Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label BTS. Show all posts
Showing posts with label BTS. Show all posts

2.04.2014

/BANGKOK/ Tuk tuk zwany Monika, czyli jak poruszać się w miejskiej dżungli


Bangkok. Metropolia-moloch przytłaczająca liczbą ludzi i pojazdów. Pewne rejony miasta zakorkowane są przez całą dobę, a przez tłum na niektórych ulicach trudno się przebić nawet o drugiej w nocy. Po tygodniu w tym oku cyklonu myślałam, że niedługo oszaleję od smogu, hałasu i ścisku, a Warszawa jawiła mi się jako przyjazna prowincjonalna miejscowość...


Sposobów na mniej lub bardziej efektywne podróżowanie po Bangkoku nie brakuje. Tuk tuki, taksówki, autobusy, MRT, BTS, tramwaje wodne, łódki turystyczne... Żaden z tych środków transportu nie jest idealny, część z nich ze względu na cenę dostępna jest tylko dla niektórych mieszkańców miasta, ale tak czy owak będąc w stolicy Tajlandii warto dać się wytrząść w tuk tuku na dziurawych ulicach, ochlapać wodą z Chao Phrayi w tramwaju wodnym i owiać podsufitowemu wiatrakowi w autobusie...

Kolorowe tuk tuki są już niemal symbolem wielu krajów Azji i stałym elementem krajobrazu Bangkoku, Phnom Penh, New Delhi czy Katmandu. Wersja tajska ma dodatkowy sympatyczny akcent w postaci swojskiego napisu "Monika" wymalowanego na budce. Napis ten nie ma oczywiście nic wspólnego z polskim imieniem żeńskim: Monika Motors Limited, istniejący od roku 1883 producent riksz silnikowych, to obok koncernu TukTuk Forwerder Co. jeden z liderów rynku pojazdów kołowych w Tajlandii. Firma wytwarza też nota bene generatory elektryczne na potrzeby Skytraina w Bangkoku.


Tuk tuki czają się w bocznych uliczkach i przy atrakcjach turystycznych, mkną pod prąd między stojącymi w korku autami, wciskają się w zaułki niedostępne dla samochodów. Choć jazda na twardawej kanapie bez pasów przez dłużej niż 30 minut powoduje bóle kręgosłupa, przewianie szyi, całkowitą demolkę fryzury i kaszel od ulicznego pyłu, to i tak motoriksze są często najlepszą alternatywą na dotarcie z A do B w zakorkowanym mieście. Sprytny tuk tuk wciśnie się bowiem prawie wszędzie, a kierowca w czasie negocjacji, bez których oczywiście nigdy nie należy wsiadać do kabiny, zgodzi się na niewygórowaną kwotę. Małe pojazdy z motorowerem z przodu i butlą gazową z tyłu nie są wyposażone w taksometr - ale i tak jazda nimi jest z reguły tańsza niż taksówką. Nigdy nie zdarzyło mi się też, by kierowca żądał coś więcej niż umówiona z góry kwota.


Bywało natomiast nieraz, że podróż trwała dziesięć razy dłużej i zakończyła się niezupełnie tam, gdzie chciałam... Otóż gdy wsiada się do tuk tuka przy pałacu królewskim czy muzeum narodowym, a kierowca sam proponuje absurdalnie niską cenę rzędu 20 bahtów (dla porównania w taksówce z niewłączonym taksometrem niezależnie od dystansu punktem wyjścia do negocjacji jest zwykle kwota 200 bahtów), to możemy być pewni, że trafiliśmy na Taja z dużą rodziną, który zanim dojedzie tam, gdzie chcemy (lub też niezupełnie tam, gdzie chcemy), obwiezie nas przynajmniej po pięciu sklepach z kosmicznie drogą biżuterią, ofertą ubrań na miarę, górami pluszowych słoników... "Sklepy kuzynów" to oczywiście często eufemizm dla paramafijnych układów z konkretną prowizją wypłacaną kierowcy za przywiezienie turystów i procentem od dokonanych zakupów. Z takiego objazdu nie ma się jak wymigać - trasa jest dokładnie ustalona (choć dla pasażera do końca pozostaje tajemnicą), więc ani strategia "nic nie kupuję", ani "kupię coś na odczepnego" nie przybliży nas do końca Odysei. Trzeba odetchnąć głęboko, uśmiechnąć się, przypomnieć sobie, że to urlop i nic nas nie goni i... enjoy the view!


Gdy siniaki na tyłku skłonią nas do poszukania wygodniejszego środka transportu, to pewnie będzie to taksówka. W Bangkoku w roli tej występują zwykle porządne nowe samochody - wygodne i klimatyzowane. Mają karoserie w nowoczesnym pinku, eleganckiej zieleni, nowojorskiej żółci.... Zresztą jest ich tak dużo, że nie trzeba wytężać specjalnie oczu, by wyłuskać je z rzeki aut. Jazda nimi jest przyjemna z kilku względów - można odpocząć od upału, zrelaksować się na wygodnym siedzeniu, poobserwować kiwające się hipnotycznie amulety zawieszone przy lusterku. Z reguły jest na nich wizerunek ukochanego przez Tajów króla Ramy IX Bhumibola Adulyadeja. Jadąc przez zakorkowany Bangkok lubię sobie pofilozofować, jak dziwnie jeździ się siedząc jako pasażer na miejscu kierowcy... 


Taksówka - podobnie jak tuk tuk - może okazać się narzędziem w rękach lokalnej mafii. Wtedy zamiast w wybranej przez nas knajpce wylądujemy w "największej restauracji z owocami morza", w której od krewetek bardziej imponujące będą ceny. Aby uniknąć takiej sytuacji nie należy zdradzać, o jaki rodzaj lokalu czy miejsca nam chodzi i podać taksówkarzowi jedynie np. skrzyżowanie ulic, na które ma nas zawieźć. I modlić się, by je znał, umiał czytać mapę, znalazł w schowku GPS lub miał do kogo zadzwonić po informację...

Opłaty w taksówce teoretycznie powinny być niewygórowane i zgodne z oficjalną tabelą znajdującą się zawsze za siedzeniem kierowcy. Niestety złapanie samochodu z kierowcą, który będzie chciał zrozumieć słowo "taksometr" bywa niełatwe. Czasem wymaga to nawet dwudziestu prób. Ale nie warto się poddawać. A jeśli już, to ustalmy PRZED wejściem do środka jakąś niebolesną dla nas sumę - pamiętając, że 150 bahtów to według taryfikatora kwota, za którą w zasadzie można przejechać wzdłuż cały Bangkok... 


Autobus to podobnie jak tramwaj wodny najbardziej demokratyczny, czyli najtańszy sposób transportu. Bilet - sprzedawany przez bileterkę dzwoniącą pudełeczkiem z drobnymi (służącym też nota bene za kasownik) - kosztuje dosłownie kilkanaście groszy, a dokładnie rzędu 10-15 bahtów. Niestety nawet pokonanie problemów z kierunkiem jazdy, które ja na przykład mam w każdym kraju "lewostronnym", nie gwarantuje łatwego wyboru autobusu. Z prostego powodu: opisy trasy są wyłącznie po tajsku. Dlatego eskapadę autobusem warto zaplanować w hotelu wykorzystując WiFi i stronę http://www.transitbangkok.com/bangkok_buses.html z dokładnymi rozkładami jazdy.


Przejazd autobusem jest przeżyciem wartym trudów i pewnych niedogodności. Podobnie jak tramwajami wodnymi jeżdżą nimi bowiem głównie mieszkańcy miasta a nie turyści, co daje niezwykły wgląd w PRAWDZIWE życie Bangkoku. Warto też zwrócić uwagę na oryginalny system chłodzenia podsufitowego, którego efekty też fajnie jest sprawdzić na własnym ciele. I na wyglądające nieco prowokacyjnie oznaczenie ISO na szybie rozklekotanej kupy złomu...


Nowoczesne klimatyzowane pojazdy szynowe mknące pod ziemią i na systemie wiaduktów to zupełnie inny świat. Kolorowe automaty z żetonami (w MRT) i biletami (w BTS), bezszelestne bramki, sterylne wagoniki. 


To zupełnie inny świat. Świat, w którym bilety są na tyle drogie, że nie każdego na nie stać. Dlatego w wagonach metra i szybkiej kolejki prócz turystów siedzą głównie pracownicy korporacji w stosownych uniformach, panie wracające z siateczkami z pracy oraz bogatsi zjadacze bułek wyposażeni w zabawki elektroniczne dyskretnie podkreślające ich status finansowy.


Nadziemny BTS zwany też Skytrainem to 2 linie (Sukhumvit Line i Silom Line), 34 stacje, 55 km trasy. Całkiem sporo, ale jednak w ten szybki i wygodny sposób w wiele miejsc Bangkoku - choćby na Khaosan Road czy do pałacu królewskiego - dojechać się nie da. Niemniej jednak wszędzie, gdzie to możliwe, warto pomknąć właśnie Skytrainem, bo jest najszybszy. Trzeba tylko pamiętać o dwóch sprawach: po pierwsze warto zbierać drobne na bilety, bo automaty na stacjach BTS łykają wyłącznie bilon (jeśli mamy banknoty, to możemy rozmienić je w pobliskim okienku informacyjnym), a po drugie pod żadnym pozorem nie wolno wyrzucać fioletowego kartonika, bo potrzebny będzie do otworzenia bramek przy wyjściu z kolejki.


Podziemne MRT to póki co jedna linia łącząca stacje Hua Lampong i Bang Sue. Napis "To Bang Sue" wskazujący kierunek jazdy na stacjach swą niezamierzoną seksualną konotacją rozśmiesza do łez anglojęzycznych turystów. Metro w Bangkoku jest bardzo młode - ma niecałe 10 lat, ale plany jego rozwoju są bardzo ambitne: prócz zbudowanej już niebieskiej linii ma powstać jeszcze zielona, pomarańczowa, fioletowa, żółta, różowa, brązowa... Widząc tempo rozwoju Bangkoku (na przykład od zeszłego roku na stacjach Skytraina zdążyły przybyć szyby oddzielające peron od torów), wierzę, że niedługo miasto to będzie mieć sieć metra we wszystkich kolorach tęczy.


Czytelna mapka nowoczesnych kolejek w Bangkoku znajduje się na oficjalnej stronie http://www.transitbangkok.com/images/BTS_MRT_Chao_Phraya_Express_Khlong_Boat_BRT.png. Jeśli ktoś ma ochotę porozkoszować się szklano-plastikowym nowoczesnym obliczem Bangkoku, to MRT i BTS są dla niego zdecydowanie najlepszym - a może i jedynym - wyborem.

Dla miłośników dreszczyku emocji z kolei najlepszym rozwiązaniem będą tramwaje wodne, na które bilet kupujemy nota bene tak jak w przypadku autobusów u dzwoniącej drobniakami bileterki chodzącej (lub przeciskającej się) między pasażerami. O wspomniany dreszczyk tramwaje przyprawiają na wiele sposobów - swym stanem technicznym, brakiem kamizelek ratunkowych, przeładowaniem, tempem jazdy, krótkim czasem postoju wymagającym szybkiego wskakiwania na drewniany pokład i wyskakiwania na betonowe nabrzeże. 


Większość turystów wybiera sporo droższe łódki spacerowe bojąc się konfrontacji z żywiołem, ale rejs nimi z pewnością nie dostarcza tylu atrakcji i chlapnięć w twarz, co jazda tramwajem. I choć tramwaj płynie trochę jak pijany zając stając raz po jednej, raz po drugiej stronie Chao Phrayi, to ma trzy zasadnicze zalety: nie stoi w korkach, jest bardzo tani i dowozi jak po sznurku do kilku kluczowych atrakcji turystycznych - w tym do świątyni Wat Arun i pałacu królewskiego. Jest też dobrym wyborem, jeśli mieszkamy w hotelu przy słabo skomunikowanej Khaosan lub Rambuttri. Z przystanku 13 jest dosłownie 200 metrów do tych ulic - a dodatkowo idziemy wzdłuż bazarku z moim zdaniem wartymi uwagi pamiątkami, a potem ulicą kolo niezawodnego "Seven Eleven", spożywczaka ze WSZYSTKIM, nawet z tajskimi papierosami w przerażających opakowaniach z wizualnymi ostrzeżeniami działającymi na wyobraźnię dużo bardziej niż unijne słowne pouczenia. Choć fotka na opakowaniu kupionym w Singapurze była chyba jeszcze bardziej hardcore'owa.


Bangkok to urban jungle, po której niełatwo jest się poruszać. Zwłaszcza teraz, gdy część dużych ulic zablokowali protestujący. Dlatego trzeba zaopatrzyć się w dokładny plan miasta, wygodne buty i dużo cierpliwości. I zawsze być otwartym na zwiedzenie zupełnie innej części miasta niż ta, którą sobie na dziś zaplanowaliśmy...




***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILM "DRIVING THROUGH BANGKOK:


ORAZ DO LEKTURY TEKSTÓW:


2.03.2014

/BANGKOK/ Bangkok Dangerous, czyli demonstracje w rytmie reggae


"W związku z wyborami parlamentarnymi w Tajlandii, które odbędą się 2 lutego br., Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleca unikanie okolic lokali wyborczych, które mogą być miejscem demonstracji politycznych oraz prowokacji z możliwością użycia broni lub materiałów wybuchowych" - ostrzega MSZ i wymienia miejsca, w których gromadzą się demonstranci. Problem w tym, że są to właściwie WSZYSTKIE miejsca, w których są jakieś zabytki, świątynie, atrakcje turystyczne. Jak więc zwiedzać Bangkok w czasie stanu wyjątkowego?... 

Wychodzimy z bezpiecznej strefy turystycznej - Khaosan i Rambuttri pełnych straganów z ciuchami, salonów masażu i tatuażu, wózków ze streetfoodem, knajp, lokalnych biur podróży. Ulice te to miasto w mieście - więcej na nich turystów niż miejscowych, a zamiast tak wszechobecnych w innych dzielnicach Bangkoku świątyń buddyjskich są tu świątynie zachodniego stylu życia - Mc Donald's i Subway.


Idziemy do pomnika demokracji, który wymieniono na liście MSZ jako jedno z miejsc, których należy unikać. Nie bez kozery: wszelkie manifestacje i bunty dotyczące łamania zasad demokracji koncentrują się w Tajlandii właśnie u stóp tego monumentu, ponieważ stanowi on symboliczne miejsce walki o prawomocne rządy. Idziemy wzdłuż Ratchadamnoen Klang Road upstrzonej stoiskami z biletami loteryjnymi, wokół których gromadzą się ludzie z uwagą wybierający szczęśliwe ciągi cyfr. To prawdziwe narodowe szaleństwo w tym kraju. Wielu ludzi udaje się nawet do świątyń, by pomodlić się o wskazówkę, co zakreślić na kuponie. Albo inspiruje się datami urodzin lub śmierci znanych mnichów, a nawet numerami pokoi szpitalnych, w których leżeli przed śmiercią. Inni ponoć analizują numery telefonów i rejestracje swoich samochodów, by odgadnąć szczęśliwą kombinację.


Z daleka w promieniach słońca błyskają białe dwudziestoczterometrowe skrzydła monumentu, wzniesionego w latach 1939-1940 dla uczczenia wydarzeń z 1932 roku, kiedy to zakończyła się w Tajlandii era monarchii absolutnej. Pomnik przez rok oczywiście się nie zmienił. Zmieniło się natomiast jego otoczenie. Tak więc wyglądają zamieszki w Bangkoku...


Z mediów wiem, że demonstranci żądają dymisji rządu Yingluck Shinawatry, siostry byłego premiera kraju Thaksina, który podejrzewany jest o korupcję i od czasu przewrotu w 2006 roku przebywa na wygnaniu w Dubaju. Zdaniem opozycji premier reprezentuje w rządzie interesy swojego brata - demonstracje antyrządowe rozpoczęły się, gdy gabinet poparł projekt ustawy amnestyjnej, która mogłaby umożliwić jego powrót do Tajlandii. Oczywiście jak w przypadku większości tak szeroko zakrojonych akcji, jest jeszcze drugie i trzecie dno tej sprawy. Thaksin dla jednych jest Mesjaszem, dla innych Lucyferem, prowincja tajska ma odmienne cele niż mieszkańcy dużych miast, czerwone koszule (Zjednoczony Front na Rzecz Demokracji  i Przeciwko Dyktaturze) mają inne cele niż żółte koszule (Ruch Rojalistyczny)... Trudno to wszystko do końca pojąć. Ale póki co przed moimi oczami rozgrywa się life to, co widziałam do tej pory tylko w CNN-ie.

System ogrodzeń, na nich tablice kierujące turystów poza teren demonstracji. Jakaś puszka, której znaczenie nie jest jasne - choć widać po niej, że ktoś na pewno jest PRZECIW komuś.


Plakaty umieszczone wokół ogrodzonego terenu mówią o zastrzeżeniach wobec rządu dotyczących korupcji i łamania prawa. Powiewające na wietrze koszulki reklamują akcję "Shutdown Bangkok" - pomysł, by utrudnić ruch w tym najchętniej w roku 2013 odwiedzanym przez turystów mieście i zablokować jego główne atrakcje, co skompromituje rząd i znacząco ograniczy wpływy do państwowej kasy.


Jeśli zajrzeć głębiej, okazuje się, że demonstracja przypomina raczej piknik miejski niż centrum walki politycznej. Namioty, w których drzemią znużeni upałem ludzie. Dobrze oznakowany punkt medyczny. Ktoś przegania mnie z terenu, cykam ostatnie zdjęcie. Wiem jedno: atmosfery grozy na pewno tu nie ma.


Wzdłuż sporego terenu idziemy do Złotej Góry. Akurat gromadzą się tam mnisi. Mam motywację, by ponownie wejść na szczyt wzgórza: widok z tarasu na dachu świątyni Wat Saket zapamiętałam jako jeden z moich ulubionych obrazów Bangkoku: miasta, w którym zieleń miesza się z ulicznym pyłem, nowoczesne wieżowce stoją obok rozwalających się ruder, a czerwone dachy świątyń przełamują szarość betonu.


Ale zanim wdrapiemy się po 318 stopniach na Złotą Górę, czeka nas kilka ciekawostek. Najpierw znaki chińskiego zodiaku - każdy może sfotografować się ze swoim albo wrzucić pieniążek do metalowej wazy zlokalizowanej obok wybranej figurki. A może warto doinwestować konia, by rok 2014, któremu zwierzę to patronuje, okazał się szczęśliwy?


Wygodne niskie stopnie wiją się wśród lian i krzewów - między roślinami można wypatrzyć boskie figurki, a nawet misternie utkanego z roślin smoka. Dalej, na małej platformie, wiszą dzwony modlitewne. Jeśli już zdecydujemy się wydobyć z nich dźwięk, nie powinniśmy zaniedbać żadnego - zgodnie ze zwyczajami religijnymi nie należy od niechcenia muskać tylko jednego dzwonu, a reszty pomijać. Modlitwa to modlitwa - należy podejść do niej z zaangażowaniem. I tak to dzięki atrakcjom dziesięciominutowy marsz w upale wcale się nam nie dłuży.


Świątynia ma ciekawą historię - już Rama III pod koniec XVIII wieku zamierzał zbudować stupę na Złotej Górze. Niestety ziemia się osunęła i projekt nie został dokończony. Rama II przywiózł z Cejlonu relikwie znajdujące się tu do dziś - fragmenty drzewa, pod którym Budda doznał oświecenia. Ostatecznie dopiero Rama V dokończył dzieła na przełomie XIX i XX wieku - i stworzył budynek w zgrabnej formie, którą widzimy dzisiaj.


A propos relikwii, to podobnie jak eksponowane w wielu kościołach i katedrach krople krwi Jezusa zebrane łącznie stanowią zasób, który obsłużyłby dwie dorosłe osoby, tak i Budda obdzielił świat liczbą zębów znacznie przekraczającą standardowe 32 sztuki. Można interpretować to teorią o mleczakach, o cudownym rozmnożeniu lub nieprzystawalnością wiary i wiedzy. Tak czy owak na Wat Saket znajduje się relikwia mniej popularna - i nie związana tak dosłownie z ciałem Buddy.


Spacer drogą medytacyjną bardzo się opłaca - nawet w upale warto się przełamać. Sama forma świątyni - przypominająca styl tybetański - jest bowiem nietypowa, a jej wnętrze kryje wiele atrakcji. Można na przykład zajrzeć do małej złotej chedi, w której znajdują się miniatury Buddy. Obok, przy jednym z czterech wejść, czekają patyczki z wróżbami. Trzeba przyklęknąć, potrząsnąć kubkiem i złapać drewienko, które wysunie się jako pierwsze. Numer z niego to oznaczenie naszej wróżby. Moja pozwala mi spać spokojnie...

   
Teraz jeszcze kilka kroków w górę - na taras. Z panoramą miasta, złotą stupą, flagami modlitewnymi i... masą turystów. Wszyscy są w butach - to chyba jedyna świątynia z wizerunkiem Buddy, w której względy praktyczne przeważyły nad religijnymi: jednak ważniejsze jest, by nie pośliznąć się na stopniach niż by w tradycyjny sposób okazać szacunek wizerunkowi bóstwa. A może właśnie na jeszcze większy szacunek zasługuje istota, która rozumie cielesne ograniczenia i ludzkie ułomności?...



Ze Złotej Góry tuk tukami udajemy się na obrzeża China Town, mojej ulubionej dzielnicy Bangkoku. Tu czeka drugi highlight - zdecydowanie nie najstarszy, ale rekordowy: spośród ponad 400 świątyń w Bangkoku Wat Traimit wyróżnia znajdujący się w niej imponujący pięcioipółtonowy Budda, ponoć największy posąg z litego złota na świecie.


Znów pokonujemy kilka stopni - tym razem po marmurze nienadgryzionym jeszcze zębem czasu: budynek, w którym obecnie znajduje się słynna statua, otwarto dla wiernych i zwiedzających w lutym 2010 roku. We wskazanym miejscu zdejmujemy buty i po chodniku rozgrzanym niczym żarzące się węgle wchodzimy do wnętrza skrytego w półmroku. Choć i tym razem rozmiary Buddy odbierają mi dech, to po chwili odzyskuję rezon i obchodzę figurę dokoła. 


I odkrywam trzy rzeczy, których nie dostrzegłam rok temu. Po pierwsze w misterne konstrukcje roślinne wplecione są datki dla Buddy, po drugie posąg z tyłu ma wykończenie w formie kokardki, a po trzecie - za statuą ustawiono mniejszy złoty posążek przedstawiający miłościwie panującego króla Ramę IX Bhumibola Adulyadeja.


Podobnie jak w niemieckim mieście stając w dowolnym miejscu niemal zawsze można wypatrzyć gdzieś jakiś zegar, tak i w Tajlandii trudno znaleźć miejsce, w którym ze zdjęcia, rysunku czy posągu nie spoglądałyby na nas oczy rządzącego krajem od ponad sześćdziesięciu lat króla. Kochany przez Tajów - i według "Forbesa" także bogatszy niż wszystkie inne głowy panujące świata - monarcha pilnuje nas na ulicach, w hotelach, w sklepach. Nosimy go też zawsze przy sobie - na wszystkich tajskich banknotach.


Jeśli jedzenie w Bangkoku, to tylko w China Town :-) Tym razem wrażenia duchowe ze świątyń koronujemy wspaniałym wrażeniem kulinarnym: krewetkami ze szparagami. Po obiedzie z sentymentem zaglądam do hali dworca Hualampong, koło którego mieszkałam rok temu. To miejsce o każdej porze pełne jest ludzi - trudno stwierdzić, czy wszyscy rzeczywiście gdzieś się wybierają...


Co dziś jeszcze w planie? Dzielnica francuska Farang przy stacji Silom kolejki MRT. Idąc do niej mijamy zabawny posterunek policji ulicznej. Wśród kolonialnych budynków odkrywamy polski akcent - pomnik Jana Pawła II stojący przed remontowaną akurat Katedrą Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny.


Przejażdżka tramwajem wodnym to też punkt, bez którego dzień w Bangkoku byłby niepełny. Z poziomu wody miasto odkrywa nowe oblicze - kolorowe łódki, zarys świątyni świtu Wat Arun na zachodnim brzegu Chao Phrayi, slumsowe budy na tle drogich hoteli. Przepełniony ludźmi tramwaj wodny dobija do kolejnych przystanków. Porządkowy gwiżdże, na chwilę nabiegowo cumuje łódź i wpuszcza na nią kolejne kilkadziesiąt osób, które - jak by się wydawało - nie mają prawa się już na niej zmieścić. Przez chwilę zamiast rozkoszować się widokami myślę o ostrzeżeniach MSZ-u dotyczących "przeładowanych obiektów pływających w Tajlandii".


Zanim zacznie się długi wieczór z piwem i masażami, jedziemy jeszcze BTS - naziemną kolejką znacznie droższą i mniej zatłoczoną niż tramwaj wodny - do Pat Pongów, ulic uciech. Pamiętam je sprzed roku z pory wieczornej. Tętniły wtedy życiem: bary, dziewczyny, standy, z których w półmroku sprzedawano podróbki Louis Vuittone'a. W dzień o charakterze ulic przypominają jedynie wygaszone neony. No i może ladyboy, który się tu zawieruszył. Dziewczyny natomiast udaje mi się ustrzelić jedynie w pobliskim banku.


Nieopodal Pat Pongów natrafiamy na kolejną demonstrację. Większą, głośniejszą i bardziej... turystyczną. Na scenie gra zespół, ludzie kiwają się w rytm muzyki, a wokół ogrodzeń zaradni sprzedawcy oferują kiełbaski, soki, ubrania oraz oczywiście koszulki pamiątkowe z demonstracji. I całą masę gadżetów upamiętniających akcję "Shutdown Bangkok".


Tak to protest mający uderzyć w przemysł turystyczny stał się główną atrakcją dla odwiedzających Bangkok...


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMY:

 O DEMONSTRACJACH W BANGKOKU


ORAZ O ATRAKCJACH TURYSTYCZNYCH MIASTA


A TAKŻE DO LEKTURY: