Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

1.07.2014

/BERLIN/ Zgryźliwy Bernd i Ciotka Heniek, czyli Berlin dla dzieci i dla dorosłych


Berlin zawsze czymś zaskakuje. Nieważne, jak często się tu bywa i jak wiele kilometrów przeszło się tutejszymi ulicami, nigdy nie udaje się do końca zgłębić wszystkich zakątków i tajemnic tego miasta. Po trosze dlatego, że jest ich tak wiele, a po trosze z tego powodu, że ciągle się tu coś przebudowuje, dobudowuje i zmienia. Świadczy o tym choćby las dźwigów budowlanych dobrze widoczny z tarasu na dachu Reichstagu.



Pierwsze zaskoczenie: zlikwidowano Tacheles, mekkę alternatywnych artystów i dziwaków z całego świata. Od lat rozdawano tu ulotki zachęcające do protestów przed zburzeniem nadszarpniętych zębem czasu budynków, w których zagnieździły się atelier malarzy i grafików i przycupnęły dziwaczne recyklingowe rzeźby, ale nie wierzyłam, że to kiedykolwiek się stanie - w końcu Tacheles przyciągało rzesze turystów i dobrze żyło ze sprzedaży choćby pierścionków zrobionych z wygiętych główek widelców. Ale jednak teren przy Oranienburger Straße okazał się zbyt cenny i 4 września 2012 roku ostatecznie zamknięto wszystkie działające tu pół- i nielegalnie galerie. Kultowe miejsce istnieje od tego czasu już jedynie wirtualnie i na razie w dość skromnej formie pod adresem http://kunsthaus-tacheles.berlinin3d.com.



Drugie zaskoczenie: namioty uchodźców, między innymi z Syrii, Lampedusy i Turcji, rozbite w samym sercu Kreuzbergu. Od października 2012 w obozie „Refugee Camp“ na Oranienplatzu mieszka około dwustu osób. To już niemal małe miasto - z zaimprowizowaną kafejką, ryneczkiem - i wywieszonymi wokół transparentami. "Żaden człowiek nie jest nielegalny" - to hasło to już niemal klasyk, a obok: "Żądamy zniesienia Residenzpflicht", czyli de facto zakazu swobodnego poruszania się po kraju. Nie wnikajmy w zawiłości polityczne. Dla turysty to miasteczko to z jednej strony szokujący nieco widok: las białych namiotów plus rzeka wozów policyjnych (dziś akurat była kolejna demonstracja), z drugiej zaś utrudnienie komunikacyjne: autobus M29 ma skróconą trasę, bo nie da się tamtędy przejechać - a więc do klubów trzeba dojść na piechotę.


Zaskoczeń będzie więcej, ale póki co jest 11.05 w sobotę, pociąg EC z Warszawy dojeżdża właśnie do dworca Berlin Ostbahnhof. Plan jest prosty: w dzień zabawa z dzieciakami, w nocy fun bez dzieci. Jako że ma być jednocześnie wesoło i nie za drogo, dwie atrakcje - według różnych wiarygodnych doniesień drogie i przereklamowane - świadomie odpuszczamy: Legoland Discovery Centre w Sony Center oraz Tropical Islands w Krausnitz.

Dzieciaki witają mnie entuzjastycznie, szybko kupuję bilet dzienny na komunikację - metro, kolejkę miejską, tramwaje i autobusy - płacąc w automacie 6,70 euro (z niewiadomych przyczyn dwa bilety ważne do 3 w nocy kolejnej doby są tańsze niż jeden na 48 godzin). Szybko wsiadamy do metra, bo śpieszymy się na seans "Krecika" do Movimento - najstarszego działającego do dziś kina Niemiec. Budynek przy  Kottbusser Damm 22 zbudowano w 1905 roku, a dwa lata później uruchomiono tu kinematograf. Na początku XX wieku w istniejących do dziś dwóch salach organizowano niezwykłe "lustrzane projekcje" - film wyświetlano niejako z tyłu przezroczystego ekranu, który łączył oba pomieszczenia, a by napisy widoczne były klasycznie, nie od tyłu, obraz korygowano za pomocą specjalnego zwierciadła. 



Dziś kino łączy w sobie dawny charme z współczesnością - w postaci maszyny z pop-cornem (który dostępny jest w dwóch wariantach - z solą na słono lub z karmelem na słodko), lodówki z piwem uprzyjemniającym seanse czy sklepiku z ambitnym kinem na DVD. Nietypowe oznaczenia toalet też wyrażają ducha współczesnego Berlina. Po zwiedzeniu małego jak na dzisiejsze standardy kina idziemy do sali numer jeden na "Krecika" - kreskówkę dostępną dzięki oszczędności dialogów bez bariery językowej dla dzieci i dorosłych na całym świecie. Seans trwa 45 minut, dzieciaki piszczą, jak Krtek przebiega przez nowoczesne wielopasmowe ulice Pragi pełne trąbiących skód i zaporożców i śmieją się, jak straszy maską lwa w ZOO. A dorośli - bo i oni są na seansie, często sami, bez maluchów - podróżują w świat swoich lat szczenięcych.



Po seansie trzeba coś zjeść. Mijamy punkt Türk Telekom, sklepy z modą rodem z Grand Bazaaru w Stambule, odlotowe salony piękności, reklamę szkoły specjalizującej się w nauce niemieckiego dla początkujących, orientalną kawiarnię, grupkę kobiet w kolorowych chustach na głowach. Nic w tym dziwnego - Berlin to w końcu trzecie co do wielkości tureckie miasto. 



