Jest 23.00, wysiadam z pociągu metra, który z centrum Monachium dowiózł mnie na ostatnią stację w podziemiach drugiego terminala w Monachium. Ciemno, deszcz. Ażurowy dach nad dziedzińcem łączącym lotnisko i centrum targowe odcina się od ciemnego nieba niczym pancerz kosmicznego robala.
Kosmiczna będzie też ta noc. Spędzę ją w napcabsie na 4 metrach kwadratowych. Raz już nocowałam w kapsułach na terminalu, ale od tego czasu ponoć je zmodernizowano, więc ciekawa jestem nowego ich wystroju i wyposażenia. Kabin jest też obecnie więcej niż półtora roku temu. Te przy gate'cie G06 stoją bezpośrednio w terminalu, a te w H32 - w specjalnej strefie relaksu. W nocy lotnisko jest zamykane - o różnych godzinach, zależnie od rozkładu lotów w danym dniu. Teraz też przy kontroli bezpieczeństwa panuje półmrok. Ledwie zdążam uprosić ostatnich celników, by wpuścili mnie do strefy tranzytowej. Oczami duszy widzę już siebie śpiącą z bagażem pod głową przy maszynach do check-inu. Na szczęście udaje mi się dogadać z celnikami. Z zainteresowaniem oglądają moje wydruki z informacjami o napcabsach i dają się przekonać, że mimo że mam lot dopiero o 6.30 rano następnego dnia, to już dziś powinnam przedostać się do gate'ów. Idę do strefy H32. Lotnisko jest całkiem puste - takiego jeszcze go nie widziałam. Nie ma nawet służb sprzątających. Sklepy i restauracje pozamykane. W palarniach tylko resztki dymu w powietrzu. Dobrze, że chociaż toalety otwarte są cała dobę.
Dochodzę do strefy relaksu przypominającej scenerię z avatarowej Pandory. Wszechobecna czysta zieleń. I kabiny niczym kokony zapraszające do przytulnych wnętrz.
Przyjemność korzystania z napcabsa to koszt 15 euro za godzinę w dzień (6.00-22.00) i 10 euro w nocy (22.00-6.00). Minimalna wpłata wynosi 30 euro, ale w czasie płacenia kartą kredytową blokowana jest na niej suma 100 euro, z której niewykorzystana kwota odblokowywana jest od razu po opuszczeniu kabiny. Czas pobytu we wnętrzu podliczany jest co do minuty. Pierwsza nowość: w roku 2011 to karta kredytowa służyła za klucz do kabiny, gdy na chwilę chciało się ją opuścić - np. by skorzystać w nocy z toalety. Pewnie niejeden pasażer zaspany wyleciał z napcabsa bez karty i nie mógł wrócić, bo teraz już w czasie meldowania się na ekranie w celu skorzystania z kabiny musiałam ustalić PIN otwierający drzwi po chwilowym wyjściu. A ponieważ PIN także można niechcący zapomnieć, to na monitorze dotykowym we wnętrzu dodano opcję przypomnienia osobistego kodu.
Wsuwam kartę kredytową do terminala na zewnątrz kabiny, wbijam PIN, drzwi automatycznie się otwierają. Wita mnie zapach świeżej pościeli i chłód klimatyzowanego wnętrza. Zatrzaskuję od środka drzwi i zasuwam roletę zapewniającą mi pełną intymność.
Dostrzegam kolejną nowość: na pasażera wynajmującego kabinę czeka półlitrowa butelka wody mineralnej. Niestety improvement, który zgłosiłam mailowo - że w kabinie przydałyby się książki - nie został uwzględniony. Dobrze, że mam prywatnego Kindla. Przybyła za to stacja dokująca do Iphone'a.Bo kabel RJ45 był już na pewno także w starszej wersji minihotelu.
Bawię się precyzyjnym regulatorem klimatyzacji. A potem monitorem i jego dobrze znanymi mi już funkcjami. Opcja "aktywizująca" to mocne światło i dynamiczny Vivaldi rozbrzmiewający w kabinie. Opcja "odprężająca" to ciepłe światło i kojące klasyczne dźwięki. Poza tym mam do wyboru kilkanaście utworów muzyki poważnej i parę filmików reklamowych do obejrzenia. Bazy filmów fabularnych czy gier - które zdarzają się w samolotach luksusowych linii - na razie w kabinie brak.
Przebieram się pidżamkę, ustawiam budzik. Rano okaże się, że pod tym hasłem kryje się zespół funkcji akustyczno-wizualnych, które obudziłyby nawet umarłego. Kabina piszczy, a światło rozbłyskuje się pulsacyjnie. Chyba tylko dzięki temu nie zaspałam na poranny lot do Warszawy - bo w kabinie spało mi się grzesznie słodko.
Po sześciu godzinach budzę się wypoczęta. Ubieram się przy dźwiękach Czajkowskiego. Wychodzę na pusty wciąż terminal. Żegnam się z minihotelem, w którym po raz drugi już przeżyłam miłą noc. Terminal informuje mnie, ile pieniędzy z zablokowanych na karcie stu euro zostanie mi zwrócone.
Do gate'u mam zaledwie kilkadziesiąt metrów. Lotnisko powoli budzi się do życia. Otwierają się pierwsze sklepy, zaspani pasażerowie sączą darmową kawkę z papierowych kubków. Dwóch policjantów spisuje zeznania od jednego z pasażerów, którzy próbował wejść na lotnisko z kastetem.
Wchodzimy do Embraera. Jak zawsze w czasie porannego poniedziałkowego lotu siedzę niczym w jednej ze scen w "Matrixie" wśród klonów w ciemnych garniturach lecących na tydzień roboczy w Monachium do Warszawy. Pogoda piękna, startujemy bez przeszkód i powoli wznosimy się nad chmury. Już za 1,5 godziny będę siedzieć przy biurku w pracy.
Zapraszam też na filmik, który nakręciłam w kapsule:
Tribhuvan International Airport to miejsce szczególne. Zamiast szklanych rozsuwanych drzwi ma wejścia stale otwarte, ale za to obstawione szczelnie przez policję; zamiast ruchomych taśm bagażowych ma halę, w której rozrzucone bezładnie walizki piętrzą się w najdziwniejszych konfiguracjach; zamiast psów obwąchujących pilnie podejrzane pakunki ma koty przemykające się między podróżnymi w poszukiwaniu jadła i schronienia. To z pewnością najdziwniejsze lotnisko, na jakim kiedykolwiek byłam. I chyba najpilniej strzeżone.
W hali odlotów Tribhuvanu nie ma miejsca na łzy pożegnań. Roni się je przed wejściem do budynku - to tam trzeba się pożegnać, bo policja nie przepuszcza dalej osób bez ważnego biletu. Potem nie ma już zresztą zwykle czasu na łzy: zanim dojdzie się na betonową płytę i przejdzie lub przejedzie busem do samolotu trzeba odbyć dobre pięć kolejnych kontroli bezpieczeństwa, wypełnić liczne druczki i dać sobie ostemplować wizę (biada temu, kto przekroczy czas pobytu - przedłużenie wizy przy wyjeździe słono kosztuje).
Ale do tego etapu jeszcze daleko. Póki co stoję w pierwszej hali z biletem Air India. Lot do Frankfurtu przez New Delhi (tam nota bene w czasie ostatniej przesiadki odkryłam znane mi z Monachium napcaby - kapsuły do spania*, tu nazwane sleeping pods) udało się potwierdzić. Kosztowało to trzy telefony do Indii z Warszawy (moja Mama dzielnie starała się coś ustalić) i dwa z Katmandu oraz wizytę w lokalnym przedstawicielstwie tej linii lotniczej w Katmandu, ale udało się - przynajmniej pozornie. Dobrze, że doczytałam napis małym drukiem, że Air India żąda potwierdzania lotu przez pasażerów najpóźniej 24 h przed wylotem. Póki co wszystko wygląda dobrze, otuchy dodaje mi też błysk zielonej kurtki mojego przewodnika, który czeka przed lotniskiem. Czeka tam w sumie zupełnie niepotrzebnie, bo on na pewno nie wejdzie do budynku, a ja wychodząc znów musiałabym odbyć dwie szczegółowe kontrole (paszportową i bezpieczeństwa), a chyba nie mam już na to siły.
Okienko Air India puste. Trzy godziny do odlotu. Tłumy i kontrole powodują, że warto sobie zarezerwować więcej czasu, co też zrobiłam. Sprzątaczki chodzą parami - jedna zmiękcza płynem w sprayu liczne naklejki bagażowe poprzyklejane do podłogi, druga plastikowym przyrządem je odkleja. Kończą z jednej strony i zaraz zaczynają z drugiej, bo naklejek wciąż przybywa.
Dwie godziny do odlotu, siedzę na plecaku i z coraz większym niepokojem spoglądam na okienko odpraw Air India. Wszędzie kolejki, a tu pustka. Zaczynam się rozglądać, po pół godziny udaje mi się wypatrzyć pana w mundurku, który ewidentnie wygląda na Hindusa - i rzeczywiście po bliższym podejściu dostrzegam na jego plakietce logo linii lotniczych, które wczoraj jeszcze potwierdziły mój lot.
Mr Air India mówi po angielsku, co za ulga. Ale tylko chwilowa. Ze względu na warunki pogodowe mój lot "has been cancelled". Mr Air India każe mi czekać. Siadam więc znów na plecaku i z bezsilności zaczynam płakać. Nie to, żebym tak bardzo chciała opuścić Nepal - chętnie zostałabym tu nawet bardzo długo. Ale niekoniecznie na plecaku z brudnymi ciuchami na Tribhuvanie.
Gdzie są inni pasażerowie mający dziś lecieć do New Delhi? Czy oni wiedzieli coś więcej? Może polecieli wcześniej?... Nagle słyszę NIEMIECKI! Co za ulga. A potem AUSTRIACKI. Dwóch mężczyzn siada na ławeczce nieopodal - jeden sporo starszy, drugi w moim wieku. Podchodzę do nich. Są w tej samej sytuacji. Część pasażerów wysłano podobno wcześniej do Europy, a nasza trójka - a właściwie czwórka, bo dołącza do nas świeżo upieczony student z Bawarii - ma czekać. Moi nowi znajomi nie mają już nepalskich rupii, ja mam ich jeszcze sporo, bo gdzieś czytałam, że coś trzeba zapłacić przy wyjeździe. Informacja ta okazała się nieaktualna, ale dzięki temu mamy pieniądze na wspólną kawkę, pijemy nią bruderszaft i nastrój się poprawia - w końcu stanowimy silną i zwartą bandę czworga, która jakoś w końcu sobie ze wszystkim poradzi.
Najstarszy towarzysz podróży, Torsten, to emerytowany profesor entomologii. Mieszka w Tybindze - miasteczku, w którym studiowałam. Umawiamy się, że przy okazji wpadnę do niego zobaczyć kolekcję owadów. Młody Austriak uzbierał spore oszczędności, rzucił robotę i spędza teraz rok na podróżowaniu po Azji. Mój najmłodszy nowy kumpel właśnie skończył liceum i dostał się na studia inżynierskie. Do Katmandu przyjechał na miesiąc, żeby w ramach projektu edukacyjnego uczyć dzieci matematyki po angielsku. To jego pierwsza zagraniczna podróż, przed miesiącem po raz pierwszy leciał samolotem - i to od razu na inny kontynent.
Łzy wysychają, dostrzegamy promyk nadziei. Ospały dotąd Mr Air India dwoi się i troi przy okienkach innych linii lotniczych negocjując dla nas wylot. Trwa to godzinę. Ale opłacało się czekać - z dumą wręcza nam bilety Thai Airways do... Bangkoku! A więc żeby dolecieć na północny zachód najpierw polecimy na południowy wschód.
Mamy jeszcze 8 godzin czekania. Resztę moich rupii rozdaję moim towarzyszom mówiąc, że to nasze bony na jedzenie. Mozolnie przesuwamy się przez kolejne kontrole. Torsten pomaga starszemu Nepalczykowi wypełnić druczki wyjazdowe. Przy okienku okazuje się, że to nie te druczki i pomoc idzie na marne. Młody gdzieś znika, niepokoimy się. Potem dowiemy się, że przekroczył czas pobytu o jeden dzień i jego trzydziestodniowa wiza wygasła. Ponad godzinę i dobre 50 dolarów kosztuje go przedłużenie. My się niepokoimy, bo nie wiemy, gdzie zniknął - szkoda, że nie wymieniliśmy numerów telefonów.
Gdy znów się pojawia - cały i zdrowy, z radości kupujemy chipsy i colę w lotniskowym sklepiku i świętujemy ostatnie godziny w Katmandu rozmawiając o świecie, życiu, religii, Azji i oglądając na aparacie Wernera filmiki z indyjskich ceremonii religijnych, w których uczestniczył. Czas się nie dłuży. Obok nas grupa Koreańczyków je kurczaki ze styropianowych opakowań wyrzucając bez żenady niedojedzone resztki do kosza. Torsten ze smutkiem konstatuje, że przecież jesteśmy w jednym z najbiedniejszych krajów świata i że ten spektakl ma tu szczególny wymiar.
Podstawiają samolot. Pachnące luksusowe wnętrze w pastelowych barwach z pachnącymi uperfumowanymi stewardessami w nieco zmodernizowanych tradycyjnych tajskich strojach. A więc to pożegnanie z Nepalem.
Z powietrza zobaczymy jeszcze rozległa plamę Katmandu, brudnoszarą strużkę Bagmati i dumne himalajskie szczyty. Już tak odległe.
Lecimy do Bangkoku. Lot szybko mija. Wyrafinowane dania i drinki z palemką, na panelu przed siedzeniem 100 filmów do wyboru, 200 albumów z muzyką, 30 gier. Witamy w świecie nieograniczonej konsumpcji - zwykle przyjaźnie plastikowym, lecz dziś jakimś pustym. Na biletach do Nepalu naprawdę powinno być nadrukowane ostrzeżenie, że nie wróci się już stamtąd takim samym, jak było się wcześniej.
Lotnisko w Bangkoku. Wysiadamy z samolotu w gęste, gorące, parne powietrze - takie, jak wtedy w lipcu w Pekinie, gdy wydawało mi się, że zaraz się uduszę. Ale to tylko chwila - zaraz wchodzimy do wnętrza... pałacu. Bo tym wydał mi się wtedy Suvarnabhumi Airport.
Hale ze szkła i betonu pachnące perfumami, knajpki z rarytasami, ekspresyjna instalacja przedstawiająca opisywaną między innymi w "Bhagavata Purana" scenę stworzenia świata. Ponadnaturalnej wielkości posągi hinduistycznych bóstw robią wrażenie. Ale najpierw kontrola. Młody celnik pokazuje palcem na mój wisiorek z Buddą. Pytam, czy mam go zdjąć do kontroli. Ale on skłania się tylko z szacunkiem mówiąc "No, no, I am just a Buddhist".
Jeszcze siedem godzin do kolejnego lotu. Torsten nie ma komórki, a chce zadzwonić do żony. Mój telefon z jakiegoś powodu nie działa - być może to kwestia nietypowego systemu numerów kierunkowych w Tajlandii, o którym wtedy jeszcze nie mamy pojęcia. Torsten ma jedynie dolary, a budki telefoniczne są na bathy. Proponuję mu, żebyśmy spróbowali wymienić walutę w sklepiku z szalami. Torsten chce się zakładać, że to się nie uda; ja się upieram, że dam radę. Miła ekspedientka rozmienia nam dolara na monety lokalne. Czy jeden dolar wystarczy na rozmowę do Niemiec? Po dziesięciu próbach wybrania numeru w automacie proszę obsługę lotniska o pomoc. Kierunkowe wbija się tu rzeczywiście zupełnie inaczej. Torsten śmieje się, że za tego dolara miał tyle czasu, że nie było już o czym gadać. Żona powiadomiona, czas na papierosa.
Na lotnisku z Bangkoku dokładne oznaczenia kierują nas dokładnie tam, gdzie chcemy... Prawie. Gdzie jest w tym pałacu palarnia? Może w jednej z kryształowych hal, może w którejś z luksusowych lounges? Nie. Palarnia to zakurzona klitka pod schodami ruchomymi. Brudna i śmierdząca; i zdecydowanie za mała. Oj, nie lubią tu palaczy.
Jeszcze kilka godzin do odlotu. Szkoda, że do miasta trzeba jechać stąd 45 minut i że potrzebna jest wiza. A może nie szkoda - samo lotnisko też warte jest zwiedzenia. To właśnie tu jest najwyższa na świecie wieża kontroli lotów (132,2 m) i czwarty co do wielkości na świecie terminal (563 000 m2). Potem doczytam, że w roku 2011 był to drugi co do popularności obiekt wśród tych utrwalanych na instagramowych fotkach.
Odwiedzamy knajpki z kuchniami świata, oglądamy T-Shirty ze smokami, wąchamy najnowsze edycje perfum Chanel, podziwiamy zieleń. W końcu zasiadamy na piwie. Małe tajskie buteleczki ze złotym płynem. Gadamy, czas mija, kelnerka przynosi kolejne butelki. Każde z nas wypiło już siedem. Ale nie ma obaw - rachunek ma właściwości trzeźwiące. Torsten stwierdza, że w swym długim życiu nie zapłacił jeszcze nigdy 60 dolarów za jedno posiedzenia na piwie.
Wsiadamy do jumbo, który zabierze nas stąd do Frankfurtu. 12 godzin lotu. A potem jeszcze trzeba będzie dostać się do Warszawy. Póki co wsiadamy do kolejnego pachnącego samolotu. Jakże inny jest od tego Air Indii, którym leciałam z New Delhi do Katmandu. Menu też inne - każdy pasażer dostaje kartę z daniami do wyboru. Na przystawkę zamawiam koktajl krewetkowy, potem delektuję się kurczakiem w bardzo wielu smakach. W nocy kilka filmów akcji na moim osobistym monitorze. Rano delikatny omlet. Żadna transkontynentalna podróż nie trwała jeszcze tak krótko!
Lądujemy w skutym lodem Frankfurcie. Jest 8 rano. Ze względu na zakaz nocnych lotów właśnie teraz skumulował się ruch maszyn z Azji i Afryki. Czekamy w hali przed kontrolą w tak zbitym tłumie, że ulice Katmandu wydałyby się przy nim puste. Jakiś wkurzony Niemiec krzyczy "Może przydałby się komunikat?". Nie prosi o rozwiązanie problemu, tylko o informację. Jesteśmy już w innym świecie. Pojawia się upragniony komunikat, wolno przesuwamy się do kontroli paszportowej.
Mój planowy lot FRA-WAW przepadł bezpowrotnie jakoś wczoraj wieczorem chyba. Muszę zabookować nowy - nie przysługuje mi żaden zwrot pieniędzy, bo bilet LOT-u kupowałam niezależnie od biletów Air Indii. Podchodzę do okienka jednej z agencji z napisem "Najtańsze bilety". 150 euro i za 4 godziny będę w Polsce.
Żegnamy się serdecznie. Koledzy są już prawie w domu, ja muszę czekać na kolejny lot. 40 godzin w podróży - nie wiem już, czy jest rano czy wieczór, lato czy zima. Jaka wyda mi się Warszawa po tej podróży?
Lecę do Polski. Tym razem oglądam film w głowie, a nie na ekranie: ostatni wieczór w Nepalu - siedzę z Himalem na schodach świątyni w Bhaktapur i patrzę na słońce chowające się za górami.
Warszawa wydała mi się szara i pusta, a ludzie smutni i starzy. Po każdej podróży wraca się tu inaczej - i nie zawsze z radością.
To właśnie na Flughafen München głosowałam w ankiecie Lufthansy "Moje ulubione lotnisko". Bo rzeczywiście z europejskich portów lotniczych to ten uważam za najprzyjaźniejszy dla pasażerów; i za jeden z najładniejszych. Zresztą to nie tylko moje zdanie: w roku 2011 Munich Airport uhonorowany został prestiżową nagrodą World Airport Award Skytrax dla najlepszego lotniska w Europie.
Lotnisko im. Franza Josefa Straussa (polityka, nie muzyka) to prawdziwe arcydzieło architektury. Zadbano w nim o kontrast linii i form, grę świateł, układ przestrzeni. Nic dziwnego, że można je też zwiedzić jak muzeum czy kościół - "Airport Tour" z przewodnikiem trwa około 50 minut i kosztuje 8,50 euro.
Odkąd pamiętam na Flughafen München nie trzeba wydawać ani grosza na dobrą kawę i herbatę - przy gate'ach ustawione są czyste stoliki z napojami do wyboru: różnymi rodzajami herbat i ekspresem do kawy. Na innych stojakach na pasażerów czeka prasa - od "Frankfurter Allgemeine Zeitung" po "Financial Timesa".
Dzień na lotnisku to prawdziwa przygoda: w parku dla zwiedzających można zeksplorować kabiny samolotów Ju52 i Lockheed Super Constellation, potem dla odprężenia fajnie jest zagrać w minigolfa na polu z 18 dołkami lub pooglądać starty i lądowania z płyty wschodniej na tarasie widokowym w terminalu 2 (trzeba wjechać schodami ruchomymi z hali przylotów do obszaru restauracyjnego i stamtąd przejść na taras korytarzem powietrznym; opłata za wejście 1 euro). Warto też spróbować piwa z browaru lotniskowego "Airbräu" - jedynego takiego w Europie (browar znajduje się w strefie MAC przy terminalu 2; polecam pszenicznego Kumulusa - 2,40 euro za 0,5 l) oraz zrobić sobie pamiątkową fotkę z symbolem Bawarii :-)
Jednak noc na lotnisku to zupełnie co innego - taras zamykany jest o 22.00, większość sklepów o 21.00 i całe lotnisko powoli idzie spać... Terminale tętniące życiem around the clock widziałam jedynie w Azji, w Europie nawet na Heathrow trudno kupić pizzę po 21.00.
Ląduję w Monachium o 22.00. Lot z Kairu był sporym przeżyciem - i to nie dlatego, że z nieba można dostrzec piramidy w Gizie. Nota bene stojąc kilka dni wcześniej pod piramidami z niepokojem patrzyłam na intensywny ruch lotniczy bezpośrednio nad nimi... Samoloty zagrażają piramidom, a piramidy samolotom: stewardessom nie udało się opanować tłumu, który rzucił się do okien mimo włączonej informacji "zapiąć pasy" na widok stożkowatych zarysów. Tym razem było jednak jeszcze ciekawej: nad okrywającym się już mrokiem Kairem rozpętała się burza z piorunami. Z okien Boeinga widać było błyskawice przelatujące między skłębionymi chmurami (co nawet udało mi się nagrać: http://www.youtube.com/watch?v=N3OUUmYUEcw), a przez huk silników przebijał się dźwięk grzmotów.
A więc ląduję na zasypiającym już lotnisku. Lot do Warszawy mam dopiero o 8 rano. To jeszcze 10 godzin. Dobrze, że udało mi się wygooglać ciekawą opcję: kabiny do spania zwane napcabs. Skonstruowali je studenci z Uniwersytety Technicznego w Monachium. Na razie pilotażowo postawiono na lotnisku dwie sztuki koło gate'u H32 w terminalu 2. Na stronie http://www.napcabs.net widnieje jednak informacja, że niebawem pojawi się ich więcej.
Szukam kabin. Z zewnątrz wyglądają jak solaria, jednak przez szklany panel w drzwiach można zajrzeć do środka i przekonać się, czym są naprawdę: minipokoikami do spania z łóżkiem 80X200 cm, kuszącą czystością pościelą, flatscreenem, małym stolikiem i dużym lustrem optycznie powiększającym przestrzeń.
Koło wejścia terminal płatniczy. Kabin nie można rezerwować, ale na szczęście dziś obie są wolne i czekają na nocnych (oraz dziennych - bo można je też wykorzystać na kilkugodzinna drzemkę w ciągu dnia) znużonych podróżą pasażerów. Wbijam moje dane, również adres mailowy, na który później zostanie mi wysłana "ankieta satysfakcji". Przeciągam kartę kredytową - to ona będzie moim kluczem do kabiny umożliwiającym ponowne jej otwarcie np. po wyjściu do toalety (w toaletach na MUC też nota bene są ankiety satysfakcji :-)). Bo toalety niestety w niej nie ma.
Dziwne uczucie: będę spać na środku gate'a, wśród przechadzających się tam ludzi i sprzątaczek. Podobno kabina jest "soundproof", więc nie powinni usłyszeć mojego chrapania - ani ja ich kasłania. Może hotel byłby wygodniejszy, może odrobinę tańszy (za każdą godzinę spędzoną w nocy w napcab zapłacę 10 euro), ale stąd będę rano miała zaledwie kilkaset kroków do gate'u, przy którym czekać będzie Embraer do Warszawy. Poza tym to ciekawe przeżycie taka noc w napcabie.
Wchodzę do kabiny, która po tygodniu w Kairze wydaje mi się jeszcze bardziej sterylna niż jest w istocie. Zasuwam roletę na szybie w drzwiach, by móc komfortowo przebrać się w pidżamkę. Bagażu na szczęście nie mam ze sobą - nadałam go z Kairu bezpośrednio do Warszawy, więc pewnie leży gdzieś teraz w jakimś zimnym lotniskowym magazynie. Przy stoliku w kabinie gniazdka elektryczne i podłączenie do sieci Internetowej (wraz z kablem RJ45). Nie mam ze sobą ani laptopa, więc tym razem nie skorzystam. Bardziej przydałaby mi się półka z książkami, bo sklepy na lotnisku już zamknięte, a ja nie mam lektury do poduszki.
Zaczynam bawić się touchscreenem (to też nagrałam: http://www.youtube.com/watch?v=4yhnBH8rdl4&feature=plcp). Mogę na nim sprawdzić godziny odlotów i gate'y, obejrzeć filmy reklamowe, ustawić budzik, wybrać Vivaldiego, Beethovena lub Czajkowskiego jako towarzysza drzemki, zmienić oświetlenie kabiny na "nastrojowe" lub "energetyzujące"...
A więc odpływam przy pierwszym koncercie fortepianowym Czajkowskiego. Śpię dobrze, śni mi się rejs po Nilu. Budzi mnie budzik własny, bo nie zaufałam temu napcabowemu - pewnie niesłusznie.
Wychodzę wyspana z kabiny, na panelu przy wyjściu odmeldowuję się i odczytuję, ile będzie mnie kosztowała ta przyjemność. Od 6 rano do 22 płaci się 15 euro za godzinę, w nocy - 10 (minimalna opłata 30 euro, naliczanie opłat z dokładnością do 1 minuty). Na ekranie pojawia się informacja, że napcab wymaga zmiany pościeli i na razie jest nieczynny.
Lecę do Warszawy, z lotniska jadę bezpośrednio do biura - dzięki napcabowi jakoś przeżyję ten dzień. W ankiecie, która przychodzi mailem po kilku dniach, oceniam pozytywnie ten alternatywny koncept na relaks na lotnisku - podrzucam też pomysł na kabiny deluxe z toaletą i kabiny double dla dwóch osób. Może kiedyś powstaną.
P.S. Zdjęcia zebrałam z wielu różnych pobytów na lotnisku w Monachium - dlatego część fotek jest zimowa, a część letnia.