Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

7.29.2012

/WIEDEŃ/ Weekend w stolicy sznycla


Po weekendach w stolicy knedlików i w stolicy gulaszu przyszedł czas na trzecią metropolię dawnej CK Monarchii - na Wiedeń, ojczyznę torcika Sachera i stolicę sznycla, w której łatwiej dziś dostać kebaba i noodles niż schaboszczaka.

Wakacyjny weekend, słoneczko świeci, chmury suną powoli po błękitnym niebie. Lądujemy na Schwechat i z licznych opcji dojazdu do centrum Wiednia - pociągiem, airport busem, tramwajem S7, taksówką  - wybieramy tę najszybszą: CAT, czyli City Airport Train. Koszt biletu to 19 euro w dwie strony, ale jaka wygoda: kursująca co 30 minut kolejka dociera do Wien Mitte w 16 minut! Plus po drodze na monitorach można pooglądać infofilmiki - za oknem i tak prócz rafinerii nie ma nic ciekawego. Na stacji CAT w centrum Wiednia zwykle można skorzystać z zamykanych szafek bagażowych, niestety teraz z powodu przebudowy nie ma gdzie zostawić plecaka.


Generalnie Wiedeń rozkopany. Nie działa duża część trasy metra U1 - co ma swoje plusy: hotele w okolicach stacji tej linii kuszą superofertami cenowymi. Tam, gdzie dotychczas był dworzec południowy, powstaje teraz Zentral Bahnhof Wien. Jadąc tramwajem "O" do dzielnicy Favoriten, w której mieści się nasz hotel, z prawej strony mamy więc wiek XIX i XX - piękne secesyjne kamienice, z lewej zaś wiek XXI - las dźwigów budowlanych.


Ale póki co lądujemy w Wien Mitte. Pomysł, by do symbolu Wiednia - Stephansdomu, czyli Katedry Św. Stefana - dojechać metrem szybko upada, bo w gąszczu prowizorycznych przejść i poprzedzielanych dyktą korytarzy ciężko jest wypatrzyć stację kolejki podziemnej. Idziemy więc na azymut przez park miejski Stadtpark w kierunku widocznych z daleka wież kościelnych. Na ławkach starsi państwo wygrzewają się w słońcu, a backpackerzy odsypiają noc w klubie. Kwiaciarka szykuje nowe kompozycje z letnich roślin.


Przechodzimy przez ulicę i wchodzimy w jedną z uliczek prowadzących do katedry. Z planu wydawało się, że to jeszcze kawałek drogi, ale jakoś wyjątkowo szybko i nagle wyrasta przed nami obiekt, którego szukaliśmy: Domkirche St. Stephan zu Wien, w skrócie Stephansdom. Jak podają źródła, katedra zbudowana została w latach 1230/1240-1263 w stylu późnoromańskim, a następnie rozbudowywano ją od XIV do początku XVI w. nadając jej obecną gotycką formę.


Katedra należy do największych świątyń europejskich, jej całkowita długość wynosi 107, zaś szerokość 34 metry. Ślub brał w niej sam Mozart! Tablice kierują chętnych do wieży, którą można zdobyć pokonując ponad 300 metrów schodów... Upał straszny plus wspomnienie męki ze wspinaczki na wieżę katedry w Kolonii powstrzymują mnie przed tym szalonym krokiem. Wchodzę do wnętrza świątyni, podziwiam piękne sklepienie, w sklepiku kupuję medalik ze św. Stefanem i... ku mojemu zdziwieniu odkrywam windę, która za 4,50 euro zawiezie mnie na szczyt baszty północnej, w której mieści się słynny dzwon Pummerin wykonany na początku XVIII wieku z niemal trzystu stopionych armat! Dzwon jak dzwon, ale winda w zabytkowym kościele - to jest coś.



Z góry widok imponujący. U podnóża katedry tłoczą się dorożki konne. Ludzie przemykają niczym mrówki. Wspaniale ozdobiony dach kościoła lśni w słońcu. Ponoć do przykrycia wszystkich połaci dachów wykorzystano aż 230 000 glazurowanych dachówek! Jest tak przejrzyście, że widać nawet znajdujący się na drugim brzegu Dunaju Prater.  



Japońscy turyści - a są ich w Wiedniu setki chyba, jeśli nie tysiące - całą grupą wchodzą na tarasy widokowe, głośno rozmawiają, robią zdjęcia. Czar średniowiecznej zadumy pryska, pora wracać na ziemię - windziarz, miłośnik muzyki lat osiemdziesiątych - podśpiewuje do radyjka zwożąc nas w dół. 


Potrzeby ducha chwilowo zaspokojone, pora na potrzeby ciała. W pobliskiej budzie z kiełbaskami zjadamy Wienerwürstel, czyli parówki z ketchupem, musztardą i bułką za 3,20 euro i popijamy je piwem - 3,60 euro za pół litra.Wody można napić się za darmo z pobliskiej nowoczesnej wersji specjalnie oznaczonego hydranta. Z pewnością korzystają z niego miłośnicy Käsekrainera - bardzo słonej i ostrej kiełbasy z serem również serwowanej w pobliskim Würstlstandzie.


Spacer deptakiem Kärntner Straße do pobliskiego Hofburga - stojącego tu już od XIII wieku (a rozbudowywanego po wiek XX) pałacu władców Austrii, w którym co roku w Sylwestra odbywa się słynny bal. Potem mijamy pałac prezydencki podpisany w kilku językach na chodniku, po którym przechodzi właśnie piesek - nic sobie nie robiąc z powagi tego miejsca.



Metrem dojeżdżamy do stacji Karlsplatz znajdującej się nieopodal "Główki Kapusty" - budowli z charakterystyczną złotą kopułą będącej kluczowym osiągnięciem wiedeńskiej secesji oraz kolejnej wyjątkowej atrakcji miasta - Naschmarktu. Tak olbrzymiego targu vel bazaru vel rynku jeszcze nie widziałam! Setki stoisk, budek, straganów, knajpek, stolików... A na nich wszystko: oliwki nadziewane migdałami, kozi ser owinięty boczkiem i zanurzony w miodzie, 10 rodzajów szafranu i 100 gatunków innych przypraw, kraby, łososie, tuńczyki, mięsa wszystkich chyba pasażerów arki Noego. A pomiędzy tym kolorowe chusty, sukienki w kwiaty, sklepik z winami, skład porcelany, kawiarnia, barek, winiarnia... Miszmasz dóbr wszelkich spowity zapachem świeżych ziół. 

 

Akurat jest sobota, więc ciągnący się niemal bez końca Naschmarkt przedłużony jest o drugą olbrzymią część z pchlim targiem. Austriacy wyprzedający starocie z piwnic, Cyganie z błyszczącymi garnkami i tombakowymi zegarkami, bez koszul - bo upał straszny; Polacy próbujący przypomnieć sobie liczebniki po niemiecku, by coś utargować. Nastrój tego miejsca nie ustępuje nastrojowi arabskich bazarów. Stoliki, budki; czasem rzeczy piętrzą się po prostu na kupie na chodniku. Matka boska nadgryziona przez korniki stoi obok plastikowego Homera Simpsona. Ktoś targuje się o poczerniały order. Jakaś kobieta mierzy przykurzone buty, dwie Cyganki popychają się nawzajem. Ja próbuję uzyskać przyjazną cenę za czarne lakowe pudełeczko z zamknięciem w kształcie żółwia. I kupuję za 3 euro ceramiczny kufel do piwa.


Mała przekąska w pobliskiej syryjskiej knajpce. Do niej Apfelschorle zwana tu "Apfelsaft gespritzt" - mieszanka soku jabłkowego i wody gazowanej idealnie gasi pragnienie.

Czas zameldować się i chwilę odpocząć w hotelu. Jedziemy doń z centrum przez dzielnicę Favoriten. Mijamy dom pogrzebowy wystawiający w witrynie najnowsze modele trumien, sex shop, w którym kontrowersyjne rejony zaklejono manekinom taśmą, dalej kino erotyczne i klub dla swingersów, budy z kebabami, duże centrum handlowe. Hotel w secesyjnej kamienicy, bardzo ładny; słynie z pysznych śniadań.


Pół godziny relaksu i nie zrażeni wichurą, która porywa nawet jeden z parasoli przy knajpce, ruszamy do Therme Wien.Tramwajem 66 jedziemy tam dobre 30 minut; największe wiedeńskie termy znajdują się na dalekich obrzeżach miasta. Mijamy sypialniane osiedla, supernowoczesny kampus jednej z uczelni - FH Wien, kolejne blokowiska, lasek i lądujemy na pętli Oberlaa. W kompleksie sklepików przy pętli, mocno już podupadłym, zauważamy bar szybkiej obsługi o dźwięcznej nazwie Johnny's Imbis. Pobliska restauracja przy termach świeci pustkami, a tu trudno znaleźć stolik. Po zamówieniu kanapek i zupy gulaszowej już wiem dlaczego - za kilka euro można zjeść tu prawdziwe arcydzieła smaku. Pasta paprykowa na świeżutkim chlebie rozpływa się w ustach, a zupa wybucha w ustach bogactwem smaku - delikatnej wołowiny, kiełbasy, podsmażonej papryki, kartofelków o idealnym stopniu twardości.


Zaspokojona kulinarnie udaję się do term. Wewnątrz basen zwykły, z masażami, relaksacyjny z podgłówkami umożliwiającymi wygodny relaks i podświetlaną na kolorowo wodą (dzieciom poniżej 14 lat wstęp wzbroniony), dwie duże zjeżdżalnie, mniejsza zjeżdżalnia w formie kamienia... I cały obszar z saunami, których ze względu na upal nie daję rady przetestować. Na zewnątrz basen sportowy, solankowy, z masażami. Kawiarenka i restauracja, w której "płaci się" czipem - tym samym, który służy do zamykania szafki. Pływam trochę, relaksuję się w solance, jem pyszny banana split - i tak do 22.00. 


Wracamy znów 66-ką; w drodze powrotnej łapie nas deszcz, więc skrywamy się w Quicku na Quellenplatz. Zamawiam jedno duże piwo. Kelner przynosi je szybko. Niedługo potem zjawia się właściciel stawiając przede mną drugie pół litra złotego płynu i prosząc, bym spróbowała, czy nie smakuje lepiej. Próbuję - smakuje tak samo. Właściciel śmieje się i mówi, że chyba była jakaś awaria beczki z piwem. Życzy mi smacznego. Wypijam oba piwa, kelner dziwi się widząc dwa puste kufle, idzie na chwilę do właściciela i oznajmia, że z jakiegoś powodu zostałam przez niego zaproszona. Wychodząc dziękuję mu z uśmiechem za miły gest.



Ruszamy w obchód przeczesując dzielnicę Favoriten w poszukiwaniu słynnego Wiener Schnitzla. Kilometr pierwszy: noodle, pizza i kebab. Kilometr drugi: sushi, kebab i kebab - przy drugim dwóch Turków ogląda na monitorze olimpijskie zmagania pływaków dyskutując o ich osiągnięciach... po polsku. Kilometr trzeci: kebab, Mc Donalds X 2 i Burger King. Chyba czas się poddać i zjeść hamburgera, sznycel będzie jutro.



Mimo niesprzyjających prognoz kolejny dzień znów upalny i słoneczny. Idealny na przejażdżkę statkiem po pięknym modrym. Jedziemy więc bezpośrednio z hotelu tramwajem 68 na Schwedenplatz, skąd odpływają na rejs po Dunaju, kanałach i do Bratysławy stateczki firmy o mało oryginalnej nazwie Blue Danube. Mamy szczęście - o 11.00, czyli za 10 minut rozpoczyna się półtoragodzinna rundka po kanałach. Cena na bilecie 17,50 euro, ale płacimy 19,50 - wywieszka informuje, że ze względu na wzrost cen ropy pasażerowie muszą każdorazowo dopłacać po 2 euro za paliwo. 


Na trasie stateczku kilka zabytków - z ciekawszych: Urania (instytut edukacyjny i obserwatorium) i spalarnia śmieci projektu Hunderwassera. Ale głównie drzewa, krzaki i prawdziwa megagaleria street artu.


Graffiti artystyczne, okazjonalne, prowokacyjne... Choć głos z megafonu o tych właśnie zabytkach nas nie informuje przemilczając je po niemiecku, angielsku, włosku i hiszpańsku, to są one z pewnością najciekawszymi obiektami i prawdziwym kuriozum na tej trasie. Kelnerzy na statku pojawiają się często - o czym wiedziałam dzięki licznym uwagom na ten temat w Internecie. Ale dziś to dobrze, piwko pasuje do galerii graffiti przesuwającej się przed naszymi oczami.


Obiad w restauracji z widokiem  na Dunaj - niczym szklana narośl zbudowanej nad portem dla stateczków. Ceny mocno wygórowane, ale cuisine topowa: kotlecik cielęcy jak marzenie, a pod nim drugi, bliźniaczy. Do tego sałatka kartoflana. Poezja.


Niedzielne popołudnie to idealna pora, by zanurzyć się w kolorowy świat rozrywek. Metrem jedziemy do stacji Praterstern i lądujemy u wrót słynnego parku rozrywki. Klaun sprzedaje serca i jamniki z baloników, mijamy kasę kuszącą karnetami łączonymi na różne atrakcje i muzeum Madame Tussauds - na mający od 1766 roku status parku publicznego Prater można wejść bez żadnego biletu, płaci się tylko za poszczególne atrakcje. 



Największa i fizycznie i historycznie atrakcja to oczywiście koło diabelskie Riesenrad. Ma ponad 64 metry wysokości - aż trudno uwierzyć, że zbudowano je jeszcze w XIX wieku! Byłam na kołach większych i nowocześniejszych - w Dubaju, Londynie, Singapurze - ale tylko to ma tak niezwykły charm: drewniane wagoniki i chyboczące szybki w oknach. Nastrój trochę jak na wieży Eiffla, z przyjemnością odrywam wzrok od miasta widocznego niby makieta po sam horyzont, by podziwiać metalową konstrukcję spojoną solidnymi nitami.


Szybkich karuzeli bałam się zawsze - zwłaszcza, że widywałam już sprzątane z nich kolorowe pawie z resztkami waty cukrowej i kawałkami M&M-sów. Ale dziś taki piękny dzień, a fruwanie na stalowych łańcuchach kosztuje jedynie 3 euro... Przełamuję się i decyduję na lot na karuzeli. Schodzę na miękkich nogach; na pewno nie spróbuję prawdziwie podniebnej wersji tej przyjemności.


Jeszcze  Burggarten - fotka z obleganym Mozartem i zupełnie nieobleganym Goethem. Neorenesansowy budynek opery - 25 maja 1869 roku wystawienie opery "Don Giovanni" rozpoczęło działalność tutejszej sceny operowej.



Nieopodal słynny Hotel Sacher. Tłum Japończyków, na wejście do wnętrz przypominających do złudzenia warszawskiego Wedla trzeba chwilkę poczekać. Ale warto to zrobić, by za 4,90 euro w pięknym otoczeniu skosztować najsłynniejszy chyba torcik świata serwowany przez kelnerkę w czarnym mundurku z białym fartuszkiem. Ten smak rozpływającej się na języku czekolady i dżemu morelowego pozostanie w mojej pamięci jako smak Wiednia.


Komfortowy przejazd CAT-em na lotnisko. Lot do Warszawy trwa niewiele ponad godzinę. Jakże bliskie te byłe Austrowęgry. I jakże dalekie. 





TRASY SPACERÓW





(Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, aby ją powiększyć)



ZAPRASZAM TEŻ NA MOJE FILMY O ATRAKCJACH WIEDNIA: http://www.youtube.com/playlist?list=PL49D4D93EDD952BCE&feature=plcp



7.22.2012

/WASSERKUPPE/ Szybowcem nad górami


Wasserkuppe - wzniesienie o wysokości 950,2 m n.p.m. - jest najwyższym punktem masywu Rhön znajdującego się w niemieckiej Hesji. To właśnie tu narodziło się szybownictwo.

Jak podają źródła, już w roku 1910 studenci z Darmstadt zrzeszeni w Akademische Fliegergruppe podejmowali tu pierwsze próby lotów. Szybowcom - dziś wznoszonym w niebo przez samoloty - nadawali oni pęd stosując gumowe liny. W roku 1922 Arthurowi Martensowi udało się utrzymać w powietrzu przez cała godzinę.  

W XX wieku miejsce to pełniło różne funkcje - również militarne. Dziś  przyciąga setki turystów, którzy mogą tu nie tylko wykupić lot szybowcem czy awionetką, lecz również zdobyć licencję szybowcową.

My do Wasserkuppe przyjeżdżamy w niedzielę. Parkingów dużo, ale wszystkie pełne - na stronie internetowej http://www.fliegerschule-wasserkuppe.de/ było ostrzeżenie, że w weekend na lot trzeba poczekać nieco dłużej, ale postanawiamy zaryzykować.

Pogoda wymarzona do lotów - błękitne niebo, cumulusy, słońce i... wiatr. Jak okaże się potem - nawet nieco za silny.


Idziemy w kierunku pasa startowego. Na trawie wokół niego kilkanaście szybowców, kilka samolotów, tłum widzów. Zapisujemy się na lot - 20 minut w powietrzu kosztuje 50 euro. Większość ludzi przychodzi tu jednak popatrzeć, a nie polatać, więc w niecałe 30 minut siedzimy w szybowcach gotowi do startu.


Ale zanim wystartujemy wszystko trzeba przygotować. Ważące około 250 kg maszyny żwawe pilotki (bo są to tu głównie młode dziewczyny) ciągną na pas startowy. Sprawnie przytwierdzają linkę holowniczą do dziobu szybowca. 


W tym czasie ktoś z obsługi pomaga mi włożyć spadochron. "Będziemy dziś latać, a nie skakać, ten spadochron to nasz plan B" żartuje Kerstin robiąc mi przy okazji dziesięciosekundowe szkolenie z obsługi spadochronu. Brzmi ono: "Jakby co, to ciągniesz za czerwony uchwyt".

Do szybowca trudno jest wejść samemu. Dwie minikabinki, ta z przodu dla pilotki, ta z tyłu dla mnie. Siedzę wygodnie, jest dużo miejsca na nogi, między udami mam dźwignię, której nie wolno mi dotykać. Gdybym miała poczucie, że powinnam się czegoś trzymać, to najlepiej chwycić się pasów - tłumaczy mi ktoś z obsługi. Pilotka instruuje też, gdzie jest papierowa torba - na wypadek, gdyby zrobiło mi się niedobrze.


Siedzę przypięta mocno pasami. Choć da się je odpiąć jednym ruchem, to i tak nie wiem, jak można byłoby wydobyć się z ciasnej kabinki i uruchomić spadochron. Ale nie martwię się tym specjalnie - w końcu spadochron to jedynie plan B.

Jeszcze chwila na zamknięcie plastikowej osłonki nad kabiną i zaraz startujemy. Przede mną zegary i jakieś nadajniki. Widzę prędkościomierz, wysokościomierz i wariometr mierzący prędkość wznoszenia się i opadania szybowca. Oraz radio, z którego przez cały lot słychać będzie informacje o pogodzie, prądach wznoszących i sytuacji na lądowisku.


Próbuję sobie przypomnieć z lekcji fizyki, jak takie coś jak szybowiec może w ogóle latać... "Gdy szybowiec przemieszcza się do przodu, powietrze opływa jego skrzydła o specjalnie ukształtowanym profilu. Poruszając się wzdłuż wypukłej górnej powierzchni płata ma do pokonania nieco dłuższą drogę niż powietrze przemieszczające się wzdłuż bardziej płaskiej dolnej powierzchni – musi więc poruszać się szybciej. Zgodnie z prawem Bernoulliego powoduje to, że ciśnienie powietrza nad skrzydłem jest niższe, niż pod nim. Różnica ciśnień powoduje powstanie skierowanej ku górze siły aerodynamicznej, równoważącej ciężar szybowca" - doczytam potem w sieci (http://www.plar.pl/szyb/instrukcje/skrypt.pdf). Póki co pamiętam tylko, że jak obiekt porusza się wystarczająco szybko, to powietrze jest dla niego niczym ciało stałe stawiające opór. To chyba mało fachowe wytłumaczenie, ale najbardziej trafia mi do wyobraźni.

Międzynarodowy rekord wysokości lotu szybowca to 14 938 m. My będziemy lecieć "zaledwie" na ok. 1200 metrach. Samolot przed nami daje full do przodu, a my w niemal niezauważalny sposób odrywamy się od ziemi. Lecimy... Póki co na smyczy. Na początku czuć lekkie rzucanie, szybowiec czasem dość gwałtownie opada, pilotka krzyczy do mnie - zagłuszając hałas spowodowany lotem i komunikaty z radia - że jak tylko się odczepimy, to będzie spokojniej. Wierzę jej na słowo.


Spodziewałam się jakiegoś szarpnięcia, ale odczepienie liny jest równie mało zauważalne, co oderwanie się szybowca od ziemi. Więc teraz już naprawdę jesteśmy zdane jedynie na prądy wznoszące i umiejętności pilotki. Ale nie o tym myśli się w czasie lotu. Serce wypełnia euforia, że tak fajnie szybować pod chmurami. Pod nami piękne widoki: góry, lasy, łąki i grupa lotniarzy, która pewnie waha się, czy wiatr dzisiaj nie za silny. Bo jest silniejszy niż się wydawało: na prędkościomierzu miało być maksymalnie 90 km/h, a jest ponad 110.


Gdy lecimy prosto, to prędkości tej w ogóle nie czuć. Ziemia pod nami jest niemal nieruchoma. Znacznie ciekawiej robi się, gdy kręcimy się w kółko albo skręcamy - tak, że skrzydło układa się prawie prostopadle do horyzontu. Wspaniałe uczucie, szkoda że sama nie mogę pobawić się drążkiem.


Nie wiem, ile trwał lot. To znaczy wiem, ale jakoś czas inaczej płynął tam w górze. Podobnie było, gdy leciałam na paralotni w Austrii i na motolotni w Tunezji - gdyby nie cena tych przyjemności (110 euro za 45 minut na paralotni), to od razu po wylądowaniu wykupiłabym kolejny lot. 


W lewo, w prawo, kręcimy się. Jesteśmy coraz niżej. Betonowy pas startowy mamy już w zasięgu wzroku. Ale tam czeka już kolejka chętnych do startu, więc nie tam będziemy lądować, lecz na pobliskiej murawie. Słyszałam sporo o tym, jak nieprzyjemny bywa ten moment, ale dla mnie lądowanie okazuje się jedną z głównych atrakcji lotu. Przyrządy piszczą głośno, my zbliżamy się do ziemi. Bum, hop, hop, bum i jeszcze raz bum, szybowiec skacze po trawie, wszystko się trzęsie, a ja się śmieję, bo to zabawne uczucie - jakby ktoś samochodem ciągnął mnie na sankach po wertepach.


To już koniec. Kolejny punkt z listy marzeń stał się wspomnieniem. Przede mną jeszcze balon i sterowiec!



ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM Z LOTU SZYBOWCEM: http://www.youtube.com/watch?v=SL3biDuMjb0&feature=plcp




7.21.2012

/WÖRLITZ/ Dzień w saksońskich Łazienkach


W Wörlitz - dzielnicy miasta Oranienbaum-Wörlitz w kraju związkowym Saksonia-Anhalt w powiecie Wittenberga znajduje się piękny klasycystyczny park. Od 2000 roku wpisany jest on na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.

Pierwsze wrażenie? Łazienki! No, może trochę większe Łazienki. I bez wiewiórek, ale za to z licznymi kaczkami i łabędziami.


Już przy parkingu wita nas romantyczny kamienny mostek Friederikenbrücke - nic, tylko się fotografować na jego tle. Z prawej miasteczko z licznymi restauracjami, sklepikami i kawiarniami, a z prawej - park. 


Park stworzono w XVIII wieku na starorzeczu Łaby jako jeden z pierwszych ogrodów angielskich mających prezentować piękno natury w sposób bliski człowiekowi. Do jego powstania zainspirowały twórców antyczne wykopaliska - między innymi to w Pompejach. Tę nutę klasycyzmu widać wyraźnie z pałacyku przypominającym nieco ten w nieborowskiej Arkadii.

Fundatorem parku był książę Leopold III. Jak donoszą źródła historyczne, ogród od momentu powstania miał być dostępny dla wszystkich i przekazywać idee wolności osobistej i bliskości sztuki i natury. Do dziś idee te są tu żywe - za 45 minut przejażdżką gondolą płaci się jedynie 7 euro, a prom przewozi chętnych na drugą stronę jeziorka Wörlitzer See za 50 centów.

Idziemy dróżką wzdłuż jeziora. Mijamy zbudowany w latach 1769-1773 pałac - tutejszą główną atrakcję. Stworzył go architekt Wilhelm von Erdmannsdorff w stylu antycznym inspirowanym Witruwiuszem. To jeden z najwcześniejszych przykładów architektury klasycystycznej w Europie. Jego jasnożółte ściany pięknie odcinają się od błękitnego nieba. 


Idziemy dalej. Z jednej strony jezioro, po którym pływają w łódkach turyści, z drugiej - łany zboża


Z daleka dostrzegamy Insel Stein zainspirowaną widokami z Neapolu i Sycylii. W zbudowanej na wysepce miniaturowej kopii Wezuwiusza znajduje się mały amfiteatr. Woda chlupie, kaczki nurkują, a turyści zachwycają się widokiem ze szczytu Miniwezuwiusza.


Czymże byłby piękny dzień bez dobrego jedzenia?... W miasteczku tyle restauracji, że ciężko wybrać najładniejszą. Akurat sezon kurek - decyduję się więc na wołowinę z grzybami. Do tego tutejsze piwo pszeniczne. A na deser lody. A beautiful day lub raczej - ein herrlicher Tag!

/POLSKA/ Przygoda z A2



Moja pierwsza przygoda z polską autostradą zaczyna się w sobotę rano - punkt 6 wyruszamy z Kabat w stronę osławionej A2, by dojechać nią aż do Świecka - bramy w szeroki świat. Jeszcze 20 lat temu nawet nie marzyłam, że przejadę się polskim metrem albo autostradą - a teraz są: eleganckie, nowoczesne i pachnące świeżością.

Niemieckie autostrady - wyposażone nawet w specjalne wiadukty chroniące żaby od przejechania a kierowców od poślizgu - znane są na całym świecie. Wspaniałą wielopasmówką jeździłam też po Emiratach Arabskich i Szanghaju. W Skandynawii podziwiałam kolor asfaltu, ale ograniczenia prędkości nie pozwalały się cieszyć pustymi i szerokimi drogami. Tym bardziej ciekawa jestem polskiej wersji drogi nie bardzo ale dość szybkiego ruchu.


Wjazd przed węzłem w Konotopie. Trochę błądzenia koło Piastowa - GPS mimo update'u oprogramowania nie poradził sobie z problemem. Za to pan Wiesiek na stacji benzynowej pod Piastowem udzielił stosownych instrukcji - widać, że niejednego kierował już stamtąd na osławioną acz nie najlepiej oznakowaną (jeszcze) A2. Z wiaduktu w Morach  wjeżdżamy na autostradę.


Wjeżdżamy na piękne szerokie pasy. Węzeł Konotopa (kto słyszał o tej miejscowości zanim nie stała się wrotami do A2?), potem Pruszków. Jest super, ruch mały i póki co nikt nie każe za nic płacić. Po 10 km zapowiedź przyszłego bólu portfela - powstają tam bramki z biletami. Mijamy węzeł Grodzisk Mazowiecki, do Świecka jeszcze całe 450 km.


Ruch zaskakująco mały - mimo że to wakacyjna sobota. Kilka aut wiezie rowery przymocowane z tyłu na specjalnych uchwytach, ciężarówek brak - zdecydowanie więcej widać ich na parkingach po bokach drogi. Po dwa pasy w każdą stronę przedzielone pasem zieleni. Można pruć, choć ograniczenie do 140.


Dojeżdżamy do 53 kilometra od wjazdu, węzeł Skierniewice. Po drodze było kilka ograniczeń i dobrze oznakowanych miejsc, na których prowadzone są roboty drogowe. Od około 100 kilometra trasy pojawiają się dłuższe ograniczenia do 70 km/h.

I są! Na 99 kilometrze trasy, koło Strykowa (miejscowości rozsławionej również przez autostradę) haltują nas pierwsze bramki. Z automatu pobieramy bilet z paskiem magnetycznym uprawniający nas do jazdy na trasie Stryków - Konin. 


Na 126 kilometrze trasy mijamy dwa duże bliźniacze Orleny ustawione równolegle po dwóch stronach A2. Na 166 kolejna atrakcja - przejeżdżamy utrwaloną w naszym hymnie narodowym rzekę Wartę. Kilkanaście kilometrów dalej - ładne kładki łączące las po obu stronach trasy.


Tuż za węzłem Konin kolejny postój. Na 195 kilometrze bramki - tym razem nie automatyczne. Panie kasują od nas 9,90 zł za wspomniany już odcinek wyszczególniony na bilecie.


System się zmienia - dotąd płaciliśmy z dołu, teraz z góry - w PPO Lądek (czyli Placu Poboru Opłat) kolejna miła pani pozbawia nas kwoty 14 zł. Mijamy węzeł Słupca, na tym odcinku jazdę spowalniają liczne przewężenia spowodowane robotami drogowymi. Nitka w kierunku Warszawy częściowo w budowie, ruch odbywa się więc po dwóch pasach drugiej nitki. 

Na 275 kilometrze, ok. 20 km przed Poznaniem - PPO Nagradowice. Opłata 14 złotych. Dobrze, że zabraliśmy dużo bilonu.


I znów jak w kalejdoskopie zmienia się system opłat - na 305 km w PPO Gołuski pobieramy bilecik z paskiem magnetycznym. Mijamy kolejne bliźniacze Orleny, węzeł Rzepin i - postój przy kolejnych bramkach. W PPO Tarnawa Rzepińska, na 434 km trasy, płacimy 31 złotych. Jeśli w ferworze pobierania bilecików i płacenia w czymś się pomyliłam - można doczytać na oficjalnej stronie http://www.aesa.pl/pl/regulamin-a2/.


Autostradą dojeżdżamy do Świecka - kończy się ona na 453 km trasy (za 0 przyjęliśmy punkt wjazdu przed węzłem Konotopa). W niecałe 3,5 godziny dotarliśmy do granicy!


Bilans? Przeciętna prędkość 113 km/h, zużycie 9,9 l/100 km. Koszt za przejazd - 69 złotych. Frajda jazdy po polskiej autostradzie - bezcenna!


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY ZAPIS JAZDY TRASĄ A2: