Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

1.16.2010

/TUNEZJA/ Powrót Jedi do One Dinar Landu

Dyskretny urok Tunezji dał o sobie znać. Zupełnie niezgodnie z naszymi charakterami zamiast pojechać w jakiś nowy zakątek świata, po krótkich wahaniach zdecydowaliśmy się na Return of the Jedi do królestwa Hannibala. Może to pod wpływem obejrzanych niedawno wszystkich części „Star Wars”, może pod wpływem pięknych wspomnień z zeszłego roku, a może po to, by znów zaznać przyjemności jazdy na wielbłądzie (siniaki na nogach) lub na quadach (opuchlizna na dłoniach). Nie wiem do końca. Ale w każdym razie znów wylądowaliśmy w przystrojonej świąteczno-noworocznie Tunezji!


One-dinar-land trochę nas zaskoczył. Okazało się, że w elegantszym hotelu płynnie przeistacza się on w ten-dinar-land, a że dinar to waluta, która się ceni – bardziej jak dolar niż jak złotówka – więc pieniążki rozchodziły się szybko. Ale dobre napiwki zostały docenione – na łóżku czekały na nas ręcznikowe wielbłądki i uformowany z mojej piżamki kwiat – coś jak chaber, czyli swojsko. No i zdarzył się nawet kosz z owocami – pysznymi, bo to sezon.

Hotel super. Morza i drinków szum, w lobby gości zabawiała duża papuga naśladująca ludzkie gwizdanie. Całkiem nieźle radziła sobie nawet z całkiem skomplikowanymi melodiami. Oślepiona fleszem doznawała olśnienia i milkła na dobrą godzinę dając gościom poprzysypiać przy drinkach. No i SPA hotelowe… 15 rodzajów masaży – w tym tajski serwowany przez młodego wygimnastykowanego Araba. No i hammam znacząco odmienny od zeszłorocznego – tym razem na suficie były sztuczne gwiazdki zamiast czarnej pleśni.


Plan był prosty. Relaksujemy się w hotelu popijając drinki z palemką. Po godzinie okazało się, że plan musi ulec modyfikacji, bo jednak nas nosi i pobytówka to zdecydowanie nie opcja dla nas. No więc wykupiliśmy wycieczki. Pierwszą na Saharę, drugą do Tunisu. Tunis przez ten rok ani nie wypiękniał, ani nie wybezpieczniał, ale po ulicach walało się nieco mniej śmieci. To zawsze coś.

Sahara. Zachwycająca jak zawsze. Tym razem o zachodzie słońca. Aparat zniósł dzielnie czwarty już kontakt z piacho-pyłem saharyjskim, choć do dziś obiektyw trochę chrzęści. Empetrójka tak się porysowała, że nie widać już w okienku, jaki utwór jest odtwarzany. Ale było warto. Choćby dla pełnej wrażeń przejażdżki szalonym Mustafą. Szalony Mustafa jako jedyny wielbłąd nie stał w parze. Pomyślałam, że może jest indywidualistą jak ja i dobrze się zrozumiemy. No i rzeczywiście zagwarantował mi niezwykłe przeżycia. Najpierw przy co drugim kroku kopał mnie nogą, potem trykał zaślinionym pyskiem i próbował zrzucić, a w końcu wytarzał się z moją torebką skutecznie zapiaszczając telefony i inne takie. No więc Arab zarządził przesiadkę. Dostałam sympatycznego wielbłąda-emeryta, ale Mustafa patrzył na mnie spode łba i jak tylko wzięłam do ręki colę, podbiegł i nakłonił mnie do podzielenia się z nim. Chyba był bardzo spragniony :-) A na koniec spotkała mnie niespodzianka od mojego wielbłąda-emeryta. Okazało się, że to prawda, że oddając mocz wielbłąd rozpyla go ogonem na WSZYSTKIE strony…
                                     

Niezapomnianym, choć kontrowersyjnym przeżyciem było też trzymanie na rękach małego liska fenka. Fenek zarabiał w ten sposób na swojego pana – był strasznie spocony i bardzo się bał.

Pobytówka to jednak – mimo wycieczek – co innego niż objazdówka. Inni ludzie, mniej wrażeń i przeżyć. Prawdą jest też, że obcy kraj widzi się oczami przewodnika. Zeszłym razem był to dość krytyczny wobec reżimu pan Jacek, teraz zakochani w Tunezji pani Halina i młody Tunezyjczyk świetnie mówiący po polsku. Dowiedzieliśmy się więc, że w Tunezji wszystko jest najlepsze, największe i najpiękniejsze w całej Afryce. Najlepsza edukacja, najwspanialsze zabytki, największe inwestycje (fakt, że na bagnie budują tam bazę 40 hoteli, a wokół Tunisu są „wyspy” całkowicie stworzone przez Szejków z Emiratów), najsprawniejsza opieka zdrowotna. No i Ben Ali za darmo sprowadza zwłoki tunezyjskich obywateli do kraju – niezależnie od tego, gdzie zmarli, jak podkreśliła nasza przewodniczka. A więc raj na ziemi.

Ciekawych rzeczy dowiedzieliśmy się też od rezydentki. Na przykład że zrezygnowała z prowizji za pośrednictwo w wynajmie samochodów i nie pomaga w tym turystom odkąd miała wśród swych gości dwa wypadki śmiertelne. I że Era goli za minutę rozmowy z Polską przez komórkę 9,90 PLN, a z miejskiego Taxi Phone’u (którego nazwa wbrew pozorom nie ma nic wspólnego z wzywaniem taksówki), czyli budki, można nagadać się do woli za 2 – 3 dinary. Wystarczy tylko znaleźć dziurkę na monety – trochę mi to zajęło, bo była na górze aparatu. No i że warto kupić szampon tfalowy, bo świetnie odżywia i wzmacnia włosy. Na cóż, teraz wiem, że powinnam była kupić go więcej niż dwie butelki.


Kontakty z Tunezyjczykami jak zwykle były inspirujące. Prócz „Cześć, jak się masz?”, którym witano nas poprzednim razem, teraz słyszeliśmy nawet „Cześć laska!” i „Chodź tu, Misiu”. Fonetycznie bez pudła – Tunezyjczycy naprawdę mają zdolności językowe.

No i skonstatowaliśmy, że w Tunezji występują dwa rodzaje sprzedawców. Obok tych, którzy z towarem dogonią cię nawet w autokarze, jest też gatunek sprzedawców w sklepach państwowych – typu Magasin General. Oni nie pojawią się przy kliencie nawet wtedy, gdy daktyle spadną mu na głowę lub gdy będzie godzinę szukał czegoś na półkach. A więc paradoksalnie jedyne miejsce, w którym człowiek może czuć się ze swoją kasą bezpiecznie, jest właśnie taki państwowy sklep. Tam nie trzeba jej wydawać. Wbrew pozorom nie jest się bezpiecznym finansowo np. na plaży – nawet tej hotelowej. W czasie pół godziny spędzonej na leżakach wytrwały komiwojażer oferował nam podwiędłego banana za dinara, ożywiony sprzedawca machał katalogiem z wycieczkami po 30 dinarów, a starsza kobieta prezentowała zdjęcia arcydzieł, które może namalować na skórze henną.


Jako kobieta tradycyjnie czułam się w Tunezji dowartościowana. Miło jest stale słyszeć „beautiful” i z uśmiechem odpowiadać, że tak, mam męża i nie, nie mam siostry. Generalnie kobiety – a zwłaszcza matki – cieszą się w Tunezji naprawdę dużym szacunkiem. Jechaliśmy kiedyś w dół wypełnioną całkowicie windą hotelową. Na 5 piętrze stała Arabka z dwójką maluchów. Maluchy się wcisnęły, Arabka ledwie, ale winda zapiszczała, że mamy w sumie już znacznie więcej niż 400 kg i z jazdy nic nie będzie. Więc wyszedł jeden z panów, którzy weszli wcześniej. Nadal za ciężko. Drugi i trzeci jegomość. Winda trochę zgłupiała, ale w końcu przestała piszczeć. No i w końcu na dół zjechaliśmy tylko my i Arabka z maluchami.

Wchodząc do Boeinga w Monastyrze ocierałam łzę. Pod pachą miałam pluszowego wielbłądka (nazwałam go oczywiście Mustafa) – kupionego za euro, bo wbrew naszym oczekiwaniom w strefie wolnocłowej dinarów nikt już nie chce. Najedzona (no bo gdzieś musieliśmy wydać resztę dinarów, a przyjmowali je tylko w barku) i z mocnym postanowieniem, że wrócę tu, by zobaczyć te 40 hoteli, które mają wyrosnąć na bagnie koło Tunisu.


Do zobaczenia, Tunezjo!

 


ZAPRASZAM TEŻ NA FILMY Z TUNEZJI:



1.13.2009

/TUNEZJA/ Śladami Hannibala i Lorda Vadera

Po Emiratach - kraju z pieniędzmi, choć bez historii przyszła kolej na kraj z historią, ale za to bez pieniędzy. Tunezja. Jedni przyjeżdżają tu wygrzać się na Djerbie, inni podziwiać trzecie co do wielkości na świecie Koloseum i Kartaginę, a niektórzy, by zobaczyć niszczejące fragmenty scenografii do „Gwiezdnych Wojen” zbudowane w latach 70-tych w Matmacie i na Saharze.

Tunezja zachwyca: bezkresnymi przestrzeniami i niepowtarzalnym kolorytem. Będąc tam człowiek ulega urokowi miejsca: barwy są soczyste, a krajobrazy metafizyczne. Nie oddadzą tego żadne zdjęcia: widoki pozbawione magii - odczuwalnej tylko tam - przedstawiają walające się po pustyni różnokolorowe torby plastikowe, śmieci nie uprzątane chyba od dziesięcioleci i… wszechobecną biedę. 
Tunezja nie ma swojego zapachu – w przeciwieństwie do drobiowo-słodkiej woni znanej nam z azjatyckich metropolii, tu czuliśmy jedynie wietrzny zapach pustki. Zapach wypełniony często niewidocznym, choć odczuwalnym dla trzeszczących do dziś pierścieni w obiektywie aparatu pyłem z Sahary. 

Pierwszy raz miałam wrażenie, że jestem w kraju prawdziwie totalitarnym. Zewsząd uśmiechał się do nas dobrotliwie z ogromnych form outdoorowych Ben Ali sprawujący władzę ze wspaniałej posiadłości w Kartaginie, obecnie dzielnicy Tunisu. To głównie plakaty wyborcze. Ben Ali cieszy się ponoć poparciem 95% społeczeństwa, więc reklamy wyborcze to tylko formalność. Usłyszeliśmy pewną ciekawostkę. W tunezyjskiej Siódemce emitowano kiedyś program na żywo z udziałem dzieci. Prowadzący odpytywał je, kim chcą zostać w przyszłości. Jeden chłopiec chciał zostać pilotem jak ojciec, inny – też jak jego tata (i nota bene całe rzesze tunezyjskich mężczyzn) – spędzać całe dnie z kolegami przed kawiarnią pijąc kawę. Mała Fatima powiedziała natomiast, że postanowiła zostać fryzjerką. „Tak jak twoja mama?” – spytał prowadzący. „Nie, tak jak pani Lejla, żona prezydenta”. Program natychmiast zdjęto z anteny i więcej nigdy na nią nie wrócił. Bo jak wiadomo żona prezydenta jest szanowaną bizneswoman, właścicielką sieci luksusowych hoteli (w których mieliśmy przyjemność nocować), a nie fryzjerką. Choć tajemnicą poliszynela jest to, że to właśnie ona nadal farbuje na czarno włosy prezydentowi, który mając ponad 70 lat wygląda najwyżej na 50. Przynajmniej na plakatach.

Z pałacem Ben Alego wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. Nie wolno go fotografować – podobnie jak innych budynków, nad którymi powiewa tunezyjska flaga oraz wszechobecnych umundurowanych stróżów porządku (stoją oni – to nie przesada – na każdym rondzie; a poza Tunisem wszystkie skrzyżowania to właśnie ronda). Otóż przy ruinach Kartaginy stoją strażnicy, których jedynym zadaniem jest pilnowanie, by obiektywy kamer i aparatów fotograficznych licznych turystów nie kierowały się w stronę znajdującego się w tle białych kolumn pałacu Ben Alego. W związku z tym Kartaginę można fotografować jedynie pod słońce. Nie starczyło mi odwagi, by zrobić inne ujęcie – w zakazanym kierunku. No cóż, mała strata, i tak karty do aparatu miałam już zapełnione, a w kioskach można nadal kupić tu wszelkie rodzaje klasycznych filmów 24- i 36-klatkowych, ale w żadnym nie znaleźliśmy Compact Flasha. 


Co można zobaczyć przejeżdżając setki kilometrów bezdroży? Pasące się owce, osła żującego wyschniętą trawę, nielegalne stacje benzynowe z tanim paliwem z Libii (czyli po prostu misternie ułożone przy drodze piramidy z zielonkawych kanistrów), grube niewiasty – w różowym dresie, klapkach i chuście na głowie (choć poprzedni prezydent chusty te nazwał okropnymi szmatami przyczyniając się do spadku ich popularności), gaje palm daktylowych (ponoć nawadniane rurami z azbestu – chyba dobrze im robi, bo daktyle, zwłaszcza słynne „palce Fatimy”, są pyszne – co doceniają też niestety białe larwy często w nich występujące). Mężczyzn przed kawiarniami palącymi tanie papierosy (palić wolno tu wszędzie; Tunezyjczycy wykorzystują nawet moment tankowania aut na tę odprężającą czynność), czasem wywróconą ciężarówkę z pomarańczami, która nie wyrobiła się na wąskim rondzie lub zahaczyła o piaszczyste pobocze. Znak ostrzegający przed wielbłądami – dwujęzyczny: po francusku i arabsku oczywiście. Domy – wszystkie z płaskimi dachami, co przy bezdeszczowej pogodzie nie jest niczym dziwnym; zresztą na takich dachach łatwiej się grilluje, a nawet śpi w lecie, gdy jest gorąco - z wystającymi prętami konstrukcyjnymi, bo za niedokończoną inwestycję nie płaci się czynszu. Stada psów biegających po pustych przestrzeniach, grupki maluchów, stację SHELL z oberwaną pierwszą literą, co nadaje jej nowe symboliczne znaczenie.


W miastach to samo, tylko domy gęściej i czasem jakiś przystanek autobusowy, budynek policji. Sklep rzeźnika zachęcający do zakupu mięsa wywieszką z przyozdobionego sałatą krowiego łba i misternie upiętymi na haku baranimi wnętrznościami.


Im dalej na południe, tym więcej pustych przestrzeni. Piach, w tle Atlas. Przez ten malowniczy łańcuch górski przejeżdżaliśmy zabytkowym (z 1905 roku) pociągiem Czerwona Jaszczurka. 2,5 godziny jazdy przez żółte wypiętrzenia i tunele we wzniesieniach. To typowa atrakcja turystyczna – więc by zabawić wielonarodowy tłum gości stłoczonych na drewnianych ławkach przez cała drogę z Metlaoui gra muzyka. „Tumtururum, tumtururum, Bonanza” i inne westernowe hity. Silne skojarzenie z Grand Canionem, choć wrażenie nieco groteskowe. Wolimy muzykę tunezyjską – przywieźliśmy ponad 10 mocno zakurzonych płyt z wyblakłymi okładkami. Na bazarze po 3-5 dinarów, pewnie można było jeszcze taniej.


Tunezja to wszak „one-dinar-land”. „One dinar, one dinar” słyszy się wszędzie. Oraz „Dzień dobry, jak się masz”, bo handlarze mają siódmy zmysł pozwalający im bezbłędnie rozróżnić narodowość turystów i właściwie zaadresować ofertę. A oferta bogata: szafran na kilogramy, bluzy abibas, adibas + kilka innych podobnych, armatura łazienkowa na kocyku, ceramika w nasyconych barwach (w tym „magiczny wielbłąd” – od dołu wlewa się sprite’a, od góry wódkę i wielbłąd wypluwa gotowy drink), skórzane torby o delikatnej woni źle wyprawionej skóry, biżuterię z „tunezyjskiego srebra” niewiadomego składu. Jest w czym wybierać.


Co zachwyciło nas najbardziej? Chyba bezkres Sahary przebytej i jeepem, i na wielbłądach (akurat w okresie godowym, więc straszyły turystów dziwnym tworem – wolem niczym ukrwiona beżowa guma do żucia – wydmuchiwanym bokiem z pyska przy dźwięku charakterystycznego charchania) oraz wyschnięte słone jezioro Chott El Jerid. Księżycowy krajobraz – bezkres płaskiego piachu oprószonego solą niczym śniegiem. Sól skrzy się wszystkimi barwami tęczy, aparaty idą w ruch. Tunezyjczycy wykorzystują sól z jeziora do celów spożywczych, jest też w kosmetycznych mydełkach. Ale najbardziej niesamowitym przeżyciem był dla mnie lot motolotnią 300 metrów nad ziemią: stąd najlepiej widać piękno i ogrom Sahary.


Największe przeżycie? Chyba wizyta w hamamie, publicznej łaźni. Grube Tunezyjki w każdym wieku oddające się oblucjom, kąpielowe szorują je szarymi szmatami, schodzi naskórek – na grubość palca. Włosy po depilacji płyną środkiem do dziury w podłodze. Wchodzę do ciemnej łaźni parowej. Na suficie coś czarnego o nieregularnych kształtach – w momencie, w którym zaczynam się temu przyglądać, z czarnej chmury kapie kropla wody, prosto do mojego oka. Przyglądam się dalej, wzrok powoli przyzwyczaja się do mroku. To na suficie to chmura z pleśni! 

Po tym przeżyciu mogę już chyba zacząć jeść owoce i lody – pozbywam się początkowych oporów, zresztą w bagażu mamy carbo medicinalis. Nie przydał się. Człowiek stopniowo pozbywa się oporów. Do pierwszego śniadania nie zjadłam pomidorów, do drugiego zjadłam – ale po uprzednim obraniu ze skóry. Przy trzecim wpałaszowałam trzy pomidory jak leci. Pycha.

No właśnie, jedzenie. Najbardziej typowe danie to kus-kus: mielona pszenica z dodatkiem sosu z mięsa, warzyw, ryb lub owoców morza. Aromatyczna baraninka, mniam mniam. Do tego miejscowe piwko Celtia, wino tunezyjskie białe lub czerwone albo coca-cola o smaku całkiem innym niż w Polsce – trochę jak przesłodzona cherry coke. Do wszystkiego pozostałość po protektoracie francuskim, biała bagietka. Na deser mocna kawa lub słodka herbata oraz wielosmakowe budynio-musy.

Must-see w Tunezji? Trzecie co do wielkości Koloseum w El Jem (starożytny Thysdrus), na oko nie ustępuje rozmiarami temu w Rzymie. No i fajniej się zwiedza – karabinieri nie zganiają tu z kolumn. Można wejść na trzecią kondygnację i zrobić wspaniałe zdjęcia. Słońce prześwieca przez okna. No i Wielki Meczet w Kairouanie. Jak się do niego pojedzie siedem razy, ma się zaliczoną wizytę w Mekce. Jeden raz mamy już więc zaliczony. W meczecie każda kolumna jest inna, zwieńczenie jońskie, a obok korynckie – nic w tym dziwnego, kolumny zabrano jak leci z Kartaginy i innych porzymskich miejsc.

 


Z półki patrzy się na mnie grubo ciosany wielbłądek, pamiątka z Tunezji. Obok mosiężny talerzyk z wybitym przez sprzedawcę rysikiem z pomocą młotka moim imieniem po arabsku. W lodówce harrisa – ostra jak diabli czerwona pasta, w żadnym wypadku nie popijać wodą, bo wypali wnętrzności. A w sercu – magia Tunezji, której nie oddadzą żadne zdjęcia.




ZAPRASZAM TEŻ NA FILMY Z TUNEZJI:



7.07.2008

/BOCHUM/ Industrial ukryty w gąszczu drzew, czyli szok tlenowy w przemysłowym zagłębiu


O Zagłębiu Ruhry uczyłam się już w szkole podstawowej. Pani od geografii barwnie opowiadała o lasach kominów, pokrytych pyłem domach i industrialnym krajobrazie osnutym dymem. Rurhgebiet wyobrażałam więc sobie jak Katowice skrzyżowane z Wałbrzychem - i mocno zastanawiałam się, czy na pewno chcę zainwestować cenne dni urlopu w takie właśnie górniczo-hutnicze klimaty. Zawłaszcza, że mieszkać miałam w Bochum - mieście, o którym słynny niemiecki piosenkarz Herbert Grönemeyer śpiewał, że Słońce się tam kurzy, że jest szare od pracy i że ma puls ze stali...

Choć nieraz wyobrażenia niewiele mają wspólnego z rzeczywistością, to rzadko ta rozbieżność jest aż tak dramatyczna. Bochum powitało mnie zielenią parków, zadrzewionymi alejkami i nieco małomiasteczkową atmosferą. Podejrzliwie zaciągnęłam się powietrzem - ale zamiast petrochemicznej nuty poczułam jedynie świeżość. Pomyślałam, że może jak w "Kongresie futurologicznym" ktoś rozpyla tu substancje zmieniające postrzeganie - i że zaraz spotkam szczury spacerujące za rączkę. Ale nie - wszystko wygląda jednak standardowo, TIR-y suną po przelotówce tuż przed oknami mojego mieszkanka, więc jednak jestem jeszcze w na tym świecie i w tej epoce, tylko kominów jakoś nie widać... Trzeba będzie ich poszukać - może ukryły się gdzieś między drzewami.


Moje mieszkanko w Bochum jest mniej idylliczne niż samo miasto. Śpię na materacu w wykuszu, który drży za każdym razem, gdy za oknem przejeżdża ciężarówka - mimo, że w mieście jest ograniczenie do 50 km/h, do którego kierowcy jak najbardziej się stosują. A więc pierwsza pobudka o 5 rano. Druga o 6.00 - wtedy bowiem zaczynają bić dzwony w neogotyckim kościele zlokalizowanym naprzeciwko secesyjnej kamienicy przy Wittener Str. 269. Potem około 7.00 intensyfikują się trzaski linii elektrycznej, bo po mojej ulicy prócz TIR-ów jeżdżą także tramwaje... 


Obudzona tak wcześnie najpierw udaję się na śniadanie. Zjem je w "Trójkącie Bermudzkim" - tak miejscowi mówią o knajpiano-kawiarnianym zakątku miasta zlokalizowanym między schodzącymi się ku sobie ulicami Viktoriastr. i Kortumstr. Typowy zestaw - choć może niekoniecznie na śniadanie - to tutaj, podobnie jak w Berlinie, Currywurst (czyli biała siekana kiełbaska w ostrym sosie pomidorowym) oraz piwko. Łamię więc zasadę z jednej z książek Remarque'a, by nie pić alkoholu przed południem. 


Pokrzepiona udaję się na poszukiwanie industrialnych klimatów. Podobno można znaleźć je tu w... parku. Stworzony pod koniec lat dziewięćdziesiątych XX wieku Westpark zajmujący 38 ha powierzchni w zachodniej części centrum miasta był kiedyś bowiem właśnie terenem przemysłowym. W roku 1842 uruchomiono tu odlewnię stali - Mayerschen Gußstahlfabrik przez 160 lat słynęła z wyrobu najwyższej jakości kół kolejowych, armat, dzwonów. Jeden z nich - okaz ważący 15 ton - stoi do dziś w Bochum jako upamiętnienie wystawy światowej w Paryżu w roku 1867, na której dumnie reprezentował Niemcy. A o samej odlewni przypominają już jedynie opuszczone ceglane budynki.


Idąc dalej jedną z alejek w głąb parku natrafiam na otoczoną wodą Jahrhunderthalle. Jej stalową konstrukcję zbudowano w 1902 roku z uwzględnieniem dwóch kluczowych założeń: po pierwsze miała być przede wszystkim użytkowa i funkcjonalna - jej estetykę uznano za mało ważną, po drugie zaś wszystkie pręty opisano tak, by budowlę łatwo było złożyć i rozstawić gdzie indziej. Tak się też stało - hala przywędrowała do Bochum z Düsseldorfu, gdzie pierwotnie stanowiła część infrastruktury wystawienniczej. Przez niemal cały XX wiek była elementem parku przemysłowego (a przez pewien czas nawet piecem), obecnie zaś stanowi swoiste centrum ZWYKŁEGO parku - po rewitalizacji w roku 2003 Jahrhunderthalle odbywają się tu przestawienia, pokazy, koncerty muzyki - od klasycznej po rockową. 12 grudnia 2009 pokazywano ją nawet za pośrednictwem telewizji w 44 krajach, ponieważ odbywała się w niej uroczystość wręczenia Europejskiej Nagrody Filmowej zwanej Europejskim Oskarem.


Z zewnątrz hala nie wygląda jednak imponująco. Po otaczających ją murach - zwanych żartobliwie koloseum - wspinają się skałkarze, a i psy też niewiele sobie robią ze stuletniej historii oznaczanych przez siebie cegieł. Ale najważniejsze, że udało mi się znaleźć to, czego szukałam - ślady przemysłowej świetności regionu. Obchodzę park dookoła szlakiem oznaczonym na tablicach informacyjnych jako "przemysł-natura", a potem w pozycji horyzontalnej na ławce oddaję się refleksji nad przemijaniem. O tyle uzasadnionej, że chmury nade mną przemijają dziś w naprawdę słusznym tempie. 


Czas w parku biegł jeszcze szybciej niż żwawe cumullusy, pora już więc na obiad. Znalezienie steka okazuje się nie lada wyzwaniem. Już prawie kapituluję - w końcu dobry kebab też nie jest zły - gdy udaje mi się wypatrzyć... Mateczkę Wittig, prawdziwy niemiecki Gasthof z tradycjami i z szyldem pisanym gotykiem. Obecny właściciel napisał we wstępie do menu, że restaurację nazwał na część swej prababki, z zawodu położnej, która w tym właśnie budynku przez dziesięciolecia serwowała domowe dania. Kiedyś miejsce to nazywało się "Zur Altstadt", teraz - jako "Mutter Wittig" - nadal ma się nieźle: i dzięki smakowi dań, i wielkości porcji.  


Po południu  idę do Muzeum Górnictwa, najbardziej chyba znanej atrakcji miasta. To - podobnie jak Westpark - kolejny symbol jego dawnej przemysłowej przeszłości zamieniony w miejsce użyteczności publicznej. Deutsches Bergbaumuseum warto odwiedzić przynajmniej z dwóch powodów: po pierwsze dlatego, że jest to największe tego typu muzeum na świecie, a po drugie, bo można spojrzeć tu na miasto z perspektywy ponad 71-metrowej wieży szybowej skonstruowanej w roku 1939 przez Fritza Schuppa. Już pierwszy rzut oka z góry utwierdza mnie w przekonaniu, że Bochum to dziś miasto kamieniczek i zieleni, a nie fabryk i dymu.


Po liczących w sumie 2,5 kilometra podziemnych chodnikach Deutsches Bergbaumuseum przechodzi rocznie ponad 365 000 zwiedzających. Dziś ja też staję się dziś liczbą w tej dumnej statystyce - co bardzo mnie cieszy, bo lubię wystawy, na których można dotykać eksponatów. Zwłaszcza tak naznaczonych historią - w miejscu, na którym stoję fedrowano już w latach sześćdziesiątych XIX wieku, ostatni wagonik z węglem wyjechał stąd natomiast 11 stycznia 2000 roku - co upamiętniono białą farbą na jego czarnym korpusie. Co ciekawe samo muzeum otwarto już w roku 1930 - przy działającej kopalni. 


W salach wystawowych odkrywam imponującą siedmiotonową skamienielinę z epoki karbonu, parową prasę do brykietów z roku 1901 i czarny diament (3,401 karata) wstawiony do zbiorów w roku 2011 przez jednego z lokalnych jubilerów. Jeszcze bardziej emocjonujący jest podziemny spacer z przewodnikiem, który barwnie opowiada o ciężkiej pracy górników. Kto ma problemy z pobudzeniem wyobraźni w czarnym półmroku, może popatrzyć na naturalnej wielkości plastikowe figury górników i na imponujące maszyny, które wspomagały niegdyś ich pracę. Spacer wąskimi korytarzami jest nieco klaustrofobiczny, a zapach wilgoci - wszechogarniający.


Wieczór mojego dnia zapoznawczego z Bochum - dnia poszukiwania industrialnych klimatów - spędzam na rozległym terenie nieco opustoszałego z powodu wakacji (zwykle uczy się tu około 41 456 osób, dzięki czemu uczelnia ta plasuje się w pierwszej dziesiątce rankingu ilościowego niemieckich uniwersytetów) Ruhr-Universität Bochum.


Mijam domy studenckie - ich architektura zionie takim smutkiem, że zastanawiam się, czy to nie tu właśnie kręcono scenę z "Mechanicznej pomarańczy", w której Alex - nie mogąc dostać się do zdezelowanej windy - biegnie w górę po schodach ozdobionych śmieciami i wymiętym stanikiem wiszącym na brudnej plastikowej poręczy. Beton, pustka, kilka namiotów - po napisach na rozwieszonych tu i ówdzie transparentach orientuję się, że są schronieniem aktywistów protestujących przeciw wprowadzeniu opłat za studia. 


Ustawiona przy jednym z chodników instalacja - w duchu iście postindustrialnym - jest trochę metaforą samego Bochum, w którym dawna przemysłowa świetność ustąpiła miejsca atrakcjom turystycznym. A może to nie instalacja, może to zwykły złom...


Zapada zmrok, zewsząd zaczynają mnie straszyć kolejne artystyczne niespodzianki. Guernica? czy ktoś naprawdę założył, że dobrze jest zaczynać dzień nauki od tak przejmującego obrazu?... Dobrze, że audytorium maximum w kształcie rozety nieco ożywia ten kompleks, w którym architektura lat sześćdziesiątych pokazała swe chyba najsmutniejsze - i bezkompromisowo betonowe - oblicze. 


Może weselej będzie nad jeziorem Kemnader See, przy którym zlokalizowano tutejszy kampus? Niestety - nic z tego. Spotykam tam jedynie kaczkę skubiącą plastikową reklamówkę. Patrzę na nią i dociera do mnie, że ona też jest jak Bochum, w którym natura pożera industrialną przeszłość...





***
TRASA SPACERU PO BOCHUM


DOJAZD DO UNIWERSYTETU

(Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, by ją powiększyć)