Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label hinduizm. Show all posts
Showing posts with label hinduizm. Show all posts

4.30.2012

/SINGAPUR/ 8 dni bez gumy do żucia – DZIEŃ 2: Koktajl atrakcji



W nowym wspaniałym świecie trudno nie ulec pokusie, by chcieć zobaczyć WSZYSTKO - najlepiej już, teraz, od razu. Wstać o szóstej rano i do czwartej w nocy niczym w transie pochłonąć jak najwięcej atrakcji, przeżyć, co się da, upić się wrażeniami i Singapur Slingiem. To częsty syndrom pierwszego dnia na wakacjach - człowiek rzuca się jak wygłodniały w miasto i szkoda mu czasu na choćby sekundę wytchnienia.

Zrywamy się rano, ignorując jetlag i potrzebę ciała domagającego się jeszcze chwili snu i kojącego kontaktu z lekko wariującą klimatyzacją, i wychodzimy na Smith Street gorącą i parną niczym sauna. Przynajmniej raz na dobę - z reguły rano lub wieczorem, czasem tylko w nocy lub popołudniu - spada tu deszcz. Właściwie jest to ulewa wyglądająca tak, jakby wszyscy bogowie i boginie znani w buddyzmie i hinduizmie brali wiadra wody tak duże, jak tylko są w stanie unieść (a dzięki nadnaturalnym mocom mogą unieść naprawdę dużo) i wspólnie wylewali je właśnie na Singapur. Na szczęście zabawa ta szybko im się nudzi i na niebo znów wraca palące słońce szybko zamieniając wilgoć z chodników w ciężką do wytrzymania parę, która jak wata wchodzi w nasze usta i nosy. Strategia przeżycia? Wszystko jest tu klimatyzowane (no prawie: nie spotkałam tu znanych mi z Emiratów zamykanych i chłodzonych przystanków autobusowych) - wagony metra, sklepy, knajpy i centra handlowe, w których człowiek ląduje jakimś cudem próbując wyjść z dowolnej stacji metra.



Pierwszego dnia nie dajemy się porwać szponom komercji, choć nieopatrzne zatrzymanie się nawet na sekundę przed witryną sklepu - czy to w mallu, czy na ulicy - powoduje, że od razu wyrasta przed nami uśmiechnięty sprzedawca/przesympatyczna sprzedawczyni z uśmiechem, a nawet z drobnym poczęstunkiem, zapraszając nas do środka. Ale nasz dzisiejszy plan nie dopuszcza ani chwili obsuwy - pewnym krokiem udajemy się do świątyni o wdzięcznej nazwie Sri Mariamman, która zachwyciła nas już poprzedniej nocy, kiedy to przypadkowo zobaczyłyśmy ją spacerując po okolicy naszego hoteliku.



Świątynia hinduistyczna, więc zdejmujemy obuwie, płacimy datek 3$ za fotografowanie (VAT, a właściwie podatek od towarów i usług w wysokości 7% - zwany tu GST - inclusive) i zanurzamy się w życiu religijnym tak ożywionym i doskonale wkomponowanym tu w codzienność. Kobiety z siatkami wpadają do świątyni na krótką modlitwę, ktoś stawia ofiarę z jedzenia przed jednym z posągów, całe rodziny siedzą w przyjemnym cieniu na posadzce i wspólnie się pożywiają. Kapłani grają na trąbkach i bębnach. I tu, i w licznych innych świątyniach hinduistycznych i buddyjskich fascynuje nas tak pełne i naturalne wprzęgnięcie praktyk religijnych w rytm życia, ich żywość i oczywistość. Nikt tu nie zakłada odświętnych ubrań i nie przychodzi raz w tygodniu na 55 minut. To miejsce, gdzie wpada się  z uśmiechem na krótką modlitwę. Poddajemy się atmosferze świątyni niejako w dwójnasób - i dzięki przyjemnemu chłodowi (chłód to niewłaściwe słowo, ale w każdym razie upał jest tu nieco złagodzony), i dzięki radości, która bije z ludzi: głównie kobiet w sari i towarzyszących im mężczyzn i dzieci.



Zdobienia świątyni są niezwykle - kolory i kształty, które można byłoby nazwać kiczowatymi, gdyby nie to, że na tle nieba i wieżowców wydają się po prostu piękne. Na murze okalającym teren świątyni dostojnie leżą białe święte krowy - jedną z nich niestety upodobały sobie gołębie, więc nie spełnia niezwykle wysokich singapurskich standardów czystości, dzięki którym nie boimy się tu pić wody prosto z kranu czy zjeść kawałka sushi, który upadł nam niechcący na chodnik. Bogowie utkani w najdziwniejsze pozy, część z nich z wzrokiem groźnym i przenikliwym - to chyba najbardziej różni to miejsce od świątyń buddyjskich, w których jest jedynie spokój, radość i rozumiejący wzrok Buddy. 



Świątynie i tradycja to jedno oblicze Singapuru. W jego tle - i dosłownie, i w przenośni - jest jednak też zawsze to drugie, ultranowoczesne. Bardziej jeszcze od tego, że oblicza te znajdują się w tak wielkiej bliskości, szokuje chyba to, że z tego kontrastu przebija jakaś niebywała harmonia. Wydaje się, jakby to otoczenie chciało nam powiedzieć, że potrzeby ciała i ducha są jednakowo ważne lub że historia jest koniecznym warunkiem przyszłości. Dbałość o przyziemne potrzeby  jest tu zresztą niebywała - zawsze w zasięgu wzroku można znaleźć tabliczkę ze strzałką i podaną odległością do najbliższej stacji metra, w świątyni nie tylko na każdym piętrze znajduje się dobrze oznakowana palarnia i toaleta, lecz zbudowano pod nią nawet parking podziemny.



Per pedes z kolorowej świątyni udajemy się do stalowo-szklanej dzielnicy biur i przez imponujące Financial Center dochodzimy do zatoczki Marina Bay, w której woda jest niczym brylant oprawiony w szklano-betonową nowoczesność. Ale nowoczesność inspirowaną naturą: Art & Science Museum w budynku o kształcie wzorowanym na orchidei będącej obok lwa symbolem tego państwa otoczone jest wodą, po której pływają różowe nenufary. Tutejsi Toliboscy są zbyt zajęcie klikaniem na Facebooku, by je zrywać - zresztą pewnie podobnie jak za śmiecenie grożą tu za to surowe kary. Wiadukt dla pieszych przy moście wije się niczym liana. Na dachu Marina Bay Sands zawisł statek przystrojony kwiatami. A że wiele rzeczy w Singapurze jest NAJ, to i ten hotel ma się czym pochwalić: można w nim zażywać kąpieli w najwyżej na świecie położonym otwartym basenie znajdującym się na wysokości 55 piętra.



My idziemy do innego NAJ - największego koła widokowego na świecie: wielkiego brata London Eye o nazwie Singapore Flyer. Jedno powolne okrążenie trwa około pół godziny - cena 29,50$. Widoki są warte dolara za minutę: woda, wieżowce, nowe inwestycje - z góry jeszcze lepiej widać, jak to miasto żyje i się rozwija. Pod nami tor Formuły 1 i powstające dopiero kosmiczne ogrody "Gardens by the Bay"; 29 czerwca ma tam zostać otwarta katedra kwiatów - "The Flower Dome", w której prócz orchidei i innych cudów z całego świata rosnąć będą palmy, drzewka oliwne i baobaby. Na dalszym planie majaczy słynny hotel Marina Bay Sands z otwartym basenem Infinity Pool zlokalizowanym w przypominającej łódkę konstrukcji na 57 piętrze.



"Gardens by the Bay" jeszcze niegotowe, więc póki co udajemy się do mniejszego ogrodu znajdującego się bezpośrednio pod Flyerem. To prawdziwa dżungla z wodospadami i klimatem niczym w lesie deszczowym (którego dziewicze fragmenty nota bene też się w Singapurze znajdują).



Nieopodal koła jeden z przykładów typowej atrakcji tego miasta - tak zwane Hawker Centre. To powstałe w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych – w czasach najintensywniejszego rozwoju metropolii - duże kompleksy ze stolikami otoczone budkami lub wózkami z jedzeniem. Przystawki można kupić tu po kilkadziesiąt centów, a kurczak z ryżem i dodatkami, którym nasycą się spokojnie dwie osoby, to wydatek 3,5$. To tradycyjne i jakże niedrogie miejsce pachnące świeżym jedzeniem i przyprawami ogromnie przypada nam do gustu – postanawiamy więc przy okazji obejrzeć także inne jego wcielenia.



Kilka stacji MRT i jesteśmy w … Indiach. A konkretnie na kolejnej charakterystycznej dla tego regionu Azji ciekawostce – wet markecie, na którym można kupić świeże owoce, warzywa, mięso i rybki, a także coś przekąsić. Zanurzamy się w kolorową atmosferę Indii – w jednym ze sklepów śliczna młoda dziewczyna obstalowuje ślubne sari, my mierzymy tuniki – dla mnie idealna, dla Agnieszki (jak wiele rzeczy w Azji) niestety nieodpowiednia, bo ludzie są tu zdecydowanie bardziej mojego wzrostu. Na pachnących do nieprzytomności kwiatami standach kupujemy sobie kolorowe wieńce na szyje, których woń wypełni potem przyjemnie nasz pokoik w hotelu. W sklepie ze wszystkim kupuję trochę hollywoodzkich hitów po kilka dolarów.


Knajpek jest w Little India co niemiara. My wybieramy wegetariańską. Zaprzyjaźniamy się z miłą Hinduską – dosiadamy się do jej stolika, ona poleca nam specjalności kuchni. Dań za 4$ nie jesteśmy w stanie przejeść. Ja decyduję, że mam dziś dzień fingerfood i sprawnie mieszam ręką sosy z ryżem podane na palmowym liściu. Choć tubylcy też jedzą rękami, to jednak dość niepewnie patrzą się na białe turystki, które po pierwsze stołują się w takim miejscu, a po drugie rezygnują ze sztućców. Miła konwersacja, nasza nowa znajoma płynną angielszczyzną rekomenduje nam liczne atrakcje Singapuru. Angielski to w tym kraju zresztą wyraźnie PIERWSZY z kilku urzędowych języków – władają nim wszyscy mieszkańcy, w nim podawane są informacje w metrze oraz pisane wszystkie nazwy i informacje.


Czym byłby urlop bez typowo urlopowych atrakcji? Jedną z nich był dla nas testing masaży różnych kultur. Wniosek jest prosty: chiński dla zdrowotności, indyjski dla przyjemności. Olejki w salonie w Little India pachną tak, że czuję się jak w niebie, a miękkie ruchy masażystki odprężają plecy zmęczone dźwiganiem plecaka. Do masażu w China Town z kolei nie trzeba się nawet rozbierać – może to i lepiej, bo mimo odzienia i białego ręczniczka i tak ledwie wytrzymuję ból zadawany mi przez palce, łokcie, a nawet kolana masażystki. Masażysta używał jedynie dłoni i łokci, ona natomiast cała wskoczyła mi na plecy i cisnęła, miętosiła, ugniatała ile wlezie. Godzinna męka za 50$, ale efekt powalający – idąc czuję się, jakbym szła kilka centymetrów nad ziemią. Ale i tak wolę indyjskie olejki bezpośrednio na ciele :-)


Nasz ulubiony Tiger w knajpce w Little India. Jesteśmy tam jedynymi kobietami prócz policjantek, które właśnie zrzuciły odblaskowe kamizelki i cieszą się zasłużonym fajrantem. 

Ruszamy w drogę – wieczorny spacer, dobre 5 kilometrów, mijamy ukryte w mroku kościoły chrześcijańskie, auta śmigają nie przekraczając dozwolonej prędkości, wieżowce dumnie prężą się na tle nocnego nieba. Idziemy do tętniącej nocnym życiem mariny Clarke Quay. Hasło „Wine – Dine – Good Time” na jej stronie internetowej idealnie oddaje nastrój miejsca. Stateczki pływają po wodzie, ludzie bawią się w restauracjach, młode dziewczyny fotografują się z neonowym sercem. Agnieszka eksperymentuje z aparatem – robi zdjęcia bokehów w kształcie gwiazdek i serc.



Pijemy słodkiego Singapur Slinga, muzyka z różnych miejsc miesza się w naszych uszach. Woda z fontanny chłodzi przyjemnie. Do hotelu wracam bez butów – chodnik w końcu czysty jak podłoga w mieszkaniu. Krótki check poczty – darmowe WiFi jest tu niemal wszędzie, nawet w naszym supertanim hoteliku – i zasypiamy jak dzieci  przy szumiącym klimatyzatorze. 

4.29.2012

/SINGAPUR/ 8 dni bez gumy do żucia – DZIEŃ 1: Feeria nowych wrażeń


O Singapurze mawia się, że to Azja w pigułce. Teraz po powrocie z tego kraju tak wielowątkowego, wielokulturowego i wielosmakowego, jak to tylko możliwe, myślę, że jest on w jakimś stopniu nawet całym światem w pigułce. W China Town jest ulica, na której niemal obok siebie stoją: świątynia buddyjska, świątynia hinduistyczna i meczet. Nieopodal prowadzonego przez Niemca wózka z Wurstami i preclamiostatniego przed równikiem, jak mówi przywieszona na nim reklama – miesza się zapach ryby, krewetek i porridge’a z chińskiej restauracyjki. W tym świecie - z jednej strony multi kulti, z drugiej zaś przesyconym konsumpcją i nowoczesnością do granic możliwości, nie można kupić tylko jednej rzeczy: gumy do żucia. Władze zakazały jej importu i dystrybucji, ponieważ zaklejenie czujników w MRT – lokalnym metrze – spowodowało kiedyś paraliż komunikacyjny. Gumę można więc dostać w tym mieście-państwie tylko w aptekach na receptę w celach terapeutycznych – a i to od niedawna.



Lecimy 12 godzin ze smutnych i wietrznych Helsinek do innego świata. Już na lotnisku Changi czeka nas przedsmak tego, co zachwyci nas i oszołomi w ciągu kolejnych dni. Terminale wyłożone dywanami, źródełka z wodą do picia, darmowe masażery stóp dla pasażerów, basen, pedicure robiony przez rybki, pachnące perfumerie, restauracje czynne całą dobę. Między terminalami przemieszczamy się Skytrainem – nowoczesną kolejką. Mitsubishi Crystal Mover na szynie przyjeżdża punktualnie co dwie minuty, klimatyzacja przyjemnie chłodzi; dobrze, że przejazd za darmo – biletu i tak nie można byłoby kupić u kierowcy, bo kolejka jest w pełni zautomatyzowana i żadnego kierowcy w niej nie ma. Dolary Singapurskie – o znacznie życzliwszym przeliczniku niż najbardziej znany wariant tej waluty – wypłacamy jeszcze na lotnisku z prawdziwej ściany stojących tam ATM-ów.



Wszystko według planu, jak po sznurku i tak, by nikt nie miał prawa się zgubić. Przypominam sobie, jak siedziałyśmy z Agnieszką przy komputerze planując naszą daleką podróż, analizując plan miasta i zastanawiając się nad połączeniami metrem. A teraz już tu jesteśmy i zaraz wejdziemy na stację słynnego MRT z kultowymi zakazami – które obejmują również przewóz środkami komunikacji duriana, dużego zielonego śmierdziela z kolcowatą skórą. W ciągu następnych dni przyjdzie nam go powąchać na targu warzywnym, odważymy się go nawet spróbować – co prawda w wersji dla mięczaków, bo w czekoladzie, ale zawsze.


Bilety na komunikację miejską zaskakująco tanie – jeżdżąc do imentu przez 8 dni uda nam się wydać na nie jedynie około 30 dolarów. Podatek 7%, a tyle rzeczy tu za darmo lub w bardzo przyjaznych cenach. Kupujemy dotykową „kartę miejską” – 5$ za kartę i 7$ na przejazdy. Kolejne minimalne doładowanie to 10$ - trzeba je zrobić, gdy na karcie jest jeszcze około 3$, bo  to mniej niż najdroższy przejazd i bramki nie wpuszczą pasażera do metra. Kwota zależna od długości przejazdu zdejmowana jest automatycznie przez czytniki przy wyjściu z metra czy autobusu. Wracając z Singapuru można podejść do punktu obsługi klienta w MRT i odzyskać niewykorzystaną kwotę nabitą na karcie.

Jedziemy do hotelu – w metrze tłum, bo rush hour. Na stacjach przesiadkowych – zwanych tu Interchange – porządkowi w mundurkach dbają o to, by równomiernie ustawiać chętnych do wejścia do poszczególnych wagonów; pilnują też, by najpierw wypuszczać wysiadających. Dodatkowo o pierwszeństwie wyjścia przed wejściem do wagonu informują równiutko naklejone na podłodze zielone i czerwone strzałki. Metro – szerokie i przestrzenne – ustawia się precyzyjnie przy dodatkowych szklanych drzwiach oddzielających tory od peronu. Wsiadamy i ruszamy. Struktura pasażerów zgodna ze strukturą zaludnienia Singapuru – najwięcej ludzi o rysach chińskich, mniej o hinduskich. Turystów – zwłaszcza z Europy – raczej niewielu. Nikt z tubylców nie traci czasu: na całej długości linii metra - i w jej częściach naziemnych, i podziemnych - dostępna jest sieć 3G, co kobiety wykorzystują do czatowania przez smartphone'y z dziećmi, starsi mężczyźni do czytania portali informacyjnych na wszechobecnych tu tabletach, a młodzi - do grania w gry: bardzo popularne jest tu (jak zorientowałam się zaglądając młodzieży przez ramię) sudoku, ale także zabawy w znajdowanie słówek w chaosie liter oraz appsy w stylu Diamonds.



Hotel znaleziony jak zwykle przez booking.com. Jego wyszukanie kosztowało nas wiele godzin doktoryzowania się nad ofertami w Internecie. Najtańsze pokoje są w Geylangu, czerwonej dzielnicy. Ostatecznie jednak odstraszają nas komentarze o hałasie i pokojach wynajmowanych na godziny. Bardzo przyjaźnie wygląda natomiast opcja backpackerska w pobliżu Chinatown – nowy budynek, może nie będzie karaluchów i innych atrakcji. Szkoda, że bez łazienki, ale trudno – 600 zł os osoby za cały pobyt to naprawdę dobra cena. Jedziemy więc do naszego celu, wwozimy walizy stromymi i szybkimi schodami w MRT, ciągniemy je po gładkim chodniku i tachamy po schodach na wiadukt dla pieszych. Tego typu wiaduktów jest w Singapurze mnóstwo – przy tak wielopasmowych jezdniach aż się prosi, by dla bezpieczeństwa drogi dla pieszych były bezkolizyjnie. Na przejściu pachną maciejki – miasto pięknie ukwiecone, nawet na mostkach dla pieszych są skrzynki z roślinami. W hotelu niespodzianka – recepcjonista woła taksówkę, wciska nam 10 dolarów i proponuje zmianę na hotelik w sercu China Town kusząc nas pokojem z łazienką. Bierzemy – jak przygoda, to przygoda. Plusy: lokalizacja dużo lepsza (przy Smith Steet zwaną też nie bez kozery Food Street), no i miniłazienka z toaletą na wzniesieniu z płytek oraz prysznicem bez kabiny i czasem bez ciepłej wody; minus tylko jeden: mały brązowy i bardzo szybki. Na moim łóżku. Na szczęście minus pojawił się tylko raz – może przestraszył się kapcia, którym w niego rzuciłam, a może wolał jednak mieszkać w chińskiej knajpce pod nami.


Szybki prysznic i zanurzamy się w niepowtarzalny wieczorny klimat China Town. Czerwone lampiony rzucają ciepłe światło na kolorowe kamienice, gorąco jak w piekle, parne powietrze przenika miks zapachów z restauracyjek – smażone krewetki, wołowina w kociołkach, dim sum w różnych wariantach, położona dumnie na ryżu ryba zwieszająca głowę poza talerz. Gorące wilgotne powietrze dusi nas, na obrzęknięte oskrzela może pomóc jedynie zimny Tiger dostępny tu we wszystkich możliwych pojemnościach – od 330 do 660 ml. Przed knajpkami uśmiechnięte Chinki trzymające w rękach menu zapraszają nas kuszącym „Please, come in, chinese food” – tak jakby na Smith Street można było zjeść coś innego. Podpity Amerykanin postanawia wspomóc jedną z Chinek w zapraszaniu przechodzących gości – bez efektu, jest zbyt natarczywy, a tu ceni się umiar, uśmiech i uprzejmość.


Krewetki i piwo pod nocnym niebem i czerwonymi latarniami powodują, że zaczynamy czuć się jak część tego niezwykłego miasta. Ocieramy pot sprzedawanymi tu wszędzie wilgotnymi chusteczkami i rozkoszujemy się gwarem, który wieczorem ukołysze nas do snu. 



1.29.2012

/KATMANDU/ Prawie jak w Bollywood

Widziałam palenie zmarłych i wrzucanie prochów do rzeki, obejrzałam trzygodzinny bollywoodzki film w hindi bez angielskich napisów, gnałam motorem bez kasku po zatłoczonych ulicach, dałam się okraść małpie pod świątynią i spędziłam wieczór w kasynie, w którym drinki są za darmo, a jednoręcy bandyci wyjątkowo życzliwi… A to wszystko w mieście tak niewyobrażalnie kolorowym i tętniącym życiem, że nawet warszawskie metro w godzinach szczytu wydaje się przy nim jakieś puste.

Mam taką teorię, że aby poznać miasto, warto sprawdzić jego 7C, czyli:
1. city  / center,
2. churches,
3. coffee shop / café,
4. cemetery,
5. cinema,
6. casino,
7. cab.
W Katmandu udało mi się zobaczyć tylko sześć punktów z listy - czwarte C po prostu nie istnieje: nie ma tu cmentarzy, bo prochy zmarłych trafiają bezpośrednio ze stosów do rzeki.
Katmandu – miasto w kotlinie; niezwykłe już z okna samolotu. Ruch, barwy, tkaniny, owoce, świątynie wciśnięte w najdziwniejsze miejsca – nawet w drzewa – i wszechobecny zapach palonych w sklepach kadzidełek. 


Psy wyjadają coś ze śmieci, ktoś prowadzi kozę na smyczy, a święte krowy przechadzają się po Durbar Square machając ogonami. W końcu to one właśnie pomagają dostać się zmarłym do nieba pozwalając im podążać za swymi ogonami. 


Kolorowe kobiety w sari lub wielobarwnych chustach idą po ulicy. Czasem towarzyszą im mężczyźni odziani na modłę europejską – zwykle w dżinsy i skóropodobne kurtki o kroju z minionej dekady. Umorusane dzieci, które wszyscy traktują tu z życzliwością. Młodzież przechadza się w szkolnych mundurkach


Ktoś przed domem wypycha kołdrę puchem, rodzice z czułością kąpią małą dziewczynkę, kobiety malują sobie paznokcie lub przeczesują włosy wyczesując wszy.


Ktoś coś transportuje na rowerze lub na plecach - z pomocą specjalnego paska zahaczonego o czoło. Policjant kierujący ruchem poprawia czarną maskę chroniącą go przed efektami smogu - zsunął ją na chwilę, by zagwizdać na niesfornego motocyklistę.  Dużo ludzi zresztą chodzi tu po ulicach w takich maskach.


Przechodzę przez ulicę. Z prawej strony – w końcu w Nepalu jest ruch lewostronny – nadjeżdża biała taksówka. Trąbi i omija wprawnym manewrem kolorową rikszę (rikszarze często ucinają sobie w nich drzemki czekając na turystów) i motocykl, najbardziej popularny środek transportu prywatnego w tym mieście (dla całych rodzin - dwie osoby dorosłe + dziecko mieszczą się na nim spokojnie). Ponoć uruchomiono też w Katmandu komunikację autobusową, ale tylko wtajemniczeni wiedzą, gdzie są przystanki i dokąd jadą zatrzymujące się tam autobusy – a więc nie jest to opcja dla turystów. Pozostają nam riksze i taksówki – często tak małe, że bagaż trzeba mocować na dachu – oczywiście przed wejściem do nich trzeba koniecznie negocjować cenę. Negocjujemy więc i jedziemy. Kierowca taksówki nie przyhamowuje nawet widząc psa – dobrze, że pies ma rozwinięty instynkt samozachowawczy – ale za to na widok krowy hamuje całkiem, tak by święte zwierzę mogło bez zakłóceń dostojnym krokiem przejść przez ulicę.

W Katmandu na chodnikach i w rzece piętrzą się śmieci, a mięso sprzedawane jest w takich warunkach, że turyści chętnie spontanicznie przechodzą na wegetarianizm – przynajmniej na czas pobytu w Nepalu.


Jednak nie jest to miasto brudne. W sklepach z tkaninami wszystko leży równiutko, owoce aż zachęcają do kupna, a kobiety specjalnymi miotełkami usuwają śmieci sprzed sklepów. Takich samych miotełek używają nota bene służby publiczne, na przykład te sprzątające lotnisko. A jest tam co sprzątać – naklejki z bagaży ułożonych w piętrzące się góry, a nawet kocie odchody – jakimś cudem przez liczne linie kontroli osobistej i bagażowej na Tribhuvan International Airport udało się przejść zdesperowanemu wychudłemu kotu, który biega teraz po lotnisku.
A propos wychudłych – Nepal to nie Indie, ale i tu  przy obiektach turystycznych chudzi żebracy, kalecy ludzie i chore dzieci wyciągają czasem rękę po parę groszy. Nepal jednak jest od Indii zupełnie inny – i inność tę podkreśla. Nawet czas jest tu przesunięty o 15 minut w stosunku do wielkiego sąsiada. A system szkolnictwa wspiera uczucia patriotyczne i bardzo koncentruje się na nauczeniu dzieci historii własnego kraju. Mój Przewodnik niewiele mówi w czasie zwiedzania Katmandu; w milczeniu mijamy świątynie na słynnym Patan Durbar Square, którego nazwa pochodzi z języka perskiego i oznacza mniej więcej tyle, co dwór szacha. Ożywia się jedynie w pałacu królewskim Hanuman Dhoka Durbar, który  swoją nazwę wziął od postawionej w 1672 roku przez króla Pratapa Mallę statui Hanumana, boga-małpy, która od tego czasu strzeże pałacowych wrót. Wchodzimy do tego obiektu mieszczącego obecnie muzeum nepalskich władców, a mój Przewodnik w każdej ze stu chyba sal (sala z ubiorami króla numer 1, sala z bronią króla numer 1, sala o hobby króla numer 1, sala o podróżach zagranicznych króla numer 1, sala o rodzinie króla numer 1, sala ze zdjęciami i pamiątkami z palenia zwłok króla numer 1; a potem sala z ubiorami króla numer 2, sala z bronią króla numer 2 – i tak dla kolejnych władców) recytuje nazwiska wszystkich członków rodziny królewskiej i ministrów. Imponująca wiedza i ciekawe świadectwo dla priorytetów tutejszego systemu edukacji. Niestety w pałacu no foto – aparat trzeba zostawić w depozycie. Szkoda, bo wypchany tygrys – trofeum łowieckie jednego z królów – świetnie prezentowałby się na zdjęciu. No i z poddasza pałacu jest piękny widok na miasto.


Tak jak uśmiechnięci i życzliwi turystom ludzie koegzystują tu w pokoju, tak i buddyzm koegzystuje w Katmandu z hinduizmem. Mnisi z Tybetu spacerują po ulicach miast i gromadzą się na modlitwy wokół stup. W naszym hotelu wisi przy recepcji zdjęcie młodego Dalaj Lamy. Z kolei wyznawcy hinduizmu podchodzą do swoich świątyń – wciśniętych między domy, ustawionych na rogu ulicy lub obrośniętych drzewem – modlą się, smarują czoła czerwonym proszkiem, składają ofiarę z jedzenia. Każdy wyraża tu wiarę na swój sposób. Świątynie buddyjskie spoglądają na miasto charakterystycznymi oczami – wszak kształt tych świątyń nawiązuje do zarysu samego buddy.


Idziemy do buddyjskiej stupy Swajambhu wzniesionej na wzgórzu o tej samej nazwie. Jak podają źródła, według legendy stupa ta istnieje od niepamiętnych czasów, a jej początki sięgają epoki, kiedy cała dolina Katmandu zalana była wodą. Obecna stupa Swajambhu wykorzystuje wzgórze, na którym stoi, jako część swojej struktury. Stoi na płaskowyżu, na który wspinamy się po 365 stopniach. Gorąco, chce się pić.


Nie bez kozery stupa ta zwana jest też świątynią małp. Dopiero w trzecim sklepiku udaje nam się dostać colę – w poprzednich nie sprzedają tłumacząc, że małpy i tak bardzo szybko ukradną butelkę z upragnionym słodkim płynem. Woda ich nie interesuje – wodę więc można kupić tu wszędzie. Chwila nieuwagi i małpa szybkim ruchem wyciąga mi sok z plecaka. Biegiem leci na czubek budynku, by nikt nie zabrał jej łupu. No i konsternacja biologiczna: małpa, choć podobnie jak my z rzędu Primates, czyli naczelnych, nie dysponuje przecież przeciwstawnym kciukiem tak przydatnym w odkręcaniu butelek… Ale od czego są zęby. Sprawnie przegryza plastik, wypluwa kawałki butelki i ze znacznymi startami dla zawartości butelki wyjada owoce z fioletowego soku.

Dla odmiany warto zobaczyć świątynię hinduistyczną. Ta najbardziej znana to Pasupatinath uważana za najświętszą świątynię Śiwy (Paśupatiego) w Nepalu. Zwykle niewierni oglądają ją z drugiego brzegu rzeki, mi dzięki mojemu nepalskiemu Przewodnikowi udaje się zwiedzić sporą jej część. Tu nie ma 365 schodów, ale małpy też są i podobnie jak przy stupie Swajambhu  łypią w poszukiwaniu łatwego łupu. Zapach wokół świątyni trudno opisać – działa tu około dziesięciu stanowisk do palenia zwłok. Po prawej (patrząc od strony świątyni) dla zwykłych śmiertelników, po lewej dla przedstawicieli wyższych kast. Ludzi w Katmandu dużo, a więc i tutaj panuje ruch. Prochy z jednego stanowiska zmiatane już są do rzeki Bagmati. Na drugim jeszcze pali się pokaźny stosik. Na stanowisko dla wyższych kast przywieziono właśnie starą kobietę – a więc długi i skomplikowany obrządek wieńczony spaleniem zwłok dopiero się rozpoczyna.  Dym snuje się nad szarą od prochu rzeką, ciała spowite w żółtoczerwone całuny palą się powoli.

Chwila refleksji nad przemijaniem i znów wpadamy w rytm tego tak tętniącego życiem miasta. Wsiadamy na motor. Wiatr rozwiewa włosy, jak dobrze jechać bez kasku (kaski mają tu tylko kierowcy - i to też nie wszyscy; pasażerowie nie muszą ich stosować) i czuć ten pęd powietrza. Gdzieś nad nami latają samoloty, obok ustrojony misternie kwiatami samochód wiezie do ślubu parę młodą


Korek, bo w Katmandu prawie nie ma działających świateł, a ruchem kierują dość mało efektywnie policjanci - często stojący w specjalnych budkach. Ruszamy, mijamy grupkę protestujących ludzi otoczonych przez kordon policji – ustrój się zmienił, więc i oczekiwania wzrosły. Czy będzie to socjalizm czy komunizm, jak ułoży się z tak wszechobecną tu religią?...  Jedziemy ulicami Katmandu. Na chodnikach można tu spotkać – oczywiście – psy, koty i krowy, ale też kury i kozy, a domach ponoć też karaluchy (ja żadnego nie spotkałam, choć skromność wyposażenia mieszkań prywatnych, których zresztą nawet nikt tu nie zamyka, ścisnęła mnie za serce). 


Pędzimy do królewskiego Bhaktapur – miasteczka koło Katmandu, które zostało założone w IX w., a od 1382 było stolicą Nepalu. Wstęp 1100 rupii, czyli 11 euro – to chyba najdroższy ze wszystkich obiektów turystycznych. Dobrze, że mój nepalski Przewodnik wchodzi za darmo. Atmosfera miasteczka nas uwodzi. Wchodzimy po schodkach na czubek świątyni Njatapola – między posągami mitycznych bestii, koło których których biegają, wygłupiają się i śmieją dzieci – i siadamy wysoko patrząc na odwieczny spokój tego miejsca skontrastowany z ruchem ulicznych handlarzy i turystów oraz śmiechem maluchów. Znad głów mitycznych bestii patrzymy na Bhaktapur z górami w tle. Jak tu pięknie. Dzieci w tym czasie wspinają się na posągi. Chwila zadumy i schodzimy obejrzeć krużganki. Przypadkiem trafiamy na plan nepalskiego filmu w stylu Bollywood. Aktorka wije się wokół świątyni w rytm słodkiej piosenki. Zza kolumny wyłania się amant w ciemnych okularach. Dubel, tłum bije brawo, aktorka znów ustawia się tyłem i kiwa biodrami w takt muzyki.


Wieczór. A więc kasyno i klub Cube. W kasynie drinki za darmo, pyszny nepalski rum, kupon na darmową kolację, a potem ruletka i automaty. No i nikt nikogo nie legitymuje przy wejściu. Hasło zobowiązujące do zakończenia obstawiania na ruletce traktowane jest przez sympatyczną krupierkę dość luźno – ludzie rzucają żetony niemal do samego zatrzymania się koła. W kasynie nie można robić zdjęć, ale uśmiecham się do obsługi, która wie przecież, że zainwestowałam już trochę w zabawę w tym miejscu, i pan w garniturze z uśmiechem zgadza się, bym zrobiła sobie pamiątkową fotkę przy jednorękim bandycie. Idziemy do klubu. Zostajemy zatrzymani na wejściu – czuję, że to sprawa mojego zbyt sportowego stroju; ale nie, zaraz wyłania się wezwany przez mojego Przewodnika ochroniarz, który wprowadza nas do środka. To pewnie jego brat – czyli kuzyn, bo wszyscy mówią tu o sobie „mój brat”, „mój mały brat”, „mój duży brat”; więzi rodzinne aż do najdalszych odnóg są pielęgnowane i podkreślane. Wchodzimy. Muzyka lat 90-tych, przesterowane na maksa basy, kolorowe reflektory, mężczyźni tańczą z kobietami lub z innymi mężczyznami – nic zdrożnego nie ma tu nawet w obejmowaniu się dwóch mężczyzn na ulicy i chodzeniu za rękę, choć ostatnio zmienia się to podobno ze względu na reakcje turystów. W drugiej sali gra jakiś zespół – dźwięki mieszają się w jedyną w swoim rodzaju kakofonię. Drinki w Cube drogie jak na Nepal – whisky za 450 rupii (czyli 4,50 euro). No ale alkohol generalnie jest w Nepalu drogi – piwo „Everest” kosztuje 300 rupii, czyli tyle, co porządne danie obiadowe. Wracamy na parkiet. Ktoś pali shishę, ktoś wkłada pod dziąsło tabakę. „I’m too sexy for my shirt”, potem „Baby don’t hurt me”. Głośność na granicy bólu. Tańczymy do upadłego, piękna noc. 


Poprzednią noc spędziłam w hotelu tak zimnym, że prócz pościeli potrzebny był śpiwór do -5 stopni. W dzisiejszym jest cieplej. Co prawda są problemy z ciepłą wodą, a światło jest w ustawowo ustalonych godzinach, czyli po 18 do bodajże 1 w nocy; czasem z przerwami. No ale przynajmniej śpiwór nie jest potrzebny. Ten hotel to dobrze wydane 10 euro za noc. Suszy mnie w nocy po ekscesach klubowych. Schodzę ze świeczką do recepcji hotelowej i zamawiam „mineral water”, tak, „mineral”, nie „hot water”. Recepcjonista dzwoni gdzieś i za 3 minuty przybiega chłopak z reklamówką i upragnionym 1,5 litra wody w fabrycznie zamkniętej butelce. 62 rupie, daję mu 100 nie żądając reszty. Super obsługa. Jak jedno z dzieci mojej Przyjaciółki zwraca jedzenia prosto na pościel, sprzątaczki zjawiają się w 2 minuty, wymieniają pościel na świeżą, a materac… wywracają do góry nogami. 


Następny dzień rozpoczynamy od śniadania. Pyszny omlet z masalą. Pieczony banan, smażone ziemniaki i pomidory. Zamiast niepijanej tu kawy herbata na mleku z przyprawami - czyli nepali tea. Dzień pięknie się zaczyna. W nocy około zera, ale w teraz – gdy tylko pojawia się słońce – pogoda na krótki rękaw, ponad 20 stopni. 


Dziś kolejna stupa. Boudhanath – ta, której zdjęcie widnieje na okładce mojego przewodnika. Jedziemy taksówką. Mijamy klinikę, która reklamuje się, że oferuje bezpieczne aborcje. Dojeżdżamy, wchodzimy na teren świątyni uiszczając symboliczną opłatę za wstęp. Spacerujemy wokół stupy zgodnie z ruchem wskazówek zegara – tak, jak się powinno.

Poruszamy bębenki modlitewne, by kręciły się w intencji naszych życzeń, a delikatny wiatr porusza flagi modlitewne – one łopoczą w intencji życzeń boskich pewnie. Wokół świątyni widać wielu modlących się i przechadzających mnichów tybetańskich. Żółto-czerwone szaty mnichów kontrastują z bielą świątyni i szarością gołębi. Nie możemy wejść tak wysoko, jak prowadzą schody, bo świątynia jest dziś akurat bielona, a oczy skrupulatnie odmalowywane

 Aby jeszcze lepiej przyjrzeć się świątyni, na obiad idziemy po schodkach do jednej z restauracji, których pełno tu na dachach sklepików okalających świątynię. Nasza nazywa się „Golden Eyes” – nie ze względu na Bonda, tylko na przepiękne oczy namalowane na stupie. Znów dylemat – które z pysznych dań nepalskiej kuchni wybrać dzisiaj. Czy tradycyjny Nepali set z ryżem i dodatkami? Jego zaletą jest to, że można do niego dostać tyle dokładek ryżu i dodatków, ile się tylko chce. No i występuje w wersji mięsnej i bezmięsnej. Nie, dziś co innego – mo mo, czyli kunsztownie zlepione smaczne nepalskie pierożki. Mogą być z serem, mięsem jaka lub kurczaka, jest też wersja z warzywami. Pycha. Na deser oczywiście lassi – napój mleczny w wersji z bananami. 


Muszę pamiętać, by dziś w sklepiku odebrać koszulkę z oczami ze stupy i wyhaftowanym moim imieniem. Taka typowa pamiątka z Nepalu. I kupić płyty z nepalskim hip hopem - może Nepsydaz? Rytmiczna muzyka, fajne rymy: „I'm the worse person on the Earth surface”. W sklepiku wiszą też T-shirty z Che, mandalami, alfabetem nepalskim, zarysem Everestu i żartobliwe „Hard Yak Cafe Kathamandu”. Koszulkę z Che mam już z Kuby, więc w ramach pamiątek z Nepalu dokupuję sobie szaliczek z wełny jaka – ładny, kolorowy i ciepły.


Znów ciepły wieczór w Katmandu. Może dziś kino. Bollywoodzki hit w hindi bez napisów – Nepalczycy doskonale rozumieją ten język, a ja jestem jedyną turystką w kinie. Idziemy na „Agneepath” – to taki indyjski „Rambo”, remake hitu z 1990 roku: http://en.wikipedia.org/wiki/Agneepath_%282012_film%29 . Bite trzy godziny, przerwa 15 minut w połowie. Płaczę, gdy bohater jedna się z siostrą i gdy w czasie ceremonii ślubnej ginie jego żona – nie rozumiem ani słowa, ale język emocji jest przecież uniwersalny. Potem ponętna aktorka tańczy na ekranie – za każdym razem, kiedy w tańcu erotycznym gestem zapala papierosy facetom, na dole ekranu pojawia się angielski napis o szkodliwości palenia. Pachnie popcornem, gorąco od emocji, śmiejemy się i szlochamy razem ze wszystkimi…


Zimne noce, gorące dni, zapach kadzidełek przetykany czarnym smogiem. Kolorowe flagi modlitewne, kolorowe sklepy, kolorowe kobiety. Czasem myślę, że to sen, że tam byłam – a czasem śni mi się, że znów tam jestem.