Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label MRT. Show all posts
Showing posts with label MRT. Show all posts

2.04.2014

/BANGKOK/ Tuk tuk zwany Monika, czyli jak poruszać się w miejskiej dżungli


Bangkok. Metropolia-moloch przytłaczająca liczbą ludzi i pojazdów. Pewne rejony miasta zakorkowane są przez całą dobę, a przez tłum na niektórych ulicach trudno się przebić nawet o drugiej w nocy. Po tygodniu w tym oku cyklonu myślałam, że niedługo oszaleję od smogu, hałasu i ścisku, a Warszawa jawiła mi się jako przyjazna prowincjonalna miejscowość...


Sposobów na mniej lub bardziej efektywne podróżowanie po Bangkoku nie brakuje. Tuk tuki, taksówki, autobusy, MRT, BTS, tramwaje wodne, łódki turystyczne... Żaden z tych środków transportu nie jest idealny, część z nich ze względu na cenę dostępna jest tylko dla niektórych mieszkańców miasta, ale tak czy owak będąc w stolicy Tajlandii warto dać się wytrząść w tuk tuku na dziurawych ulicach, ochlapać wodą z Chao Phrayi w tramwaju wodnym i owiać podsufitowemu wiatrakowi w autobusie...

Kolorowe tuk tuki są już niemal symbolem wielu krajów Azji i stałym elementem krajobrazu Bangkoku, Phnom Penh, New Delhi czy Katmandu. Wersja tajska ma dodatkowy sympatyczny akcent w postaci swojskiego napisu "Monika" wymalowanego na budce. Napis ten nie ma oczywiście nic wspólnego z polskim imieniem żeńskim: Monika Motors Limited, istniejący od roku 1883 producent riksz silnikowych, to obok koncernu TukTuk Forwerder Co. jeden z liderów rynku pojazdów kołowych w Tajlandii. Firma wytwarza też nota bene generatory elektryczne na potrzeby Skytraina w Bangkoku.


Tuk tuki czają się w bocznych uliczkach i przy atrakcjach turystycznych, mkną pod prąd między stojącymi w korku autami, wciskają się w zaułki niedostępne dla samochodów. Choć jazda na twardawej kanapie bez pasów przez dłużej niż 30 minut powoduje bóle kręgosłupa, przewianie szyi, całkowitą demolkę fryzury i kaszel od ulicznego pyłu, to i tak motoriksze są często najlepszą alternatywą na dotarcie z A do B w zakorkowanym mieście. Sprytny tuk tuk wciśnie się bowiem prawie wszędzie, a kierowca w czasie negocjacji, bez których oczywiście nigdy nie należy wsiadać do kabiny, zgodzi się na niewygórowaną kwotę. Małe pojazdy z motorowerem z przodu i butlą gazową z tyłu nie są wyposażone w taksometr - ale i tak jazda nimi jest z reguły tańsza niż taksówką. Nigdy nie zdarzyło mi się też, by kierowca żądał coś więcej niż umówiona z góry kwota.


Bywało natomiast nieraz, że podróż trwała dziesięć razy dłużej i zakończyła się niezupełnie tam, gdzie chciałam... Otóż gdy wsiada się do tuk tuka przy pałacu królewskim czy muzeum narodowym, a kierowca sam proponuje absurdalnie niską cenę rzędu 20 bahtów (dla porównania w taksówce z niewłączonym taksometrem niezależnie od dystansu punktem wyjścia do negocjacji jest zwykle kwota 200 bahtów), to możemy być pewni, że trafiliśmy na Taja z dużą rodziną, który zanim dojedzie tam, gdzie chcemy (lub też niezupełnie tam, gdzie chcemy), obwiezie nas przynajmniej po pięciu sklepach z kosmicznie drogą biżuterią, ofertą ubrań na miarę, górami pluszowych słoników... "Sklepy kuzynów" to oczywiście często eufemizm dla paramafijnych układów z konkretną prowizją wypłacaną kierowcy za przywiezienie turystów i procentem od dokonanych zakupów. Z takiego objazdu nie ma się jak wymigać - trasa jest dokładnie ustalona (choć dla pasażera do końca pozostaje tajemnicą), więc ani strategia "nic nie kupuję", ani "kupię coś na odczepnego" nie przybliży nas do końca Odysei. Trzeba odetchnąć głęboko, uśmiechnąć się, przypomnieć sobie, że to urlop i nic nas nie goni i... enjoy the view!


Gdy siniaki na tyłku skłonią nas do poszukania wygodniejszego środka transportu, to pewnie będzie to taksówka. W Bangkoku w roli tej występują zwykle porządne nowe samochody - wygodne i klimatyzowane. Mają karoserie w nowoczesnym pinku, eleganckiej zieleni, nowojorskiej żółci.... Zresztą jest ich tak dużo, że nie trzeba wytężać specjalnie oczu, by wyłuskać je z rzeki aut. Jazda nimi jest przyjemna z kilku względów - można odpocząć od upału, zrelaksować się na wygodnym siedzeniu, poobserwować kiwające się hipnotycznie amulety zawieszone przy lusterku. Z reguły jest na nich wizerunek ukochanego przez Tajów króla Ramy IX Bhumibola Adulyadeja. Jadąc przez zakorkowany Bangkok lubię sobie pofilozofować, jak dziwnie jeździ się siedząc jako pasażer na miejscu kierowcy... 


Taksówka - podobnie jak tuk tuk - może okazać się narzędziem w rękach lokalnej mafii. Wtedy zamiast w wybranej przez nas knajpce wylądujemy w "największej restauracji z owocami morza", w której od krewetek bardziej imponujące będą ceny. Aby uniknąć takiej sytuacji nie należy zdradzać, o jaki rodzaj lokalu czy miejsca nam chodzi i podać taksówkarzowi jedynie np. skrzyżowanie ulic, na które ma nas zawieźć. I modlić się, by je znał, umiał czytać mapę, znalazł w schowku GPS lub miał do kogo zadzwonić po informację...

Opłaty w taksówce teoretycznie powinny być niewygórowane i zgodne z oficjalną tabelą znajdującą się zawsze za siedzeniem kierowcy. Niestety złapanie samochodu z kierowcą, który będzie chciał zrozumieć słowo "taksometr" bywa niełatwe. Czasem wymaga to nawet dwudziestu prób. Ale nie warto się poddawać. A jeśli już, to ustalmy PRZED wejściem do środka jakąś niebolesną dla nas sumę - pamiętając, że 150 bahtów to według taryfikatora kwota, za którą w zasadzie można przejechać wzdłuż cały Bangkok... 


Autobus to podobnie jak tramwaj wodny najbardziej demokratyczny, czyli najtańszy sposób transportu. Bilet - sprzedawany przez bileterkę dzwoniącą pudełeczkiem z drobnymi (służącym też nota bene za kasownik) - kosztuje dosłownie kilkanaście groszy, a dokładnie rzędu 10-15 bahtów. Niestety nawet pokonanie problemów z kierunkiem jazdy, które ja na przykład mam w każdym kraju "lewostronnym", nie gwarantuje łatwego wyboru autobusu. Z prostego powodu: opisy trasy są wyłącznie po tajsku. Dlatego eskapadę autobusem warto zaplanować w hotelu wykorzystując WiFi i stronę http://www.transitbangkok.com/bangkok_buses.html z dokładnymi rozkładami jazdy.


Przejazd autobusem jest przeżyciem wartym trudów i pewnych niedogodności. Podobnie jak tramwajami wodnymi jeżdżą nimi bowiem głównie mieszkańcy miasta a nie turyści, co daje niezwykły wgląd w PRAWDZIWE życie Bangkoku. Warto też zwrócić uwagę na oryginalny system chłodzenia podsufitowego, którego efekty też fajnie jest sprawdzić na własnym ciele. I na wyglądające nieco prowokacyjnie oznaczenie ISO na szybie rozklekotanej kupy złomu...


Nowoczesne klimatyzowane pojazdy szynowe mknące pod ziemią i na systemie wiaduktów to zupełnie inny świat. Kolorowe automaty z żetonami (w MRT) i biletami (w BTS), bezszelestne bramki, sterylne wagoniki. 


To zupełnie inny świat. Świat, w którym bilety są na tyle drogie, że nie każdego na nie stać. Dlatego w wagonach metra i szybkiej kolejki prócz turystów siedzą głównie pracownicy korporacji w stosownych uniformach, panie wracające z siateczkami z pracy oraz bogatsi zjadacze bułek wyposażeni w zabawki elektroniczne dyskretnie podkreślające ich status finansowy.


Nadziemny BTS zwany też Skytrainem to 2 linie (Sukhumvit Line i Silom Line), 34 stacje, 55 km trasy. Całkiem sporo, ale jednak w ten szybki i wygodny sposób w wiele miejsc Bangkoku - choćby na Khaosan Road czy do pałacu królewskiego - dojechać się nie da. Niemniej jednak wszędzie, gdzie to możliwe, warto pomknąć właśnie Skytrainem, bo jest najszybszy. Trzeba tylko pamiętać o dwóch sprawach: po pierwsze warto zbierać drobne na bilety, bo automaty na stacjach BTS łykają wyłącznie bilon (jeśli mamy banknoty, to możemy rozmienić je w pobliskim okienku informacyjnym), a po drugie pod żadnym pozorem nie wolno wyrzucać fioletowego kartonika, bo potrzebny będzie do otworzenia bramek przy wyjściu z kolejki.


Podziemne MRT to póki co jedna linia łącząca stacje Hua Lampong i Bang Sue. Napis "To Bang Sue" wskazujący kierunek jazdy na stacjach swą niezamierzoną seksualną konotacją rozśmiesza do łez anglojęzycznych turystów. Metro w Bangkoku jest bardzo młode - ma niecałe 10 lat, ale plany jego rozwoju są bardzo ambitne: prócz zbudowanej już niebieskiej linii ma powstać jeszcze zielona, pomarańczowa, fioletowa, żółta, różowa, brązowa... Widząc tempo rozwoju Bangkoku (na przykład od zeszłego roku na stacjach Skytraina zdążyły przybyć szyby oddzielające peron od torów), wierzę, że niedługo miasto to będzie mieć sieć metra we wszystkich kolorach tęczy.


Czytelna mapka nowoczesnych kolejek w Bangkoku znajduje się na oficjalnej stronie http://www.transitbangkok.com/images/BTS_MRT_Chao_Phraya_Express_Khlong_Boat_BRT.png. Jeśli ktoś ma ochotę porozkoszować się szklano-plastikowym nowoczesnym obliczem Bangkoku, to MRT i BTS są dla niego zdecydowanie najlepszym - a może i jedynym - wyborem.

Dla miłośników dreszczyku emocji z kolei najlepszym rozwiązaniem będą tramwaje wodne, na które bilet kupujemy nota bene tak jak w przypadku autobusów u dzwoniącej drobniakami bileterki chodzącej (lub przeciskającej się) między pasażerami. O wspomniany dreszczyk tramwaje przyprawiają na wiele sposobów - swym stanem technicznym, brakiem kamizelek ratunkowych, przeładowaniem, tempem jazdy, krótkim czasem postoju wymagającym szybkiego wskakiwania na drewniany pokład i wyskakiwania na betonowe nabrzeże. 


Większość turystów wybiera sporo droższe łódki spacerowe bojąc się konfrontacji z żywiołem, ale rejs nimi z pewnością nie dostarcza tylu atrakcji i chlapnięć w twarz, co jazda tramwajem. I choć tramwaj płynie trochę jak pijany zając stając raz po jednej, raz po drugiej stronie Chao Phrayi, to ma trzy zasadnicze zalety: nie stoi w korkach, jest bardzo tani i dowozi jak po sznurku do kilku kluczowych atrakcji turystycznych - w tym do świątyni Wat Arun i pałacu królewskiego. Jest też dobrym wyborem, jeśli mieszkamy w hotelu przy słabo skomunikowanej Khaosan lub Rambuttri. Z przystanku 13 jest dosłownie 200 metrów do tych ulic - a dodatkowo idziemy wzdłuż bazarku z moim zdaniem wartymi uwagi pamiątkami, a potem ulicą kolo niezawodnego "Seven Eleven", spożywczaka ze WSZYSTKIM, nawet z tajskimi papierosami w przerażających opakowaniach z wizualnymi ostrzeżeniami działającymi na wyobraźnię dużo bardziej niż unijne słowne pouczenia. Choć fotka na opakowaniu kupionym w Singapurze była chyba jeszcze bardziej hardcore'owa.


Bangkok to urban jungle, po której niełatwo jest się poruszać. Zwłaszcza teraz, gdy część dużych ulic zablokowali protestujący. Dlatego trzeba zaopatrzyć się w dokładny plan miasta, wygodne buty i dużo cierpliwości. I zawsze być otwartym na zwiedzenie zupełnie innej części miasta niż ta, którą sobie na dziś zaplanowaliśmy...




***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILM "DRIVING THROUGH BANGKOK:


ORAZ DO LEKTURY TEKSTÓW:


2.08.2013

/BANGKOK/ Buddowie i transwestyci - DZIEŃ 1: First night in Bangkok


Miasto osławione przez filmy, powieści i liczne urban legends... One night in Bangkok, Rajska Plaża, Kac Vegas w Bangkoku. Metropolia kolorowa, głośna i niezwykła. Pełna świątyń i burdeli, turystów i transwestytów, tuk tuków i ospałych psów. Smród gnijących śmieci miesza się tu z zapachem kadzideł i smakowitymi woniami street foodu. Ale tego wszystkiego jeszcze nie wiemy - na razie lecimy 12 godzin z Heathrow. W samolocie śpimy, oglądamy filmy, gadamy. W pamiętniczku notuję, by nigdy więcej nie brać posiłku z kaczką.



Lądujemy na Suvarnabhumi. Różnica czasu plus 6 godzin, ale przy podróży na wschód rzadko miewam jetlag - gorzej jest po powrocie: zmiana na czas zachodni z reguły bardziej daje w kość, bo dzień się dłuży, a potem człowiek budzi się w środku nocy i nie może zasnąć. Jedziemy 500 metrów ruchomymi chodnikami do punktów Immigration; wizy dla Polaków zniesiono w Królestwie Tajlandii już 2 lata temu, ale nadal trzeba wypełniac druczki i rejestrować wjazd i wyjazd. Dłuuuga kolejka, ale obsługa sprawna - choć każdemu wjeżdżającemu urzędnicy robią zdjęcie okrągłą kamerką przytwierdzoną do stanowiska, w których siedzą. Kamerka ma ruchome "oko" - mundurowi nacelowują je na twarz, szybki "cheese" i po sprawie. Dokumenty wjazdowo-wyjazdowe przytwierdzają zszywaczem do paszportu, by się nie zgubiły.



W jednym z licznych kantorów zamieniam 100 dolarów na pęczek bahtów - w Tajlandii lepiej jest wymieniać pieniądze niż je wypłacać, bo w bankomatach pobierana jest opłata 150 bahtów (czyli ok. 15 zł) za każdą transakcję. I ruszamy. Taksówki czekają na podróżnych przed halą, na stanowisku kilka shuttle busów, ale my wybieramy transport publiczny: kolejkę Airport Link. W automacie kupujemy bilet - a właściwie żeton (trzeba go trzymać w kieszeni, bo otwiera też bramki przy wyjściu z kolejki) - do stacji Makkasan. Tam przechodzimy do stacji MRT Phetchanburi. Ściemnia się, upał jak w piekle, ruch taki, że nie możemy przebić się przez ulicę, a do tego poznajemy pierwszego bangkokskiego szczura, który też zmierza w kierunku metra. W MRT niespodzianka: bramki i strażnicy przy wejściu. Oczywiście piszczymy wraz z naszymi torbami i walizami. Czasem wystarcza look z latarką do torebki, ale czasem trzeba powalczyć z kłódką przy walizce, bo mundurowy chce skontrolować zawartość. Kontrola - zwykle pobieżna acz mimo to uciążliwa - czeka nas przy każdym wejściu do MRT. Miejscowe kobiety nonszalancko otwierają torby i przechodzą wolnym krokiem obok strażników, my zwykle cieszymy się ich większym zainteresowaniem. Schody w dół - ruch lewostronny, jak na ulicach; na dole kolejne automaty biletowe (a właściwie żetonowe; kartonowe bilety są tu jedynie w nadziemnym Sky Trainie) łykają po 20 bahtów - tyle kosztuje przejazd do stacji Hua Lampong, przy której mieszkamy. W MRT system znany nam z Singapuru - porządkowi sterują ruchem wsiadających i wysiadających. Wszyscy grzecznie czekają w kolejce. Część pasażerów nie mieści się do wagonów - głos z megafonu informuje, żeby poczekać, bo następna kolejka będzie za 5 minut.



My się załapujemy. Na jazdę metrem stać tylko bogatszych obywateli (tramwaje wodne i autobusy są wielokrotnie tańsze i przez to bardziej demokratyczne), co widać po składzie pasażerów: wszyscy mają poprzyklejane do rąk gadżety elektroniczne. Na monitorach lecą reklamy z dźwiękiem przerywane na czas zapowiedzi o kolejnych stacjach - informacje czytane są po tajsku i po angielsku. Reklama środka na pryszcze, filmu z Brucem Willisem, jogurty o cudownych właściwościach. I tak da capo al fine. Nad jednym z siedzeń znaczek, by ustąpić miejsca mnichowi. Wysiadamy na ostatniej stacji, głos z megafonu przeprasza, że trasa się już kończy. Wszyscy wysiadają, a do wagonów wbiega komiczna para: strażnik + sprzątaczka. On się rozgląda, ona zmiata niewidoczne pyłki i potencjalne śmieci.



Wysiadamy na rozgrzane ulice - tym, gorętsze, że w metrze klimatyzacja mocno chłodzi. W prawo czy w lewo? Poglądowy plan dojścia niewiele pomaga, policjant trzyma go do góry nogami i też nie umie pomóc. Z narażeniem życia przebiegamy z walizami przez ruchliwe rondo. Jeszcze nie znamy tutejszego systemu: w Bangkoku prawie nie ma sygnalizacji dla pieszych, trzeba więc patrzyć na światła dla samochodów i orientować się, kiedy można przejść. Pamiętając oczywiście, że tuk tuki niespecjalnie przejmują się czerwonym.

Idziemy wzdłuż wiaduktu, ulica coraz bardziej brudna i mroczna, kupa śmierdzących śmieci z okolicznych knajp - wywiezione zostaną dopiero następnego dnia rano, a póki co ich woń opanowuje okolicę i przyciąga bezdomne koty. W hotelu check in bez trudności, cena ustalona w booking.com się zgadza. Pokój mały, ale czysty - bez szafy, ale z łazienką. Właścicielka poleca nam pobliską food street na wieczorny posiłek. Szybki prysznic i ruszamy w miasto nucąc "One night in Bangkok".



This city never sleeps. Budki i standy z owocami morza i prawdziwymi owocami, jakieś smażone kiełbaski, jedzenie smażone w głębokim tłuszczu w WOK-ach; masa snujących się przechodniów, przegrzane psy z poszarzałą sierścią, dzieciaki, dziewczyny w krótkich spódniczkach. Idziemy do wietnamskiej restauracji - przyciąga nas klima i apetyczne zdjęcia potraw. Jedzenie jest tu tanie - za 10 złotych można najeść się do syta, ale piwo, nawet lokalne, to 80-120 bahtów zależnie od wielkości butelki i klasy lokalu. Knajpa pełna. Rozglądamy się i nie wierzymy własnym oczom: nad barem wisi "Ostatnia Wieczerza" (swoją drogą mało marketingowy zabieg w przypadku knajpy), a na filarze - bolejący Jezus w koronie cierniowej. Pyszne krewetki, finezyjne spring rollsy i zimne Singha Beer - idealny zestaw na pierwszą noc w Bangkoku.



Jeszcze spacer po gorącej nocnej ulicy. Po drodze kupujemy grzesznie słodkie banany u ulicznej sprzedawczyni. Do kiści za 20 bahtów dokłada nam drugą mniejszą gratis. Chcę jej zrobić zdjęcie, ona pokazuje palcem na aparat, więc się wycofuję... A ona się uśmiecha i zaczyna pozować. Idziemy dalej i konstatujemy, że klimat jest tu idealny dla bezdomnych. W hotelu włączamy TV, prowadzący wiadomości spiker w garniturze najpierw skłania się po tajsku ze złożonymi dłońmi, a potem zaczyna mówić w języku, z którego nie rozumiemy ani słowa. Pełne wrażeń emocjonalnych, akustycznych i zapachowych nie możemy zasnąć.





>> 2. Dzień straconych nadziei i podróby wielkiego Buddy



 ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM "ONE NIGHT IN BANGKOK"



I INNE FILMY Z TAJLANDII: http://www.youtube.com/playlist?list=PLN6e3xufgAmNQAhn0d52TJdhhOlZP4MFE

4.29.2012

/SINGAPUR/ 8 dni bez gumy do żucia – DZIEŃ 1: Feeria nowych wrażeń


O Singapurze mawia się, że to Azja w pigułce. Teraz po powrocie z tego kraju tak wielowątkowego, wielokulturowego i wielosmakowego, jak to tylko możliwe, myślę, że jest on w jakimś stopniu nawet całym światem w pigułce. W China Town jest ulica, na której niemal obok siebie stoją: świątynia buddyjska, świątynia hinduistyczna i meczet. Nieopodal prowadzonego przez Niemca wózka z Wurstami i preclamiostatniego przed równikiem, jak mówi przywieszona na nim reklama – miesza się zapach ryby, krewetek i porridge’a z chińskiej restauracyjki. W tym świecie - z jednej strony multi kulti, z drugiej zaś przesyconym konsumpcją i nowoczesnością do granic możliwości, nie można kupić tylko jednej rzeczy: gumy do żucia. Władze zakazały jej importu i dystrybucji, ponieważ zaklejenie czujników w MRT – lokalnym metrze – spowodowało kiedyś paraliż komunikacyjny. Gumę można więc dostać w tym mieście-państwie tylko w aptekach na receptę w celach terapeutycznych – a i to od niedawna.



Lecimy 12 godzin ze smutnych i wietrznych Helsinek do innego świata. Już na lotnisku Changi czeka nas przedsmak tego, co zachwyci nas i oszołomi w ciągu kolejnych dni. Terminale wyłożone dywanami, źródełka z wodą do picia, darmowe masażery stóp dla pasażerów, basen, pedicure robiony przez rybki, pachnące perfumerie, restauracje czynne całą dobę. Między terminalami przemieszczamy się Skytrainem – nowoczesną kolejką. Mitsubishi Crystal Mover na szynie przyjeżdża punktualnie co dwie minuty, klimatyzacja przyjemnie chłodzi; dobrze, że przejazd za darmo – biletu i tak nie można byłoby kupić u kierowcy, bo kolejka jest w pełni zautomatyzowana i żadnego kierowcy w niej nie ma. Dolary Singapurskie – o znacznie życzliwszym przeliczniku niż najbardziej znany wariant tej waluty – wypłacamy jeszcze na lotnisku z prawdziwej ściany stojących tam ATM-ów.



Wszystko według planu, jak po sznurku i tak, by nikt nie miał prawa się zgubić. Przypominam sobie, jak siedziałyśmy z Agnieszką przy komputerze planując naszą daleką podróż, analizując plan miasta i zastanawiając się nad połączeniami metrem. A teraz już tu jesteśmy i zaraz wejdziemy na stację słynnego MRT z kultowymi zakazami – które obejmują również przewóz środkami komunikacji duriana, dużego zielonego śmierdziela z kolcowatą skórą. W ciągu następnych dni przyjdzie nam go powąchać na targu warzywnym, odważymy się go nawet spróbować – co prawda w wersji dla mięczaków, bo w czekoladzie, ale zawsze.


Bilety na komunikację miejską zaskakująco tanie – jeżdżąc do imentu przez 8 dni uda nam się wydać na nie jedynie około 30 dolarów. Podatek 7%, a tyle rzeczy tu za darmo lub w bardzo przyjaznych cenach. Kupujemy dotykową „kartę miejską” – 5$ za kartę i 7$ na przejazdy. Kolejne minimalne doładowanie to 10$ - trzeba je zrobić, gdy na karcie jest jeszcze około 3$, bo  to mniej niż najdroższy przejazd i bramki nie wpuszczą pasażera do metra. Kwota zależna od długości przejazdu zdejmowana jest automatycznie przez czytniki przy wyjściu z metra czy autobusu. Wracając z Singapuru można podejść do punktu obsługi klienta w MRT i odzyskać niewykorzystaną kwotę nabitą na karcie.

Jedziemy do hotelu – w metrze tłum, bo rush hour. Na stacjach przesiadkowych – zwanych tu Interchange – porządkowi w mundurkach dbają o to, by równomiernie ustawiać chętnych do wejścia do poszczególnych wagonów; pilnują też, by najpierw wypuszczać wysiadających. Dodatkowo o pierwszeństwie wyjścia przed wejściem do wagonu informują równiutko naklejone na podłodze zielone i czerwone strzałki. Metro – szerokie i przestrzenne – ustawia się precyzyjnie przy dodatkowych szklanych drzwiach oddzielających tory od peronu. Wsiadamy i ruszamy. Struktura pasażerów zgodna ze strukturą zaludnienia Singapuru – najwięcej ludzi o rysach chińskich, mniej o hinduskich. Turystów – zwłaszcza z Europy – raczej niewielu. Nikt z tubylców nie traci czasu: na całej długości linii metra - i w jej częściach naziemnych, i podziemnych - dostępna jest sieć 3G, co kobiety wykorzystują do czatowania przez smartphone'y z dziećmi, starsi mężczyźni do czytania portali informacyjnych na wszechobecnych tu tabletach, a młodzi - do grania w gry: bardzo popularne jest tu (jak zorientowałam się zaglądając młodzieży przez ramię) sudoku, ale także zabawy w znajdowanie słówek w chaosie liter oraz appsy w stylu Diamonds.



Hotel znaleziony jak zwykle przez booking.com. Jego wyszukanie kosztowało nas wiele godzin doktoryzowania się nad ofertami w Internecie. Najtańsze pokoje są w Geylangu, czerwonej dzielnicy. Ostatecznie jednak odstraszają nas komentarze o hałasie i pokojach wynajmowanych na godziny. Bardzo przyjaźnie wygląda natomiast opcja backpackerska w pobliżu Chinatown – nowy budynek, może nie będzie karaluchów i innych atrakcji. Szkoda, że bez łazienki, ale trudno – 600 zł os osoby za cały pobyt to naprawdę dobra cena. Jedziemy więc do naszego celu, wwozimy walizy stromymi i szybkimi schodami w MRT, ciągniemy je po gładkim chodniku i tachamy po schodach na wiadukt dla pieszych. Tego typu wiaduktów jest w Singapurze mnóstwo – przy tak wielopasmowych jezdniach aż się prosi, by dla bezpieczeństwa drogi dla pieszych były bezkolizyjnie. Na przejściu pachną maciejki – miasto pięknie ukwiecone, nawet na mostkach dla pieszych są skrzynki z roślinami. W hotelu niespodzianka – recepcjonista woła taksówkę, wciska nam 10 dolarów i proponuje zmianę na hotelik w sercu China Town kusząc nas pokojem z łazienką. Bierzemy – jak przygoda, to przygoda. Plusy: lokalizacja dużo lepsza (przy Smith Steet zwaną też nie bez kozery Food Street), no i miniłazienka z toaletą na wzniesieniu z płytek oraz prysznicem bez kabiny i czasem bez ciepłej wody; minus tylko jeden: mały brązowy i bardzo szybki. Na moim łóżku. Na szczęście minus pojawił się tylko raz – może przestraszył się kapcia, którym w niego rzuciłam, a może wolał jednak mieszkać w chińskiej knajpce pod nami.


Szybki prysznic i zanurzamy się w niepowtarzalny wieczorny klimat China Town. Czerwone lampiony rzucają ciepłe światło na kolorowe kamienice, gorąco jak w piekle, parne powietrze przenika miks zapachów z restauracyjek – smażone krewetki, wołowina w kociołkach, dim sum w różnych wariantach, położona dumnie na ryżu ryba zwieszająca głowę poza talerz. Gorące wilgotne powietrze dusi nas, na obrzęknięte oskrzela może pomóc jedynie zimny Tiger dostępny tu we wszystkich możliwych pojemnościach – od 330 do 660 ml. Przed knajpkami uśmiechnięte Chinki trzymające w rękach menu zapraszają nas kuszącym „Please, come in, chinese food” – tak jakby na Smith Street można było zjeść coś innego. Podpity Amerykanin postanawia wspomóc jedną z Chinek w zapraszaniu przechodzących gości – bez efektu, jest zbyt natarczywy, a tu ceni się umiar, uśmiech i uprzejmość.


Krewetki i piwo pod nocnym niebem i czerwonymi latarniami powodują, że zaczynamy czuć się jak część tego niezwykłego miasta. Ocieramy pot sprzedawanymi tu wszędzie wilgotnymi chusteczkami i rozkoszujemy się gwarem, który wieczorem ukołysze nas do snu.