Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

5.03.2017

/BRANDENBURGIA/ Joanna w Krainie Szparagów



Delektować się lodami szparagowymi popijanymi szparagowym likierem... Albo w wisiorku w kształcie szparaga łykać shoty ze szparagowej wódki... To nie sen po nadmiernym spożyciu białych pędów i nie fantazja po przedawkowaniu zawartych w nich puryn - to możliwy do zrealizowania scenariusz na weekend. Wystarczy pojechać do Brandenburgii do okolic Beelitz, które nawet na tablicy z nazwą miejscowości ma wpisane dumne - choć zimą brzmiące pewnie dość abstrakcyjnie - określenie "Spargelstadt".


Określenie regionu w okolicach Bad Belzig Królestwem Szparagów nie oddaje w pełni bogactwa atrakcji tej okolicy. Jest ona też bowiem prawdziwym rajem dla miłośników dwóch kółek - przez okręg Fläming przebiega duży fragment liczącej 3 600 kilometrów europejskiej drogi rowerowej R1 łączącej w krańcowych punktach francuskie Calais z rosyjskim Sankt Petersburgiem.

Jakby tego było mało, region ten wcale nie jest tak bardzo oddalony do Polski. Można dojechać tu koleją, można też - by zachować pełną mobilność na miejscu - skorzystać tak jak my z  wypożyczalni samochodów w Berlinie i dojechać tu autem 80 kilometrów ze stolicy Niemiec. Sama droga też jest przyjemna. Najpierw pociąg z Warszawy: pasjonująca lektura przetykana ciekawostkami za oknem - jak choćby rozciągające się kilometrami na przedmieściach Berlina przydomowe ogródki działkowe. Te zwane tu Schrebergärten (na cześć Daniela Gottloba Moritza Schrebera, niemieckiego lekarza, który w połowie XIX wieku opracował na przykład szeleczki pozwalające dzieciom utrzymać prostą postawę i specjalne uprzęże korygujące zgryz) namiastki czegoś WŁASNEGO z czasów komuny wcale nie stały się mniej popularne po jej upadku. 


Jedziemy dalej: ogródków jest coraz mniej, za to betonu coraz więcej -  mniej lub bardziej kolorowe blokowiska poprzetykane są domami towarowymi, hostelami, parkami. Mijamy różową Alexę stojącą tu zaledwie od siedmiu lat, a wydającą się dziś nieodzownym elementem zabudowy Alexanderplatzu. Ukryte za fasadą w stylu art deco niezliczone sklepy, salony, restauracje i knajpki (zajmujące w sumie 56 200 metrów kwadratowych powierzchni) odwiedza ponad milion osób miesięcznie. Museumsinsel, Reichstag ze szklaną kopułą i wreszcie cel pierwszego odcinka naszej podróży - jak zawsze imponujący i ze względu na swą wielkość, i finezję architektoniczną - Hauptbahnhof, największy dworzec krzyżowy w Europie, starszy zaledwie o rok od Alexy. 


Na Placu Waszyngtona przed głównym portalem dworca łatwo znajdujemy kursujący co niecały kwadrans autobus TXL, który na podstawie kupionego u kierowcy za 2,60 biletu w zaledwie dwadzieścia minut zawozi nas na lotnisko Tegel. Zanim dotrzemy do dobrze oznakowanej wypożyczalni samochodów, pozwalamy sobie na małe zwiedzanie połączone ze spontanicznym posiłkiem. Koło tarasu dla zwiedzających odkrywamy nietypowy - bo poziomy a nie pionowy - pomnik patrona lotniska, Ottona Lilienthala, autora kilkunastu prototypów maszyn latających i pierwszego człowieka, który o własnych siłach, bez napędu, wzniosł
się w powietrze wykorzystując zjawisko płata nośnego. Jako że był on inżynierem, miał konieczną wiedzę, aby opisać też swoje osiągnięcia i próby od strony teoretycznej. W ten sposób skodyfikował zasady stanowiące podwaliny współczesnego lotnictwa - na jego obliczeniach opierali się wszyscy następni konstruktorzy samolotów.
Otto Lilienthal zginął w 9 sierpnia roku 1896 w wieku 48 lat podczas jednej z prób związanych z pasją jego życia, którą podjął niestety w dzień obfitujący w nieprzewidywalne szkwały. Stało się to 70 km od miejsca, w którym właśnie stoję patrząc na Lilienthala z brązu. Może szkoda, że Rolf Scholz nie uwiecznił jednej z licznych chwil tryumfu konstruktora, tylko zdecydował się na stworzenie rzeźby pod znaczącym tytułem "Upadek Dedala i Ikara" (1985) upamiętniającej raczej klęskę niż zwycięstwo... Notabene nie chciałabym natknąć się na nią PRZED lotem.


Znacznie bardziej optymistyczna jest za to stojąca nieopodal pomnika budka w kształcie wagonu tramwajowego, w której oferowane są - jak głosi szyld - najbardziej odjechane kiełbaski typu Currywurst w całym Berlinie. Mimo że menu jest bardzo skromne - Currywurst w wersji bez dodatków, z cebulą i z pikantnym sosem, a do tego frytki - zwabieni reklamą amatorzy typowego dla stolicy Niemiec dania stoją w całkiem długiej kolejce. Dziesięciominutowe czekanie chyba jednak się opłaca - Wurst w połączeniu z zimnym Berliner Kindlem smakuje znakomicie.  


W wypożyczalni dostajemy żwawe Mitsubishi i z niejakim trudem włączamy się do gęstego ruchu. Berlińczycy jak jeden mąż wyjeżdżają z miasta, bo Pfingstmontag, czyli poniedziałek zielonoświątkowy, jest tu dniem wolnym od pracy. U nas Zielone Świątki - które pamiętam z dzieciństwa pod nazwą "Święto Ludowe" - władze PRL ograniczyły do jednego dnia już w roku 1957, pozbawiając nas tym samym trzydniowego weekendu czerwcowego. 


Tuż za Berlinem mijamy stare trybuny z 1937 roku ustawione przy prostym jak drut kawałku autostrady tuż przed ostrym zakrętem - za czasów Hitlera odbywały się tu wyścigi samochodowe urozmaicone kilkoma dramatycznymi wypadkami. Dalej przejeżdżamy koło misia, symbolu miasta, i rogatek przypominających czasy, gdy przebiegała tu granica między NRD a RFN-em. A 100, A 115, A 10, A 9 i po niecałej godzinie jesteśmy w Beelitz, które wita nas wspomnianym szyldem "miasto szparagów" oraz budką ze świeżymi szparagami (w cenie 6,90 euro za kilogram) ustawioną pod kościołem, w samym centrum miasta. 


Szparagi są tu obecne także w wielu innych kontekstach - specjalnością piekarni jest chleb szparagowy, a jedną z głównych atrakcji miasta - Muzeum Szparagów. Za 1,5 euro można zdobyć tam liczne informacje na temat technologii i historii uprawy białego pędu, o którym Goethe pisał, że jest królem warzyw - niestety krótko panującym. 


Samo okrążenie placu w centrum miasta dostarcza wielu wrażeń. Na przykład na świątyni pod wezwaniem św. Marii wisi duży plakat z intrygującym hasłem "W tym kościele brakuje aniołów" informujący o tym, że każdy z nas może być jak dobry duszek - wystarczy, że ofiaruje datek na utrzymanie świątyni. Dalej natrafiamy na zabawną kronikę upamiętniającą daty przylotów i wylotów rodziny beelitzkich bocianów. A potem na klomby - które niczym małe dzieła sztuki ozdabiają miasteczko. Każdy z nich jest inny, ale razem tworzą harmonijną całość. 


Zapuszczamy się w boczne uliczki. Kolorowe domki lśnią w słońcu. Z tablicy informacyjnej dowiaduję się, że od 1994 roku trwa akcja odnawiania centrum tego dwunastotysięcznego miasteczka o długich tradycjach (kamienice znajdujące się jeszcze w trakcie tego procesu, przykryto gustownymi płachtami upamiętniającymi ich historię). I że już w X wieku była tu słowiańska osada. No i że szparagi uprawia się tu od połowy XIX wieku. 


Zachęceni szparagową mitologią udajemy się do pobliskiej miejscowości Klaistow, by w tamtejszym Spargelhofie zawrzeć bliższą znajomość z białymi pędami. Zanim jednak skorzystamy z bufetu "all you can eat" - w którym w godzinach 17 - 21.00 za 19,90 euro (bez napojów) można zjeść tyle szparagów, na ile ma się ochotę - zwiedzamy część sklepowo-wystawową ogromnego terenu, na którym znajdują się też pola uprawne, plac zabaw dla dzieci i parking.


W namiotach królują szparagi i truskawki - nawet plastikowe misie są tu w umaszczeniu tych owoców.  Mijamy fascynującą przemysłową obierarkę, z której białe pędy wychodzą już bez skórki - i to w niewiarygodnym tempie. 


Dalej w kolejnych budkach oglądamy drobiazgi z drewna, cuda z wikliny (z dużym prawdopodobieństwem "Made in Poland") oraz rybki rozwieszone równo w mobilnej wędzarni.


Zmęczeni palącym słońcem wchodzimy do białego namiotu. W nim jest już po prostu WSZYSTKO: od obieraczek do warzyw poprzez mieszanki do pieczenia chleba szparagowego, ocet szparagowy i różne likiery po pamiątki. Kubki do herbaty - ułożone alfabetycznie - występują demokratycznie w wersji z imionami damskimi i męskimi, ale kufle już tylko w wersji dla panów


Zwiedzających i kupujących zdecydowanie tu nie brakuje - dla kierowców przygotowano ogromne parkingi, mieszkańcy pobliskich miasteczek mogą dojechać tu komunikacją miejską, a ludzie z Berlina - specjalnymi autokarami. Jak to w Niemczech, organizatorzy pomyśleli o osobach starszych: łatwodostępne toalety na parterze oznaczono jako "tylko dla seniorów"; pozostali muszą wchodzić po schodach na pięterko.


Szparagowe "all you can eat" - dostępne w specjalnym namiocie w piątki i w poniedziałki - to prawdziwa uczta. Czuję dumę, gdy na stójce fartucha szefa kuchni dostrzegam polską flagę. Przygotował on bowiem naprawdę wyrafinowane menu - od przystawek w postaci sałatki ze szparagami i deski wędlin poprzez dania główne, wśród których króluje schabowy oraz sosy - maślany i hollandaise - po puddingi deserowe. Do popicia biorę - zgodnie z rekomendacją kelnera - bowle truskawkowy na bazie białego wina musującego.


Po takiej uczcie człowiek marzy już jedynie o pozycji horyzontalnej. Na szczęście w hoteliku w Preusnitz  łóżka są bardzo wygodne, a dodatkowo w ogródku na leżaczku poczytać sobie można książkę.


Kolejny dzień weekendu szparagowego zaczynamy wspaniałym śniadaniem. Po nim - posileni i żądni nowych wrażeń - udajemy się do miasteczka Bad Belzig, które dumny kurortowy przydomek nosi dopiero od roku 2010; wcześniej nazywało się po prostu Belzig. Jak sama (nowa) nazwa wskazuje, są tu termy, które z pewnością warto odwiedzić - ale to zrobimy później, bo póki co udajemy się na mały spacer po miasteczku, korzystając ze względnego komfortu termicznego (słońce nie grzeje jeszcze na 100%).

 
Przy placu głównym stoi ratusz. Z jego obecnego doskonałego stanu trudno byłoby odgadnąć dramatyczne losy budynku. Jego pierwsze wcielenie - wzniesione w XVI wieku - spłonęło w roku 1636. Od 1671 roku stał tu jego następca, w 1912 ozdobiony neorenesansowym zwieńczeniem. Niestety w roku 1972 po raz kolejny ratusz pochłonął ogień - budowla, którą widzimy, to odbudowana według historycznych wzorców kopia spalonego oryginału stojąca to zaledwie od 25 lat.


Przed ratuszem i pobliską informacją turystyczną zwykle jest sporo miejsc do parkowania. Dziś jednak ogrodzono plac, bo zebrali się na nim rowerzyści wyruszający dużą zorganizowaną grupą na sobotni rajd po jednym z licznych szlaków znajdujących się w tej okolicy.


Miasteczko zwiedzamy na piechotę - zostawiwszy samochód w jednej z wąskich uliczek. Jednokierunkowy ruch obowiązujący tu w większości traktów staromiejskich zdecydowanie nie ułatwiał nam dojechania do celu. W czasie spaceru trafiamy na tablice informujące o akcji "Nowe życie dla starych ulic". Opisane są na nich dzieje poszczególnych kamienic i traktów uzupełnione o czarno-białe zdjęcia upamiętniające ich historyczną rolę. Istniejące od 997 roku miasteczko urzeka nas podwójnie: i ze względu na swój współczesny flair, i ze względu na dawne znaczenie - w końcu w 1530 roku w tutejszym kościele przemawiał sam Martin Luther.


Ze starówki przejeżdżamy na boisko sportowe pod miastem, na którym odbywa się targ staroci, czyli Trödelmarkt zwany też pchlim targiem, czyli Flohmarktem. Na słusznej wielkości trawiastym placu stoiska mają zarówno osoby prywatne i przedstawiciele firm specjalizujących się w utylizacji sprzętów w sprzedawanych i dziedziczonych domach, jak i regularni handlarze z ubraniami z Chin i nieprzebranym asortymentem innych przydatnych towarów - na przykład krasnali ogrodowych.


Starsza pani rozłożyła porcelanę i kryształy na kocykach i obrusach opisanych zachęcającym "wszystko za 1 euro". Przy większych zakupach daje rabat od tej jakże już korzystnej ceny. Dalej w kartonach można wygrzebać płyty DVD i kasety - też po 1 euro. Maszyna do pisania bardzo starego typu stoi spokojnie czekając na kolekcjonera, który ją przygarnie, a gramofon przyciąga potencjalnych nabywców dźwiękami muzyki z winylowej płyty.


Wśród gór dóbr różnych straszą plastikowe potworki. Z jednego z pudeł łypie na nas potworne drewniane niemowlę


Dziś obiad jemy przy dźwiękach szumiącej w kole młyńskim wody - w restauracji Springbach Mühle w Bad Belzig. Wyrafinowany entrecôte - dostępny również w wysmażeniu raw, czyli na bardzo krwisto - serwowany jest tu w towarzystwie pomidora zapiekanego z mozarellą i pesto, fasolki szparagowej i pieczarek z cebulką w sosie beszamelowym oraz placuszków ziemniaczanych. Po obfitym posiłku można iść na spacer wokół otoczonych bujną zielenią stawów.


Aby szparagowy weekend był także weekendem dla zdrowotności, jedziemy do Term Stein słynących z naturalnej solanki. Wypływająca z głębin woda o temperaturze 30 stopni ma  nasycenie solą sięgające aż 20%. Możemy się więc poczuć tu jakbyśmy pływali w Morzu Martwym. A do tego skorzystać z masaży wodnych pod gołym niebem, saun suchych i parowych oraz minitężni. Kwotę 2,70 za piwo 0,4 dla ochłody nabijam na chip, a rachunek reguluję w automacie przy wyjściu - bardzo wygodny system. W budynku pływalni panuje chyba rzeczywiście niezwykły mikroklimat, skoro nawet ustawione w hali wejściowej drzewka szczęścia osiągają tu rozmiary dorosłego człowieka. 


Wszystko dobre, co się dobrze kończy. Sezon szparagowy jest krótki, ale w tym roku przynajmniej udało nam się porozkoszować niepowtarzalnym smakiem białych pędów. Droga powrotna - A 9, A 10, A 115, A 100. Ruch na autostradach tym razem mały - większość Niemców nie wraca jeszcze z przedłużonego weekendu. Następnie z lotniska na Hauptbahnhof busem TXL, a potem już do Warszawy Beroliną... I tylko może szkoda, że w Warsie nie serwują likieru szparagowego.  


4.12.2017

/MONACHIUM/ Noc w kapsule kosmicznej




Jest 23.00, wysiadam z pociągu metra, który z centrum Monachium dowiózł mnie na ostatnią stację w podziemiach drugiego terminala w Monachium. Ciemno, deszcz. Ażurowy dach nad dziedzińcem łączącym lotnisko i centrum targowe odcina się od ciemnego nieba niczym pancerz kosmicznego robala.



Kosmiczna będzie też ta noc. Spędzę ją w napcabsie na 4 metrach kwadratowych. Raz już nocowałam w kapsułach na terminalu, ale od tego czasu ponoć je zmodernizowano, więc ciekawa jestem nowego ich wystroju i wyposażenia.

Kabin jest też obecnie więcej niż półtora roku temu. Te przy gate'cie G06 stoją bezpośrednio w terminalu, a te w H32 - w specjalnej strefie relaksu.

W nocy lotnisko jest zamykane - o różnych godzinach, zależnie od rozkładu lotów w danym dniu. Teraz też przy kontroli bezpieczeństwa panuje półmrok. Ledwie zdążam uprosić ostatnich celników, by wpuścili mnie do strefy tranzytowej. Oczami duszy widzę już siebie śpiącą z bagażem pod głową przy maszynach do check-inu. Na szczęście udaje mi się dogadać z celnikami. Z zainteresowaniem oglądają moje wydruki z informacjami o napcabsach i dają się przekonać, że mimo że mam lot dopiero o 6.30 rano następnego dnia, to już dziś powinnam przedostać się do gate'ów.

Idę do strefy H32. Lotnisko jest całkiem puste - takiego jeszcze go nie widziałam. Nie ma nawet służb sprzątających. Sklepy i restauracje pozamykane. W palarniach tylko resztki dymu w powietrzu. Dobrze, że chociaż toalety otwarte są cała dobę.



Dochodzę do strefy relaksu przypominającej scenerię z avatarowej Pandory. Wszechobecna czysta zieleń. I kabiny niczym kokony zapraszające do przytulnych wnętrz.



Przyjemność korzystania z napcabsa to koszt 15 euro za godzinę w dzień (6.00-22.00) i 10 euro w nocy (22.00-6.00). Minimalna wpłata wynosi 30 euro, ale w czasie płacenia kartą kredytową blokowana jest na niej suma 100 euro, z której niewykorzystana kwota odblokowywana jest od razu po opuszczeniu kabiny. Czas pobytu we wnętrzu podliczany jest co do minuty.

Pierwsza nowość: w roku 2011 to karta kredytowa służyła za klucz do kabiny, gdy na chwilę chciało się ją opuścić - np. by skorzystać w nocy z toalety. Pewnie niejeden pasażer zaspany wyleciał z napcabsa bez karty i nie mógł wrócić, bo teraz już w czasie meldowania się na ekranie w celu skorzystania z kabiny musiałam ustalić PIN otwierający drzwi po chwilowym wyjściu. A ponieważ PIN także można niechcący zapomnieć, to na monitorze dotykowym we wnętrzu dodano opcję przypomnienia osobistego kodu.



Wsuwam kartę kredytową do terminala na zewnątrz kabiny, wbijam PIN, drzwi automatycznie się otwierają. Wita mnie zapach świeżej pościeli i chłód klimatyzowanego wnętrza. Zatrzaskuję od środka drzwi i zasuwam roletę zapewniającą mi pełną intymność



Dostrzegam kolejną nowość: na pasażera wynajmującego kabinę czeka półlitrowa butelka wody mineralnej. Niestety improvement, który zgłosiłam mailowo - że w kabinie przydałyby się książki - nie został uwzględniony. Dobrze, że mam prywatnego Kindla. Przybyła za to stacja dokująca do Iphone'a.Bo kabel RJ45 był już na pewno także w starszej wersji minihotelu.



Bawię się precyzyjnym regulatorem klimatyzacji. A potem monitorem i jego dobrze znanymi mi już funkcjami. Opcja "aktywizująca" to mocne światło i dynamiczny Vivaldi rozbrzmiewający w kabinie. Opcja "odprężająca" to ciepłe światło i kojące klasyczne dźwięki. Poza tym mam do wyboru kilkanaście utworów muzyki poważnej i parę filmików reklamowych do obejrzenia. Bazy filmów fabularnych czy gier - które zdarzają się w samolotach luksusowych linii - na razie w kabinie brak.



Przebieram się pidżamkę, ustawiam budzik. Rano okaże się, że pod tym hasłem kryje się zespół funkcji akustyczno-wizualnych, które obudziłyby nawet umarłego. Kabina piszczy, a światło rozbłyskuje się pulsacyjnie. Chyba tylko dzięki temu nie zaspałam na poranny lot do Warszawy - bo w kabinie spało mi się grzesznie słodko.



Po sześciu godzinach budzę się wypoczęta. Ubieram się przy dźwiękach Czajkowskiego. Wychodzę na pusty wciąż terminal. Żegnam się z minihotelem, w którym po raz drugi już przeżyłam miłą noc. Terminal informuje mnie, ile pieniędzy z zablokowanych na karcie stu euro zostanie mi zwrócone.



Do gate'u mam zaledwie kilkadziesiąt metrów. Lotnisko powoli budzi się do życia. Otwierają się pierwsze sklepy, zaspani pasażerowie sączą darmową kawkę z papierowych kubków. Dwóch policjantów spisuje zeznania od jednego z pasażerów, którzy próbował wejść na lotnisko z kastetem. 



Wchodzimy do Embraera. Jak zawsze w czasie porannego poniedziałkowego lotu siedzę niczym w jednej ze scen w "Matrixie" wśród klonów w ciemnych garniturach lecących na tydzień roboczy w Monachium do Warszawy. 

Pogoda piękna, startujemy bez przeszkód i powoli wznosimy się nad chmury. Już za 1,5 godziny będę siedzieć przy biurku w pracy.





Zapraszam też na filmik, który nakręciłam w kapsule:

3.12.2017

/BODENSEE/ Miasto rzeźb i wyspa kwiatów


Konstancja – miasteczko w Badenii-Wirtembergii na granicy ze Szwajcarią, przycupnięte nad jeziorem Bodeńskim. Doskonałe miejsce na letnie dolce far niente i punkt wypadowy na pobliską rajską wyspę kwiatów i motyli Insel Mainau. A do tego łatwo tam dojechać – z lotniska we Frankfurcie do Konstanz am Bodensee można dostać się koleją w niecałe 4,5 godziny, z jedną przesiadką. Jeśli kupujemy bilet w Lufthansie, warto skorzystać z dostępnej w jednym z kroków rezerwacji online opcji "Rail & Fly”, dzięki której za przejazd dowolnymi pociągami na trasie do lotniska zapłacimy 19,90 euro.

Dworzec kolejowy jest z jednej strony nad samym jeziorem, z drugiej – naprzeciwko starówki. Od 1993 roku przybyłych wita imponująca obrotowa statua Imperii doglądająca tutejszego portu. Aby zobaczyć tę niezwykłą damę ze wszystkich stron, trzeba poczekać 4 minuty – tyle bowiem zajmuje jej dostojny obrót wokół własnej osi. Warto poczekać, bo dopiero z przodu widać, że Imperia jest w stroju przypominającym słynną kreację Angeliny Jolie z rozdania Oskarów – a właściwie nawet odważniejszym niż suknia aktorki. Zresztą tak czy owak Imperia była pierwsza.


Z bliska rzeźba Petera Lenka zdradza jeszcze więcej szczegółów. Dwie postaci siedzące w rękach dziewięciometrowej betonowej statui to nie – jak mogłoby się wydawać z daleka – krasnoludy czy skrzaty. To wynaturzony cesarz w koronie i wyuzdany papież w tiarze. Sam rzeźbiarz tłumaczył co prawda, że są to zwykli kuglarze, ale nie wiadomo, czy mu wierzyć – w końcu chyba nie bez powodu w Konstancji odbyło się kilka protestów przeciw postawieniu statui. W każdym razie obrazoburcza Imperia przygotowuje gości miasta na to, co spotka ich gdy zagłębią się w staromiejskie uliczki i dojdą do tutejszego łuku triumfalnego przy ulicy Untere Laube.


Wystarczy kilka kroków przejściem podziemnym, w którym zwykle wesoło przygrywają muzykanci ze wschodu, by znaleźć się na rynku. Tutejsze kafejki kuszą kawą i lodami, a zabawny konik z brązu zachęca do pamiątkowych zdjęć. Konstancja to rzeczywiście miasteczko rzeźb! Kilka kroków dalej dwa palce wyrastają z chodnika w geście wiktorii. Idziemy więc dalej tropem pomników w głąb starówki.


I oto jest – osławiony i kontrowersyjny symbol miasta, łuk triumfalny, na którym nijak nie widać triumfu, ale za to dużo wynaturzonych nagich ciał. Od razu można poznać tu tę samą rękę, która stworzyła Imperię. Ręka ta miała tu jeszcze mniej zahamowań niż przy gigantycznej kurtyzanie. Pierwszy kontakt z tą niezwykłą fontanną robi ogromne wrażenie: w cieniu drzew kryje się 30 nagich postaci, ni to kąpiących się ludzi, ni to humanoidalnych wuzzli. 


Czasem trzeba podejść bliżej, by uwierzyć. Oto więc mężczyzno-prosiak w binoklu patrzy na nas spode łba. Świniopies znudzony leży koło rozkraczonej gigantycznej baby. Naga siostra Imperii klęczy w zamyśleniu. Łuk triumfalny? Pewnie w innym rozumieniu niż zwykle, bo wyrażający wszechobecny triumf natury nad człowieczeństwem.  


Dzieła Petera Lenka ozdabiają… no powiedzmy: urozmaicają miasto od pierwszej połowy lat dziewięćdziesiątych, a już stały się jego głównymi atrakcjami turystycznymi. Dziś aż trudno wyobrazić sobie Konstanz bez Imperii czy łuku. A przecież bez nich też byłaby perełką – urokliwym miasteczkiem z 34 km linii brzegowej w swym obrębie. Z kąpieliskami i ogródkami piwnymi, w których miło spędza się letni dzień - i letnią noc. 


Z Konstancji warto zrobić sobie wycieczkę na wyspę kwiatów i motyli – Insel Mainau. Połączona jest ona z lądem groblą. Można podjechać do jej początku autobusem miejskim nr 4 lub samochodem (trzeba zostawić go na parkingu na stałym lądzie) i przejść na wyspę. Albo zafundować sobie przyjemną przejażdżkę statkiem za 8,80 euro z portu nieopodal dworca kolejowego w Konstanz. 


Aby wejść na wyspę trzeba niestety kupić bilet za 17,50 euro. Jest też opcja wieczorna – od 17.00 wstęp kosztuje tylko połowę. Wtedy warto szybko iść do motylarni (Schmetterlingshaus), która otwarta jest do 19.00.  Zaletą opcji całodziennej jest to, że nie trzeba nigdzie się śpieszyć i można na spokojnie porozkoszować się wyspą.

Porozkoszować to najwłaściwsze słowo. Jest tam jakiś nastrój i mikroklimat, który zawsze wprawia mnie w dobry humor. Ta wyspa jest trochę jak raj, w którym wróble jedzą z ręki, motyle latają nad głową, a kozy beczą przyjaźnie. Kozy można spotkać w minizoo na wyspie. Akurat kilka z nich jest w ciąży, więc głaszczące je dzieci przechodzą krótki kurs uświadamiający – mamy tłumaczą im, że w brzuchach zwierząt jest ich potomstwo.


Motyle są oczywiście w motylarni. Klimat w niej jest bardziej wilgotny i upalny niż w lecie w Bangkoku, ale najwyraźniej owadom to odpowiada. Mają błyszczące skrzydełka i ładnie podwinięte trąbki. Czasem przysiadają na szklanych karmnikach, by pożywić się bananami lub pomarańczami, czasem też – jak ma się szczęście siadają gościom na rękach.  Nawet bez teleobiektywu można zrobić tu piękną egzotyczną sesję zdjęciową.


Nie bez kozery ta 45-hektarowa wyspa, największa z wysp na jeziorze Bodeńskim, nazywana jest królestwem kwiatów. Prócz klasycznych dywanów roślinnych są tu też duże trójwymiarowe instalacje. Na przykład paw z kolorowym ogonem czy leżący krasnal-olbrzym


Insel Mainau jest własnością szwedzkiej rodziny szlacheckiej Bernadotte. Jej członkowie mieszkają w tutejszym pałacu. Nic dziwnego, że senior rodu graf Lennart żył aż 95 lat. Ta wyspa jest rzeczywiście jak kwiatowy raj na ziemi.

Stateczkiem BSB z wyspy kwiatów można za 6,40 przedostać się do Meersburga. Tam warto zgubić się wśród staromiejskich uliczek, a potem zwiedzić zamek, z którego okien rozpościera się najpiękniejszy chyba widok na Bodensee.



Zapraszam też na film o Insel Mainau:


1.30.2017

/ŚWIAT/ W spódnicy przez świat, czyli dekalog kobiecego podróżowania


"Proszę mi powiedzieć" - pyta spotkanego w samolocie ambasadora i jego małżonkę główny bohater "Kociej Kołyski" - "czy podróżując tyle po świecie stwierdzili państwo, że w gruncie rzeczy ludzie są wszędzie tacy sami?". "Mniej więcej tacy sami" - odpowiada po chwili wahania wymijająco i chyba nie całkiem szczerze zaskoczony ambasador. Bo choć łączy nas tak wiele, to i trochę dzieli - w szczególności obyczaje, religia, stosunki społeczne.

Prócz tego typu odmienności jest jeszcze coś, czego nie uchyli żaden feminizm, a mianowicie kwestia płci - moim zdaniem równie istotna w kontekście podróżowania, co różnice kulturowe. Kobieta ruszająca na wyprawę mierzy się bowiem z bardzo specyficznymi pytaniami i wątpliwościami - czy będę się czuć bezpiecznie, jak powinnam się ubrać, które zachowania mogą narazić mnie na przykrości.


Mimo, że nie zawsze udaje mi się uniknąć zaczepek, że czasem idę ciemną ulicą z uciskiem w żołądku, że fizyczność bywa dla mnie ograniczeniem w gorącym klimacie, to i tak uważam, iż warto być "podróżniczką w spódnicy". Choć czasem myślę o tym, o ile łatwiej byłoby mi, gdybym nie urodziła się kobietą lub gdyby moja powierzchowność była mniej europejska, to jednak zawsze w końcu - na przekór wątpliwościom i trudnościom - zwycięża we mnie chęć odkrywania świata, poznawania dalekich krajów, eksploracji miejsc, o których zobaczeniu marzę.

Trudno byłoby sformułować listę kategorycznych przykazań czy zestaw zerojedynkowych rozstrzygnięć gwarantujących nam, kobietom, pełen komfort i bezwarunkowe bezpieczeństwo. Ale z pewnością jest parę kluczowych kwestii, które powinnyśmy przemyśleć przed wyjazdem do egzotycznych miejsc - zwłaszcza, jeśli wybieramy się na podbój świata w pojedynkę.


1. W chuście czy w szortach, czyli o dress codzie świątynnym i ulicznym 

Są dwie szkoły odnośnie stroju - jedna mówi, że człowiek najlepiej się czuje w swoich standardowych ubraniach i nie ma co próbować dostosować się do otoczenia, w którym znajdziemy się na wyjeździe, druga zaś wskazuje na konieczność poszanowania lokalnych obyczajów i odziewania się zgodnego z kulturą danego kraju. Wybór którejś z tych opcji to moim zdaniem osobisty statement - czy chcemy wyróżniać się z otoczenia i za wszelką cenę "być sobą", czy też wolimy móc wmieszać się w tłum nie budząc sensacji. Każdą z tych postaw da się obronić - choć pierwsza rodzi w praktyce więcej komplikacji.

Ja lepiej odnajduję się w sytuacji, w której nie stanowię sensacji dla mieszkańców kraju, do którego jadę - bo wtedy na przykład mogę w spokoju samotnie spacerować, robić zdjęcia, wchodzić do obiektów religijnych nie będąc zatrzymywaną przez strażników. Na wyjazdy do krajów arabskich wybieram zawsze długie spodnie i spódnice oraz bluzki bez głębokiego dekoltu i zbyt krótkich rękawków. Doświadczenie nauczyło mnie, że taki strój jest optymalny nie tylko ze względów obyczajowych, lecz również z uwagi na klimat - przewiewne długie rzeczy dają większy komfort w czasie upału, a przy okazji chronią przed słońcem znacząco lepiej niż każdy bloker zamieniający się po kilku godzinach w lepki pancerz zatykający pory w skórze. 

Do krajów muzułmańskich i mniej turystycznych regionów Azji nie zabieram szortów i koszulek na ramiączkach - mijając na ulicach kobiety w sari czy w czadorach nie czułabym się w nich dobrze. Poza tym dress code świątynny wymuszałby na mnie noszenie a dwóch chust - jednej na nogi, a drugiej na ramiona. Co i tak nie wszędzie gwarantowałoby mi wstęp do takich obiektów - w Kambodży zdejmowalne elementy nie wystarczają, bo turystka mogłaby je zsunąć przed obliczem świętego Buddy. Co ciekawe, w Tajlandii za przyzwoity strój pozwalający mi zwiedzić pałac królewski nie zostały uznane także legginsy połączone z tuniką nad kolano. W wielu miejscach obdarzeni władzą absolutną w tym względzie porządkowi nie akceptowali też sandałów z odkrytymi placami. Można obrazić się i odejść, ale jeśli chce się pozaglądać do pałaców i świątyń, najlepiej zdecydować się na spódnicę za kolana, bluzkę z długim rękawem i baletki - wtedy nie ma wątpliwości. A baletki mają dodatkowo tę zaletę, że łatwiej się je zdejmuje przed progiem świętych miejsc niż sandały. I tym argumentem możemy przekonać same siebie, jeśli trudno jest nam się zgodzić z ograniczeniami obyczajowymi...

Chustę na głowę zakładam rzadko - w większości krajów, nawet muzułmańskich, nie jest to w żadnym stopniu konieczne ani przyjęte - zwłaszcza w odniesieniu do turystek. Na opcję pełnego zakrycia zdecydowałam się w targanym zamieszkami Kairze, bo nie było tam wtedy turystów i jak Tahrir długi i szeroki ŻADNA kobieta nie szła z odkrytymi włosami. Moja biała skóra i tak rzucała się w oczy i narażała mnie na ciągłe zaczepki i kontrole mniej lub bardziej oficjalnych strażników w mniej lub bardziej legalnie nabytych mundurach... No ale wyjazdy w oko cyklonu generalnie nie są dobrym pomysłem.


2. W obrączce czy bez, czyli o praktycznym treningu asertywności

Decyzja odnośnie obrączki to też bardziej osobisty wybór niż kwestia, którą da się rozwiązać jednoznaczną poradą. Znam kobiety, które wypożyczają specjalnie ten znaczący element biżuterii, by czuć się pewniej. Albo przekładają wedding ring z prawej ręki na lewą, bo tak jest on noszony przez większość Europejek - i miejscowi nauczeni doświadczeniem raczej po tej stronie sprawdzają, czy coś się błyszczy na palcu.

Obrączka przed niczym nie chroni - ale może ułatwić nam wplecenie w rozmowę fazy "my husband" albo nieco zmniejszyć prawdopodobieństwo wzięcia nas za seksturystkę szukającą wrażeń i nowych znajomości. W niektórych rejonach być może zagwarantuje odrobinę szacunku, którym w tradycyjnych społeczeństwach obdarzane są żony, a w szczególności matki.

Ja uważam, że od obrączki kobietę lepiej zabezpiecza niewyzywający strój oraz asertywność. "No, thank you", "I am not interested", a w ostateczności "Please, DO leave me alone" to frazy, które wsparte odpowiednio powściągliwą acz stanowczą mową ciała - komunikującą zdecydowanie i pewność siebie - zostaną zrozumiane w każdym kontekście językowym. 


3. Komplementy i zaczepki, czyli o sile uśmiechu

W wielu kulturach prawienie kobietom komplementów uznawane jest za element zwykłej grzeczności. A to, że brzmią one w naszych uszach zbyt ofensywnie, to często po prostu efekt ubogiego słownictwa miejscowych chłopaków. Ja nigdy nie oburzam się na "You are soo beautiful", "My dream polish wife" - te oznaki atencji lub po prostu zwykłej uprzejmości przyjmuję z uśmiechem - nie za szerokim i bez chichotu czy przewracania oczami. Odpowiadam "Thank you" - i pytam się o cenę lub o drogę lub jeszcze o coś - by zmienić temat na mniej osobisty.

Miejscowym w Tunezji, Maroku czy Tajlandii, którzy koniecznie chcą mi towarzyszyć w spacerze po mieście lub gdzieś zaprosić, grzecznie dziękuję - nie tłumacząc się specjalnie z tej decyzji, podkreślając jednak, że wolę iść sama i w spokoju porobić zdjęcia. W ekstremalnych sytuacjach - czyli w regionach bardzo turystycznych - zdarzały mi się incydenty z próbą złapania za rękę lub ciągnięcia gdzieś za łokieć. Na nie reagowałam szybko (grunt, to nie dać się za nic schwycić :-)), bez dwuznacznych uśmiechów, mocnym głosem - ale nie zbliżającym się w swej intensywności do krzyku czy pisku. I odchodziłam nie oglądając się za siebie.


4. Herbatka z wkładką, czyli o bezpieczeństwie

Nie zamówione extasy w drinku można dostać od nowopoznanego znajomego nawet w Berlinie czy w Paryżu, w egzotycznych miejscach także w herbacie może się trafić się jakaś niespodzianka powodująca nagłą senność. Ponieważ znam takie przypadki nie tylko z książek, więc idąc samotnie do sklepu, budki czy salonu masażu grzecznie dziękuję za napitek. Nawet, jeśli akurat jestem spragniona i nawet, jeśli sprawiam tym częstującemu pewną przykrość. Zresztą pomijając narkotyki zatrucia wodą niewiadomego pochodzenia też nie są przyjemne...

Trzeba być gotowym na to, że jedno "Nie, dziękuję" w tym wypadku nie wystarczy; w końcu nawet w Polsce uprzejmość nakazuje, by po raz drugi zaproponować gościowi poczęstowanie się - mimo że raz już odmówił. Na Wschodzie nastąpi to przynajmniej trzy razy, trzeba więc z uporem godnym świętego Tomasza wypierać się napitku parokrotnie. 

Czasem stawiam sobie pytanie, czy takie zachowanie nie zakrawa na przesadę. Nie znam na nie odpowiedzi, ale wiem, że potencjalny rachunek zysków (smaczny napój, miła atmosfera) i strat (zatrucie, okradzenie i co tam jeszcze) jest w tym wypadku jednoznaczny - i tego się trzymam.


5. Masaż z happy endem, czyli o wybieraniu zakładów usługowych 

Skoro już o salonach masażu mowa, to w przewodnikach po Tajlandii czy Kambodży są długie passusy o lokalach oferujących usługi z happy endem. W Warszawie też są takie miejsca - tyle że nazwane bardziej wprost. 

Niestety w tej famie odnośnie azjatyckich miejsc uciech prowadzonych pod niewinnie wyglądającym szyldem nie ma żadnej przesady - stosunkowo łatwo się pomylić, co i mnie się kiedyś zdarzyło, mimo dość szeroko otwartych oczu.

By się nie pomylić, jeśli rzeczywiście chodzi nam tylko o rozluźnienie stóp czy karku, mamy dwie możliwości. Pierwsza to popularne w wielu azjatyckich krajach masaże uliczne - wtedy nie wchodzimy do żadnych ciemnych pomieszczeń na zapleczu i na nic się nie narażamy. Druga, trudniejsza, opcja to analiza cenowa. Jeśli widzimy, ile w danym mieście czy dzielnicy kosztuje średnio refleksologia, a ile zabieg bańką chińską, to cena kilkukrotnie wyższa powinna nam się wydać podejrzana.

Przedostatni moment na ucieczkę to wygląd wnętrza lokalu i dochodzące stamtąd dźwięki, a ostatni - gdy okazuje się, że do masażu trzeba zdjąć zupełnie CAŁE odzienie.

Inna pułapka z tej serii to lokalne hammamy  w krajach arabskich. Byłam w jednym takim miejscu - nie chciałam iść do "nieprawdziwego" turystycznego przybytku, więc pojechałam do salonu kąpielowego dla miejscowych kobiet. Traumę po szmacie, którą najpierw depilowano czyjeś plecy, a potem moją twarz, po żółtej rzece płynącej środkiem lokalu i po kroplach z czarnej pleśni na suficie spadających na moją głowę, mam do dziś. I nie narzekam już na zbytnią "europejskość" hotelowych beauty salonów.


6. Tuk-tukiem na przełaj, czyli o kupowaniu wycieczek na miejscu

W hotelach w każdym niemal punkcie świata można kupować za euro i dolary wycieczki po okolicy organizowane na przykład przez TUI czy innych europejskich przewoźników. Ich cena zwykle jest sporo - lub bardzo sporo - wygórowana, ale za to jedziemy klimatyzowanym autokarem dokładnie tam, gdzie się umawialiśmy, a w potencjalnych przeciwnościach losu wesprze nas pilot mówiący po angielsku lub niemiecku. Wiele razy korzystałam z takiej opcji i z reguły byłam bardzo zadowolona.

Zew przygody oraz chęć oszczędzenia - tak, by za tę samą sumę pojechać w dwa miejsca, a nie tylko w jedno - skłoniły mnie jednak do korzystania również z ofert lokalnych biur zlokalizowanych w budkach w centrach afrykańskich czy azjatyckich miasteczek. Tam wycieczkę wybiera się z brudnych kart samodzielnie wydrukowanych katalogów ilustrowanych zdjęciami z lat siedemdziesiątych. A na miejsce - lub w trochę inne miejsce - jedzie się tuk tukiem. Jednak jeśli zachowa się pewne środki ostrożności - na przykład nie da kwitka z potwierdzeniem zapłaty za wyjazd przypadkowemu kierowcy zamiast temu z "naszego biura" i wybierze wyjazd w grupie, a nie zupełnie samej - to ta tańsza opcja powinna też dostarczyć nam (prawie) samych miłych wrażeń.


7. Papież, Wałęsa i Lewandowski, czyli o wizerunku Polek i Polaków

W krajach oddalonych stąd o ponad 5 tysięcy kilometrów mało kto umie wskazać Polskę na mapie. Ale jednak wszędzie tam, gdzie jeździmy, ludzie nas znają i rozpoznają - choćby ze względu na charakterystyczny "szeleszczący" język. Polacy kojarzą się dziś na świecie z głównie z Lewandowskim (w mniej uczęszczanych rejonach także z Papieżem, a nawet jeszcze z Wałęsą), Polki zaś niestety - podobnie jak inne "zachodnie" Europejki - z szukaniem wrażeń. Pewnie to duże uogólnienie - i na pewno nie jest tak WSZĘDZIE - ale należy być świadomym tego, że w społeczeństwach tradycyjnych dziewczyny z farbowanymi włosami, w kolorowych i często skąpych strojach, całujące się publicznie z chłopakami, głośno się śmiejące i palące papierosy na ulicy budzą bardzo określone konotacje.

Fakt bycia Polką można wykorzystać jednak również na swoją korzyść - na przykład przy targowaniu w czasie zakupu pamiątek. W wielu krajach ceny dla nas są niższe niż dla słynących z zamożności Niemców czy Japończyków. Po szczegóły zapraszam do mojego poradnika o negocjowaniu na bazarach: "Trudna sztuka targowania".

Ja w kwestii narodowości zasadę mam prostą: wszędzie, gdzie jadę, czuję się jak ambasadorka swojego kraju. Staram się zachowywać tak, by o Polkach i Polakach myślano na świecie jak najlepiej. Zwracam uwagę na to, aby dobrze się wyrażać o swojej ojczyźnie... A jeśli już o wyrażaniu się mowa, to miejmy świadomość, że słowo "sp...dalaj" ma ze względu na zawarty w nim ładunek emocjonalny oczywiste znaczenie nawet dla tych, którzy go nie rozumieją, a "k...wa" nie jest obcym wyrazem prawie nigdzie, bo jakoś dziwnym trafem brzmienia przekleństw cudzoziemcy uczą się najszybciej :-)


8. Bliskie spotkania trzeciego stopnia, czyli o kontaktach damsko-męskich i nie tylko

Może trudno w to uwierzyć, ale homoseksualizm jest w wielu krajach surowo karaną zbrodnią - co ciekawe, w większej liczbie miejsc na świecie penalizacji podlegają stosunki męsko-męskie niż damsko-damskie (dokładny wykaz można znaleźć w Wikipedii na stronie http://en.wikipedia.org/wiki/LGBT_rights_by_country_or_territory). Są też państwa, w których ląduje się w więzieniu za stosunki pozamałżeńskie. I niestety nie ma tu z reguły taryfy ulgowej dla turystów - a jeśli nawet jest, to może okazać się niezwykle kosztowna finansowo.

Dlatego, jeśli jedziemy gdzieś poza Europę, sprawdźmy, jakie zachowania dopuszcza obyczajowość w danym kraju. Publiczne pocałunki albo przyjęcie zbyt swobodnej pozy na ławce w parku w Dubaju, chodzenie pod rękę w Katmandu - te pozornie niewinne gesty mogą narazić nas na kontakt z policją obyczajową lub w najlepszym przypadku na pełne oburzenia splunięcia ze strony miejscowych.

Kontakty z ludźmi odmiennej kultury to moim zdaniem najpiękniejsze momenty w podróży. A wśród znajomych mam bardzo udane europejsko-azjatyckie pary. I nie ma powodu, by powściągać serce - ale na pewno trzeba zachować rozsądek i sprawdzić, czy kraj, który dzięki bollywoodzkim produkcjom wydał nam się najbardziej liberalnym miejscem na ziemi nie jest jednak w rzeczywistości dużo bardziej konserwatywny. W Internecie są setki stron o zwyczajach na  świecie - i nawet nie planując sekswyjazdu, nosząc tarczę chroniącą przed strzałą Amora, będąc pewną, że po alkoholu nie zmieni się nam współczynnik wyluzowania itp. itd., I TAK poczytajmy o obyczajowości danego kraju. Jeśli nie przyda się to w kontaktach bardzo bliskich, to przynajmniej dowiemy się, że tu czy ówdzie lewa ręka jest nieczysta i nie należy na przykład podawać nią pieniędzy przy płaceniu. 


9. Tampon i tabletka, czyli o wypchanej kosmetyczce podróżnej

Raz zostawiłam w hotelu gdzieś w Afryce fluid - nie był drogi, więc nie zmartwiłam się nadmiernie i poszłam do drogerii kupić jakiś inny. Niestety tam okazało się, że paleta odcieni zaczyna się od brązu, w którym wyglądałabym jak Shazza w najlepszych (a właściwie najgorszych) czasach. W Pokharze wybrałam się do apteki do utensylia na kobiece sprawy. Szukałam ich dobry kwadrans (choć dziupla była naprawdę mała), a sprzedawca nie rozumiał, o co dokładnie mi chodzi i wzruszał ramionami. W końcu wygrzebałam wymięte pudełko tamponów spod góry pieluch i żeli dla niemowląt - zostały ukryte w dziale dziecięcym jako coś absolutnie wstydliwego. Od tej pory mam jedną zasadę: wszystko, czego mogę potrzebować - wraz ze stosownym backupem - zabieram ze sobą niezależnie od tego, jak bardzo dany kraj jest turystyczny, nowoczesny i dostatni. Przy okazji: moja tajna broń makijażowa zapobiegająca katastrofie makeupowej w gorącym klimacie to baza silikonowa pod podkład.

Leki też kupuję w Polsce. Często czytam, że na specyficzne przypadłości żołądkowe lepiej wybrać lokalny specyfik dostępny na miejscu, bo opracowano go z myślą o konkretnych bakteriach. Jednak przygody typu: niemożność kupienia tabletek z powodu trudności językowych, podejrzany skład na opakowaniu i spis działań ubocznych, od którego jeżyły mi się włosy na głowie, słaba dostępność aptek, ich nietypowe godziny otwarcia i mizerne zaopatrzenie nauczyły mnie, by w przypadku medykamentów i kosmetyków nie zdawać się na przypadek. Amen.


10. Tak dla pogody, nie dla polityki, czyli o udanym small talku

Czy wiecie, że w prawo w Tajlandii za znieważenie członka rodziny królewskiej – króla, królowej lub dziedzica tronu – przewiduje karę od 3 do 15 lat więzienia? I że pod ten paragraf można podpaść już za samo niepochlebne wyrażanie się o monarchii, publikację niewygodnych treści w Internecie lub zignorowanie nakazu stania w powadze, gdy przed seansem w kinie odgrywany jest hymn państwowy? Przepis ten istnieje i nie jest przepisem martwym - zdarzało się, że surowo karano na jego podstawie również turystów.

Dlatego wdawania się w jakąkolwiek politykę na wyjazdach NAPRAWDĘ należy unikać. Na szczęście jako kobiety możemy na łatwo uchylić się od rozmów o państwie, władzy, ustroju - wykręcając się całkowitą nieznajomością tematu. To naiwna i stereotypowa acz skuteczna wymówka; wielokrotnie się nią posługiwałam. Bo nawet jeśli Chińczyk żali się przy nas na łamanie praw człowieka w jego kraju, to nie znaczy, że otwarcie możemy mówić z nim o wydarzeniach na placu Tiananmen, a jeśli Marokańczyk krytykuje króla, to nie upoważnia nas, byśmy też ponarzekali na jakieś niedogodności w tym kraju. Kontrowersyjne zaczepki, których motywację naprawdę często trudno jest odgadnąć, najlepiej neutralizować jakąś wersją niezastąpionej small talkowej fazy "Piękna dziś pogoda"... No bo jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to pogoda jest w zasadzie JEDYNYM tematem, który bezpiecznie możemy poruszyć we wszystkich krajach świata. 

Reasumując: w podróż zawsze zabieram ze sobą - prócz stosownych ciuchów, odpornych kosmetyków, sprawdzonych leków, telefonu do ambasady, inspirującej lektury i innych rzeczy, o których wspomniałam - sporo pewności siebie, odrobinę sceptycyzmu, uśmiech na każdą okazję i bardzo dużo intuicji, która jako doskonała mieszanka tego, co w głowie i tego, co w sercu z reguły bywa najlepszą doradczynią.




***
ZAPRASZAM TEŻ DO LEKTURY INNYCH MOICH TEKSTÓW O TAJNIKACH PRZYJEMNEGO I BEZPIECZNEGO PODRÓŻOWANIA: