Po Emiratach - kraju z pieniędzmi, choć bez historii przyszła kolej na kraj z historią, ale za to bez pieniędzy. Tunezja. Jedni przyjeżdżają tu wygrzać się na Djerbie, inni podziwiać trzecie co do wielkości na świecie Koloseum i Kartaginę, a niektórzy, by zobaczyć niszczejące fragmenty scenografii do „Gwiezdnych Wojen” zbudowane w latach 70-tych w Matmacie i na Saharze.
Tunezja zachwyca: bezkresnymi przestrzeniami i niepowtarzalnym kolorytem. Będąc tam człowiek ulega urokowi miejsca: barwy są soczyste, a krajobrazy metafizyczne. Nie oddadzą tego żadne zdjęcia: widoki pozbawione magii - odczuwalnej tylko tam - przedstawiają walające się po pustyni różnokolorowe torby plastikowe, śmieci nie uprzątane chyba od dziesięcioleci i… wszechobecną biedę.
Tunezja zachwyca: bezkresnymi przestrzeniami i niepowtarzalnym kolorytem. Będąc tam człowiek ulega urokowi miejsca: barwy są soczyste, a krajobrazy metafizyczne. Nie oddadzą tego żadne zdjęcia: widoki pozbawione magii - odczuwalnej tylko tam - przedstawiają walające się po pustyni różnokolorowe torby plastikowe, śmieci nie uprzątane chyba od dziesięcioleci i… wszechobecną biedę.
Tunezja nie ma swojego zapachu – w przeciwieństwie do drobiowo-słodkiej woni znanej nam z azjatyckich metropolii, tu czuliśmy jedynie wietrzny zapach pustki. Zapach wypełniony często niewidocznym, choć odczuwalnym dla trzeszczących do dziś pierścieni w obiektywie aparatu pyłem z Sahary.
Pierwszy raz miałam wrażenie, że jestem w kraju prawdziwie totalitarnym. Zewsząd uśmiechał się do nas dobrotliwie z ogromnych form outdoorowych Ben Ali sprawujący władzę ze wspaniałej posiadłości w Kartaginie, obecnie dzielnicy Tunisu. To głównie plakaty wyborcze. Ben Ali cieszy się ponoć poparciem 95% społeczeństwa, więc reklamy wyborcze to tylko formalność. Usłyszeliśmy pewną ciekawostkę. W tunezyjskiej Siódemce emitowano kiedyś program na żywo z udziałem dzieci. Prowadzący odpytywał je, kim chcą zostać w przyszłości. Jeden chłopiec chciał zostać pilotem jak ojciec, inny – też jak jego tata (i nota bene całe rzesze tunezyjskich mężczyzn) – spędzać całe dnie z kolegami przed kawiarnią pijąc kawę. Mała Fatima powiedziała natomiast, że postanowiła zostać fryzjerką. „Tak jak twoja mama?” – spytał prowadzący. „Nie, tak jak pani Lejla, żona prezydenta”. Program natychmiast zdjęto z anteny i więcej nigdy na nią nie wrócił. Bo jak wiadomo żona prezydenta jest szanowaną bizneswoman, właścicielką sieci luksusowych hoteli (w których mieliśmy przyjemność nocować), a nie fryzjerką. Choć tajemnicą poliszynela jest to, że to właśnie ona nadal farbuje na czarno włosy prezydentowi, który mając ponad 70 lat wygląda najwyżej na 50. Przynajmniej na plakatach.
Pierwszy raz miałam wrażenie, że jestem w kraju prawdziwie totalitarnym. Zewsząd uśmiechał się do nas dobrotliwie z ogromnych form outdoorowych Ben Ali sprawujący władzę ze wspaniałej posiadłości w Kartaginie, obecnie dzielnicy Tunisu. To głównie plakaty wyborcze. Ben Ali cieszy się ponoć poparciem 95% społeczeństwa, więc reklamy wyborcze to tylko formalność. Usłyszeliśmy pewną ciekawostkę. W tunezyjskiej Siódemce emitowano kiedyś program na żywo z udziałem dzieci. Prowadzący odpytywał je, kim chcą zostać w przyszłości. Jeden chłopiec chciał zostać pilotem jak ojciec, inny – też jak jego tata (i nota bene całe rzesze tunezyjskich mężczyzn) – spędzać całe dnie z kolegami przed kawiarnią pijąc kawę. Mała Fatima powiedziała natomiast, że postanowiła zostać fryzjerką. „Tak jak twoja mama?” – spytał prowadzący. „Nie, tak jak pani Lejla, żona prezydenta”. Program natychmiast zdjęto z anteny i więcej nigdy na nią nie wrócił. Bo jak wiadomo żona prezydenta jest szanowaną bizneswoman, właścicielką sieci luksusowych hoteli (w których mieliśmy przyjemność nocować), a nie fryzjerką. Choć tajemnicą poliszynela jest to, że to właśnie ona nadal farbuje na czarno włosy prezydentowi, który mając ponad 70 lat wygląda najwyżej na 50. Przynajmniej na plakatach.
Z pałacem Ben Alego wiąże się jeszcze jedna ciekawostka. Nie wolno go fotografować – podobnie jak innych budynków, nad którymi powiewa tunezyjska flaga oraz wszechobecnych umundurowanych stróżów porządku (stoją oni – to nie przesada – na każdym rondzie; a poza Tunisem wszystkie skrzyżowania to właśnie ronda). Otóż przy ruinach Kartaginy stoją strażnicy, których jedynym zadaniem jest pilnowanie, by obiektywy kamer i aparatów fotograficznych licznych turystów nie kierowały się w stronę znajdującego się w tle białych kolumn pałacu Ben Alego. W związku z tym Kartaginę można fotografować jedynie pod słońce. Nie starczyło mi odwagi, by zrobić inne ujęcie – w zakazanym kierunku. No cóż, mała strata, i tak karty do aparatu miałam już zapełnione, a w kioskach można nadal kupić tu wszelkie rodzaje klasycznych filmów 24- i 36-klatkowych, ale w żadnym nie znaleźliśmy Compact Flasha.

Co można zobaczyć przejeżdżając setki kilometrów bezdroży? Pasące się owce, osła żującego wyschniętą trawę, nielegalne stacje benzynowe z tanim paliwem z Libii (czyli po prostu misternie ułożone przy drodze piramidy z zielonkawych kanistrów), grube niewiasty – w różowym dresie, klapkach i chuście na głowie (choć poprzedni prezydent chusty te nazwał okropnymi szmatami przyczyniając się do spadku ich popularności), gaje palm daktylowych (ponoć nawadniane rurami z azbestu – chyba dobrze im robi, bo daktyle, zwłaszcza słynne „palce Fatimy”, są pyszne – co doceniają też niestety białe larwy często w nich występujące). Mężczyzn przed kawiarniami palącymi tanie papierosy (palić wolno tu wszędzie; Tunezyjczycy wykorzystują nawet moment tankowania aut na tę odprężającą czynność), czasem wywróconą ciężarówkę z pomarańczami, która nie wyrobiła się na wąskim rondzie lub zahaczyła o piaszczyste pobocze. Znak ostrzegający przed wielbłądami – dwujęzyczny: po francusku i arabsku oczywiście. Domy – wszystkie z płaskimi dachami, co przy bezdeszczowej pogodzie nie jest niczym dziwnym; zresztą na takich dachach łatwiej się grilluje, a nawet śpi w lecie, gdy jest gorąco - z wystającymi prętami konstrukcyjnymi, bo za niedokończoną inwestycję nie płaci się czynszu. Stada psów biegających po pustych przestrzeniach, grupki maluchów, stację SHELL z oberwaną pierwszą literą, co nadaje jej nowe symboliczne znaczenie.
W miastach to samo, tylko domy gęściej i czasem jakiś przystanek autobusowy, budynek policji. Sklep rzeźnika zachęcający do zakupu mięsa wywieszką z przyozdobionego sałatą krowiego łba i misternie upiętymi na haku baranimi wnętrznościami.
Im dalej na południe, tym więcej pustych przestrzeni. Piach, w tle Atlas. Przez ten malowniczy łańcuch górski przejeżdżaliśmy zabytkowym (z 1905 roku) pociągiem Czerwona Jaszczurka. 2,5 godziny jazdy przez żółte wypiętrzenia i tunele we wzniesieniach. To typowa atrakcja turystyczna – więc by zabawić wielonarodowy tłum gości stłoczonych na drewnianych ławkach przez cała drogę z Metlaoui gra muzyka. „Tumtururum, tumtururum, Bonanza” i inne westernowe hity. Silne skojarzenie z Grand Canionem, choć wrażenie nieco groteskowe. Wolimy muzykę tunezyjską – przywieźliśmy ponad 10 mocno zakurzonych płyt z wyblakłymi okładkami. Na bazarze po 3-5 dinarów, pewnie można było jeszcze taniej.
Tunezja to wszak „one-dinar-land”. „One dinar, one dinar” słyszy się wszędzie. Oraz „Dzień dobry, jak się masz”, bo handlarze mają siódmy zmysł pozwalający im bezbłędnie rozróżnić narodowość turystów i właściwie zaadresować ofertę. A oferta bogata: szafran na kilogramy, bluzy abibas, adibas + kilka innych podobnych, armatura łazienkowa na kocyku, ceramika w nasyconych barwach (w tym „magiczny wielbłąd” – od dołu wlewa się sprite’a, od góry wódkę i wielbłąd wypluwa gotowy drink), skórzane torby o delikatnej woni źle wyprawionej skóry, biżuterię z „tunezyjskiego srebra” niewiadomego składu. Jest w czym wybierać.
Co zachwyciło nas najbardziej? Chyba bezkres Sahary przebytej i jeepem, i na wielbłądach (akurat w okresie godowym, więc straszyły turystów dziwnym tworem – wolem niczym ukrwiona beżowa guma do żucia – wydmuchiwanym bokiem z pyska przy dźwięku charakterystycznego charchania) oraz wyschnięte słone jezioro Chott El Jerid. Księżycowy krajobraz – bezkres płaskiego piachu oprószonego solą niczym śniegiem. Sól skrzy się wszystkimi barwami tęczy, aparaty idą w ruch. Tunezyjczycy wykorzystują sól z jeziora do celów spożywczych, jest też w kosmetycznych mydełkach. Ale najbardziej niesamowitym przeżyciem był dla mnie lot motolotnią 300 metrów nad ziemią: stąd najlepiej widać piękno i ogrom Sahary.

Największe przeżycie? Chyba wizyta w hamamie, publicznej łaźni. Grube Tunezyjki w każdym wieku oddające się oblucjom, kąpielowe szorują je szarymi szmatami, schodzi naskórek – na grubość palca. Włosy po depilacji płyną środkiem do dziury w podłodze. Wchodzę do ciemnej łaźni parowej. Na suficie coś czarnego o nieregularnych kształtach – w momencie, w którym zaczynam się temu przyglądać, z czarnej chmury kapie kropla wody, prosto do mojego oka. Przyglądam się dalej, wzrok powoli przyzwyczaja się do mroku. To na suficie to chmura z pleśni!
Po tym przeżyciu mogę już chyba zacząć jeść owoce i lody – pozbywam się początkowych oporów, zresztą w bagażu mamy carbo medicinalis. Nie przydał się. Człowiek stopniowo pozbywa się oporów. Do pierwszego śniadania nie zjadłam pomidorów, do drugiego zjadłam – ale po uprzednim obraniu ze skóry. Przy trzecim wpałaszowałam trzy pomidory jak leci. Pycha.
No właśnie, jedzenie. Najbardziej typowe danie to kus-kus: mielona pszenica z dodatkiem sosu z mięsa, warzyw, ryb lub owoców morza. Aromatyczna baraninka, mniam mniam. Do tego miejscowe piwko Celtia, wino tunezyjskie białe lub czerwone albo coca-cola o smaku całkiem innym niż w Polsce – trochę jak przesłodzona cherry coke. Do wszystkiego pozostałość po protektoracie francuskim, biała bagietka. Na deser mocna kawa lub słodka herbata oraz wielosmakowe budynio-musy.
Must-see w Tunezji? Trzecie co do wielkości Koloseum w El Jem (starożytny Thysdrus), na oko nie ustępuje rozmiarami temu w Rzymie. No i fajniej się zwiedza – karabinieri nie zganiają tu z kolumn. Można wejść na trzecią kondygnację i zrobić wspaniałe zdjęcia. Słońce prześwieca przez okna. No i Wielki Meczet w Kairouanie. Jak się do niego pojedzie siedem razy, ma się zaliczoną wizytę w Mekce. Jeden raz mamy już więc zaliczony. W meczecie każda kolumna jest inna, zwieńczenie jońskie, a obok korynckie – nic w tym dziwnego, kolumny zabrano jak leci z Kartaginy i innych porzymskich miejsc.


Z półki patrzy się na mnie grubo ciosany wielbłądek, pamiątka z Tunezji. Obok mosiężny talerzyk z wybitym przez sprzedawcę rysikiem z pomocą młotka moim imieniem po arabsku. W lodówce harrisa – ostra jak diabli czerwona pasta, w żadnym wypadku nie popijać wodą, bo wypali wnętrzności. A w sercu – magia Tunezji, której nie oddadzą żadne zdjęcia.
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMY Z TUNEZJI: