Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

9.17.2015

/KORDOBA/ Kwadratura koła, czyli o tym, jak na kościele zbudowano meczet, a w meczecie - katedrę


Przy zachodniej bramie prowadzącej na starówkę w Kordobie wita mnie Seneka Młodszy, urodzony w IV wieku p.n.e. nauczyciel Nerona - wspomnienie czasów, gdy miasto to było częścią Imperium Romanum i stolicą prowincji Hispania Ulterior Baetica, a swą urodą ustępowało ponoć jedynie samemu Rzymowi. Jaśniejąca w centrum starego miasta La Mezquita - Wielki Meczet, którego początki sięgają VIII stulecia - mówi o wiekach, gdy Cordoba była emiratem, a potem kalifatem: gdy kwitły tu handel, rolnictwo i rzemiosło, powstawały biblioteki i uniwersytety i - podczas rządów Al Hakama II (915-976) - mieszkało tu najwięcej ludzi w Europie. O kolejnej wielkiej epoce - rekonkwiście datowanej od momentu zdobycia miasta przez króla Ferdynanda III Kastylijskiego (czyli od roku 1236) - przypomina budowla jeszcze bardziej niezwykła niż ta poprzednia: katedra wbudowana we wnętrzu świątyni muzułmańskiej. 


Idąc kilkaset metrów od Bramy Almodovar do Puerto del Puente przemierzam dwadzieścia pięć wieków historii. Przemierzam je uliczkami tak wąskimi, że w stojących wzdłuż nich białych domach na wysokości bioder zrobiono specjalne nacięcia, dzięki którym mogły tędy przejechać wozy konne. Ta ścisłość hiszpańskiej architektury miejskiej, interpretowana często jako pogoń za cieniem, jest wręcz legendarna. Znajduję ładny passus na ten temat w "Pyle z landrynek", książce o fiestach, którą właśnie czytam: "W ciasnych uliczkach domy patrzą tylko na siebie, z okien widać jedynie inne okna. Spoglądać w bezkres to odwaga i przywilej władcy zamku, wieży, tarasu. Może zresztą dlatego tak wielu hiszpańskich królów oszalało (...): kiedy spoglądasz w pustkę, ona też spogląda w ciebie".


Architektura starówki w Kordobie prócz klaustrofobiczności uderza też kolorystyką - bielą przełamaną żółtymi obramowaniami okien i drzwi. Skręcając w kolejną urokliwą uliczkę myślę o tym, że cały ten układ komunikacyjny przypomina system trawienny, w którym jelita przechodzą w różne narządy i kiszki - czyli patia. Większość z nich podziwiam zza krat, ale gdybym przyjechała do Kordoby w maju, kiedy to od roku 1918 odbywa się tu dwutygodniowy konkurs na najpiękniej ustrojone i ukwiecone podwórko (zwany Festival de los Patios Cordobeses), na przynajmniej czterdzieści z nich mogłaby wejść - otwarte są one bowiem wtedy dla wszystkich, którzy chcą je oglądać.


Pátios, często z fontannami w centrum i łukami po bokach, budowano tu już w czasach rzymskich. Potem tradycję aranżowania otwartej acz ocienionej przestrzeni przydomowej kontynuowali Maurowie. I choć minęło tyle wieków, Kordoba nadal słynie z tworzenia i dekorowania minipodwórek. Dziś prócz funkcji praktycznej pełnią one też rolę estetyczną, a wręcz duchową - wielu mieszkańców dekoruje je tak, by dać wyraz swej osobowości, by stworzyć coś niepowtarzalnego i by - last but not least - wygrać coroczny prestiżowy konkurs.


Kwiaty królują w Kordobie nie tylko na patiach. Można spotkać je też w uliczkach - a szczególnie jednej z nich zwanej Calleja de las Flores. Ten fragment zabytkowego centrum miasta wpisanego na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO w 1994 uchodzi za jeden z najczęściej fotografowanych w całej Hiszpanii - zwłaszcza, że połączone białymi łukami kamienice uwiecznić można z wieżą meczetu w tle


Zanim dojdę do meczetu zaglądam w jeszcze jedno typowe dla tego miasta miejsce - do zakładu rzemieślniczego i sklepiku z wyrobami z wytłaczanej skóry. Można kupić tu pocztówki, zakładki, portfele, torebki, paski, biżuterię, a nawet obrazy, globusy i zbroje - wszystko z tego szlachetnego materiału.  


W rytmie muzyki flamenco rozbrzmiewającej ze sklepików turystycznych idę do murów okalających meczet. A może do murów okalających katedrę? Bo te dwie budowle są wplecione tu w siebie niczym jedna ruska baba w drugą lub niczym rubiny w werk zegarka. Nic dziwnego, że na tę dwoistą w swej istocie świątynię Hiszpanie mówią "Mezquita-catedral de Córdoba" czyli: meczeto-katedra, mimo że oficjalnie jest to dziś Kościół Wniebowzięcia NMP, czynna świątynia działająca w ramach diecezji kordobańskiej. Powtarzające się od roku 2000 prośby muzułmanów o dopuszczenie możliwości ich modlitw w tym historycznym miejscu są regularnie odrzucane przez Watykan.


Zanim w sercu Kordoby powstał największy meczet w Europie - o imponującej powierzchni 23000 m² - stał tu kościół katolicki pod wezwaniem świętego Wincentego zbudowany przez Wizygotów. To, że świątynia muzułmańska została wzniesiona w VIII wieku z wykorzystaniem jego fundamentów, jest wyjaśnieniem zagadki, dlaczego nie ma ona typowej orientacji względem kierunków świata - a tym samym względem Mekki.

Do świątyni wchodzę przez patio wskazujące swą aranżacją na arabskie pochodzenie tego miejsca - choć w XV wieku rosnące tu palmy zastąpiono "mniej afrykańskimi " drzewkami pomarańczowymi. Najstarsza część Mezquity wspiera się na 110 kolumnach odzyskanych z kościoła Wizygotów. Ich użycie - podobnie jak zburzenie poprzednika meczetu - były całkiem legalne: emir Abd ar-Rahman I odkupił w roku 785 całe to założenie od dawnych właścicieli. Spaceruję pod biało-czerwonymi łukami z dwóch rodzajów marmuru ułożonego na przemian na sposób bizantyński i podziwiam optyczną lekkość tej konstrukcji. W nowszej części świątyni - stawianej w gorszych czasach - łuki te są już jedynie POMALOWANE w paski, bo fundusze nie starczyły na duża droższą technologię łączenia dwóch rodzajów budulca.


Zapatrzona w sklepienie o coś się potykam i mimowolnie zwracam uwagę na posadzkę, która wydaje się mało zniszczona na swoje ponad tysiąc lat. Doczytuję w materiałach, że faktycznie jest znacznie nowsza - kiedyś bowiem rozkładano tu tkane dywany bezpośrednio na dawnej zniszczonej podłodze wizygockiej. Jej pozostałości odkopane przez archeologów zostały wyeksponowane pod grubymi szklanymi płytami.


Meczet Aljama - bo tak go wtedy zwano - rozrastał się i piękniał w czasach panowania kolejnych władców muzułmańskich. Za Abd ar-Rahmana II (822-852) wnętrze powiększono dwukrotnie, a liczbę kolumn podniesiono do 200. Za Abd ar-Rahmana III (912–961) salę modlitw uczyniono jeszcze bardziej przestronną, a na skraju dziedzińca ustawiono kwadratowy minaret wysokości 34 m. Stoi on tu do dziś - choć obecnie pełni odmienną rolę: jest dzwonnicą kościelną. Spotkał go ten sam los, co słynną sewilską Giraldę.


Spośród lasu kolumn wyłania się złoty mihrab - specjalna część świątyni, w której modlił się sam kalif. Tej części nie zmieniono na szczęście w czasie przeobrażania meczetu w katedrę - do dziś są w niej widoczne cytaty z Koranu. Zdobienia są tu intensywniejsze i gęstsze niż w pozostałych częściach meczetu - tym bardziej rzuca się mi więc w oczy, na czym polega słynne horror vacui w sztuce arabskiej - czyli swoisty "lęk przed pustymi miejscami" przejawiający się w zapełnianiu misternymi motywami zdobniczymi każdego centymetra kwadratowego powierzchni.


Z części w pełni dedykowanej Allahowi przechodzę powoli do świata, w którym wiara chrześcijańska sąsiaduje z muzułmańską tak harmonijnie, jak chyba nigdy nie zdarza się to w rzeczywistym świecie. Pod biało-czerwonymi łukami z floralnymi ornamentami wisi Jezus na krzyżu. Boczne nawy meczetu podzielono na kaplice skrywające rzeźby i obrazy z wizerunkami katolickich świętych. W sumie powstało ich niemal czterdzieści. To pamiątki z czasów tuż po rekonkwiście, kiedy to świątynię muzułmańską poświęcono i zaczęto wykorzystywać jako katedrę - powoli uzupełniając ją o różne elementy chrześcijańskiej obrzędowości. 


Na tych subtelnych zmianach jednak transformacja meczetu się nie zakończyła. Cesarz Karol V (1519–1558) wzniósł na środku meczetu katedrę pod wezwaniem Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Z jednej strony ten bezprecedensowy zabieg zachował meczet przed zburzeniem, z drugiej strony zaś sam władca widząc efekt swych działań skonstatował, że zniszczył coś jedynego w swoim rodzaju, by postawić budowlę, jakich wiele. 


Historia oceniła jego decyzję jeszcze inaczej. Meczet wzniesiony na katolickich fundamentach, a potem naszpikowany katedrą i kaplicami jest ewenementem w skali świata. Zachował swego muzułmańskiego ducha, a jednocześnie wzbogacił się o renesansowe cudeńko ze stallami z kubańskiego mahoniu i manierystycznym ołtarzem. Gdzie indziej na świecie Jezus spogląda na cytaty chwalące Allaha? A Matka Boska stoi nieopodal złotego mihrabu?


Z oszałamiającego jajka faberge z zaskakującą zawartością idę wąskimi uliczkami w kierunku Guadalkiwiru, by z perspektywy rzymskiego mostu spojrzeć na kryjącą tak wiele niespodzianek kordobańską Starówkę.  


Wbrew nazwie kamienna konstrukcja o długości 247 metrów nie jest już tą oryginalną zbudowaną w czasach Imperium w I wieku p.n.e. jako element drogi łączącej Rzym z Kadyksem, lecz arabską rekonstrukcją wykonaną tysiąc lat później. Ostatnie ćwierć kilometra dzisiejszego spaceru skłania mnie do refleksji nad tym, jak wiele zwrotów akcji przeżyła Hiszpania w ciągu wieków - i jak mimo konkwist, najazdów i rekonkwist przetrwało tu tyle zabytków.

"Zgodą wzrastają małe rzeczy, niezgodą największe upadają" - napisał Seneka Młodszy, syn tego miasta. Dobrze, że w szale nawracania mieszkańców Kordoby w XIII wieku na jedynie słuszną religię nie spalono meczetu, a jedynie pozbawiono go części kolumn we wnętrzu - tak, by dało się w nim zmieścić katedrę. Szkoda tylko, że dziś coraz częściej mezquita-catedral staje się przedmiotem konfliktu miedzy chrześcijanami i muzułmanami... Oby i to zawirowanie udało jej się przetrwać.



***
ZAPRASZAM NA INNE TEKSTY O:
HISZPANII

PORTUGALII


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO KORDOBIE:

8.16.2015

/SEWILLA/ Uliczka pocałunków, czaszka Susony i trzecia dłoń Apostoła, czyli legendy sewilskiej Starówki


Na sewilskiej Starówce są ulice Pieprzu i Wody, Życia i Śmierci. Czasem przechodzą one w urocze place z fontannami i drzewkami pomarańczowymi, czasem gubią się w romantycznych patiach lub skręcają w nieoczekiwanym kierunku. Pełne są mieszkańców, turystów, ale i duchów dawnych czasów.


Guapa - czyli Piękna - mówią czasem o swoim mieście, niczym o kobiecie, Sewilczycy. Jego jedyna w swoim rodzaju uroda kształtowała się przez wieki: w ciągu trzech tysięcy lat historii mieszkali tu Fenicjanie, Rzymianie, Goci, Maurowie i Chrześcijanie, a w czasach odkryć geograficznych i handlu z koloniami Sewilla stała się jednym z najbogatszych ośrodków na ziemi. 

Mnie stolica Andaluzji zachwyciła najbardziej obrośniętymi zielenią placykami, na których można odpocząć przy fontannie na ławeczkach z azujelos oraz knajpkami, nad którymi zamontowano system chłodzenia pozwalający nieco lepiej znieść lejący się z nieba żar. I tajemnicami skrywającymi się w zakątkach jej Starówki.


Spacer zaczynam w ogrodach Murillo. Idę wzdłuż muru Alcazaru, mauretańskiego pałacu królewskiego zwanego małą Alhambrą, którego początki sięgają XI stulecia, kiedy rezydowali tutaj przedstawiciele kalifatu kordobańskiego i rozbudowany w XIV wieku w stylu mudejar. Wysadzane plamami alejki parku nazwanego na cześć siedemnastowiecznego malarza barokowego Bartolomé Estebana Murillo tworzą tu foremne wzory z przecięciami w formie placów.

Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę

Za bramą przedzielającą ogród i starówkę zaczyna się dzielnica Barrio Santa Cruz, labirynt wąziutkich uliczek - specjalnie budowano je na szerokość jednego wozu, by stojące po dwóch stronach domu dawały jak najwięcej cienia w upalne dni. Okolica ta - w XIV wieku stanowiąca handlowe i rzemieślnicze centrum miasta, potem nieco senna i opuszczona aż do XIX stulecia, kiedy to bogaci andaluzyjscy kupcy zaczęli budować tu piękne kamienice - obfituje w romantyczne place z fontannami lub rzeźbami w centrum. Jest ich tu około tuzina. Jako pierwszy z nich odkrywam Plaza de Santa Cruz z kutym metalowym krucyfiksem z XVII wieku zwanym "krzyżem ślusarzy". Pełni on również funkcję latarni rozjaśniającej ten zaułek obrośnięty powojem niczym tajemniczy ogród.


Dalej w głąb Starówki idę uliczkami upstrzonymi sklepikami i kawiarenkami. Biznes najwyraźniej idzie dobrze - może dlatego, że wielu zakładów pilnują święci z azulejos


Skręcam w uliczkę wody. Jej nazwa pochodzi od systemu kanalizacyjnego, który przebiegał właśnie wzdłuż Calle del Agua i zaopatrywał pałac królewski. Stąd na chwilę skręcam w  najwęższą uliczkę Sewilli nazywaną zakątkiem pocałunków - ponoć dlatego, że stojąc na balkonach po obu stronach wystarczy lekko się wychylić, by dotknąć ustami osobę z naprzeciwka. Przesąd dla turystów związany z Calle del Beso jest oczywisty - i wiele osób rzeczywiście zagląda tu, by zapewnić sobie szczęście w miłości.


Z kolejny traktem - przykrytą częściowo baldachimem z pnączy uliczką pieprzu Calle Pimienta - też łączy się pewna legenda. Dawno, dawno temu pewien kupiec otworzył tu sklep z przyprawami. Niestety nie wiodło mu się, a interes coraz bardziej podupadał. Kupiec zaczął bluźnić więc przeciw Bogu oskarżając go o swoją klęskę. Na szczęście przechodzień przywołał go do porządku mówiąc, że powinien być wdzięczny Bogu, który przecież dał mu życie, zdrowie i tyle możliwości. Kupiec zapłakał, a jego łzy podlały krzewy pieprzowe w ogródku - obrodziły one od tego , jak nigdy, cała uliczka pokryła się pieprzem, a ludzie zaczęli doceniać przyprawy i je kupować.


Calle Pimienta dochodzi do Placu Pani Elwiry - ozdobionego fontanną i pachnącego owocami z drzew pomarańczowych, którymi jest obsadzony. La Plaza de Doña Elvira - uważana za jedno z najbardziej malowniczych miejsc w Sewilli, z czym trudno się nie zgodzić - ma w tle tragiczną historię miłosną. Don Juan zawarł pakt z diabłem, w którym zobowiązał się do tego, że nigdy nie spędzi dwóch nocy z tą samą kobietą - gdyby to zrobił, skazany zostanie na wieczne potępienie. Elwira niestety oddała mu serce już po jednym wspólnym przebudzeniu. Dodatkowo jej pakt z Mefistofelesem skazywał ją na męczarnie wieczne, jeśli nie uwiedzie ponownie Don Juana - był więc przeciwieństwem umowy jej kochanka z diabłem. Nie mogli więc ani być razem, ani osobno... A pierwsze spotkanie dwojga bohaterów tej "niemożliwej miłości" miało miejsce ponoć właśnie na tym placu - nazwanym potem od imienia nieszczęśliwej kobiety. 


Wspomnienie niespełnionego uczucia roztacza się też na pobliskim skwerze ozdobionym płytką z obrazem trupiej czaszki. Susona, córka kupca, zakochała się w chłopcu innej wiary - Chrześcijaninie. Słysząc, że jej ojciec chce zbrojnie napaść na jej ukochanego i jego rodzinę, ostrzegła go przed inwazją. A on - by uniknąć śmierci - kazał żołnierzom inkwizycji aresztować i zabić ojca dziewczyny. Susana przepełniona wstydem i rozpaczą powiesiła się na łańcuchu przed swym domem. W liście pożegnalnym poprosiła, by wywieszono tam obraz jej czaszki jako ostrzeżenie przed stawianiem uczuć nad wiarą, rodziną i zasadami...


Wąskie uliczki oraz tunele i bramy - w tym jedna o obniżonym łuku zmuszającym kiedyś zbyt szybkie wozy konne do zmniejszenia prędkości na bezpieczną dla przechodniów - prowadzą nas nieuchronnie do serca starej Sewilli, do Placu Las Banderas, przy którym stoi katedra oraz słynna Giralda - wieża kościelna niegdyś będąca minaretem, a także archiwum indyjskie utworzone w 1785 roku z woli Karola III, który chciał w jednym miejscu zgromadzić dokumenty dotyczących hiszpańskich kolonii. Dziś są tu kilometry ksiąg z różnych epok - a dokładnie około 9 tysięcy metrów bieżących.


Zastanawiam się, które z wchodzących do Archivo General de Indias osób są współczesnymi poszukiwaczami skarbów - takimi, jakie opisuje w "Gorączce" Tomek Michniewicz: tropiącymi dawne legendy i szukającymi starych map. A propos map - fragment o nich lubię w tej książce szczególnie: "Hiszpański król Filip któryśtam wydał edykt, wedle którego wszystkie mapy prowadzące do złota miały być sporządzane w ten sam uniwersalny sposób. (...) Ale nie wszyscy Hiszpanie byli do końca uczciwi. Albo inaczej: większość nie była uczciwa ani trochę, więc królewskie edykty niewiele ich obchodziły. Zwłaszcza pięć tysięcy mil od pałacu w Sewilli, na pustyni, gdzie szukając złota, tak łatwo było zatruć się cudzym żelastwem. Stare hiszpańskie mapy (...) to więc logiczna łamigłówka. Są pełne przeróżnych wariacji, zmyłek, kodów, podwójnych znaczeń i zagadek. Czasem to tylko kilka kresek i krzyżyk, czasem wielka płachta zarysowana z jednej, a zapisana z drugiej strony, zawierająca zaszyfrowaną instrukcję, jak dotrzeć do schowka, od którego kamienia ile kroków wykonać, dokąd skręcić i gdzie spojrzeć." Zaglądam przez okna i wyobrażam sobie, że 80 milionów zgromadzonych tu łącznie stron dokumentów przeglądają właśnie teraz z wypiekami na twarzy tropiciele legend, którzy zaraz wyruszą w świat z przekonaniem, że odkopią niebawem na bezludnej wyspie złoto zakopane przez rozbitków z hiszpańskich galeonów.

Spod archiwum idę dalej w kierunku katedry. Z boku, przy Kaplicy  Królewskiej, miejscu pochówku Ferdynanda III, który zdobył miasto w 1248 roku po 500 lat rządów władców muzułmańskich, stoi tłum ludzi. Chcą oni ucałować w rękę patronkę Sewilli, drewnianą figurę Virgen de los Reyes ubraną w drogocenny płaszcz i wyposażoną w mechanizm poruszający jej rękami i głową.


"Ta katedra będzie tak wielka, że okrzykną nas szaleńcami" – zapowiedział architekt Alonso Martínez przystępując do jej budowy w roku 1434. I rzeczywiście, katedra Najświętszej Marii Panny w Sewilli to jedna z największych gotyckich świątyń na świecie. Jest budowlą pięcionawową, do której prowadzi aż piętnaście wejść.

Z zewnątrz wydaje się ogromna i niedostępna, wystarczy jednak wejść na obsadzone drzewkami pomarańczowymi patio, by znaleźć się w innym świecie. Jest to bowiem pozostałość zburzonego przez budowniczych świątyni chrześcijańskiej siedemnastonawowego meczetu - a konkretnie miejsca oblucji religijnych w nim wykonywanych. Co ciekawe, zanim katedra została pobudowana, meczet ten został poświęcony i odprawiano w nim msze. Szkoda, że nie uchroniło go to przed zmieceniem z powierzchni ziemi...


Widoczna stąd 97,5-metrowa wieża Giralda - dziś dzwonnica i punkt widokowy - też kiedyś niewiele miała wspólnego ze swą obecną funkcją. Jest to minaret z XII wieku wyposażony we wnętrzu w pochylnie, po których muezin wjeżdżał na miejsce modłów na grzbiecie osiołka. Dziś turyści wykorzystują je do wygodnego pokonania trasy do okien, z których roztacza się panoramiczny widok na Sewillę. 


To, że nie wygląda ona jak typowy minaret spowodowane jest faktem, że w XVI wieku dobudowano renesansowe zwieńczenie, a na czubku całej konstrukcji dodano wiatrowskaz. Z dołu nie wygląda on imponująco, ale w rzeczywistości jest to siedmiometrowy posąg kobiety symbolizujący triumf wiary chrześcijańskiej. Od niego pochodzi też nazwa całej budowli - "girar" oznacza bowiem po hiszpańsku "obracać się". 


Do katedry wchodzę pod brzuchem wiszącego u jej wejścia od 1260 roku drewnianego krokodyla - daru egipskiego emira, który starał się o rękę córki Alfonsa X Mądrego. Podchodzę do misternie ozdobionego srebrnego ołtarza. Jeszcze większe wrażenie wywiera na mnie ołtarz główny - dzieło życia Pierre Dancarta - na który mistrz zużył 2,5 tony złota z Nowego Świata. Jest on niczym drogocenny komiks ze scenami z życia Marii i Jezusa. 


Podchodzę do jednej z licznych kaplic. W tej znajduje się obraz Bartolomé Estebana Murillo przedstawiający Antoniego Padewskiego. Święty wydaje się jakby otoczony blizną... Z tym wiąże się historia bardziej niezwykła niż niejedna bajka, choć całkowicie prawdziwa. Na początku XIX wieku Francuzi wywieźli z Sewilli ponad 900 dzieł sztuki. Ten obraz - o szczególnym znaczeniu religijnym - udało się uchronić przed tym smutnym losem; tutejsi biskupi wiele sił wnieśli w negocjacje mające na celu zatrzymanie go w Sewilli. Ale niestety nie został tu na zawsze - w XX wieku wizerunek świętego stał się łupem złodzieja, który wyciął go nożem z tła obrazu i sprzedał marszandowi z Nowego Jorku. Kupiec domyślił się nielegalnego pochodzenia artefaktu i oddał go ambasadzie hiszpańskiej. I tak to święty Antoni - patron rzeczy znalezionych - wrócił na swe pierwotne miejsce w sewilskiej kaplicy.


Mijam niesiony przez królów Kastylii, Aragonu, Leonu i Navarry sarkofag Krzysztofa Kolumba z 1902 roku. Wcześniej jego doczesne szczątki znajdowały się w kaplicy, w której obecnie podziwiać można obraz Dziewicy Najstarszej z XIII wieku.


W kolejnej sali oglądam - chyba po raz pierwszy w życiu - obraz samego mistrza Goi. Dzieło z 1817 roku przedstawia świętą Justę i świętą Rufinę, patronki miasta. Rzucone zostały one na pożarcie lwom, ale zwierzęta ukorzyły się przed nimi i zaczęły lizać je po stopach. W tle za kobietami widać zarys wieży kościelnej - męczennice miały bowiem uchronić ją, świątynię i całe miasto przed skutkami trzęsienia ziemi w XVIII wieku.


Dalej, w kolejnej kaplicy, na krzyżu wisi Jezus. Zdaje się, jakby miał zamknięte oczy - ale w gruncie rzeczy są one półotwarte. Mistrz Juan Martínez Montañés, zwany hiszpańskim Fidiaszem, wyrzeźbił je tak, by każdy, kto w nie spojrzy, poczuł ciężar grzechu i potrzebę spowiedzi. Dokładnie takie wytyczne odnośnie wzroku Chrystusa zapisali w zleceniu dla mistrza (dostępnym do dziś w archiwach) dygnitariusze kościelni zamawiający to dzieło.


Skarbiec świątyni, w którym o dziwo można robić zdjęcia, pełen jest obrazów, rzeźb, figur, naczyń. Mnie najbardziej urzeka w nim misternie zdobiona srebrna monstrancja wyposażona w chowane kółka pozwalające na transport tej nielekkiej konstrukcji. 


Przez dziedziniec, którego podłoże wskazuje na dawną funkcję tego miejsca, z terenu katedry wychodzę za Puerta del Perdón - Bramę Przebaczenia, też zbudowaną jeszczew czasach muzułmańskich. Za nią czeka na mnie kolejna sewilska legenda - taka, której częścią może stać się każdy, kto przyjedzie do tego miasta. Stoją tu figury Pawła i Piotra skutecznie odwracający uwagę od arabskich ornamentów nad bramą. Pozornie w rzeźbach ma nic osobliwego - poza tym, że jeden z apostołów zna tajemnicę dobrobytu i bogactwa. Każdy, kto wypatrzy jego TRZECIĄ DŁOŃ, zapewnione będzie miał dostatnie życie. Mnie się udało - ale zdjęcia zbliżenia dodatkowej dłoni nie publikuję, by Wam, Drodzy Czytelnicy, też dać szansę na zostanie bohaterami sewilskiej legendy.




***
ZAPRASZAM NA INNE TEKSTY O:
HISZPANII

PORTUGALII


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO SEWILLI