Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label Kathmandu. Show all posts
Showing posts with label Kathmandu. Show all posts

2.18.2012

/NEPAL/TAJLANDIA/ Z Katmandu do Warszawy przez Bangkok


Tribhuvan International Airport to miejsce szczególne. Zamiast szklanych rozsuwanych drzwi ma wejścia stale otwarte, ale za to obstawione szczelnie przez policję; zamiast ruchomych taśm bagażowych ma halę, w której rozrzucone bezładnie walizki piętrzą się w najdziwniejszych konfiguracjach; zamiast psów obwąchujących pilnie podejrzane pakunki ma koty przemykające się między podróżnymi w poszukiwaniu jadła i schronienia. To z pewnością najdziwniejsze lotnisko, na jakim kiedykolwiek byłam. I chyba najpilniej strzeżone.


W hali odlotów Tribhuvanu nie ma miejsca na łzy pożegnań. Roni się je przed wejściem do budynku - to tam trzeba się pożegnać, bo policja nie przepuszcza dalej osób bez ważnego biletu. Potem nie ma już zresztą zwykle czasu na łzy: zanim dojdzie się na betonową płytę i przejdzie lub przejedzie busem do samolotu trzeba odbyć dobre pięć kolejnych kontroli bezpieczeństwa, wypełnić liczne druczki i dać sobie ostemplować wizę (biada temu, kto przekroczy czas pobytu - przedłużenie wizy przy wyjeździe słono kosztuje).


Ale do tego etapu jeszcze daleko. Póki co stoję w pierwszej hali z biletem Air India. Lot do Frankfurtu przez New Delhi (tam nota bene w czasie ostatniej przesiadki odkryłam znane mi z Monachium napcaby - kapsuły do spania*, tu nazwane sleeping pods) udało się potwierdzić. Kosztowało to trzy telefony do Indii z Warszawy (moja Mama dzielnie starała się coś ustalić) i dwa z Katmandu oraz wizytę w lokalnym przedstawicielstwie tej linii lotniczej w Katmandu, ale udało się - przynajmniej pozornie. Dobrze, że doczytałam napis małym drukiem, że Air India żąda potwierdzania lotu przez pasażerów najpóźniej 24 h przed wylotem. Póki co wszystko wygląda dobrze, otuchy dodaje mi też błysk zielonej kurtki mojego przewodnika, który czeka przed lotniskiem. Czeka tam w sumie zupełnie niepotrzebnie, bo on na pewno nie wejdzie do budynku, a ja wychodząc znów musiałabym odbyć dwie szczegółowe kontrole (paszportową i bezpieczeństwa), a chyba nie mam już na to siły.


Okienko Air India puste. Trzy godziny do odlotu. Tłumy i kontrole powodują, że warto sobie zarezerwować więcej czasu, co też zrobiłam. Sprzątaczki chodzą parami - jedna zmiękcza płynem w sprayu liczne naklejki bagażowe poprzyklejane do podłogi, druga plastikowym przyrządem je odkleja. Kończą z jednej strony i zaraz zaczynają z drugiej, bo naklejek wciąż przybywa. 


Dwie godziny do odlotu, siedzę na plecaku i z coraz większym niepokojem spoglądam na okienko odpraw Air India. Wszędzie kolejki, a tu pustka. Zaczynam się rozglądać, po pół godziny udaje mi się wypatrzyć pana w mundurku, który ewidentnie wygląda na Hindusa - i rzeczywiście po bliższym podejściu dostrzegam na jego plakietce logo linii lotniczych, które wczoraj jeszcze potwierdziły mój lot.

Mr Air India mówi po angielsku, co za ulga. Ale tylko chwilowa. Ze względu na warunki pogodowe mój lot "has been cancelled". Mr Air India każe mi czekać. Siadam więc znów na plecaku i z bezsilności zaczynam płakać. Nie to, żebym tak bardzo chciała opuścić Nepal - chętnie zostałabym tu nawet bardzo długo. Ale niekoniecznie na plecaku z brudnymi ciuchami na Tribhuvanie.

Gdzie są inni pasażerowie mający dziś lecieć do New Delhi? Czy oni wiedzieli coś więcej? Może polecieli wcześniej?... Nagle słyszę NIEMIECKI! Co za ulga. A potem AUSTRIACKI. Dwóch mężczyzn siada na ławeczce nieopodal - jeden sporo starszy, drugi w moim wieku. Podchodzę do nich. Są w tej samej sytuacji. Część pasażerów wysłano podobno wcześniej do Europy, a nasza trójka - a właściwie czwórka, bo dołącza do nas świeżo upieczony student z Bawarii - ma czekać. Moi nowi znajomi nie mają już nepalskich rupii, ja mam ich jeszcze sporo, bo gdzieś czytałam, że coś trzeba zapłacić przy wyjeździe. Informacja ta okazała się nieaktualna, ale dzięki temu mamy pieniądze na wspólną kawkę, pijemy nią bruderszaft i nastrój się poprawia - w końcu stanowimy silną i zwartą bandę czworga, która jakoś w końcu sobie ze wszystkim poradzi.


Najstarszy towarzysz podróży, Torsten, to emerytowany profesor entomologii. Mieszka w Tybindze - miasteczku, w którym studiowałam. Umawiamy się, że przy okazji wpadnę do niego zobaczyć kolekcję owadów. Młody Austriak uzbierał spore oszczędności, rzucił robotę i spędza teraz rok na podróżowaniu po Azji. Mój najmłodszy nowy kumpel właśnie skończył liceum i dostał się na studia inżynierskie. Do Katmandu przyjechał na miesiąc, żeby w ramach projektu edukacyjnego uczyć dzieci matematyki po angielsku. To jego pierwsza zagraniczna podróż, przed miesiącem po raz pierwszy leciał samolotem - i to od razu na inny kontynent.

Łzy wysychają, dostrzegamy promyk nadziei. Ospały dotąd Mr Air India dwoi się i troi przy okienkach innych linii lotniczych negocjując dla nas wylot. Trwa to godzinę. Ale opłacało się czekać - z dumą wręcza nam bilety Thai Airways do... Bangkoku! A więc żeby dolecieć na północny zachód najpierw polecimy na południowy wschód.


Mamy jeszcze 8 godzin czekania. Resztę moich rupii rozdaję moim towarzyszom mówiąc, że to nasze bony na jedzenie. Mozolnie przesuwamy się przez kolejne kontrole. Torsten pomaga starszemu Nepalczykowi wypełnić druczki wyjazdowe. Przy okienku okazuje się, że to nie te druczki i pomoc idzie na marne. Młody gdzieś znika, niepokoimy się. Potem dowiemy się, że przekroczył czas pobytu o jeden dzień i jego trzydziestodniowa wiza wygasła. Ponad godzinę i dobre 50 dolarów kosztuje go przedłużenie. My się niepokoimy, bo nie wiemy, gdzie zniknął - szkoda, że nie wymieniliśmy numerów telefonów. 

Gdy znów się pojawia - cały i zdrowy, z radości kupujemy chipsy i colę w lotniskowym sklepiku i świętujemy ostatnie godziny w Katmandu rozmawiając o świecie, życiu, religii, Azji i oglądając na aparacie Wernera filmiki z indyjskich ceremonii religijnych, w których uczestniczył. Czas się nie dłuży. Obok nas grupa Koreańczyków je kurczaki ze styropianowych opakowań wyrzucając bez żenady niedojedzone resztki do kosza. Torsten ze smutkiem konstatuje, że przecież jesteśmy w jednym z najbiedniejszych krajów świata i że ten spektakl ma tu szczególny wymiar.

Podstawiają samolot. Pachnące luksusowe wnętrze w pastelowych barwach z pachnącymi uperfumowanymi stewardessami w nieco zmodernizowanych tradycyjnych tajskich strojach. A więc to pożegnanie z Nepalem. 


Z powietrza zobaczymy jeszcze rozległa plamę Katmandu, brudnoszarą strużkę Bagmati i dumne himalajskie szczyty. Już tak odległe.


Lecimy do Bangkoku. Lot szybko mija. Wyrafinowane dania i drinki z palemką, na panelu przed siedzeniem 100 filmów do wyboru, 200 albumów z muzyką, 30 gier. Witamy w świecie nieograniczonej konsumpcji - zwykle przyjaźnie plastikowym, lecz dziś jakimś pustym. Na biletach do Nepalu naprawdę powinno być nadrukowane ostrzeżenie, że nie wróci się już stamtąd takim samym, jak było się wcześniej.


Lotnisko w Bangkoku. Wysiadamy z samolotu w gęste, gorące, parne powietrze - takie, jak wtedy w lipcu w Pekinie, gdy wydawało mi się, że zaraz się uduszę. Ale to tylko chwila - zaraz wchodzimy do wnętrza... pałacu. Bo tym wydał mi się wtedy Suvarnabhumi Airport.


Hale ze szkła i betonu pachnące perfumami, knajpki z rarytasami, ekspresyjna instalacja przedstawiająca opisywaną między innymi w "Bhagavata Purana" scenę stworzenia świata. Ponadnaturalnej wielkości posągi hinduistycznych bóstw robią wrażenie. Ale najpierw kontrola. Młody celnik pokazuje palcem na mój wisiorek z Buddą. Pytam, czy mam go zdjąć do kontroli. Ale on skłania się tylko z szacunkiem mówiąc "No, no, I am just a Buddhist". 


Jeszcze siedem godzin do kolejnego lotu. Torsten nie ma komórki, a chce zadzwonić do żony. Mój telefon z jakiegoś powodu nie działa - być może to kwestia nietypowego systemu numerów kierunkowych w Tajlandii, o którym wtedy jeszcze nie mamy pojęcia. Torsten ma jedynie dolary, a budki telefoniczne są na bathy. Proponuję mu, żebyśmy spróbowali wymienić walutę w sklepiku z szalami. Torsten chce się zakładać, że to się nie uda; ja się upieram, że dam radę. Miła ekspedientka rozmienia nam dolara na monety lokalne. Czy jeden dolar wystarczy na rozmowę do Niemiec? Po dziesięciu próbach wybrania numeru w automacie proszę obsługę lotniska o pomoc. Kierunkowe wbija się tu rzeczywiście zupełnie inaczej. Torsten śmieje się, że za tego dolara miał tyle czasu, że nie było już o czym gadać. Żona powiadomiona, czas na papierosa.

Na lotnisku z Bangkoku dokładne oznaczenia kierują nas dokładnie tam, gdzie chcemy... Prawie. Gdzie jest w tym pałacu palarnia? Może w jednej z kryształowych hal, może w którejś z luksusowych lounges? Nie. Palarnia to zakurzona klitka pod schodami ruchomymi. Brudna i śmierdząca; i zdecydowanie za mała. Oj, nie lubią tu palaczy.

Jeszcze kilka godzin do odlotu. Szkoda, że do miasta trzeba jechać stąd 45 minut i że potrzebna jest wiza. A może nie szkoda - samo lotnisko też warte jest zwiedzenia. To właśnie tu jest najwyższa na świecie wieża kontroli lotów (132,2 m) i czwarty co do wielkości na świecie terminal (563 000 m2). Potem doczytam, że w roku 2011 był to drugi co do popularności obiekt wśród tych utrwalanych na instagramowych fotkach.

Odwiedzamy knajpki z kuchniami świata, oglądamy T-Shirty ze smokami, wąchamy najnowsze edycje perfum Chanel, podziwiamy zieleń. W końcu zasiadamy na piwie. Małe tajskie buteleczki ze złotym płynem. Gadamy, czas mija, kelnerka przynosi kolejne butelki. Każde z nas wypiło już siedem. Ale nie ma obaw - rachunek ma właściwości trzeźwiące. Torsten stwierdza, że w swym długim życiu nie zapłacił jeszcze nigdy 60 dolarów za jedno posiedzenia na piwie.


Wsiadamy do jumbo, który zabierze nas stąd do Frankfurtu. 12 godzin lotu. A potem jeszcze trzeba będzie dostać się do Warszawy. Póki co wsiadamy do kolejnego pachnącego samolotu. Jakże inny jest od tego Air Indii, którym leciałam z New Delhi do Katmandu. Menu też inne - każdy pasażer dostaje kartę z daniami do wyboru. Na przystawkę zamawiam koktajl krewetkowy, potem delektuję się kurczakiem w bardzo wielu smakach. W nocy kilka filmów akcji na moim osobistym monitorze. Rano delikatny omlet. Żadna transkontynentalna podróż nie trwała jeszcze tak krótko!


Lądujemy w skutym lodem Frankfurcie. Jest 8 rano. Ze względu na zakaz nocnych lotów właśnie teraz skumulował się ruch maszyn z Azji i Afryki. Czekamy w hali przed kontrolą w tak zbitym tłumie, że ulice Katmandu wydałyby się przy nim puste. Jakiś wkurzony Niemiec krzyczy "Może przydałby się komunikat?". Nie prosi o rozwiązanie problemu, tylko o informację. Jesteśmy już w innym świecie. Pojawia się upragniony komunikat, wolno przesuwamy się do kontroli paszportowej.


Mój planowy lot FRA-WAW przepadł bezpowrotnie jakoś wczoraj wieczorem chyba. Muszę zabookować nowy - nie przysługuje mi żaden zwrot pieniędzy, bo bilet LOT-u kupowałam niezależnie od biletów Air Indii. Podchodzę do okienka jednej z agencji z napisem "Najtańsze bilety". 150 euro i za 4 godziny będę w Polsce. 

Żegnamy się serdecznie. Koledzy są już prawie w domu, ja muszę czekać na kolejny lot. 40 godzin w podróży - nie wiem już, czy jest rano czy wieczór, lato czy zima. Jaka wyda mi się Warszawa po tej podróży?

Lecę do Polski. Tym razem oglądam film w głowie, a nie na ekranie: ostatni wieczór w Nepalu - siedzę z Himalem na schodach świątyni w Bhaktapur i patrzę na słońce chowające się za górami.



Warszawa wydała mi się szara i pusta, a ludzie smutni i starzy. Po każdej podróży wraca się tu inaczej - i nie zawsze z radością.




_______________________________________


* Zapraszam też na mój film o nocy w nap cabie:



1.29.2012

/KATMANDU/ Prawie jak w Bollywood

Widziałam palenie zmarłych i wrzucanie prochów do rzeki, obejrzałam trzygodzinny bollywoodzki film w hindi bez angielskich napisów, gnałam motorem bez kasku po zatłoczonych ulicach, dałam się okraść małpie pod świątynią i spędziłam wieczór w kasynie, w którym drinki są za darmo, a jednoręcy bandyci wyjątkowo życzliwi… A to wszystko w mieście tak niewyobrażalnie kolorowym i tętniącym życiem, że nawet warszawskie metro w godzinach szczytu wydaje się przy nim jakieś puste.

Mam taką teorię, że aby poznać miasto, warto sprawdzić jego 7C, czyli:
1. city  / center,
2. churches,
3. coffee shop / café,
4. cemetery,
5. cinema,
6. casino,
7. cab.
W Katmandu udało mi się zobaczyć tylko sześć punktów z listy - czwarte C po prostu nie istnieje: nie ma tu cmentarzy, bo prochy zmarłych trafiają bezpośrednio ze stosów do rzeki.
Katmandu – miasto w kotlinie; niezwykłe już z okna samolotu. Ruch, barwy, tkaniny, owoce, świątynie wciśnięte w najdziwniejsze miejsca – nawet w drzewa – i wszechobecny zapach palonych w sklepach kadzidełek. 


Psy wyjadają coś ze śmieci, ktoś prowadzi kozę na smyczy, a święte krowy przechadzają się po Durbar Square machając ogonami. W końcu to one właśnie pomagają dostać się zmarłym do nieba pozwalając im podążać za swymi ogonami. 


Kolorowe kobiety w sari lub wielobarwnych chustach idą po ulicy. Czasem towarzyszą im mężczyźni odziani na modłę europejską – zwykle w dżinsy i skóropodobne kurtki o kroju z minionej dekady. Umorusane dzieci, które wszyscy traktują tu z życzliwością. Młodzież przechadza się w szkolnych mundurkach


Ktoś przed domem wypycha kołdrę puchem, rodzice z czułością kąpią małą dziewczynkę, kobiety malują sobie paznokcie lub przeczesują włosy wyczesując wszy.


Ktoś coś transportuje na rowerze lub na plecach - z pomocą specjalnego paska zahaczonego o czoło. Policjant kierujący ruchem poprawia czarną maskę chroniącą go przed efektami smogu - zsunął ją na chwilę, by zagwizdać na niesfornego motocyklistę.  Dużo ludzi zresztą chodzi tu po ulicach w takich maskach.


Przechodzę przez ulicę. Z prawej strony – w końcu w Nepalu jest ruch lewostronny – nadjeżdża biała taksówka. Trąbi i omija wprawnym manewrem kolorową rikszę (rikszarze często ucinają sobie w nich drzemki czekając na turystów) i motocykl, najbardziej popularny środek transportu prywatnego w tym mieście (dla całych rodzin - dwie osoby dorosłe + dziecko mieszczą się na nim spokojnie). Ponoć uruchomiono też w Katmandu komunikację autobusową, ale tylko wtajemniczeni wiedzą, gdzie są przystanki i dokąd jadą zatrzymujące się tam autobusy – a więc nie jest to opcja dla turystów. Pozostają nam riksze i taksówki – często tak małe, że bagaż trzeba mocować na dachu – oczywiście przed wejściem do nich trzeba koniecznie negocjować cenę. Negocjujemy więc i jedziemy. Kierowca taksówki nie przyhamowuje nawet widząc psa – dobrze, że pies ma rozwinięty instynkt samozachowawczy – ale za to na widok krowy hamuje całkiem, tak by święte zwierzę mogło bez zakłóceń dostojnym krokiem przejść przez ulicę.

W Katmandu na chodnikach i w rzece piętrzą się śmieci, a mięso sprzedawane jest w takich warunkach, że turyści chętnie spontanicznie przechodzą na wegetarianizm – przynajmniej na czas pobytu w Nepalu.


Jednak nie jest to miasto brudne. W sklepach z tkaninami wszystko leży równiutko, owoce aż zachęcają do kupna, a kobiety specjalnymi miotełkami usuwają śmieci sprzed sklepów. Takich samych miotełek używają nota bene służby publiczne, na przykład te sprzątające lotnisko. A jest tam co sprzątać – naklejki z bagaży ułożonych w piętrzące się góry, a nawet kocie odchody – jakimś cudem przez liczne linie kontroli osobistej i bagażowej na Tribhuvan International Airport udało się przejść zdesperowanemu wychudłemu kotu, który biega teraz po lotnisku.
A propos wychudłych – Nepal to nie Indie, ale i tu  przy obiektach turystycznych chudzi żebracy, kalecy ludzie i chore dzieci wyciągają czasem rękę po parę groszy. Nepal jednak jest od Indii zupełnie inny – i inność tę podkreśla. Nawet czas jest tu przesunięty o 15 minut w stosunku do wielkiego sąsiada. A system szkolnictwa wspiera uczucia patriotyczne i bardzo koncentruje się na nauczeniu dzieci historii własnego kraju. Mój Przewodnik niewiele mówi w czasie zwiedzania Katmandu; w milczeniu mijamy świątynie na słynnym Patan Durbar Square, którego nazwa pochodzi z języka perskiego i oznacza mniej więcej tyle, co dwór szacha. Ożywia się jedynie w pałacu królewskim Hanuman Dhoka Durbar, który  swoją nazwę wziął od postawionej w 1672 roku przez króla Pratapa Mallę statui Hanumana, boga-małpy, która od tego czasu strzeże pałacowych wrót. Wchodzimy do tego obiektu mieszczącego obecnie muzeum nepalskich władców, a mój Przewodnik w każdej ze stu chyba sal (sala z ubiorami króla numer 1, sala z bronią króla numer 1, sala o hobby króla numer 1, sala o podróżach zagranicznych króla numer 1, sala o rodzinie króla numer 1, sala ze zdjęciami i pamiątkami z palenia zwłok króla numer 1; a potem sala z ubiorami króla numer 2, sala z bronią króla numer 2 – i tak dla kolejnych władców) recytuje nazwiska wszystkich członków rodziny królewskiej i ministrów. Imponująca wiedza i ciekawe świadectwo dla priorytetów tutejszego systemu edukacji. Niestety w pałacu no foto – aparat trzeba zostawić w depozycie. Szkoda, bo wypchany tygrys – trofeum łowieckie jednego z królów – świetnie prezentowałby się na zdjęciu. No i z poddasza pałacu jest piękny widok na miasto.


Tak jak uśmiechnięci i życzliwi turystom ludzie koegzystują tu w pokoju, tak i buddyzm koegzystuje w Katmandu z hinduizmem. Mnisi z Tybetu spacerują po ulicach miast i gromadzą się na modlitwy wokół stup. W naszym hotelu wisi przy recepcji zdjęcie młodego Dalaj Lamy. Z kolei wyznawcy hinduizmu podchodzą do swoich świątyń – wciśniętych między domy, ustawionych na rogu ulicy lub obrośniętych drzewem – modlą się, smarują czoła czerwonym proszkiem, składają ofiarę z jedzenia. Każdy wyraża tu wiarę na swój sposób. Świątynie buddyjskie spoglądają na miasto charakterystycznymi oczami – wszak kształt tych świątyń nawiązuje do zarysu samego buddy.


Idziemy do buddyjskiej stupy Swajambhu wzniesionej na wzgórzu o tej samej nazwie. Jak podają źródła, według legendy stupa ta istnieje od niepamiętnych czasów, a jej początki sięgają epoki, kiedy cała dolina Katmandu zalana była wodą. Obecna stupa Swajambhu wykorzystuje wzgórze, na którym stoi, jako część swojej struktury. Stoi na płaskowyżu, na który wspinamy się po 365 stopniach. Gorąco, chce się pić.


Nie bez kozery stupa ta zwana jest też świątynią małp. Dopiero w trzecim sklepiku udaje nam się dostać colę – w poprzednich nie sprzedają tłumacząc, że małpy i tak bardzo szybko ukradną butelkę z upragnionym słodkim płynem. Woda ich nie interesuje – wodę więc można kupić tu wszędzie. Chwila nieuwagi i małpa szybkim ruchem wyciąga mi sok z plecaka. Biegiem leci na czubek budynku, by nikt nie zabrał jej łupu. No i konsternacja biologiczna: małpa, choć podobnie jak my z rzędu Primates, czyli naczelnych, nie dysponuje przecież przeciwstawnym kciukiem tak przydatnym w odkręcaniu butelek… Ale od czego są zęby. Sprawnie przegryza plastik, wypluwa kawałki butelki i ze znacznymi startami dla zawartości butelki wyjada owoce z fioletowego soku.

Dla odmiany warto zobaczyć świątynię hinduistyczną. Ta najbardziej znana to Pasupatinath uważana za najświętszą świątynię Śiwy (Paśupatiego) w Nepalu. Zwykle niewierni oglądają ją z drugiego brzegu rzeki, mi dzięki mojemu nepalskiemu Przewodnikowi udaje się zwiedzić sporą jej część. Tu nie ma 365 schodów, ale małpy też są i podobnie jak przy stupie Swajambhu  łypią w poszukiwaniu łatwego łupu. Zapach wokół świątyni trudno opisać – działa tu około dziesięciu stanowisk do palenia zwłok. Po prawej (patrząc od strony świątyni) dla zwykłych śmiertelników, po lewej dla przedstawicieli wyższych kast. Ludzi w Katmandu dużo, a więc i tutaj panuje ruch. Prochy z jednego stanowiska zmiatane już są do rzeki Bagmati. Na drugim jeszcze pali się pokaźny stosik. Na stanowisko dla wyższych kast przywieziono właśnie starą kobietę – a więc długi i skomplikowany obrządek wieńczony spaleniem zwłok dopiero się rozpoczyna.  Dym snuje się nad szarą od prochu rzeką, ciała spowite w żółtoczerwone całuny palą się powoli.

Chwila refleksji nad przemijaniem i znów wpadamy w rytm tego tak tętniącego życiem miasta. Wsiadamy na motor. Wiatr rozwiewa włosy, jak dobrze jechać bez kasku (kaski mają tu tylko kierowcy - i to też nie wszyscy; pasażerowie nie muszą ich stosować) i czuć ten pęd powietrza. Gdzieś nad nami latają samoloty, obok ustrojony misternie kwiatami samochód wiezie do ślubu parę młodą


Korek, bo w Katmandu prawie nie ma działających świateł, a ruchem kierują dość mało efektywnie policjanci - często stojący w specjalnych budkach. Ruszamy, mijamy grupkę protestujących ludzi otoczonych przez kordon policji – ustrój się zmienił, więc i oczekiwania wzrosły. Czy będzie to socjalizm czy komunizm, jak ułoży się z tak wszechobecną tu religią?...  Jedziemy ulicami Katmandu. Na chodnikach można tu spotkać – oczywiście – psy, koty i krowy, ale też kury i kozy, a domach ponoć też karaluchy (ja żadnego nie spotkałam, choć skromność wyposażenia mieszkań prywatnych, których zresztą nawet nikt tu nie zamyka, ścisnęła mnie za serce). 


Pędzimy do królewskiego Bhaktapur – miasteczka koło Katmandu, które zostało założone w IX w., a od 1382 było stolicą Nepalu. Wstęp 1100 rupii, czyli 11 euro – to chyba najdroższy ze wszystkich obiektów turystycznych. Dobrze, że mój nepalski Przewodnik wchodzi za darmo. Atmosfera miasteczka nas uwodzi. Wchodzimy po schodkach na czubek świątyni Njatapola – między posągami mitycznych bestii, koło których których biegają, wygłupiają się i śmieją dzieci – i siadamy wysoko patrząc na odwieczny spokój tego miejsca skontrastowany z ruchem ulicznych handlarzy i turystów oraz śmiechem maluchów. Znad głów mitycznych bestii patrzymy na Bhaktapur z górami w tle. Jak tu pięknie. Dzieci w tym czasie wspinają się na posągi. Chwila zadumy i schodzimy obejrzeć krużganki. Przypadkiem trafiamy na plan nepalskiego filmu w stylu Bollywood. Aktorka wije się wokół świątyni w rytm słodkiej piosenki. Zza kolumny wyłania się amant w ciemnych okularach. Dubel, tłum bije brawo, aktorka znów ustawia się tyłem i kiwa biodrami w takt muzyki.


Wieczór. A więc kasyno i klub Cube. W kasynie drinki za darmo, pyszny nepalski rum, kupon na darmową kolację, a potem ruletka i automaty. No i nikt nikogo nie legitymuje przy wejściu. Hasło zobowiązujące do zakończenia obstawiania na ruletce traktowane jest przez sympatyczną krupierkę dość luźno – ludzie rzucają żetony niemal do samego zatrzymania się koła. W kasynie nie można robić zdjęć, ale uśmiecham się do obsługi, która wie przecież, że zainwestowałam już trochę w zabawę w tym miejscu, i pan w garniturze z uśmiechem zgadza się, bym zrobiła sobie pamiątkową fotkę przy jednorękim bandycie. Idziemy do klubu. Zostajemy zatrzymani na wejściu – czuję, że to sprawa mojego zbyt sportowego stroju; ale nie, zaraz wyłania się wezwany przez mojego Przewodnika ochroniarz, który wprowadza nas do środka. To pewnie jego brat – czyli kuzyn, bo wszyscy mówią tu o sobie „mój brat”, „mój mały brat”, „mój duży brat”; więzi rodzinne aż do najdalszych odnóg są pielęgnowane i podkreślane. Wchodzimy. Muzyka lat 90-tych, przesterowane na maksa basy, kolorowe reflektory, mężczyźni tańczą z kobietami lub z innymi mężczyznami – nic zdrożnego nie ma tu nawet w obejmowaniu się dwóch mężczyzn na ulicy i chodzeniu za rękę, choć ostatnio zmienia się to podobno ze względu na reakcje turystów. W drugiej sali gra jakiś zespół – dźwięki mieszają się w jedyną w swoim rodzaju kakofonię. Drinki w Cube drogie jak na Nepal – whisky za 450 rupii (czyli 4,50 euro). No ale alkohol generalnie jest w Nepalu drogi – piwo „Everest” kosztuje 300 rupii, czyli tyle, co porządne danie obiadowe. Wracamy na parkiet. Ktoś pali shishę, ktoś wkłada pod dziąsło tabakę. „I’m too sexy for my shirt”, potem „Baby don’t hurt me”. Głośność na granicy bólu. Tańczymy do upadłego, piękna noc. 


Poprzednią noc spędziłam w hotelu tak zimnym, że prócz pościeli potrzebny był śpiwór do -5 stopni. W dzisiejszym jest cieplej. Co prawda są problemy z ciepłą wodą, a światło jest w ustawowo ustalonych godzinach, czyli po 18 do bodajże 1 w nocy; czasem z przerwami. No ale przynajmniej śpiwór nie jest potrzebny. Ten hotel to dobrze wydane 10 euro za noc. Suszy mnie w nocy po ekscesach klubowych. Schodzę ze świeczką do recepcji hotelowej i zamawiam „mineral water”, tak, „mineral”, nie „hot water”. Recepcjonista dzwoni gdzieś i za 3 minuty przybiega chłopak z reklamówką i upragnionym 1,5 litra wody w fabrycznie zamkniętej butelce. 62 rupie, daję mu 100 nie żądając reszty. Super obsługa. Jak jedno z dzieci mojej Przyjaciółki zwraca jedzenia prosto na pościel, sprzątaczki zjawiają się w 2 minuty, wymieniają pościel na świeżą, a materac… wywracają do góry nogami. 


Następny dzień rozpoczynamy od śniadania. Pyszny omlet z masalą. Pieczony banan, smażone ziemniaki i pomidory. Zamiast niepijanej tu kawy herbata na mleku z przyprawami - czyli nepali tea. Dzień pięknie się zaczyna. W nocy około zera, ale w teraz – gdy tylko pojawia się słońce – pogoda na krótki rękaw, ponad 20 stopni. 


Dziś kolejna stupa. Boudhanath – ta, której zdjęcie widnieje na okładce mojego przewodnika. Jedziemy taksówką. Mijamy klinikę, która reklamuje się, że oferuje bezpieczne aborcje. Dojeżdżamy, wchodzimy na teren świątyni uiszczając symboliczną opłatę za wstęp. Spacerujemy wokół stupy zgodnie z ruchem wskazówek zegara – tak, jak się powinno.

Poruszamy bębenki modlitewne, by kręciły się w intencji naszych życzeń, a delikatny wiatr porusza flagi modlitewne – one łopoczą w intencji życzeń boskich pewnie. Wokół świątyni widać wielu modlących się i przechadzających mnichów tybetańskich. Żółto-czerwone szaty mnichów kontrastują z bielą świątyni i szarością gołębi. Nie możemy wejść tak wysoko, jak prowadzą schody, bo świątynia jest dziś akurat bielona, a oczy skrupulatnie odmalowywane

 Aby jeszcze lepiej przyjrzeć się świątyni, na obiad idziemy po schodkach do jednej z restauracji, których pełno tu na dachach sklepików okalających świątynię. Nasza nazywa się „Golden Eyes” – nie ze względu na Bonda, tylko na przepiękne oczy namalowane na stupie. Znów dylemat – które z pysznych dań nepalskiej kuchni wybrać dzisiaj. Czy tradycyjny Nepali set z ryżem i dodatkami? Jego zaletą jest to, że można do niego dostać tyle dokładek ryżu i dodatków, ile się tylko chce. No i występuje w wersji mięsnej i bezmięsnej. Nie, dziś co innego – mo mo, czyli kunsztownie zlepione smaczne nepalskie pierożki. Mogą być z serem, mięsem jaka lub kurczaka, jest też wersja z warzywami. Pycha. Na deser oczywiście lassi – napój mleczny w wersji z bananami. 


Muszę pamiętać, by dziś w sklepiku odebrać koszulkę z oczami ze stupy i wyhaftowanym moim imieniem. Taka typowa pamiątka z Nepalu. I kupić płyty z nepalskim hip hopem - może Nepsydaz? Rytmiczna muzyka, fajne rymy: „I'm the worse person on the Earth surface”. W sklepiku wiszą też T-shirty z Che, mandalami, alfabetem nepalskim, zarysem Everestu i żartobliwe „Hard Yak Cafe Kathamandu”. Koszulkę z Che mam już z Kuby, więc w ramach pamiątek z Nepalu dokupuję sobie szaliczek z wełny jaka – ładny, kolorowy i ciepły.


Znów ciepły wieczór w Katmandu. Może dziś kino. Bollywoodzki hit w hindi bez napisów – Nepalczycy doskonale rozumieją ten język, a ja jestem jedyną turystką w kinie. Idziemy na „Agneepath” – to taki indyjski „Rambo”, remake hitu z 1990 roku: http://en.wikipedia.org/wiki/Agneepath_%282012_film%29 . Bite trzy godziny, przerwa 15 minut w połowie. Płaczę, gdy bohater jedna się z siostrą i gdy w czasie ceremonii ślubnej ginie jego żona – nie rozumiem ani słowa, ale język emocji jest przecież uniwersalny. Potem ponętna aktorka tańczy na ekranie – za każdym razem, kiedy w tańcu erotycznym gestem zapala papierosy facetom, na dole ekranu pojawia się angielski napis o szkodliwości palenia. Pachnie popcornem, gorąco od emocji, śmiejemy się i szlochamy razem ze wszystkimi…


Zimne noce, gorące dni, zapach kadzidełek przetykany czarnym smogiem. Kolorowe flagi modlitewne, kolorowe sklepy, kolorowe kobiety. Czasem myślę, że to sen, że tam byłam – a czasem śni mi się, że znów tam jestem.