Na Kreuzbergu czekają na nas bary i restauracje z potrawami z niemal całego świata - są kebaby, pizze, makarony, tajiny, brakuje tylko... kuchni niemieckiej. Wchodzimy do "Indian Dhaba Mitra" przy Hasenheide 11, do kolorowego pomieszczenia pachnącego mieszanką różnych masali. Dzieci rozczarowane są brakiem swojego ulubionego dania lunchowego, czyli frytek, ja po przejrzeniu ogromnej karty zamawiam Aloo Palak, czyli kartofle ze szpinakiem. Z jakiegoś powodu wyobrażam sobie zgrabną zapiekankę z żółto-zielonymi warstwami, a dostaję... coś zupełnie innego



Na szczęście bardzo oryginalną w smaku i wyglądzie potrawę mogę popić berlińskim specjałem - czerwoną wersją Berliner Weisse, czyli piwem pszenicznym z sokiem malinowym podawanym w oryginalnej szerokiej szklance. Według źródeł historia tego napoju - zbliżonego nieco do "damskiego piwa" serwowanego w Warszawie, ale z wyraźnym pszennym posmakiem - sięga XVI wieku. Żołnierze Napoleona I nazywali go ponoć - nie wiadomo, czy z podziwem, czy z ironią - „Champagne du Nord“, czyli "szampan północy". Wieczorem dane mi będzie spróbować jego kwaśnej wersji zielonej - z syropem z Waldmeister, czyli z marzanki wonnej, byliny leczniczej występującej również w Polsce. Nie podjęłam jeszcze decyzji, która smakowała mi bardziej - oba warianty są pyszne i odświeżające.



Po posiłku jedziemy linią U7 do stacji Möckernbrücke, by zwiedzić historyczną świątynię handlu - KaDeWe, czyli "Kaufhaus des Westens", młodszego brata paryskiego La Fayette. Najsłynniejszy dom towarowy Niemiec otworzył swe podwoje 27 marca 1907 roku, po zniszczeniach wojennych odbudowano go w podobnej formie - rozbudowując jedynie szóste piętro gromadzące przysmaki z całego świata, na którym dziś są drugie co do wielości delikatesy na świecie. Cały obiekt zresztą - mający w sumie 60 000 m² powierzchni - jest największym tego typu w całej kontynentalnej Europie.



Już od wejścia poraża nas luksus - światowe marki, drogie butiki, a w perfumerii nawet specjalne berlińskie perfumy we flakonie w kształcie wieży telewizyjnej ze szklaną kulą. Złotą windą wjeżdżamy na piętro ze słodkościami, bo dzieci mają ochotę na lody. W ich poszukiwaniu mijamy stoiska z herbatami świata, słodyczami marki Godiva i ogromną Bramę Brandenburską zrobioną w całości z czekolady.



Z szóstego piętra spoglądamy w dół na ustrojone świątecznie patio i w górę na najwyższe restauracyjne piętro, a potem przejeżdżamy schodami ruchomymi przez tematyczne piętra - ubrania, wyposażenie wnętrz, zabawki. Wychodzimy na ciemne już ulice i idziemy wzdłuż Tauentzienstraße: z lewej strony ciąg luksusowych witryn, a z prawej na chodniku żebracy wyciągający ręce do przechodniów.



Podziwiamy dekoracje świąteczne zdobiące jeszcze główne arterie miasta i Gedächtniskirche - kościół pamięci zwany przez Berlińczyków "zgniłym zębem". Rzeczywiście jego poszarpany zarys nie pasuje do blichtru handlowej okolicy i jest niczym fałszywy ton odwracający uwagę od szału zakupowego.



Zapada noc, zmęczone długim dniem dzieci idą spać. Pewnie przyśni się im Krecik. A my ruszamy na podbój kreuzberskich klubów polecanych przez miesięcznik queerowy "Siegessäule" dystrybuowany bezpłatnie w nakładzie 53 000 egzemplarzy w Berlinie i Poczdamie. Zaczynamy od "Tante Horst" przy Oranienstraße - miejsca, którego nazwa (w wolnym tłumaczeniu coś jak "Ciotka Heniek") wiele mówi o jego charakterze. Na drzwiach oznaczenia, które mówią jeszcze więcej: "Lokal dla palących - wstęp od 18 lat" i "Kein Bock auf Nazis", czyli ekstremalnie prawicowym dziękujemy. Ludzie siedzą przy barze i małych okrągłych stolikach, piją drinki (tańsze niż w Warszawie: po 4,5 - 5,5 euro), palą i rozmawiają starając się przekrzyczeć głośną muzykę. Dziś przy pulpicie didżejskim stoi artysta z Beb.Welten miksując dwiema rękami techno z winylowych płyt. Komu się podoba, może dobrowolnie wpłacić dla DJ-a symboliczne jedno euro przy kasie.



Po kilku rundkach ruszamy dalej - do Südblocku przy Admiralstraße 2. Tu też na drzwiach są oznaczenia - tęcza i znaczek dostępności dla niepełnosprawnych na wózku. Miejsce reklamuje się jako punkt spotkań sceny queerowej i "idealna kreuzberska mieszanka". I rzeczywiście widać tu szacunek dla stylu życia dzielnicy - śniadanie serwowane jest do 16.00, a z toalet mogą korzystać nie tylko kobiety i mężczyźni, lecz również "trzecia płeć". Genderyzm zadomowił się tu już na dobre.



W karcie drinki, piwo, wino, wódka. Na scenie nikt dziś nie gra; z głośników nasze uszy atakuje mechaniczne techno. Pod sufitem kręcą się lustrzane kule disco. Czujemy się trochę jak w knajpie z lat osiemdziesiątych, a trochę jak w scenografii rodem z filmów Xaviera Dolana. Może zaraz wejdzie tu Beata Kozidrak, może zjawią się Marie i Francis. Tymczasem obok nas przy stoliku z lewej obściskują się dwaj młodzi chłopcy, a pod stolikiem z prawej ziewa znudzony pies.



Trzeba przespać się trochę przed kolejnym dniem atrakcji z dzieciakami, jadę pełnym przemieszczających się między imprezami ludzi metrem do Hotelu Beethoven przy Hasenheide. Udało mi się tam zdobyć pokój w okazyjnej cenie. W nocy przed drzwiami żegna mnie obraz wynaturzonego kleryka, rano wita pyszne śniadanie i neony kasyn po drugiej stronie ulicy.



Biegnę do metra - zaraz rozpoczyna się bowiem kolejny dzień atrakcji. Mijam fragment muru berlińskiego, coraz większą rzadkość niestety. Ponoć likwidacją zagrożona jest nawet East Side Gallery, w której obejrzeć można 1,3 kilometra pozostałości Berliner Mauer ozdobionych kolorowym graffiti. Wśród płyt jest też ta z wielokrotnie reprodukowanym obrazkiem przedstawiającym Breżniewa całującego w usta Honeckera. 



Docieram do stacji Kottbuser Tor i z niedowierzaniem patrzę na okolice Südblocku, wczoraj tak tłumną, roztańczoną i pełną energii. Jest 9 rano i... całkowita pustka. Tylko jeden bezdomny prosi mnie przechodząc o 2 euro. Oznaki życia dostrzegam dopiero na budce telefonicznej - tak, to są z pewnością pozostałości wczorajszej imprezy...



Dzisiejsze zwiedzanie zaczynamy od niekwestionowanego highlightu dla dzieci i dorosłych, czyli od szklanej kopuły Reichstagu. Kilka dni wcześniej wypełniłam formularz na https://visite.bundestag.de/BAPWeb/pages/createBookingRequest.jsf i dostałam potwierdzenie zgody na wejście w niedzielę o 10.30. Jego wydruk dzierżę w dłoni, strażnik legitymuje nas, sprawdza zgodność podanych danych i kieruje do kontroli bezpieczeństwa. Dzieci słusznie konstatują, że jest ona dokładnie taka sama jak na lotnisku.



Idziemy do neorenesansowego budynku z końca XIX wieku, wchodzimy pod schodach, mijamy szklane drzwi, bierzemy materiały informacyjne i wraz z większą grupą wjeżdżamy windą na otwarty taras u stóp kopuły. Po drodze z lady bierzemy mikroporty z audioguide'ami. Dla dzieci jest specjalna wersja przybliżająca meandry niemieckiej demokracji z wykorzystaniem głosów postaci z serii "Bernd das Brot". Do naszych maluchów przy dźwiękach muzyki przemawia sam Bernd - przypominający nieco Sponge Boba bochenek białego chleba z buzią i kończynami, zgryźliwy dziwak, którego ulubionym zajęciem jest uczenie się na pamięć wzoru tapety na ścianach. Dziś Chlebuś ma na szczęście lepszy nastrój niż zwykle i z entuzjazmem mówi do maluchów przez słuchawkę.



Wchodzimy z tarasu do mierzącej 38 metrów w poziomie i 23,5 metra w pionie kopuły. Dzieci się śmieją i biegną po dwustutrzydziestometrowym ślimaczym chodniku w górę. My mamy w słuchawkach mniej rozrywkową wersję tekstu, ale dowiadujemy się za to wielu ciekawostek historycznych i technicznych, a także tego, co w danym momencie widać za szybą (mikroporty aktywują się automatycznie w odpowiednich punktach zwiedzania). 



Z prawej zabytki Berlina, z lewej lustrzana kolumna, u góry niebo, u dołu sala plenarna z niebieskimi krzesłami. Dochodzimy na samą górę ważącej ponad 800 ton kopuły - aż do otwartego kolistego dachu oraz znajdującego się pod nim metalowego kotła, z którego odzyskiwana jest woda z wpadającego doń deszczu. Ze słuchawek bombardują nas informacje o nowoczesnym koncepcie energetycznym budynku. Na przykład o tym, że 82% zapotrzebowania na prąd pokrywane jest dzięki ogniwom słonecznym na dachu i dwóm elektrowniom wykorzystującym biosurowce. Albo o tym, że doo ogrzewania i chłodzenia Reichstagu wykorzystywana jest energia geotermalna.



Po wizycie w parlamencie, po której dzieci postanowiły napisać list do Angeli Merkel i spytać ją, czy ma psa lub kota, kolejny highlight: przejazd setką, double deckiem, na którego trasie leży między innymi Brama Brandenburska, pałac Bellevue - siedziba prezydenta Niemiec, Dom Kultur Świata, ZOO mogące się pochwalić największym bogactwem zwierząt w Europie i upamiętniająca zwycięstwa wojsk pruskich z końca XIX wieku kolumna zwycięstwa zwana Złotą Elzą. Zwykle w czasie jazdy można też podziwiać w Tierparku, berlińskich płucach miasta stworzonych na bazie dawnych terenów łowieckich, "łąkę golasów", na której miłośnicy FKK w stroju Adama ćwiczą jogę lub pilates. No ale w zimie trawnik zamiast błyskać golizną świeci jedynie pustkami.



Do setki wsiadamy na przystanku początkowym przy Bahnhof ZOO (posilając się przedtem tanią chińszczyzną w jednym z dworcowych barków), by zająć najlepsze widokowo miejsca: z samego przodu u góry. Miłe jest to, że nie trzeba kupować dodatkowego biletu - wystarcza ten na komunikację miejską. 



Po trwającej pół godziny przejażdżce przesiadamy się do S-Bahn, szybkiej kolejki miejskiej, i jedziemy do stacji Priesterweg. Tam na dzieci czeka kolejna atrakcja i trzeci już w ten weekend bajkowy bohater - Peterchen, czyli Piotruś lecący na Księżyc. Jego przygody obejrzymy w otwartym w roku 1987 Zeiss-Großplanetarium - jednym z najnowocześniejszych i największych tego typu obiektów w Europie. 



Wstęp na seans "Peterchens Mondfahrt" kosztuje 6,70 euro. Miejsca w przykrytej symbolizującą nieboskłon kopułą sali są nienumerowane, więc po otwarciu drzwi dziki tłum dorosłych i dzieci wbiega do sali rzucając kurtki na najatrakcyjniejsze fotele. Światło gaśnie, odchylamy oparcia do tyłu i patrzymy w górę. Nad nami pojawiają się ogromne postacie wróżek, potworów i innych bajkowych stworów - momentami tak przerażające, że dzieci piszczą i popłakują. Nawet główny bohater historii, Piotruś, wygląda delikatnie mówiąc upiornie. Głos czyta opowiadanie, którego streścić nie jestem w stanie, gdyż przymknęłam na chwilę oczy, a gdy je otworzyłam, to było już po bajce.



Po seansie rozochoconym dzieciakom i znudzonym dorosłym zafundowano jeszcze dwie atrakcje. Najpierw kopuła przycieniła się i pojawiły się na nich gwiazdy, a potem rysunki konstelacji. Moderator pokazał, gdzie jest gwiazda północna, a gdzie poszczególne znaki zodiaku. Następnie zaś kazano nam zapiąć wirtualne pasy i puszczono nas w szaloną przejażdżkę rollercoasterem. raz widzieliśmy budynki normalnie, raz odwrócona; zdawało się, że naprawdę mkniemy rozpędzonym wagonikiem przez nocne miasto pokonując z szaloną prędkością kolejne wiraże. To na dobre rozbudziło wszystkich dorosłych, którzy przysnęli w czasie bajki.

Po wyjściu z sali obejrzeliśmy kilka eksponatów wystawionych w holu. Szczególnie zabawne były wagi, na których można było sprawdzić, ile ważyłoby się na gwieździe neutronowej, Słońcu czy Plutonie. 



Niedziela wieczór, berliński weekend z dzieciakami nieubłaganie dobiega końca. Zaraz z Ostbahnhof odjeżdża pociąg do Warszawy Wschodniej. Na pożegnanie macha mi miś - symbol Berlina. Tak kolorowy jak atrakcje tego miasta.



P. S. Jakość zdjęć w tym artykule jest wypadkową dynamiki wyjazdu, ruchliwości trzymanych za ręce dzieci i ciężkich przejść aparatu :-)



ZAPRASZAM TEŻ NA PRZEJAŻDŻKĘ AUTOBUSEM NR 100 PO BERLINIE



I NA SPACER WEWNĄTRZ SZKLANEJ KOPUŁY REICHSTAGU




1.06.2014

/ŚWIAT/ Filmowe przygotowania do podróży


Przygotowując się do wyjazdów czytam oczywiście książki, przewodniki i artykułu o danym kraju czy mieście. Ale aby nastroić się na wyjazd duchowo i mentalnie, najchętniej oglądam filmy kręcone tam, gdzie jadę. Nawet niekoniecznie po to, by poznać historię czy zawiłości polityczne regionu, bardziej, by posłuchać dźwięku ulic, zobaczyć, jak wygląda ruch na drogach, jak ubierają się ludzie, a nawet jak pada światło – co jest bezcenne na przykład przy planowaniu, kiedy na jaki plener fotograficzny się wybiorę. 

 
Co ciekawe, w filmach czasem jakaś lokalizacja gra zupełnie inną. Najczęstsze jest to oczywiście w scenach rozgrywających się na innych planetach – na przykład tunezyjskie pustynie to Tatooine w „Gwiezdnych Wojnach”, a Nowa Zelandia posłużyła za scenerię „Hobbita” – ale czasem podmianki zastosowano także w przypadku miejsc realnych: Helsinki zagrały Moskwę w „Parku Gorky’ego”, Praga – Wiedeń w „Amadeuszu”, a hiszpański Kadyks – kubańską Hawanę w „Śmierć nadejdzie jutro”. Dlatego w Wikipedii warto dokładnie sprawdzić, co gdzie nakręcono wpisując w wyszukiwarkę „List of films set in…” – i przed wyjazdem właściwym zafundować sobie wycieczkę wirtualną.


Oto kilka filmów, które ostatnio najlepiej pomogły mi poczuć nastrój miejsc bliskich i odległych:


TAJLANDIA
„Niebiańska plaża” ("The Beach", 2000) – jazda bez trzymanki z Leonardo di Caprio przez meandry Tajlandii i ludzkich emocji; w filmie uderza obraz Bangkoku jako miasta hałaśliwego, zatłoczonego i niebezpiecznego skontrastowany z rajskością wysp – nic dziwnego, że dziś na plażę, na której kręcono rajskie sceny, przyjeżdżają nieprzebrane tłumy turystów
„Kac Vegas w Bangkoku” ("The Hangover - Part II", 2011) – niewiarygodne przygody bohaterów szukających śladów nocnych zajść, których nie pamiętają, rozgrywające się we wnętrzach i na ulicach Bangkoku (tych drugich mogłoby być w filmie więcej); dla widza to szansa, by zobaczyć Soy Cowboy i inne czerwone zakątki od wewnątrz i by na własne oczy odkryć tajemnice tajskich Ladyboys; w pamięć na dłużej zapadła mi zabawna scena z małpką pomagającą dealerom
„Ostatnie zlecenie" ("Bangkok Dangerous", 2008) - historia gangsterska ze szczyptą refleksji i romantycznym wątkiem miłosnym; świetne ujęcia nocnego Bangkoku, tętniących życiem ulic - w tym Khao San Road - i innych zakątków miasta: i tych pięknych, i tych mrocznych; rozbawiła mnie scena, w której Nicolas Cage, w tym filmie płatny morderca, poci się od ostrych tajskich potraw i łagodzi wrażenie przegryzając danie liściem limonki


KAMBODŻA
„Pola śmierci" („Killing Fields”, 1984) – epicki klasyk pokazujący przełomowy moment w XX-wiecznej historii kraju; wspaniała gra aktorska i kilka niezapomnianych scen (na przykład ta z podrabianiem zdjęcia do paszportu); reżim Czerwonych Khmerów od kulis; wyjaśnienie zawiłości historii (np. czemu ludność Phnom Penh tak łatwo dała się wysiedlić, co oznacza „rok zero” itp.), których próżno szukać w książkach
„Same Same But Different” (2009) – historia miłosna (z niejednym zwrotem akcji i z dramatycznym wątkiem prostytucji i choroby) na tle Phnom Penh, Bangkoku i Hamburga; świetnie pokazane różnice obyczajowe; plot wiarygodny, bo oparty na faktach opisanych w niemieckiej prasie
„Miasto Duchów” ("City of Ghosts", 2008) – thriller w starym stylu: z wyrazistymi bohaterami, wielowątkowy, zaskakujący; w filmie pokazano fascynujący obraz Phnom Penh, zakulisowych walk politycznych i zabytków kraju; do tego wszystkiego spajająca wątki love story z miłością od pierwszego wejrzenia i Depardieu jako barman-choleryk; w tym filmie też jest zabawna scena z małpką, która kradnie okulary głównemu bohaterowi granemu przez Matta Dillona
„Spragnieni Miłości” ("In the Mood for Love", 2000) – choć większość akcji dzieje się w Chinach, to zapadająca w pamięć scena finałowa tego poetyckiego obrazu rozgrywa się w Angkor Wat: największy zabytek Kambodży pokazany został w niej tak, że od razu chciałoby się tam pojechać; a muzyka z filmu gra mi w głowie do dziś 


TUNEZJA
„Nowa Nadzieja” ("A New Hope", 1977) – Tunezja to must see dla każdego fana „Gwiezdnych Wojen”: dzięki zachowanym na pustyni dekoracjom filmowym sprzed trzydziestu lat w okolicach Matmaty można się poczuć dokładnie, jak na Tatooine; seans „Star Wars” po tym wyjeździe już nigdy nie będzie taki sam
„Angielski pacjent” ("The English Patient", 1996) – historia o miłości z wojną w tle sfilmowana na tunezyjskiej pustyni; ważną rolę odgrywa w niej słynna wydma o charakterystycznym kształcie pozwalająca odróżnić ten fragment Sahary od wielu innych 


KAIR
„W Kairze” ("Cairo Time", 2009) – trójkątna historia miłosna jakich wiele, ale obraz Kairu, jaki rzadko się zdarza – w czasie projekcji można rzeczywiście poczuć charakter tego miasta i zobaczyć rytm jego życia; Nil o zachodzie słońca, sklepiki, bazary – na seansie można się poczuć, jakby było się w egipskiej metropolii – i to bez efektów ubocznych w postaci charakterystycznych dla tego miasta zapachów
„Czasem słońce, czasem deszcz” ("Kabhi Khushi Kabhie Gham", 2001) – z tej jednej z najdroższych bollywoodzkich produkcji najbardziej w pamięci zapadła mi scena tańca bohaterów na tle piramid w Gizie; dzięki wysokiemu budżetowi pokazane w hinduskim obrazie zabytki są prawdziwe, a nie kartonowe 


BERLIN
„Biegnij, Lola, biegnij” ("Run Lola Run", 1998) – w Berlinie nakręcono setki filmów, ale autorzy tego niemieckiego obrazu postanowili, że pokażą mniej znane zaułki miasta, czyli – jak podkreślił producent – „coś więcej niż Kościół Pamięci i Dworzec ZOO”; warto przebiec się z Lolą po ulicach stolicy Niemiec i uśmiechnąć się na widok nieistniejących już marek niemieckich i budki telefonicznej odgrywającej ważną rolę w intrydze, bo film ten jak mało który pokazuje prawdziwe oblicze tego miasta – takie, jakie widzimy, gdy zejdziemy z głównych arterii
„Miłość z przedszkola" ("Keinohrhase”, 2007) – niemiecka komedia romantyczna z etatowym szorstkim amantem Tilem Schweigerem - wbrew dziwnemu tłumaczeniu tytułu (nawiązującemu do miejsca pracy głównej bohaterki) jak najbardziej dla dorosłych i bez zbędnego infantylizmu; ten film to typowy przedstawiciel gatunku wywołujący uśmiech i gwarantujący sympatyczny happy end mimo drobnych komplikacji – a to wszystko na tle ładnie pokazanego Berlina - mieszkań, kafejek, klubów i ulic 


PARYŻ
„Moulin Rouge” (2001) i „O północy w Paryżu” ("Midnight in Paris", 2011) – choć filmy te pokazują miasto, jakiego już nie ma, to doskonale pozwalają nastroić się na jego niezwykły flair oraz na wizyty w kafejkach i kabaretach
„Amelia” ("Le fabuleux destin d'Amélie Poulain", 2001) – tak bajkowa, jak niektóre zakątki Paryża; ten film powoduje, że chodzi się po wąskich uliczkach i patrzy, czy zza któregoś rogu nie wygląda skrzat
„Godziny szczytu 3" ("Rush Hour 3”, 2007) – trochę w LA, trochę w Paryżu i z mnóstwem zwrotów akcji; Polański w roli policjanta – bezcenne


MAROKO
„Magnificent” (2009) – to film bardzo krótki, bo będący videoclipem do jednego z utworów U2; choć tekst jest o miłości, to głównym wizualnym bohaterem tej historii jest starówka w Fezie – z początku ukryta, w potem dokładnie taka, jaka jest w rzeczywistości – czyli „magnificent”
„Pod osłoną nieba” ("The Sheltering Sky", 1990) – film z kolei bardzo długi, z epickim oddechem i malarskimi scenami;  film o tym, czym jest bycie turystą, a czym – prawdziwym podróżnikiem; dzieło momentami prawie nieme, ale za to słowa, które padają w jego finale, zostają w pamięci na zawsze: „Nie wiemy, kiedy nadejdzie śmierć. Traktujemy życie jak studnię bez dna, a przecież wszystko zdarza się tak rzadko. Ile razy przypomnimy sobie to popołudnie z dzieciństwa - tak ważne dla naszego późniejszego życia. Cztery, pięć razy, może nawet mniej. Ile pełni księżyca zobaczymy? Dwadzieścia? A wydaje nam się, że możemy z życia czerpać w nieskończoność...


W Rzymie, Paryżu, Berlinie, Wenecji nakręcono setki filmów – jest więc co oglądać przed kolejnymi podróżami. Inne miasta z różnych powodów, jak na przykład Hawana ze względu na żelazną granicę, nie doczekały się wielu obrazów na srebrny ekran. Ale tak czy owak filmy to niezastąpiony pierwszy krok w wędrówce – zwłaszcza do miejsc egzotycznych, które trudno sobie wyobrazić na podstawie suchych opisów z przewodników.

1.01.2014

/DOLNA BAWARIA/ Słomiane stiuki i rzymskie fałszywki


Barokowe kościoły, średniowieczne zamki, renesansowe krużganki, rzymskie znaleziska - Dolna Bawaria to region pełen skarbów architektury i materialnych świadectw dawnych wieków. Jadąc zaznaczonymi na żółto na mapie wąskimi dróżkami wśród pól i lasów co i raz natrafia się na krągłe kopuły wystające ponad korony drzew czy omszałe mury ukryte za krzakami. Niczym na olejnym landszafcie na tle Alp rysują się żółte mury kapliczek i białe ściany kościółków. Nic tylko jeździć rzemiennym dyszlem i zwiedzać.


Zaczynamy od Burg Trausnitz wznoszącego się nad starówką malowniczego Landshut nad rzeką Isar. Wchodzimy za ceglane mury i trafiamy na... na dziedziniec Wawelu. Żółte renesansowe krużganki do złudzenia przypominają te krakowskie. Tylko turystów mniej. 


Czekając na zwiedzanie, które rozpoczyna się o 11.00 (bilet kosztuje 5,50 euro), podziwiamy ekspresyjną figurę świętego Floriana, który według legendy jednym wiadrem wody ocalił od pożaru całą wioskę, i czytamy prospekty o historii zamku. Ironia dziejów: historię budowli też naznaczył ogień. Burg zbudowano w XII wieku, ale to wiek dwudziesty okazał się dla niego najbardziej pechowy. W 1961 roku wybuchł tu pożar: sprzątaczka zostawiła włączoną grzałkę, od której zajęły się zabytkowe wnętrza. Obiekt odbudowano w latach siedemdziesiątych, ale nie wszystko udało się odtworzyć - na przykład z bogato zdobionych ścian we wnętrzach zostały jedynie fragmenty, resztę murów pobielono.

 
Rozpoczyna się zwiedzanie. Przez godzinę chodzimy po niezwykłych wnętrzach. Fotografować nie wolno, ale w drodze wyjątku przewodniczka pozwala mi utrwalić kaplicę św. Jerzego. Przy okazji mówi ciekawostkę, że jeszcze kilkanaście lat temu urządzano tu śluby i chrzczono dzieci - jako ostatnie jej młodszą siostrę. Moją uwagę przykuwa krzyż. Prócz Jezusa są na nim symbole Ewangelistów - na górze i na końcach krótszych ramion krzyża - oraz głowa Adama, która jako symbol grzechu umieszczona została pod stopami Jezusa. 


Burg skrywa wiele ciekawostek; niektóre z nich trudno byłoby wypatrzyć bez przewodnika - jak choćby sceny z Commedia dell'Arte w sieniach, terakotowe sufity z malarstwem iluzjonistycznym czy ukryte w rogu sali halabardy z XVIII wieku. Wspaniały piec z czarnej ceramiki ozdobiony został alegorycznymi przedstawieniami różnych zmysłów, inny, żeliwny, wyposażono w mechanizm umożliwiający ładowanie go od tyłu przez służbę bez wchodzenia do komnaty. Meble w zamku pochodzą z XVI wieku - wypożyczono je z Włoch, by nadać wnętrzom stylowy klimat. Szczególnie zafascynowała mnie duża szafa, złożona - jak się okazało - ze zdejmowanych skrzyń, które można było zabrać ze sobą w podróż. 

Idziemy dalej do komnat, które urządzał sam Ludwik II Bawarski - planował, że będzie zatrzymywał się w nich w czasie podróży po kraju, ale nigdy tego nie zrobił. Ściany pomieszczeń zdobią gobeliny z XVII wieku - oryginalne dzieła mistrzów flamandzkich przedstawiające sceny z życia Otto von Wittelsbacha.  

Zapowiedziany wcześniej przez przewodniczkę finał zwiedzania jest najbardziej spektakularny. Wchodzimy schodami kilka pięter do góry, by z tej perspektywy podziwiać lekko przymgloną panoramę Landshut. Zachęceni tym widokiem jedziemy na miejską starówkę i pijemy kawę w Cafe Belstner. Jej wiedeńsko-indyjski wystrój nie jest dla nas niczym obcym - w końcu w Polsce niejedna knajpa ma wystrój na przykład egipsko-góralski. 


Kolejny dzień, kolejne warte zobaczenia miejsce. Kościół pod wezwaniem Św. Michaela w Metten. Prócz historycznych budynków i wnętrz utrwalam grudniową anomalię - stokrotki na trawniku. Bryła kościoła jest gotycka i pochodzi w XV wieku, ale wnętrze zbarokizowano w wieku XVIII. Długą nawę główną skrócono wtedy wstawiając w nią ołtarz


Z kościoła przechodzimy do klasztoru, w którym z przewodniczą - egzaltowaną damą 70+ w długiej spódnicy i figlarnym kapeluszu - zwiedzamy zabytkową bibliotekę z XVII wieku (koszt biletu 3 euro). Tu także nie wolno fotografować, robię więc tylko jedno zdjęcie dla pamięci. Choć i bez zdjęcia na pewno zapamiętam to wnętrze, które wśród wszystkich zwiedzających wywołało westchnienie zachwytu. Imponujące zdobienia (w końcu święty Benedykt mówił, że biblioteka powinna być jak ogród) i tyle książek (jest ich w sumie około 10 000), że aż uginają się pod nimi zabytkowe półki, które na szczęście w porę uratowano przed kornikami!


Na suficie tuż przy wejściu po łacinie napisano coś, co niejako zaprzecza ważności zgromadzonych tu ksiąg: "Litera (czyli wiedza) zabija, ale wiara ożywia". A więc do każdej lektury, nawet najstarszej tutejszej książki, czyli wydania pism świętego Augustyna wydrukowanego około roku 1500, trzeba podchodzić z krytycyzmem i bardziej wierzyć Biblii niż pisarzom.

Szafy są z drewna (stąd problemy z kornikami), ale wyglądają jakby były z marmuru. Nad półkami widnieją symbole oznaczające tematykę woluminów - na przykład postać wskazująca palcem na nieboskłon oznacza astronomię. Spod kolumn przyglądają nam się rzeźby. Właśnie, przyglądają - a to dlatego, że domalowano im czarne źrenice, które dramatycznie kontrastują z bielą ich ciał. 

Sztukaterie na suficie są bardzo delikatne. Wykonano je ze słomy pokrytej kalkiem wymieszanym z wodą. Aż dziw, że przetrwały do dziś. Cały czas podnosimy głowy do góry, bo na sklepieniach dużo się tu dzieje. Są na nim na przykład portrety czterech reformatorów, w tym Lutra i Kalwina, oraz sceny przypominające współczesne komiksy: postaci z wypowiedziami zilustrowanymi w postaci dymków przy ich twarzach. 

Po zwiedzaniu w Cafe am Kloster jemy może nie najpyszniejsze, ale za to z pewnością największe ciastka świata...


Będąc w Dolnej Bawarii koniecznie należy pojechać do Passau, lokalnej metropolii, miasta trzech rzek. I na własne oczy zobaczyć miejsce, w którym Inn spotyka się z Dunajem i Ilz. Idziemy promenadą wzdłuż Inn, oglądamy historyczne budynki - w tym teatr miejski - i zdobiące mury filozoficzne graffiti ("Im więcej posiadasz, tym bardziej rzeczy posiadają ciebie"). 


Dochodzimy do cypla, mijając plac zabaw i kolumny z opisami planet układu słonecznego - i dalej idziemy już wzdłuż Dunaju. Przy nabrzeżu stoją statki wycieczkowe, w jednym towarzystwo zasiada do obiadu, dochodzi nas zapach chińskich potraw serwowanych przez ubranych na biało kelnerów. Skręcamy w kierunku Starówki. Mijamy budynki nadszarpnięte tegoroczną powodzią - otwarte garaże jeszcze się suszą, domy straszą zbutwiałymi okiennicami. Na jednym z murów oznaczono (na razie prowizorycznie) poziom wody z czerwca 2013 - wyższy niż kiedykolwiek dotąd.


Od świadectw tragedii uciekamy w kierunku katedry św. Stefana, imienniczki tej z Wiednia. Dobrze, że stoi wyżej - 13 metrów nad poziomem Dunaju - i woda nie zagroziła jej urodzie i stabilności. Jej białe wieże na tle niebieskiego grudniowego nieba aż lśnią, a barokowe wnętrze za każdym razem zachwyca jeszcze bardziej. Zwłaszcza przy dźwiękach organów, które w momencie powstania - czyli w latach dwudziestych XX wieku - były największe na świecie. W finale koncertu kręci się na nich złota gwiazdka - taka, jak w gdańskiej Oliwie. 


Pozostańmy przy skarbach baroku. Jedziemy do Bogen, by zobaczyć kościół klasztorny Oberalteich pod wezwaniem św. Piotra i Pawła. Stajemy na ogromnym, pustym dziś parkingu, i wchodzimy do bajkowego wnętrza z przełomu XVII i XVIII wieku - odbudowanego, jak to często w historii bywało, po ogromnym pożarze, który strawił wcześniejszy obiekt stojący w tym miejscu. 


Nad wnętrzem wiszą ozdoby przypominające hełmy dla kosmitów (z miejscem na czułki). Freski na ścianach przedstawiają mityczną historię powstania klasztoru w VIII wieku. Figlarne amorki trzymają się złotych konstrukcji wisząc prawie w powietrzu. Z tyłu, z kaplicy, spogląda na nas Maria okolona niebieskim stiukiem, który wygląda zupełnie jakby zrobiony był z miękko układającej się tkaniny. 


Z historii nowszej przenosimy się do tej całkiem dawnej, do nieistniejącego już imperium, które nigdy potem już nie kontratakowało. Do Cesarstwa Rzymskiego. W tym celu jedziemy do Straubing, do Gäubodenmuseum, w którym wśród wystaw stałych (dostępnych dla zwiedzających za 4 euro) znajduje się imponująca kolekcja artefaktów z wykopalisk prowadzonych w regionach wokół miasta.  

Zawsze, gdy oglądam oryginalne eksponaty z tamtych czasów, czy to biżuterię, czy maski, czy wazy, zachwyca mnie nie tylko precyzja ich wykonania, lecz i nowoczesność kształtów. Takie wazony czy bransolety tworzą dziś współcześni designerzy inspirujący się progresywnymi trendami. Są o wiele bliższe naszej estetyce niż na przykład suknie czy buty w XVIII i XIX, a nawet początków wieku. Cóż to musiało być za imperium, które już dwa tysiące lat temu zaszło tak daleko - technologicznie, mentalnie, estetycznie.


W pierwszej sali  z półmroku gablot wyłaniają się złote maski militarne - osłony na głowy wojowników (osobne na przód i tył czaszki) i na pyski koni. W podobnej konwencji wykonano też ochraniacze na golenie. 


Dalej pustymi oczodołami patrzą na nas zrekonstruowane maski rytualne. Znaleźliśmy się w sferze sacrum - w której nie mogło zabraknąć też wykonanych z niezwykła precyzją przenośnych figurek bóstw.


W salach poświęconych rzemiosłu oglądamy kielnie, groty strzał, ostrza siekier - w formie podobne do współczesnych, ale wykonane tak, że przetrwały dwadzieścia wieków. Biżuteria, garnki, buty - odtworzone na podstawie źródeł. 


Dalej monety rzymskie. A obok nich - fałszywki z tańszych kruszców. Jest ich cały stos - mimo surowych kar podrabianie srebrnych denarów było w tamtych czasach powszechnym procederem. 


Opieka medyczna w Cesarstwie Rzymskim także zaowocowała wieloma artefaktami, które odnaleźli archeolodzy. Cała duża gablota w muzeum poświęcona została narzędziom dentystycznym. A obok nich ciekawostka - gliniana tabliczka z zapisem zaleceń medycznych dla pacjenta.


Przenosimy się o 2000 lat do przodu. Choć czy na pewno do przodu? Patrzę na felgi samochodów na ulicy, na karoserie, których nikt nie wykopie w takim stanie jak osłony na golenie rzymskich wojowników. Wychodząc z Gäubodenmuseum zadaję sobie może mało oryginalne, ale w pełni zasadne pytanie: co zostanie po naszych czasach?



***

Zapraszam też na filmy: z koncertów bożonarodzeniowych 
i z Gäubodenmuseum w Straubing: