie zmienił. Zmieniło się natomiast jego otoczenie. Tak więc wyglądają zamieszki w Bangkoku...


Z mediów wiem, że demonstranci żądają dymisji rządu Yingluck Shinawatry, siostry byłego premiera kraju Thaksina, który podejrzewany jest o korupcję i od czasu przewrotu w 2006 roku przebywa na wygnaniu w Dubaju. Zdaniem opozycji premier reprezentuje w rządzie interesy swojego brata - demonstracje antyrządowe rozpoczęły się, gdy gabinet poparł projekt ustawy amnestyjnej, która mogłaby umożliwić jego powrót do Tajlandii. Oczywiście jak w przypadku większości tak szeroko zakrojonych akcji, jest jeszcze drugie i trzecie dno tej sprawy. Thaksin dla jednych jest Mesjaszem, dla innych Lucyferem, prowincja tajska ma odmienne cele niż mieszkańcy dużych miast, czerwone koszule (Zjednoczony Front na Rzecz Demokracji  i Przeciwko Dyktaturze) mają inne cele niż żółte koszule (Ruch Rojalistyczny)... Trudno to wszystko do końca pojąć. Ale póki co przed moimi oczami rozgrywa się life to, co widziałam do tej pory tylko w CNN-ie.

System ogrodzeń, na nich tablice kierujące turystów poza teren demonstracji. Jakaś puszka, której znaczenie nie jest jasne - choć widać po niej, że ktoś na pewno jest PRZECIW komuś.


Plakaty umieszczone wokół ogrodzonego terenu mówią o zastrzeżeniach wobec rządu dotyczących korupcji i łamania prawa. Powiewające na wietrze koszulki reklamują akcję "Shutdown Bangkok" - pomysł, by utrudnić ruch w tym najchętniej w roku 2013 odwiedzanym przez turystów mieście i zablokować jego główne atrakcje, co skompromituje rząd i znacząco ograniczy wpływy do państwowej kasy.


Jeśli zajrzeć głębiej, okazuje się, że demonstracja przypomina raczej piknik miejski niż centrum walki politycznej. Namioty, w których drzemią znużeni upałem ludzie. Dobrze oznakowany punkt medyczny. Ktoś przegania mnie z terenu, cykam ostatnie zdjęcie. Wiem jedno: atmosfery grozy na pewno tu nie ma.


Wzdłuż sporego terenu idziemy do Złotej Góry. Akurat gromadzą się tam mnisi. Mam motywację, by ponownie wejść na szczyt wzgórza: widok z tarasu na dachu świątyni Wat Saket zapamiętałam jako jeden z moich ulubionych obrazów Bangkoku: miasta, w którym zieleń miesza się z ulicznym pyłem, nowoczesne wieżowce stoją obok rozwalających się ruder, a czerwone dachy świątyń przełamują szarość betonu.


Ale zanim wdrapiemy się po 318 stopniach na Złotą Górę, czeka nas kilka ciekawostek. Najpierw znaki chińskiego zodiaku - każdy może sfotografować się ze swoim albo wrzucić pieniążek do metalowej wazy zlokalizowanej obok wybranej figurki. A może warto doinwestować konia, by rok 2014, któremu zwierzę to patronuje, okazał się szczęśliwy?


Wygodne niskie stopnie wiją się wśród lian i krzewów - między roślinami można wypatrzyć boskie figurki, a nawet misternie utkanego z roślin smoka. Dalej, na małej platformie, wiszą dzwony modlitewne. Jeśli już zdecydujemy się wydobyć z nich dźwięk, nie powinniśmy zaniedbać żadnego - zgodnie ze zwyczajami religijnymi nie należy od niechcenia muskać tylko jednego dzwonu, a reszty pomijać. Modlitwa to modlitwa - należy podejść do niej z zaangażowaniem. I tak to dzięki atrakcjom dziesięciominutowy marsz w upale wcale się nam nie dłuży.


Świątynia ma ciekawą historię - już Rama III pod koniec XVIII wieku zamierzał zbudować stupę na Złotej Górze. Niestety ziemia się osunęła i projekt nie został dokończony. Rama II przywiózł z Cejlonu relikwie znajdujące się tu do dziś - fragmenty drzewa, pod którym Budda doznał oświecenia. Ostatecznie dopiero Rama V dokończył dzieła na przełomie XIX i XX wieku - i stworzył budynek w zgrabnej formie, którą widzimy dzisiaj.


A propos relikwii, to podobnie jak eksponowane w wielu kościołach i katedrach krople krwi Jezusa zebrane łącznie stanowią zasób, który obsłużyłby dwie dorosłe osoby, tak i Budda obdzielił świat liczbą zębów znacznie przekraczającą standardowe 32 sztuki. Można interpretować to teorią o mleczakach, o cudownym rozmnożeniu lub nieprzystawalnością wiary i wiedzy. Tak czy owak na Wat Saket znajduje się relikwia mniej popularna - i nie związana tak dosłownie z ciałem Buddy.


Spacer drogą medytacyjną bardzo się opłaca - nawet w upale warto się przełamać. Sama forma świątyni - przypominająca styl tybetański - jest bowiem nietypowa, a jej wnętrze kryje wiele atrakcji. Można na przykład zajrzeć do małej złotej chedi, w której znajdują się miniatury Buddy. Obok, przy jednym z czterech wejść, czekają patyczki z wróżbami. Trzeba przyklęknąć, potrząsnąć kubkiem i złapać drewienko, które wysunie się jako pierwsze. Numer z niego to oznaczenie naszej wróżby. Moja pozwala mi spać spokojnie...

   
Teraz jeszcze kilka kroków w górę - na taras. Z panoramą miasta, złotą stupą, flagami modlitewnymi i... masą turystów. Wszyscy są w butach - to chyba jedyna świątynia z wizerunkiem Buddy, w której względy praktyczne przeważyły nad religijnymi: jednak ważniejsze jest, by nie pośliznąć się na stopniach niż by w tradycyjny sposób okazać szacunek wizerunkowi bóstwa. A może właśnie na jeszcze większy szacunek zasługuje istota, która rozumie cielesne ograniczenia i ludzkie ułomności?...



Ze Złotej Góry tuk tukami udajemy się na obrzeża China Town, mojej ulubionej dzielnicy Bangkoku. Tu czeka drugi highlight - zdecydowanie nie najstarszy, ale rekordowy: spośród ponad 400 świątyń w Bangkoku Wat Traimit wyróżnia znajdujący się w niej imponujący pięcioipółtonowy Budda, ponoć największy posąg z litego złota na świecie.


Znów pokonujemy kilka stopni - tym razem po marmurze nienadgryzionym jeszcze zębem czasu: budynek, w którym obecnie znajduje się słynna statua, otwarto dla wiernych i zwiedzających w lutym 2010 roku. We wskazanym miejscu zdejmujemy buty i po chodniku rozgrzanym niczym żarzące się węgle wchodzimy do wnętrza skrytego w półmroku. Choć i tym razem rozmiary Buddy odbierają mi dech, to po chwili odzyskuję rezon i obchodzę figurę dokoła. 


I odkrywam trzy rzeczy, których nie dostrzegłam rok temu. Po pierwsze w misterne konstrukcje roślinne wplecione są datki dla Buddy, po drugie posąg z tyłu ma wykończenie w formie kokardki, a po trzecie - za statuą ustawiono mniejszy złoty posążek przedstawiający miłościwie panującego króla Ramę IX Bhumibola Adulyadeja.


Podobnie jak w niemieckim mieście stając w dowolnym miejscu niemal zawsze można wypatrzyć gdzieś jakiś zegar, tak i w Tajlandii trudno znaleźć miejsce, w którym ze zdjęcia, rysunku czy posągu nie spoglądałyby na nas oczy rządzącego krajem od ponad sześćdziesięciu lat króla. Kochany przez Tajów - i według "Forbesa" także bogatszy niż wszystkie inne głowy panujące świata - monarcha pilnuje nas na ulicach, w hotelach, w sklepach. Nosimy go też zawsze przy sobie - na wszystkich tajskich banknotach.


Jeśli jedzenie w Bangkoku, to tylko w China Town :-) Tym razem wrażenia duchowe ze świątyń koronujemy wspaniałym wrażeniem kulinarnym: krewetkami ze szparagami. Po obiedzie z sentymentem zaglądam do hali dworca Hualampong, koło którego mieszkałam rok temu. To miejsce o każdej porze pełne jest ludzi - trudno stwierdzić, czy wszyscy rzeczywiście gdzieś się wybierają...


Co dziś jeszcze w planie? Dzielnica francuska Farang przy stacji Silom kolejki MRT. Idąc do niej mijamy zabawny posterunek policji ulicznej. Wśród kolonialnych budynków odkrywamy polski akcent - pomnik Jana Pawła II stojący przed remontowaną akurat Katedrą Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.


Przejażdżka tramwajem wodnym to też punkt, bez którego dzień w Bangkoku byłby niepełny. Z poziomu wody miasto odkrywa nowe oblicze - kolorowe łódki, zarys świątyni świtu Wat Arun na zachodnim brzegu Chao Phrayi, slumsowe budy na tle drogich hoteli. Przepełniony ludźmi tramwaj wodny dobija do kolejnych przystanków. Porządkowy gwiżdże, na chwilę nabiegowo cumuje łódź i wpuszcza na nią kolejne kilkadziesiąt osób, które - jak by się wydawało - nie mają prawa się już na niej zmieścić. Przez chwilę zamiast rozkoszować się widokami myślę o ostrzeżeniach MSZ-u dotyczących "przeładowanych obiektów pływających w Tajlandii".


Zanim zacznie się długi wieczór z piwem i masażami, jedziemy jeszcze BTS - naziemną kolejką znacznie droższą i mniej zatłoczoną niż tramwaj wodny - do Pat Pongów, ulic uciech. Pamiętam je sprzed roku z pory wieczornej. Tętniły wtedy życiem: bary, dziewczyny, standy, z których w półmroku sprzedawano podróbki Louis Vuittone'a. W dzień o charakterze ulic przypominają jedynie wygaszone neony. No i może ladyboy, który się tu zawieruszył. Dziewczyny natomiast udaje mi się ustrzelić jedynie w pobliskim banku.


Nieopodal Pat Pongów natrafiamy na kolejną demonstrację. Większą, głośniejszą i bardziej... turystyczną. Na scenie gra zespół, ludzie kiwają się w rytm muzyki, a wokół ogrodzeń zaradni sprzedawcy oferują kiełbaski, soki, ubrania oraz oczywiście koszulki pamiątkowe z demonstracji. I całą masę gadżetów upamiętniających akcję "Shutdown Bangkok".


Tak to protest mający uderzyć w przemysł turystyczny stał się główną atrakcją dla odwiedzających Bangkok...


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMY:

 O DEMONSTRACJACH W BANGKOKU


ORAZ O ATRAKCJACH TURYSTYCZNYCH MIASTA


A TAKŻE DO LEKTURY:


2.12.2013

/BANGKOK/ Buddowie i transwestyci - DZIEŃ 5: Szklano-plastikowe oblicze Bangkoku


Dubaj, Szanghaj, Pekin, Singapur i Bangkok łączy to, że można je zobaczyć z góry wjeżdżając windą na wieżowce z tarasami widokowymi - wieżowce z listy TOP 50 na świecie. Gdy w 2007 roku byłam na Jin Mao Tower był to czwarty co do wysokości budynek na ziemi - w ciągu pięciu lat spadł na miejsce dwunaste. Baiyoke Sky Hotel mieści się w pierwszej dwudziestce klasyfikacji ogólnej, ale w kategorii najsmuklejszych hoteli na świecie zajmuje dobre czwarte miejsce. Jego plusem jest to, że miasto można oglądać zeń korzystając z nieoszklonego obrotowego tarasu na 84 piętrze, a minusem - że rzadko widok jest tu naprawdę dobry: w większość dni Bangkok spowija mniej lub bardziej gęsty smog.

Do Bayioke II Tower chciałyśmy dojechać pociągiem ze stacji Hualampong, by przetestować kolejny środek transportu. Niestety nie chciano nam sprzedać biletu na tak krótką trasę wewnątrz miasta, więc tylko zwiedzamy neorenesansowy budynek dworca z 1916 roku. Nie bez kozery jest to renesans włoski - w Tajlandii widać pewną fascynację tym krajem: jest dużo restauracji z włoską kuchnią, na wielu szybach hoteli i biur podróży są plakaty z colosseum czy krzywą wieżą.  Z tego, co udało nam się wyczytać na tablicach informacyjnych, również kolejny odcinek metra budowany jest w kooperacji Thai-Italian. Damnoen Saduak nazywane jest nawet "małą Wenecją" Azji, a tamtejsze łódki inspirowane są gondolami - tam jedziemy jutro, więc sprawdzimy to na własne oczy. Póki co idziemy wzdłuż ogrodzenia dworca Hualampong - ruch, pasażerowie czekający na połączenia śpią na brzegu chodnika - i w dzień, i w nocy. 



Taksówką dojeżdżamy do Ratchathewi District, w którym znajduje się najwyższy budynek Bangkoku i - jak na razie - całej Tajlandii - za kilka lat ma go zdetronizować Ocean I Tower, który powstanie w kurorcie Pattaya. Gubimy się trochę wśród wąskich uliczek między wieżowcami: z dołu trudno ocenić, który jest najwyższy. Ratuje nas grupa Japończyków: zakładamy, że na pewno udają się do Bayikoke II i idziemy za nimi. I rzeczywiście. Wchodzimy do klimatyzowanego lobby, uiszczamy po 300 bahtów za bilet na wjazd na "revolving roofdeck". Skomplikowany system wind. Najpierw wjeżdżamy na 77 piętro na oszklony taras widokowy. Sklepiki z pamiątkami, monidła z dziurami na twarz i tła do pamiątkowych zdjęć, sporo chętnych do podziwiania Bangkoku z lotu ptaka. 



Widoczność nie jest idealna, ale i tak panorama imponująca: wieżowce, świątynie, budynki, wielopoziomowe skrzyżowania, samochody - z góry potwierdza się, jak dużo jest wśród nich taksówek (można je łatwo odróżnić: są żółte jak te w Nowym Jorku lub różowe - w kolorze niemieckich budek telefonicznych lub w innych jaskrawych kolorach). 



Obchodzimy wokół oszklone piętro i idziemy do wind na taras na 84 piętrze. Kręci się nawet całkiem szybko i trochę przypomina swym dźwiękiem o konieczności rychłego naoliwienia. Stąd pobliskie wieżowce, które z dołu wydawały się ogromne, zdają się niemal niskie.



Zjeżdżamy w dół, piję piwo z widokiem na Bangkok - próbuję też przekąskowego specjału: parówek w cieście. Smakują dokładnie jak berlinki w Polsce. Chcemy dotrzeć do głównej ulicy - i trafiamy, jakże by inaczej, na zatłoczony bazar pełen fatałaszków za grosze. Tłum ludzi, przebijamy się do ulicy: w tle wieżowce, a wokół nas obraz, który najbardziej kojarzy mi się z Bangkokiem: ludzie, samochody, malle, kable, pośpiech. 



Przebijamy się kolejką do dzielnicy Siam słynącej z hoteli, malli i biurowców. W końcu dziś mamy dzień nowoczesnego oblicza Bangkoku. Po drodze jednak dopada nas to oblicze już nam znane: kobieta na ulicy szyje coś na starym Singerze, pies próbuje przejść przez ulicę - boimy się, że zaraz będzie mielony z psa, ale inteligentne zwierzę na szczęście zmienia zdanie i się wycofuje.



W Siam mniej lokalnych smaczków, zdjęcie zrobione w tej okolicy mogłoby pochodzić równie dobrze z Pekinu lub Szanghaju. Trafiamy do trzech handlowych gigantów - jednych z największych w Azji centrów handlowych zaprojektowanych i ozdobionych z rozmachem: Siam Paragon, Siam Center i Siam Discovery Center. Prócz sklepów, megastore'ów, kawiarni i restauracji jest tu też oceanarium i muzeum Madame Tussaud. Reklamuje je Tom Cruise - jak żywy. Są tu także kina - multiplexy i IMAX. Na Walentynki wchodzi "Szklana pułapka 5" z Brucem Willisem. Teoretycznie możemy ją zobaczyć - filmy puszczane są w oryginale z tajskimi napisami - bez dubbingu. 



W sklepach ceny zgoła inne niż na bazarach, zwłaszcza w salonach z osławionym azjatyckim designem - są tu na przykład psychodeliczne lampy w kształcie mózgu i nagrodzone za wzornictwo ekologiczne torby. Jeden ze sklepów oferuje gadżety falliczne - od olbrzymich ludzików niewiadomego zastosowania przez otwieracze do piwa, długopisy, gumki po T-shirty i siatki.



W zasadzie nic nie kupujemy, ale dzień mija szybko - nawet samo zwiedzenie trzech molochów to już kilka godzin chodzenia. Posilamy się w restauracji, która zachęca nas witryną z dobrze zaprezentowanymi potrawami: eksponaty wyglądają jak zrobione ze świeżego jedzenia i przykryte silikonem. Z klimatyzowanego wnętrza wychodzimy na gorącą o każdej porze dnia i nocy ulicę - szok: jest już ciemno! Kiedy minął cały dzień?



Idziemy kawałek w kierunku Grand Hyatt Erawan Hotel, przy którym znajduje się dość popularna atrakcja turystyczna i ważne miejsce kultu hinduistycznego: Erawan Shrine. Jest to właściwie mała kapliczka skrywająca figurę boga Brahmy o czterech twarzach. Wokół standy z kwiatami i bardzo dużo wiernych: ponoć modły w tym miejscu mają dużą szansę na wysłuchanie. Ci którym się to już zdarzyło, wynajmują tancerki i przy dźwiękach bębnów wraz z nimi pokłonami dziękują za boską pomoc. W marcu 2006 roku mężczyzna, który zaatakował świętą figurę, został zabity przez ludzi będących świadkiem wydarzenia. Złoty Brahma ma więc rzeczywiście niezwykłą moc.



Idziemy na spacer po Bangkoku tak innym dziś w nocy niż do tej pory. Prawie sterylnym. Ozdobionym wodnymi instalacjami, plenerową wystawą zdjęć z Chin, kolorowo podświetlonymi mallami - niemal przyjaznym.
  


<< 4. Dzień skaczącego smoka i kolorowych transwestytów

6. Utopiona legenda i szorstka sierść tygrysa >>




 ZAPRASZAM TEŻ NA  MOJE FILMY Z WIDOKAMI BANGKOKU Z GÓRY - Z BAYIOKE TOWER I Z POZIOMU ZIEMI - Z OKIEN RÓŻNYCH ŚRODKÓW KOMUNIKACJI




I NA INNE FILMY Z TAJLANDII: http://www.youtube.com/playlist?list=PLN6e3xufgAmNQAhn0d52TJdhhOlZP4MFE