Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label savoir vivre. Show all posts
Showing posts with label savoir vivre. Show all posts

1.30.2017

/ŚWIAT/ W spódnicy przez świat, czyli dekalog kobiecego podróżowania


"Proszę mi powiedzieć" - pyta spotkanego w samolocie ambasadora i jego małżonkę główny bohater "Kociej Kołyski" - "czy podróżując tyle po świecie stwierdzili państwo, że w gruncie rzeczy ludzie są wszędzie tacy sami?". "Mniej więcej tacy sami" - odpowiada po chwili wahania wymijająco i chyba nie całkiem szczerze zaskoczony ambasador. Bo choć łączy nas tak wiele, to i trochę dzieli - w szczególności obyczaje, religia, stosunki społeczne.

Prócz tego typu odmienności jest jeszcze coś, czego nie uchyli żaden feminizm, a mianowicie kwestia płci - moim zdaniem równie istotna w kontekście podróżowania, co różnice kulturowe. Kobieta ruszająca na wyprawę mierzy się bowiem z bardzo specyficznymi pytaniami i wątpliwościami - czy będę się czuć bezpiecznie, jak powinnam się ubrać, które zachowania mogą narazić mnie na przykrości.


Mimo, że nie zawsze udaje mi się uniknąć zaczepek, że czasem idę ciemną ulicą z uciskiem w żołądku, że fizyczność bywa dla mnie ograniczeniem w gorącym klimacie, to i tak uważam, iż warto być "podróżniczką w spódnicy". Choć czasem myślę o tym, o ile łatwiej byłoby mi, gdybym nie urodziła się kobietą lub gdyby moja powierzchowność była mniej europejska, to jednak zawsze w końcu - na przekór wątpliwościom i trudnościom - zwycięża we mnie chęć odkrywania świata, poznawania dalekich krajów, eksploracji miejsc, o których zobaczeniu marzę.

Trudno byłoby sformułować listę kategorycznych przykazań czy zestaw zerojedynkowych rozstrzygnięć gwarantujących nam, kobietom, pełen komfort i bezwarunkowe bezpieczeństwo. Ale z pewnością jest parę kluczowych kwestii, które powinnyśmy przemyśleć przed wyjazdem do egzotycznych miejsc - zwłaszcza, jeśli wybieramy się na podbój świata w pojedynkę.


1. W chuście czy w szortach, czyli o dress codzie świątynnym i ulicznym 

Są dwie szkoły odnośnie stroju - jedna mówi, że człowiek najlepiej się czuje w swoich standardowych ubraniach i nie ma co próbować dostosować się do otoczenia, w którym znajdziemy się na wyjeździe, druga zaś wskazuje na konieczność poszanowania lokalnych obyczajów i odziewania się zgodnego z kulturą danego kraju. Wybór którejś z tych opcji to moim zdaniem osobisty statement - czy chcemy wyróżniać się z otoczenia i za wszelką cenę "być sobą", czy też wolimy móc wmieszać się w tłum nie budząc sensacji. Każdą z tych postaw da się obronić - choć pierwsza rodzi w praktyce więcej komplikacji.

Ja lepiej odnajduję się w sytuacji, w której nie stanowię sensacji dla mieszkańców kraju, do którego jadę - bo wtedy na przykład mogę w spokoju samotnie spacerować, robić zdjęcia, wchodzić do obiektów religijnych nie będąc zatrzymywaną przez strażników. Na wyjazdy do krajów arabskich wybieram zawsze długie spodnie i spódnice oraz bluzki bez głębokiego dekoltu i zbyt krótkich rękawków. Doświadczenie nauczyło mnie, że taki strój jest optymalny nie tylko ze względów obyczajowych, lecz również z uwagi na klimat - przewiewne długie rzeczy dają większy komfort w czasie upału, a przy okazji chronią przed słońcem znacząco lepiej niż każdy bloker zamieniający się po kilku godzinach w lepki pancerz zatykający pory w skórze. 

Do krajów muzułmańskich i mniej turystycznych regionów Azji nie zabieram szortów i koszulek na ramiączkach - mijając na ulicach kobiety w sari czy w czadorach nie czułabym się w nich dobrze. Poza tym dress code świątynny wymuszałby na mnie noszenie a dwóch chust - jednej na nogi, a drugiej na ramiona. Co i tak nie wszędzie gwarantowałoby mi wstęp do takich obiektów - w Kambodży zdejmowalne elementy nie wystarczają, bo turystka mogłaby je zsunąć przed obliczem świętego Buddy. Co ciekawe, w Tajlandii za przyzwoity strój pozwalający mi zwiedzić pałac królewski nie zostały uznane także legginsy połączone z tuniką nad kolano. W wielu miejscach obdarzeni władzą absolutną w tym względzie porządkowi nie akceptowali też sandałów z odkrytymi placami. Można obrazić się i odejść, ale jeśli chce się pozaglądać do pałaców i świątyń, najlepiej zdecydować się na spódnicę za kolana, bluzkę z długim rękawem i baletki - wtedy nie ma wątpliwości. A baletki mają dodatkowo tę zaletę, że łatwiej się je zdejmuje przed progiem świętych miejsc niż sandały. I tym argumentem możemy przekonać same siebie, jeśli trudno jest nam się zgodzić z ograniczeniami obyczajowymi...

Chustę na głowę zakładam rzadko - w większości krajów, nawet muzułmańskich, nie jest to w żadnym stopniu konieczne ani przyjęte - zwłaszcza w odniesieniu do turystek. Na opcję pełnego zakrycia zdecydowałam się w targanym zamieszkami Kairze, bo nie było tam wtedy turystów i jak Tahrir długi i szeroki ŻADNA kobieta nie szła z odkrytymi włosami. Moja biała skóra i tak rzucała się w oczy i narażała mnie na ciągłe zaczepki i kontrole mniej lub bardziej oficjalnych strażników w mniej lub bardziej legalnie nabytych mundurach... No ale wyjazdy w oko cyklonu generalnie nie są dobrym pomysłem.


2. W obrączce czy bez, czyli o praktycznym treningu asertywności

Decyzja odnośnie obrączki to też bardziej osobisty wybór niż kwestia, którą da się rozwiązać jednoznaczną poradą. Znam kobiety, które wypożyczają specjalnie ten znaczący element biżuterii, by czuć się pewniej. Albo przekładają wedding ring z prawej ręki na lewą, bo tak jest on noszony przez większość Europejek - i miejscowi nauczeni doświadczeniem raczej po tej stronie sprawdzają, czy coś się błyszczy na palcu.

Obrączka przed niczym nie chroni - ale może ułatwić nam wplecenie w rozmowę fazy "my husband" albo nieco zmniejszyć prawdopodobieństwo wzięcia nas za seksturystkę szukającą wrażeń i nowych znajomości. W niektórych rejonach być może zagwarantuje odrobinę szacunku, którym w tradycyjnych społeczeństwach obdarzane są żony, a w szczególności matki.

Ja uważam, że od obrączki kobietę lepiej zabezpiecza niewyzywający strój oraz asertywność. "No, thank you", "I am not interested", a w ostateczności "Please, DO leave me alone" to frazy, które wsparte odpowiednio powściągliwą acz stanowczą mową ciała - komunikującą zdecydowanie i pewność siebie - zostaną zrozumiane w każdym kontekście językowym. 


3. Komplementy i zaczepki, czyli o sile uśmiechu

W wielu kulturach prawienie kobietom komplementów uznawane jest za element zwykłej grzeczności. A to, że brzmią one w naszych uszach zbyt ofensywnie, to często po prostu efekt ubogiego słownictwa miejscowych chłopaków. Ja nigdy nie oburzam się na "You are soo beautiful", "My dream polish wife" - te oznaki atencji lub po prostu zwykłej uprzejmości przyjmuję z uśmiechem - nie za szerokim i bez chichotu czy przewracania oczami. Odpowiadam "Thank you" - i pytam się o cenę lub o drogę lub jeszcze o coś - by zmienić temat na mniej osobisty.

Miejscowym w Tunezji, Maroku czy Tajlandii, którzy koniecznie chcą mi towarzyszyć w spacerze po mieście lub gdzieś zaprosić, grzecznie dziękuję - nie tłumacząc się specjalnie z tej decyzji, podkreślając jednak, że wolę iść sama i w spokoju porobić zdjęcia. W ekstremalnych sytuacjach - czyli w regionach bardzo turystycznych - zdarzały mi się incydenty z próbą złapania za rękę lub ciągnięcia gdzieś za łokieć. Na nie reagowałam szybko (grunt, to nie dać się za nic schwycić :-)), bez dwuznacznych uśmiechów, mocnym głosem - ale nie zbliżającym się w swej intensywności do krzyku czy pisku. I odchodziłam nie oglądając się za siebie.


4. Herbatka z wkładką, czyli o bezpieczeństwie

Nie zamówione extasy w drinku można dostać od nowopoznanego znajomego nawet w Berlinie czy w Paryżu, w egzotycznych miejscach także w herbacie może się trafić się jakaś niespodzianka powodująca nagłą senność. Ponieważ znam takie przypadki nie tylko z książek, więc idąc samotnie do sklepu, budki czy salonu masażu grzecznie dziękuję za napitek. Nawet, jeśli akurat jestem spragniona i nawet, jeśli sprawiam tym częstującemu pewną przykrość. Zresztą pomijając narkotyki zatrucia wodą niewiadomego pochodzenia też nie są przyjemne...

Trzeba być gotowym na to, że jedno "Nie, dziękuję" w tym wypadku nie wystarczy; w końcu nawet w Polsce uprzejmość nakazuje, by po raz drugi zaproponować gościowi poczęstowanie się - mimo że raz już odmówił. Na Wschodzie nastąpi to przynajmniej trzy razy, trzeba więc z uporem godnym świętego Tomasza wypierać się napitku parokrotnie. 

Czasem stawiam sobie pytanie, czy takie zachowanie nie zakrawa na przesadę. Nie znam na nie odpowiedzi, ale wiem, że potencjalny rachunek zysków (smaczny napój, miła atmosfera) i strat (zatrucie, okradzenie i co tam jeszcze) jest w tym wypadku jednoznaczny - i tego się trzymam.


5. Masaż z happy endem, czyli o wybieraniu zakładów usługowych 

Skoro już o salonach masażu mowa, to w przewodnikach po Tajlandii czy Kambodży są długie passusy o lokalach oferujących usługi z happy endem. W Warszawie też są takie miejsca - tyle że nazwane bardziej wprost. 

Niestety w tej famie odnośnie azjatyckich miejsc uciech prowadzonych pod niewinnie wyglądającym szyldem nie ma żadnej przesady - stosunkowo łatwo się pomylić, co i mnie się kiedyś zdarzyło, mimo dość szeroko otwartych oczu.

By się nie pomylić, jeśli rzeczywiście chodzi nam tylko o rozluźnienie stóp czy karku, mamy dwie możliwości. Pierwsza to popularne w wielu azjatyckich krajach masaże uliczne - wtedy nie wchodzimy do żadnych ciemnych pomieszczeń na zapleczu i na nic się nie narażamy. Druga, trudniejsza, opcja to analiza cenowa. Jeśli widzimy, ile w danym mieście czy dzielnicy kosztuje średnio refleksologia, a ile zabieg bańką chińską, to cena kilkukrotnie wyższa powinna nam się wydać podejrzana.

Przedostatni moment na ucieczkę to wygląd wnętrza lokalu i dochodzące stamtąd dźwięki, a ostatni - gdy okazuje się, że do masażu trzeba zdjąć zupełnie CAŁE odzienie.

Inna pułapka z tej serii to lokalne hammamy  w krajach arabskich. Byłam w jednym takim miejscu - nie chciałam iść do "nieprawdziwego" turystycznego przybytku, więc pojechałam do salonu kąpielowego dla miejscowych kobiet. Traumę po szmacie, którą najpierw depilowano czyjeś plecy, a potem moją twarz, po żółtej rzece płynącej środkiem lokalu i po kroplach z czarnej pleśni na suficie spadających na moją głowę, mam do dziś. I nie narzekam już na zbytnią "europejskość" hotelowych beauty salonów.


6. Tuk-tukiem na przełaj, czyli o kupowaniu wycieczek na miejscu

W hotelach w każdym niemal punkcie świata można kupować za euro i dolary wycieczki po okolicy organizowane na przykład przez TUI czy innych europejskich przewoźników. Ich cena zwykle jest sporo - lub bardzo sporo - wygórowana, ale za to jedziemy klimatyzowanym autokarem dokładnie tam, gdzie się umawialiśmy, a w potencjalnych przeciwnościach losu wesprze nas pilot mówiący po angielsku lub niemiecku. Wiele razy korzystałam z takiej opcji i z reguły byłam bardzo zadowolona.

Zew przygody oraz chęć oszczędzenia - tak, by za tę samą sumę pojechać w dwa miejsca, a nie tylko w jedno - skłoniły mnie jednak do korzystania również z ofert lokalnych biur zlokalizowanych w budkach w centrach afrykańskich czy azjatyckich miasteczek. Tam wycieczkę wybiera się z brudnych kart samodzielnie wydrukowanych katalogów ilustrowanych zdjęciami z lat siedemdziesiątych. A na miejsce - lub w trochę inne miejsce - jedzie się tuk tukiem. Jednak jeśli zachowa się pewne środki ostrożności - na przykład nie da kwitka z potwierdzeniem zapłaty za wyjazd przypadkowemu kierowcy zamiast temu z "naszego biura" i wybierze wyjazd w grupie, a nie zupełnie samej - to ta tańsza opcja powinna też dostarczyć nam (prawie) samych miłych wrażeń.


7. Papież, Wałęsa i Lewandowski, czyli o wizerunku Polek i Polaków

W krajach oddalonych stąd o ponad 5 tysięcy kilometrów mało kto umie wskazać Polskę na mapie. Ale jednak wszędzie tam, gdzie jeździmy, ludzie nas znają i rozpoznają - choćby ze względu na charakterystyczny "szeleszczący" język. Polacy kojarzą się dziś na świecie z głównie z Lewandowskim (w mniej uczęszczanych rejonach także z Papieżem, a nawet jeszcze z Wałęsą), Polki zaś niestety - podobnie jak inne "zachodnie" Europejki - z szukaniem wrażeń. Pewnie to duże uogólnienie - i na pewno nie jest tak WSZĘDZIE - ale należy być świadomym tego, że w społeczeństwach tradycyjnych dziewczyny z farbowanymi włosami, w kolorowych i często skąpych strojach, całujące się publicznie z chłopakami, głośno się śmiejące i palące papierosy na ulicy budzą bardzo określone konotacje.

Fakt bycia Polką można wykorzystać jednak również na swoją korzyść - na przykład przy targowaniu w czasie zakupu pamiątek. W wielu krajach ceny dla nas są niższe niż dla słynących z zamożności Niemców czy Japończyków. Po szczegóły zapraszam do mojego poradnika o negocjowaniu na bazarach: "Trudna sztuka targowania".

Ja w kwestii narodowości zasadę mam prostą: wszędzie, gdzie jadę, czuję się jak ambasadorka swojego kraju. Staram się zachowywać tak, by o Polkach i Polakach myślano na świecie jak najlepiej. Zwracam uwagę na to, aby dobrze się wyrażać o swojej ojczyźnie... A jeśli już o wyrażaniu się mowa, to miejmy świadomość, że słowo "sp...dalaj" ma ze względu na zawarty w nim ładunek emocjonalny oczywiste znaczenie nawet dla tych, którzy go nie rozumieją, a "k...wa" nie jest obcym wyrazem prawie nigdzie, bo jakoś dziwnym trafem brzmienia przekleństw cudzoziemcy uczą się najszybciej :-)


8. Bliskie spotkania trzeciego stopnia, czyli o kontaktach damsko-męskich i nie tylko

Może trudno w to uwierzyć, ale homoseksualizm jest w wielu krajach surowo karaną zbrodnią - co ciekawe, w większej liczbie miejsc na świecie penalizacji podlegają stosunki męsko-męskie niż damsko-damskie (dokładny wykaz można znaleźć w Wikipedii na stronie http://en.wikipedia.org/wiki/LGBT_rights_by_country_or_territory). Są też państwa, w których ląduje się w więzieniu za stosunki pozamałżeńskie. I niestety nie ma tu z reguły taryfy ulgowej dla turystów - a jeśli nawet jest, to może okazać się niezwykle kosztowna finansowo.

Dlatego, jeśli jedziemy gdzieś poza Europę, sprawdźmy, jakie zachowania dopuszcza obyczajowość w danym kraju. Publiczne pocałunki albo przyjęcie zbyt swobodnej pozy na ławce w parku w Dubaju, chodzenie pod rękę w Katmandu - te pozornie niewinne gesty mogą narazić nas na kontakt z policją obyczajową lub w najlepszym przypadku na pełne oburzenia splunięcia ze strony miejscowych.

Kontakty z ludźmi odmiennej kultury to moim zdaniem najpiękniejsze momenty w podróży. A wśród znajomych mam bardzo udane europejsko-azjatyckie pary. I nie ma powodu, by powściągać serce - ale na pewno trzeba zachować rozsądek i sprawdzić, czy kraj, który dzięki bollywoodzkim produkcjom wydał nam się najbardziej liberalnym miejscem na ziemi nie jest jednak w rzeczywistości dużo bardziej konserwatywny. W Internecie są setki stron o zwyczajach na  świecie - i nawet nie planując sekswyjazdu, nosząc tarczę chroniącą przed strzałą Amora, będąc pewną, że po alkoholu nie zmieni się nam współczynnik wyluzowania itp. itd., I TAK poczytajmy o obyczajowości danego kraju. Jeśli nie przyda się to w kontaktach bardzo bliskich, to przynajmniej dowiemy się, że tu czy ówdzie lewa ręka jest nieczysta i nie należy na przykład podawać nią pieniędzy przy płaceniu. 


9. Tampon i tabletka, czyli o wypchanej kosmetyczce podróżnej

Raz zostawiłam w hotelu gdzieś w Afryce fluid - nie był drogi, więc nie zmartwiłam się nadmiernie i poszłam do drogerii kupić jakiś inny. Niestety tam okazało się, że paleta odcieni zaczyna się od brązu, w którym wyglądałabym jak Shazza w najlepszych (a właściwie najgorszych) czasach. W Pokharze wybrałam się do apteki do utensylia na kobiece sprawy. Szukałam ich dobry kwadrans (choć dziupla była naprawdę mała), a sprzedawca nie rozumiał, o co dokładnie mi chodzi i wzruszał ramionami. W końcu wygrzebałam wymięte pudełko tamponów spod góry pieluch i żeli dla niemowląt - zostały ukryte w dziale dziecięcym jako coś absolutnie wstydliwego. Od tej pory mam jedną zasadę: wszystko, czego mogę potrzebować - wraz ze stosownym backupem - zabieram ze sobą niezależnie od tego, jak bardzo dany kraj jest turystyczny, nowoczesny i dostatni. Przy okazji: moja tajna broń makijażowa zapobiegająca katastrofie makeupowej w gorącym klimacie to baza silikonowa pod podkład.

Leki też kupuję w Polsce. Często czytam, że na specyficzne przypadłości żołądkowe lepiej wybrać lokalny specyfik dostępny na miejscu, bo opracowano go z myślą o konkretnych bakteriach. Jednak przygody typu: niemożność kupienia tabletek z powodu trudności językowych, podejrzany skład na opakowaniu i spis działań ubocznych, od którego jeżyły mi się włosy na głowie, słaba dostępność aptek, ich nietypowe godziny otwarcia i mizerne zaopatrzenie nauczyły mnie, by w przypadku medykamentów i kosmetyków nie zdawać się na przypadek. Amen.


10. Tak dla pogody, nie dla polityki, czyli o udanym small talku

Czy wiecie, że w prawo w Tajlandii za znieważenie członka rodziny królewskiej – króla, królowej lub dziedzica tronu – przewiduje karę od 3 do 15 lat więzienia? I że pod ten paragraf można podpaść już za samo niepochlebne wyrażanie się o monarchii, publikację niewygodnych treści w Internecie lub zignorowanie nakazu stania w powadze, gdy przed seansem w kinie odgrywany jest hymn państwowy? Przepis ten istnieje i nie jest przepisem martwym - zdarzało się, że surowo karano na jego podstawie również turystów.

Dlatego wdawania się w jakąkolwiek politykę na wyjazdach NAPRAWDĘ należy unikać. Na szczęście jako kobiety możemy na łatwo uchylić się od rozmów o państwie, władzy, ustroju - wykręcając się całkowitą nieznajomością tematu. To naiwna i stereotypowa acz skuteczna wymówka; wielokrotnie się nią posługiwałam. Bo nawet jeśli Chińczyk żali się przy nas na łamanie praw człowieka w jego kraju, to nie znaczy, że otwarcie możemy mówić z nim o wydarzeniach na placu Tiananmen, a jeśli Marokańczyk krytykuje króla, to nie upoważnia nas, byśmy też ponarzekali na jakieś niedogodności w tym kraju. Kontrowersyjne zaczepki, których motywację naprawdę często trudno jest odgadnąć, najlepiej neutralizować jakąś wersją niezastąpionej small talkowej fazy "Piękna dziś pogoda"... No bo jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to pogoda jest w zasadzie JEDYNYM tematem, który bezpiecznie możemy poruszyć we wszystkich krajach świata. 

Reasumując: w podróż zawsze zabieram ze sobą - prócz stosownych ciuchów, odpornych kosmetyków, sprawdzonych leków, telefonu do ambasady, inspirującej lektury i innych rzeczy, o których wspomniałam - sporo pewności siebie, odrobinę sceptycyzmu, uśmiech na każdą okazję i bardzo dużo intuicji, która jako doskonała mieszanka tego, co w głowie i tego, co w sercu z reguły bywa najlepszą doradczynią.




***
ZAPRASZAM TEŻ DO LEKTURY INNYCH MOICH TEKSTÓW O TAJNIKACH PRZYJEMNEGO I BEZPIECZNEGO PODRÓŻOWANIA:

2.13.2014

/KAMBODŻA/ Same same but different, czyli khmergielski dla początkujących


Tinglish to język "tajsko-angielski", czyli uproszczona i nieco kulawa wersja angielskiego stosowana przez rodowitych Tajów rozmawiających z turystami. Doczekał się on nawet daleko posuniętej kodyfikacji - w Internecie można znaleźć słowniki i rozmówki tajsko-angielskiego. Aby dogadać się na ulicy na przykład w Bangkoku generalnie należy bardzo uprościć swój English oraz uważnie słuchać odpowiedzi, bo wiele osób z tego regionu myli głoski "r" i "l", co nie ułatwia zrozumienia. W żadnym wypadku nie wolno też stosować podwójnych przeczeń, bo ta konstrukcja nigdy nie bywa dobrze zrozumiana.

Khmergielski - bo tak postanowiłam nazwać język, którym z różnym skutkiem próbowałam dogadać się w Kambodży - jest chyba jeszcze prostszą formą komunikacji, uwzględniającą też zresztą poza słowami gesty i mimikę.

"Same same but different" to kultowa azjatycka fraza tylko pozornie zawierająca w sobie sprzeczność. Oznacza ona, że coś jest do czegoś podobne, ale też odrobinę inne. Na przykład Tinglish i khmergielski są z pewnością same same but different w porównaniu z klasycznym angielskim. Dlatego skrupulatnie notuję w kajecie wszystkie nieoczekiwane frazy, za pomocą których w Kambodży udało mi się osiągnąć sukces komunikacyjny. I te których pod żadnym pozorem używać nie należy.

A więc pytanie zasadnicze: kiedy coś będzie? Na przykład: "Kiedy podjadą tuk tuki?" albo "Kiedy dostanę danie zamówione godzinę temu?". W krajach arabskich z reguły dostajemy standardową acz krzepiąca swą precyzją odpowiedź "Five minutes". W Kambodży odpowiedź na to pytanie sugeruje co prawda, że jest to mniej niż 5 minut, ale jest za to dużo mniej konkretna. I niezależnie od kontekstu brzmi "Is coming". Tak więc na przykład: "Kiedy dostanę kawę?" (to moje pytanie z początku wyjazdu, bo kilku dniach upewniłam się, że smołowatej jak szatan substancji jednak nie da się tu pić - nawet jeśli zagryzie się ją specjalnością khmerską, czyli słodkim krakersem :-) ). Kelner na to: "Is coming".


Zamawianie jedzenia, poza tym, że skazuje nas na długie czekanie i zabawę "Czyja to potrawa", bo serwujący na pewno nie będzie wiedział, gdzie co postawić, to także językowy problem. Optymalnie jest pokazać danie w karcie. Robiąc tak koniecznie trzeba wskazać na khmerską, a nie angielską, nazwę wybranej pozycji - to da nam szansę na otrzymanie czegoś zbliżonego do opisu w menu. No i nie należy zniechęcać się tym, że na przykład zamiast słowa "fries" jest "fires". Nazwy po angielsku są notowane w karcie z dużą nonszalancją.


Gdy - jak już wspomniałam - rzuciłam picie kambodżańskiej kawy, bo miałam wrażenie, że zawiera więcej smoły niż niejeden dach, siłą rzeczy musiałam przerzucić się na herbatę. Trochę się zdziwiłam, gdy we wszystkich hotelach i restauracjach okazywało się, że nie mają zwykłej czarnej. Aż do momentu, gdy doznałam oświecenia dzięki kelnerce, która powiedziała: "We have no black tea, we have yellow tea". To uświadomiło mi, że w Kambodży herbatę opisuje się kolorem metki dołączonej do torebki, a nie kolorem płynu. Jest to poniekąd logiczne - herbata czarna przecież wcale nie jest czarna, tylko raczej bordowo-brązowa... Od tego przełomowego dnia wiedziałam już, że trzeba prosić o "yellow tea" - i już do końca wyjazdu raczyłam się dzięki temu Liptonem z torebki.


Jeśli już o napojach mowa, to woda mineralna też nie była łatwa do zamówienia. "No sparking water". "No water with gas". Nie mają wody z bąbelkami??? Ależ owszem, jest ona powszechnie dostępna w Kambodży, trzeba tylko powiedzieć odpowiednie zaklęcie - zgodne w stu procentach z nadrukiem na butelce, czyli "soda water". "Soda water we have". 


Piwo. Oczywiście też nie należy startować do kelnera w mało turystycznym miejscu ze słowem beer. Trzeba wyartykułować konkret. A więc: "Angkor" (kambodżańska specjalność, której wytwórnię widziałam na przedmieściach Sihanoukville), "Singha" (tradycyjne piwo tajskie) lub "Tiger" (o korzeniach singapurskich). "Heineken" też jest powszechnie dostępny, ale moim zdaniem nie wytrzymuje konkurencji z owocami lokalnych browarów.


Ze względu na seksturystykę i w Tajlandii, i w Kambodży, wiele całkiem nieoczekiwanych słów może oznaczać, że wylądujemy w delikatnie mówiąc dziwnym przybytku. Hasło na jazdę do burdelu w pierwszym z tych krajów to "bla bla", w drugim "bum bum". Niestety również zamawiając w tuk tuku kurs do "karaoke bar" trafimy do klubu go go. Więc jeśli naprawdę chcemy sobie pośpiewać, zaznaczmy, że chodzi o "family karaoke".


W każdym kraju można wskazać jakąś frazę, która powtarzana jest statystycznie najczęściej. W Polsce to podobno "tak, tak" - co wykorzystała zresztą przy tworzeniu marki jedna z sieci komórkowych. W Kambodży dwa słowa zdecydowanie znajdują się na podium. Jedno to "uandola" - uniwersalna cena za większość towarów i usług. Drugie zaś to "tuk tuk". Idąc po dowolnym mieście o dowolnej porze trudno jest zebrać myśli, bo obrotni kierowcy są wszędzie. "Tuc tuc, madame?", "Madame, tuc tuc?", "Tuc tuc, maybe later?", "Need tuc tuc, madame?". Nie bez kozery koszulka "No tuc tuc today" jest przebojem sprzedażowym sklepików turystycznych w Sihanoukville.


Czasem trafiamy na adwersarza, który nie mówi ani słowa po angielsku. Takie sytuacje zdarzają się w miejscach nieturystycznych - na przykład w lokalnych sklepikach w bocznych uliczkach małych miasteczek. W jednym z nich chcę kupić żel łagodzący ukąszenia. W Kambodży owady i słońce to dwie plagi powszednie, chodzę więc zawsze z dwiema warstwami na ciele - sunblocker 30 i antimoskito. Mimo to jednak w nocy coś mnie pogryzło i chcę kupić żel. W sklepie chęć komunikacji jest, ale sprzedawczyni nie rozumie nawet słowa "hello". Pokazuję więc ślad po ukąszeniu, symuluję, że go drapię, a potem macham ręką i głową, że nie. Takie sobie kalambury. Po dwóch rundkach pani zza lady podaje mi maść małpią. Faktycznie skuteczna.

Inna kalamburowa przygoda. Tym razem w Battambangu. Na migi pokazujemy, że filtr polaryzacyjny w aparacie za mocno lub krzywo się wkręcił i trzeba nam pomóc w jego odkręceniu. Złote rączki w punkcie napraw wszelkich nie dają rady, w sklepie z żelastwem też się nie udaje, imadło nic nie pomaga, w końcu ktoś pokazuje nam, że kilka kroków dalej jest sklep foto. Trochę wątpimy, że tym razem się uda. A jednak! Nie mówiący po naszemu ani słowa niepozorny dziadek od razu wie, o co chodzi i jednym sprawnym ruchem radzi sobie z tematem. Prawdziwy ekspert! Nie oceniajmy człowieka po tym, że nie zna angielskiego...


Same same but different są też w Kambodży obyczaje - czy to związane z kontaktami międzyludzkimi, czy ze strojem, czy z jedzeniem. Na przykład powitania i pożegnania są tu podobne do tajskich - trzeba złożyć ręce jak do modlitwy i skłonić się z szacunkiem. Im wyżej trzymać będziemy dłonie i im niżej się skłonimy, tym więcej atencji okażemy drugiej stronie.

"Dress code świątynny" natomiast jest tu znacznie bardziej rygorystyczny niż w Tajlandii. Odwiedzając miejsca o znaczeniu religijnym z reguły nie wystarczy narzucić szal na ramiona czy uda - no bo istnieje uzasadnione podejrzenie, że turysta zaraz po kontroli na wejściu zdejmie zbędny kawałek materiału. Dlatego w wielu obiektach wywieszono szczegółową instrukcję, jak należy się odziać.


Pałeczki, którymi tradycyjnie jada się tu wiele potraw, także mogą spowodować dramatyczne faux pas w rękach nieobytego turysty. Wbite pionowo w kupkę ryżu i tak pozostawione wyglądają one bowiem jak kadzidełka palone zmarłym - i dlatego jako symbol śmierci zdecydowanie źle przyjmowane są przez miejscowych.

No i, co chyba oczywiste, kobietom nie wolno dotykać mnichów. Mogą ich natomiast fotografować - i na ulicach, i w czasie rytuału pobierania woreczków z ryżem za poranne błogosławieństwo hotelu. Kiedyś przez dłuższy czas obserwowałam, jak rano co kilka minut pod drzwi hotelu podchodził duchowny, pracownica wyskakiwała zza kontuaru i biegła, by w skłonie przyjąć dobrodziejstwa modlitwy, a następnie przekazać za nią podziękowanie w formie symbolicznej porcji jadła.


Największy szok kulturowy? Chyba posiłek w szałasie na palach na Tonle Sap. W czasie ośmiogodzinnego rejsu po rzece, która nota bene zmienia kierunek swojego biegu dwa razy w roku (w porze suchej i deszczowej) i w której rejonie mieszka około 1,2 miliona ludzi żyjących z rybołówstwa, przystanęliśmy na szybki obiad w barku na palach. Kierowcy - czy to łódek, czy publicznych autobusów dalekobieżnych - zatrzymują się, gdy zgłodnieją i wtedy wszyscy pasażerowie mogą się posilić. Oczywiście nie tracąc z oczu szefa pojazdu, który gdy zje, to natychmiast odjedzie nie przeliczając stanu osobowego i na nikogo się nie oglądając. We wspomnianym barku rzecznym serwowano ryż z warzywami i mięsem.Jedno danie, bez wyboru, cena oczywiście 1 dollar. Pachniało ładnie, kawałki kurczaka odsortowałam jako potencjalnie niebezpieczne, a resztę zjadłam ze smakiem. Potem niestety postanowiłam skorzystać z toalety. Wizyta w przybytku w postaci budki z dziurą, przez którą wszystko leciało bezpośrednio do Tonle Sap uświadomiła mi, że trzeba sobie jednak było darować ryż gotowany na wodzie z rzeki...


Drugi szok? Też związany z przemieszczaniem się, bo w Kambodży na przejazdach autobusami dalekobieżnymi spod granicy do Siem Reap czy z Battambangu do Phnom Penh spędziłam wieeele godzin. Spodziewałam się, że taki "publiczny" autobus kursowy będzie reprezentantem historii techniki. A tu niespodzianka. Bo nie dość, że pojazd całkiem porządny, to z WiFi i flatscreenem. Telewizor okazał się niestety przekleństwem podróży. Całą drogę leciało w nim... khmerskie karaoke. Piski, jęki, westchnięcia plus tekst wyświetlony na dole ekranu. Zarówno słodkie tony, jak i scenariusze wideoklipów były tak kosmiczne - a przy tym tak kontrastujące swą plastikowością z szaro-ruralnymi widokami za oknem - że jedyną opcją gwarantującą przetrwanie podróży okazywała się ucieczka w słodki sen.


Czy w Kambodży dostrzegam podobieństwo do innych krajów Azji, w których byłam? Raczej nie - mam wrażenie, że Khmerolandia jest znacznie bardziej hardcorowa, pełna sprzeczności i niestety brudna niż Tajlandia, Nepal czy Chiny. Gdy o tym myślę, przypomina mi się hasło z koszulki, którą widziałam na turyście przechadzającym się ulicami Sihanoukville: "It is not same same. It is totally fucking different." Kambodża JEST inna.


***

ZAPRASZAM NA FILM O PODRÓŻOWANIU PO KAMBODŻY:


ORAZ DO LEKTURY TEKSTÓW: