Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label srebrna pagoda. Show all posts
Showing posts with label srebrna pagoda. Show all posts

3.12.2014

/BANGKOK/ Atlas chmur i galeria sushi, czyli ekspresowy powrót do cywilizacji


O czym marzy fotograf jadący do Bangkoku? O niebie! I o chmurach. Dlaczego? Bo smog zasnuwa zwykle to miasto tak szczelnie, że na wszystkich zdjęciach pojawia się wypalenie - białe mleko w miejscu, gdzie powinien być intensywny błękit. A kadrowanie zarysów wież świątynnych i dachów pagód tak, by nie miały w tle nieboskłonu, właściwie nie jest możliwe...

Dlatego w drodze z Phnom Penh do Bangkoku marzę o białych barankach na szafirowej łące wydobywających złoty kolor detali architektonicznych... Czy taka aura w ogóle czasem się tam zdarza? Chyba rzadko, bo nawet w Street View na Google Earth wszędzie widać mleczny filtr nałożony na domy i samochody - smog tłumiący barwy i nadający walor spleenu nawet słonecznym dniom.


Siedzę w wygodnym fotelu pachnącej lotosowymi perfumami maszyny Thai Airlines. Mojej ulubionej linii. Super system rozrywki pokładowej, stewardessy w bajecznie kolorowych strojach, fantastyczne kreacje krewetkowe w menu - czego chcieć więcej. Lecę do Bangkoku. Jeszcze tego nie wiem, ale spełni on moje marzenie o chmurach. I po raz kolejny czymś mnie zaskoczy! 


Wcześniej, jadąc Prawie Prawdziwą Limuzyną bite trzysta kilometrów z Sihanoukville do lotniska w Phnom Penh, żegnaliśmy się z Kambodżą. Pięciogodzinny film za szybami auta przebiegał zgodnie z oczekiwaniami - chudy byk, pole ryżowe, żółta rzeka, dom na palach, świątynia, plakat z przywódcami partii, gaj palmowy... Ale jego finał okazał się jednak nieoczekiwany - przez dwa tygodnie Kambodża nie odkryła najwyraźniej przed nami wszystkich swych tajemnic. Otóż nagle z ruralnego interioru pokrytego warstewką rudego ziemnego pyłu, którego pozostałości chyba do dziś mam w płucach, a na pewno - w obiektywie, wjechaliśmy w miasto fabryk na przedmieściach Phnom Penh. Dziesiątki hal - czasem z jakimś opisem typu "jeans factory", czasem całkiem bez. Wszystkie absolutnie cichociemne: żadna duża sieć nie chwali się wywieszając logotyp czy nazwę, że szyje ubrania w takim miejscu. Myślę o moich botkach Marks & Spencer's z metką "Made in Cambodia". Czy wyprodukowano je w tym na wskroś smutnym miejscu?...


Jest popołudnie, wymiana szychty dziennej i nocnej. Przed bramami stoją duże grupy kobiet i - załóżmy - bardzo młodych kobiet. Wiek Khmerek określić nie jest łatwo - zwłaszcza z daleka. Więc zakładam, że nie są to kilkunastoletnie dziewczynki, choć tak wyglądają. Po pracownice podjeżdżają pickupy i biorą na pakę po kilkanaście osób. Zaształowane na sztywno panie jadą na stojaka w kierunku Phnom Penh... 


Dojeżdżamy do lotniska. Kambodża żegna mnie uśmiechem Sihanouka i kampanią społeczną przy bramkach na autostradzie. 


A Bangkok? Totalnie mnie zaskoczył! Zmienił się przez te dwa tygodnie nie do poznania. Nagle stał się czystą, piękną i kolorową metropolią. Taką, w której zamiast zardzewiałych tuk tuków po ulicach mkną błyszczące różowe taksówki, w której mnisi są jacyś tacy bardziej pomarańczowi i w której nawet na ruderach zamiast pleśni jest wesoły streetart


Najlepszą odtrutką na kambodżańskie ubóstwo okazał się przepych centrów handlowych w dzielnicy Siam. Nie ma tu chudych byków, jest za to artystyczna instalacja w formie konia zdobiąca jedno z wejść do megamallu. Toalety też wyglądają zupełnie inaczej niż te koło stacji benzynowych pod Phnom Penh. Na drzwiach kabin są sympatyczne cytaty zamiast plam z... Nieważne z czego. W każdym razie wszystko to jest jakieś takie nierealistycznie piękne - człowiek przestaje wierzyć, że wczoraj koło jego leżaka na plaży na dolara czekał żebrak w łachmanach.


Przy wejściu do Siam Center rozgrywa się ciekawy spektakl. Trwa właśnie promocja Coca Coli. Ludzie czekają ustawieni w rządku, gdy nadchodzi ich kolej stają na specjalnym znaczniku, uśmiechają się do kamery, która robi im zdjęcie i odbierają ze specjalnego podajnika puszkę. Właśnie sprzedali swój wizerunek za kilka łyków napoju. I jeszcze się cieszą, że być może to właśnie ich uśmiech znajdzie się na pobliskim billboardzie. Spoglądającym notabene na demonstrantów - bo centrum akcji "Shutdown Bangkok" znajduje się właśnie koło trzech słynnych malli - Siam Center, Paragon i Discovery. 


Jadę schodami w górę, mijam markowe sklepy prześcigające się w odlotowych witrynach i ekspozycjach. Ciuchy jak ciuchy - podobne do europejskich. Ale książki na pewno są tu inne - z ciekawości zaglądam do księgarni i patrzę na rzędy woluminów z niezrozumiałymi napisami w egzotycznym alfabecie: 44 znaki spółgłoskowe, 14 podstawowych znaków samogłoskowych oraz 4 znaki do oznaczania tonów - niskiego, średniego, wysokiego, rosnącego i opadającego... Przypominam sobie, jak ojciec głównego bohatera "Stulatka, który wyskoczył przez okno i zniknął" usprawiedliwiał analfabetyzm wśród bolszewików tym, jak dziwaczne - i przez to trudne do opanowania pamięciowego - są bukwy.


W Kambodży ze względu na warunki higieniczne nie skusiłam się na sushi. Teraz jest dobry moment, by to nadrobić. Idę do Fuji w food courcie na ostatnim piętrze Siam Center i zamawiam moją osobistą przystawkę "dobry humor", czyli ogólnie - dużo łososia. To nie ostatnie sushi tego dnia - wieczorem pierwszy raz zjem je też w formie "Angry Birds". Sprzedają tu takie w Seven Eleven koło Khao San Road - podobnie jak czapki, pluszaki, breloczki i inne akcesoria inspirowane wciągającą fińską grą w strzelanie w domki i prosiaki. Czerwony Angry Bird jest teraz w niektórych krajach tak popularny jak kiedyś Disney'owski Donald Duck, a potem Big Bird z "Sesame Street". Ciekawe, że to właśnie ptaki zaszły tak daleko w świecie popkulturowych ikon.


No ale właśnie, dziś w Bangkoku są przecież chmury! Smog rozstąpił się na chwilę niczym Morze Czerwone pozwalając nam zobaczyć to miasto bez uciążliwego wacianego filtra. Trzeba to wykorzystać - a więc ubieramy się zgodnie z wymogami świątynnego dress code'u (rygorystycznie w tym miejscu przestrzeganego) i idziemy na teren Pałacu Królewskiego.


Złota stupa, setki złotych kinaree - pół-ludzi i pół-ptaków będących symbolem kochanka idealnego, dziesiątki złotych dachów. Ta kumulacja szlachetnego błysku na tle nieba wydaje mi się jeszcze piękniejsza niż rok temu.


Przechadzając się wśród świątyń - i przeciskając przez tłum ludzi - nagle wpadam na... Angkor Wat. Jego miniatura umknęła mojej uwadze przy poprzednim zwiedzaniu, teraz dostrzegam doskonałość tej kopii o niezwykłej zaiste historii. Król tajski Rama IV (1804 - 1868) wysłał do Kambodży ekspertów, którzy mieli stwierdzić, czy da się rozebrać słynną świątynię na części, przewieźć ją do Bangkoku i ponownie złożyć. Wysłannicy wrócili niestety z niczym - donieśli, iż budowla jest tak ogromna, że planu z jej transportem w żaden sposób nie da się zrealizować. Król musiał więc zadowolić się miniaturą, której stworzenie zresztą natychmiast zlecił.


Pierwszy raz też udaje mi się upolować szmaragdowego Buddę (wbrew nazwie wykonanego z jadeitu) - w zeszłym roku onieśmielił mnie zakaz fotografowania. Na zdjęciu nie robi oczywiście takiego wrażenia jak na żywo W rzeczywistości ten słynny siedemdziesięciopięciocentymetrowy posążek - wykonany prawdopodobnie w Cejlonie około 43 roku p.n.e - jest intensywnie zielony i ubrany w strojną szatę adekwatną do pory roku. Ponoć cudo to odkryto w połowie XV wieku, gdy ukruszył się fragment niepozornego szarego kamienia, który skrywał przez wiele lat w swym wnętrzu jadeitową postać. Dziś ma ona rangę jednego z najważniejszych w Tajlandii przedstawień oświeconego Buddy.


Teren Royal Palace - zajmujący dumne 218 500  metrów kwadratowych - wydaje się niemal szczelnie pokryty ludźmi. Z jednej strony jest to kosmicznie uciążliwe, z drugiej strony miny i zachowania zwiedzających są często równie interesujące, co konstrukcje i zdobienia  słynnych zabytków. Wcale zresztą nie tak starych: budowę pałacu rozpoczęto 6 maja 1782 roku na zlecenie Ramy I, który przeniósł stolicę kraju z Thonburi do Bangkoku. 


Oddech od tłumu łapiemy dopiero przed Chakri Maha Prasat Hall - harmonijnym budynkiem wzniesionym w stylu kojarzącym mi się nieco z neorenesansem. Powstał on we współpracy z architektami z Zachodu pod koniec XIX wieku, za czasów Ramy V, który zapragnął mieć nową salę tronową.


Trudno zapamiętać dziesiątki świątyń, sal, bibliotek, budynków urzędowych zgromadzonych na terenie Grand Palace. Poza tym będąc tu po raz kolejny widzę, że za każdym razem zauważa się co innego. Może to kwestia dnia, może nastroju, może oświetlenia, może tego, co akurat bardziej przykrył tłum - nie wiem. Tym razem najlepiej zapamiętałam fikuśnie przyciętą zieleń odcinającą się od biało-złotych ścian pałacu i od jasnego nieba.


Dziś znów żegnam Bangkok. Odprawiam mój osobisty rytuał: ostatni masaż, ostatni Chang, ostatnia wieczerza - tym razem naleśnikowa. Siedzę na walizce czekając na busa na lotnisko, patrzę na kota-parchatka jedzącego resztki spod stołu, pozuję do pożegnalnego zdjęcia - w kultowej czapeczce, która jest symbolem Khaosan Road, podobnie jak sprzedająca go szczerbata Indianka - jedna z wielu grasujących po turystycznych knajpach szczerbatych Indianek oferujących bransoletki, nakrycia głowy, cygara...


Bangkok okazał się jak oliwka - za słona i za kwaśna, gdy próbuje się ją pierwszy raz, ale potrafiąca uzależnić, jeśli się w niej rozsmakować. Dlatego tym razem nie żegnam się z nim na zawsze...

***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILM O NAJWAŻNIEJSZYCH ZABYTKACH BANGKOKU

 
 ORAZ DO LEKTURY TEKSTÓW:

3.01.2014

/PHNOM PENH/ Uśmiech Buddy i grymas więźnia, czyli dwie twarze brzydszego brata Bangkoku


W Phnom Penh, w brudnej małej klitce w "OK Guesthouse", którego nazwa jest chyba ironiczna i którego klatki schodowe są tak wąskie, że wywołują atak klaustrofobii (zwłaszcza, gdy stoi się w korku za innymi gośćmi z walizami), myślę o tym, że to miasto jest doskonałą metaforą Kambodży i zżerających ją chorób.


Na przykład kwestia trafienia dokładnie tam, gdzie się chce. Z pozoru wydaje się to łatwe, w rzeczywistości jednak znalezienie domu o konkretnym numerze graniczy z cudem. Otóż z grubsza w Phnom Penh jest najprostszy system z możliwych - Francuzi ponumerowali ulice zgodnie z dość czytelną ich siatką i w całkiem logicznej kolejności. Taki "system nowojorski". Niestety już oznaczenia domów i posesji są pochodną wojen, wysiedleń, zmian i fantazji mieszkańców nie okiełznanej przez żadne urzędowe siły. Tak więc czasem mija się kamienice stojące obok siebie i mające tabliczki - kolejno - 13A, 34, 7, 26. Co gorsza, często różne hotele, mieszkania czy sklepy stoją pod... dokładnie tym samym adresem, ponieważ niektóre numery w Phnom Penh się dublują. 

Niektórzy mówią, że wszechobecne zakazy wnoszenia i wwożenia broni w budynkach publicznych w Kambodży to nie tylko formalność. Burzliwa historia kraju zaowocowała niekontrolowaną powszechnością uzbrojenia w mieszkaniach prywatnych. Na szczęście nie udało mi się zobaczyć z bliska żadnej lufy - mimo częściowo samotnych nocnych spacerów po mieście. Widziałam natomiast reklamy "Shooting Ranges" zlokalizowanych w okolicach legendarnych Killing Fields. Zastanawiałam się nawet, kto po obejrzeniu setek czaszek w kaplicy na Polach Śmierci ma ochotę sobie postrzelać. No chyba że na strzelnice idzie się przed zwiedzaniem skansenu ludobójstwa.


Kolejna plaga miasta to ruch uliczny. Manewry pojazdów przypominają ruchy Browna - bo odbywają się bez żadnych zasad. Chaos i nierespektowanie świateł to codzienność w Kairze czy Bangkoku, ale takiego wielowektorowego kotła, w którym auta, tuktuki, motorynki (ich trzeba się szczególnie wystrzegać ze względu na kradzieże torebek w locie), autobusy i piesi mieszają się niczym wieloskładnikowa mielonka, nie widziałam jeszcze nigdy. Dodatkowo sytuację i tak nie do ogarnięcia pogarszają jeszcze utrudniające przejazd demonstracje - o których co ciekawe nie ma wzmianki na stronie MSZ-u, choć są znacząco bardziej prężne od tych w Bangkoku. Ludzie wspomagani przez mnichów żądają uwolnienia Yorm Bopha, urodzonej w 1983 aktywistki protestującej przeciw zasypaniu znajdującego się na przedmieściach stolicy jeziora Boeung Kak i stworzeniu na tym terenie zabudowy, którą w grudniu 2012 aresztowano i skazano na trzy lata więzienia za zakłócanie porządku publicznego.


Prostytucja to wątek, który widać tu na każdym kroku - bez wchodzenia w boczne uliczki czy w specjalne czerwone rewiry. Siedzimy na przykład w steakhousie King's Court przy Sisowath Quay, niedaleko promenady nad Tonle Sap i pomnika Sihanouka. Jest gorący wieczór. Jem stek australijski - niemal 12 dolarów, szaleństwo - i wspaniałe crepes Suzette przypominające okres protektoratu francuskiego. A w tle, za naszym stolikiem, odtwarzająca się niczym w koszmarnym dejavu ciągle ta sama scena: starszy pan z młodą Khmerką w objęciach podchodzi do windy i naciska guzik do płatnego raju. Nad restauracją znajduje się hotel na godziny, jeden z wielu w tym mieście. 


Ale przecież i piękne miejsca są w Phnom Penh, choć pewnie trudniej je wypatrzyć niż brudne ulice i kulawe domy. Poranny prysznic w łazienko-toalecie z typowym dla tutejszych tanich hotelików wynalazkiem w postaci prysznica bez kabiny, śniadanko i tuktukami ruszamy na podbój zabytków. Jazda slalomami przez roztrąbione ulice budzi lepiej niż kawa.  


Wstęp do Wat Phnom - dosłownie "Świątyni na Wzgórzu" - kosztuje jak większość towarów i usług 1 dolara. Opłata pobierana jest tylko do cudzoziemców - co jest w pełni uzasadnione, bo miejscowi przychodzą się tu modlić, a nie zwiedzać. 


Zbudowana w 1737 roku pagoda stoi na wysokości 27 metrów - jest więc zarazem najwyższym punktem sakralnym miasta i doskonałym miejscem widokowym.

Zaczynam od kapliczki z lewej strony, w której skrywa się legendarna założycielka miasta - niezbyt urodziwa babcia Penh. Ponoć znalazła ona w rzece pień drzewa, w którym były cztery figurki Buddy. Zbudowała małą świątynie na wzgórzu wzniesionym przez mieszkańców osady i zapewniła w ten sposób błogosławieństwo i rozwój miasta. Do dziś ludzie wierzą w jej moce - palą kadzidełka wotywne, wkładają pieniądze do specjalnej wazy, ustawiają też miniaturki pojazdów, o których marzą - tak, by babcia Penh nie pomyliła się przy spełnianiu ich życzenia co do marki czy koloru karoserii.


Dalej w prawo znajduje się główny budynek świątynny. Był on wielokrotnie odbudowywany i zmieniany - ostatni raz w latach dwudziestych XX wieku. W centrum watu stoi posąg Buddy z brązu. Ludzie skłaniają się przed nim w pokłonach, a potem zostawiają u pobocznych świętych pieniądze jako prośbę lub podziękowanie.


Prócz rzeźb moją uwagę zwracają piękne malowidła naścienne ciągnące się niczym komiks opowiadający historie wczesnych inkarnacji Buddy - jeszcze przed przełomowym momentem oświecenia. Część z nich przedstawia też zdarzenia opisane w Reamkerze, khmerskiej wersji hinduskiej Ramayany.


Najbardziej niezwykłe miejsce wzgórza Wat Phnom - kapliczkę z prawej strony zbudowaną nieco niżej niż główny wat - zostawiłam sobie na koniec zwiedzania. Wokół posągów przed nią kręcą się dzieci w charakterystycznych piżamkach wskazujących na ich wietnamskie pochodzenie. Ta eklektyczna świątynka rzeczywiście przyciąga głównie mieszkających w Phnom Penh Wietnamczyków - poświęcona jest bowiem dżinowi Preah Chau czczonemu głównie przez tę nację. Czczonemu zresztą z fajerwerkami - nad figurkami w świątyni kręcą się neonowe światła, a przed główną statuą wśród pomniejszych darów błyszczy się... sporej wielkości prosiak ułożony z pietyzmem na gazecie.


Oszołomiona zapachem kadzideł wychodzę przed budynek - i natrafiam na boczek włożony do pysków kamiennych drapieżników. Tak, to miejsce zapamiętam z pewnością jako Świątynię Mięsa. Feerię wrażeń związanych z tym kolorowym jak dyskoteka i bardzo lubianym przez wiernych watem (są ich tu tłumy) uzupełnia piec na pieniądze, w którym ludzie palą banknoty ofiarne. 


Próba przejęcia przez wrogiego tuktukowca, który ciągnął mnie do swojego pojazdu mówiąc "Here, here, I know, royal palace" (rzeczywiście miałam tam jechać, a że wybiera się tam KAŻDY turysta, więc nie było to trudne do odgadnięcia), na szczęście się nie udała: "mój" kierowca zorientował się, że zapomniałam, jak wygląda i szybko odbił mnie z jasyru wroga. W Phnom Penh nie można pozwolić sobie nawet na chwilę nieuwagi.

Jedziemy więc do Pałacu Królewskiego - podobnego nieco do tego w Bangkoku, ale wielokrotnie mniejszego. I budynki, i zieleń wokół nich, są tak porządnie wypielęgnowane, że aż trudno uwierzyć, że nadal jesteśmy w Kambodży. Przez kontrast z brudnym i szarym miastem miejsce to wydaje mi się niemal rajskie - i bardzo inspirujące fotograficznie.  


Niestety Salę Tronową z 1919 roku czy też słynną Srebrną Pagodę z 1892 roku z podłogą z 50 ton litego kruszcu wolno utrwalić tylko z zewnątrz. Jeszcze trudniej jest w przypadku Żelaznego Domu, bo akurat przykryto go płachtą i rusztowaniami. Szkoda, bo bardzo chciałam zobaczyć to kuriozum - rdzewiejącego giganta przesłanego tu jako prezent dla króla Norodoma przez Napoleona III jeszcze w czasie protektoratu francuskiego. Złośliwi mówią, że po prostu nie miał co zrobić z tą kupą złomu.


Zabytki zgromadzone na terenach pałacu miały szczęście, podobnie jak Angkor Wat - mimo wprowadzenia przez Czerwonych Khmerów w roku 1975 "roku zero" mającego być początkiem historii i przekreśleniem wszystkiego, co było dotychczas, przywódcy demonstrowali jednak, zwłaszcza przez Zachodem, szacunek dla dawnej wielkości władców i skarbów kultury. Jest w tym chyba jakaś sprzeczność - ale sprzeczność to najwyraźniej drugie imię Kambodży.   

Jeszcze krótka wizyta w Muzeum Narodowym (też niestety "no foto"). W czterech pawilonach zgromadzono tu dzieła sztuki - i z okresu Imperium Khmerskiego, i wcześniejsze. Mnie szczególnie zaciekawiła animacja przedstawiająca teren Angkoru z czasów, gdy toczyło się tam normalne życie, a obok świątyń stały drewniane domostwa. A od artefaktów, których chyba po tylu dniach zwiedzania miałam już lekki przesyt, sympatyczniejszym otoczeniem wydały mi się rośliny w patio tego swoją drogą wyjątkowo ładnego budynku wzniesionego w tradycyjnym stylu  latach dwudziestych XX wieku.


Wystarczy wyjść kilka kroków za ogrodzenie, by zobaczyć sztukę o niemal 1000 lat młodszą. W uliczkach wokół Muzeum Narodowego znajdują się dziesiątki galerii z obrazami wyższych lub niższych lotów. Szkic pastelami można kupić za 5 dolarów, a wszystko, co nie zmieści się do walizki, za darmo sfotografować. Właścicielka sklepiku z uśmiechem wystawia dla mnie płótna i najwyraźniej cieszy ją moje zainteresowanie.


Po bardziej kolorowym obliczu Phnom Penh przychodzi pora na jego oblicze straszne. Tuol Sleng S-21 oraz pola śmierci to obowiązkowe punkty w programie zwiedzania dla wszystkich turystów - a przy okazji miejsca całkowicie ignorowane przez Khmerów. Zarówno w szkole przerobionej w roku 1975 na więzienie, jak i na Killing Fields, nie ma ani jednego "miejscowego". Podobno ludzie nie chcą pamiętać bratobójczego rozdziału historii, wielu z nich zresztą było aktywnie zamieszanych w dramatyczne losy swego kraju - i to nie tylko w charakterze ofiar reżimu. Co ciekawe, do dziś na miejscu niechlubnej kremacji Pol Pola na kupie gumowych opon ludzie masowo zapalają kadzidełka. Ponoć również fragmenty kości dyktatora zebrane zostały do ostatniego kawałka i wykorzystane jako amulety przynoszące szczęście.


Nie dałam rady zwiedzić całego Tuol Sleng. Ten spokój szkolnych murów przełamany okalającym je drutem kolczastym, przybrudzona kredą zielona tablica szkolna w tle zdjęć zamordowanych tu osób, zardzewiałe narzędzia tortur z nieudolnymi obrazami przedstawiającymi sposób ich użycia...  Nie wiem, czy to świadomość, że to wszystko działo się tak niedawno, czy fakt, że były to akty bratobójstwa, czy skala zjawiska - ponoć zabijano tu w najgorszych czasach sto osób dziennie. W każdym razie miejsce to wydało mi się nie do wytrzymania koszmarne. A wywieszony koło wejścia do budynku znak "zakazu śmiechu" nakazujący powagę w tym miejscu - całkowicie zbędny.


Zupełnie inne są za to pola śmierci. Sielsko spokojne, słoneczne, ze śpiewającymi w tle ptakami. W centrum stoi piękna i smukła Memorial Stupa - kaplica z 1998 roku. Dopiero gdy podejdzie się bliżej, zaczyna się dostrzegać zarysy piętrzących się w niej czaszek. Ośmiu tysięcy czaszek.   


Gdyby nic nie wiedzieć o tym miejscu i nie czytać podpisów, można byłoby uznać je za mniej straszne od S-21. Ale gdy przeczyta się tablicę obok ozdobionego bransoletkami drzewa, o które rozbijano dziecięce główki, by oszczędzić naboje, przestaje się słyszeć śpiew ptaków. Pozostałych historii martyrologii 8985 osób, których szczątki tu znaleziono, nie będę przytaczać - bo sama chciałabym jak najszybciej je zapomnieć.


Dzień intensywnego zwiedzania i jeszcze intensywniejszych przeżyć wieńczy rejs po Mekongu, trzeciej obok Tonle Sap i Bassac rzece przepływającej przez Phnom Penh. Z oddali obserwuję życie portu, łodzie i barki płynące z prądem. Słońce powoli zachodzi, zaraz zasłona ciemności zsunie się na miasto, które trudno mi będzie wspominać z uśmiechem na twarzy.





***

ZAPRASZAM NA FILMOWY SPACER PO PHNOM PENH:


ORAZ DO LEKTURY INNYCH TEKSTÓW O KAMBODŻY: