Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

2.11.2014

/ANGKOR/ Od Phnom Bakheng do Lolei, czyli maraton po najstarszych świątyniach Angkoru


Trzy dni w Angkorze... Konia z rzędem temu, kto jest w stanie ogarnąć ten ogrom historii zgromadzonej na 200 km² powierzchni w kambodżańskiej prowincji Siem Reap. W czasach Imperium Khmerskiego, między wiekiem IX a XV, budowano tu miasta, wioski, świątynie, krematoria i zbiorniki wodne. Do dziś przetrwały głównie obiekty sakralne (ponad tysiąc) i część użytkowych - bo wzniesiono je z kamienia, a nie z drewna. Większość budowli, mniej lub bardziej nadszarpniętych przez naturę i lepiej lub gorzej odrestaurowanych, udostępniona jest dla zwiedzających - wystarczy kupić za 40 dolarów bilet trzydniowy lub wersję siedmiodniową za 60 dolarów. Bilet jest przy okazji sympatyczną pamiątką - kasjerka robi każdemu klientowi zdjęcie, które nadrukowane zostaje na spersonalizowany bilet.

Ruszamy w objazd tuk tukami po krainie po trosze historycznej, po trosze niemal bajkowej, po trosze naznaczonej plagą współczesności - obnośnymi sprzedawcami: kobietami z chustami, mężczyznami z książkami i dziećmi z drobiazgami wszelkiej maści. 


Wąskimi korytarzami i stopniami - raz w górę, to znów w dół - chodzę z mieszanymi uczuciami. Czasem w głowie odgrywają mi się filmy fabularne, które tu nakręcono - na przykład sceny z "Dwóch braci", wzruszającej historii o młodych tygryskach rozgrywającej się w pięknym otoczeniu skarbów Angkoru. Czasem zastanawiam się, jak dano radę zbudować tyle tak monumentalnych budowli i czemu wciąż tworzono nowe. Czasem myślę o tym, że w Europie barokizowano gotyckie kościoły (bo zmieniło się pojęcie piękna), a tutaj hinduistyczne świątynie wzbogacano o wizerunki Buddy (bo zmieniła się obowiązująca religia) - choć to pewnie daleka analogia. Czasem, gdy słyszę dźwięki jednej z orkiestr złożonych kalek okaleczonych przez miny, jakich wiele wokół tutejszych świątyń, myślę o trudnej historii Kambodży i o ostrzeżeniach, by nigdy nie schodzić z oznaczonych szlaków i wydeptanych ścieżek, bo można trafić na niewypał. Inscenizację pola z minami przeciwpiechotnymi widzieliśmy nota bene w kameralnym The Cambodia Landmine Museum zlokalizowanym 7 km na wschód od świątyni Banteay Srey.


Ale zacznijmy nasz maraton. Jak zawsze dojeżdżamy do świątyń z Siem Reap niezawodnym tuk tukiem - mijając po raz kolejny liczne prowizoryczne stacje benzynowe. To obok chudych białych byków, pól ryżowych, śmieci i domów na palach jeden z najbardziej charakterystycznych elementów kambodżańskiego krajobrazu. W zwykłych stacjach litr benzyny kosztuje ok. 1,2 dolara, tutaj - poniżej 90 centów. Dlatego nasi tuk tukowcy korzystają wyłącznie z opcji "butelkowej". 


Trudno jest zwiedzać świątynie w porządku ściśle chronologicznym, trudno jest też ogarnąć mentalnie bogatą historię Imperium Khmerskiego na ich podstawie. Najlepszy bryk dotyczący władców znalazłam w świetnym nota bene przewodniku Nicka Raya, Daniela Robinsona i Grega Blooma (seria Lonely Planet), który dzielnie i inspirująco towarzyszył mi w podróży i za który z całego serca dziękuję mojej Przyjaciółce Oli. Według autorów TOP 10 najważniejszych królów i świątyń wygląda następująco:
- Dżajawarman II (Jayavarman II) (daty panowania 802–50) - założył Imperium Khmerskie (802)
- Indrawarman I (Indravarman I) (877–89) - zbudował pierwszy baray (zbiornik wodny), świątynie Preah Ko i Bakong
- Jaszowarman I (Yasovarman I) (889–910) - przeniósł stolicę imperium do Angkoru i zbudował świątynie Lolei oraz Phnom Bakheng
- Dżajawarman IV (Jayavarman IV) (924–42) - król-uzurpator, który przeniósł stolicę imperium do Koh Ker
- Radżendrawarman II (Rajendravarman II) (944–68) - budowniczy Wschodniego Mebonu, Pre Rup i Phimeanakas
- Dżajawarman V (Jayavarman V) (968–1001) - nadzorował budowę świątyń Ta Keo i Banteay Srei
- Surjawarman I (Suryavarman I) (1002–49) - włączył do Imperium Khmerskiego ziemie z terenu Laosu i Tajlandii
- Udajaditjawarman II (Udayadityavarman II) (r 1049–65) - fundator piramidoidalnej świątyni Baphuon i Zachodniego Mebonu
- Surjawarman II (Suryavarman II) (1112–52) - legendarny budowniczy Angkor Watu i Beng Mealea
- Dżajawarman VII (Jayavarman VII) (1181–1219) - król-bóg, zbudował Angkor Thom, Preah Khan i Ta Prohm

Imperium Khmerskie prócz historycznego ma też rodowód legendarny. Wygnanego z Indii hinduskiego księcia Preah Thonga oczarowała kobieta-wąż swym niezwykłym tańcem na piaszczystej plaży. Została ona jego żoną, a jej ojciec, król węży Nagaradża, podarował młodym ląd, który wynurzył się z ziemi - Kambudżę. O legendzie tej myślę za każdym razem, gdy natrafiam w świątyniach na motyw węża.


Po największych highlightach - koronkowym Angkor Wacie i Bajonie, świątyni Wielkiego Brata patrzącej setkami oczu - nasz maraton kontynuujemy zaczynając od budowli najstarszych - zbudowanych w IX wieku. Najpierw wchodzimy na szczyt wzgórza do jednej z trzech świątyń Ankoru zlokalizowanej na górze. A konkretnie do tej, z której przez lornetkę patrzyła na Angkor Wat Lara Croft.

Ta świątynia to Phnom Bakheng, zbudowana niemal dokładnie 200 lat przed Angkor Watem jako miejsce kultu Sziwy. Zwieńczona jest piramidami, z których największa symbolizuje świętą górę Meru. Aby zachwycić się nią samą oraz widokiem na dżunglę wokół niej musimy pokonać jeszcze kilkanaście stromych stopni strzeżonych przez kamienne święte krowy i innych kamiennych strażników.


Podziwiamy widoki na okolicę, z lewej strony dźwigu (świątynia jest akurat poddawana intensywnej konserwacji) majaczy chyba oddalony stąd o półtora kilometra Angkor Wat.


Preah Ko, kolejny zabytek na naszej liście, nie wymaga od nas tylu poświęceń - zlokalizowany jest bowiem na płaskim terenie. Tu też witają nas typowe hinduistyczne motywy - czyli nieco nadszarpnięte już zębem czasu kamienne święte krowy. Od nich zresztą budowla ta wzięła swoją nazwę - zwana jest bowiem Świątynią Byka. W mojej pamięci pozostanie jako Świątynia Dzieci...


Ale na razie jeszcze tego nie wiem i przechadzam się korytarzami oglądając reliefy na płytach z piaskowca. Podobno to jedne z najlepiej zachowanych zdobień z tego okresu - obecnie o ich konserwacje dba zespół specjalistów z Niemiec.



Do idealnych zdjęć brakuje mi jedynie "elementu ludzkiego". I nagle jak na zawołanie pojawia się on w jednym z kolejnych korytarzy. Dwójka, trójka, a potem czwórka dzieci pozuje mi do zdjęć uśmiechając się do obiektywu. Jeden z chłopców ma znaczącą koszulkę, która daje do myślenia... Am I happy? Tego nie jestem pewna, ale póki co spędzam z maluchami dłuższą chwilę. Przed odejściem wręczam im gumy do żucia, którymi sprawiedliwie się dzielą. 


Nasz wczesnoimperialny maraton trwa. Bakong z końca IX wieku, kolejna świątynia poświęcona Sziwie, pozostała w mojej pamięci jako Świątynia Kwiatów, bo udało mi się ją sfotografować w objęciu upstrzonych na różowo gałęzi


Zaskakujące wydały mi się w niej dwie rzeczy. Po pierwsze fakt, że wraz ze zmianą religii na buddyzm nie przerobiono jej w żaden sposób. Może zresztą dlatego ta surowa w formie i symbolizująca kształtem - jakże by inaczej - górę Meru świątynia zyskała w późniejszych czasach towarzysza w postaci buddyjskiego klasztoru. Po drugie przy tej świątyni jedyny raz w Kambodży widziałam... publiczne służby sprzątające. Była to całkiem spora grupa pań z miotełkami ubrana w stosowne stroje. Jednej z nich pomagała dodatkowo jej latorośl. Dzieci towarzyszące rodzicom w pracy to z kolei widok w Kambodży dość częsty.


Jedziemy tuk tukami do kolejnej świątyni z grupy Rulous oznaczającej budowle z IX wieku skupione wokół miejscowości o tej właśnie nazwie. To Lolei stanowiąca wizualnie niemal kopię Preah Ko. Wyróżnia ją to, że stała niegdyś w centrum dużego zbiornika wodnego. Na futrynach budowli - która jak bardzo wiele obiektów w Angkorze poddawana jest właśnie renowacji - można znaleźć inskrypcje w sanskrycie, które świadczą o tym, że Jaszowarman I zadedykował tę budowlę swoim rodzicom i dziadkom.


Wycieczkę po świątyniach najstarszych, zmęczeni chyba bardziej nagabywaniem sprzedawców i dzieci niż wspinaniem się po dziesiątkach stopni w rekordowym nawet jak na Kambodżę upale, kończymy w miejscu nowoczesnym - w restauracji The Palmboo. Pyszny chuderlawy kurczak z ekologicznego chowu pokrojony na części przypominające puzzle szalonego kucharza, chrupiące springrolls, zabawne motta na ścianach i - co najważniejsze - woda oraz mydło w toalecie. Czego chcieć więcej po długim dniu odkrywania skarbów Angkoru?



***

ZAPRASZAM TEŻ NA FILM O ŚWIĄTYNIACH ANGKORU:


ORAZ NA POZOSTAŁE TEKSTY O KAMBODŻY:

2.10.2014

/ANGKOR/ Wśród wyznawców Słońca, czyli poranny spektakl przed Angkor Watem


Jest 4.30 rano, ciemno. Z trudem zwlekam się z łóżka. Jak dobrze, że prócz klimatyzacji we wszystkich pokojach hotelowych są tu dodatkowo wiatraki podsufitowe - dzięki  nim można przynajmniej spać komfortowo bez nadmiernego wychłodzenia pomieszczenia. Łapię aparat i statyw. Wybieramy się na wschód Słońca nad Angkor Watem, wspaniały spektakl natury. Podziwiałam go na tylu zdjęciach i obrazach - a zaraz obejrzę na żywo.

Tuk tuk czeka już przed hotelem na zapaleńców fotografii. Kierowca uśmiechnięty, jak zawsze w czystej koszuli. We wszystkich niemal przewodnikach Lonely Planet, które czytałam - i w tym o Turcji, i o Tunezji, i o Kubie - pojawia się wątek w stylu "największym skarbem kraju są ludzie". W Kambodży pierwszy raz miałam poczucie, że nie jest to frazes bez pokrycia - że jest tak naprawdę. Choć ze względu na barierę językową niewiele ze sobą gadamy, to uśmiechy tuktukowców i sprzedawczyń oraz współczujące wskazywanie na bandaż na mojej głowie, mówią tak wiele dobrego o Khmerach. A z drugiej strony trudno zapomnieć, że statystycznie prawie każda rodzina ma na sumieniu jakiś niechlubny bratobójczy wątek z czasów tak niedawnego czerwonego reżimu...


Póki co jest 4.45, obsługa hotelu w Siem Reap drzemie na kanapach w lobby. Mijamy dom duchów - w Okay Villa jest on szczególnie okazały, co najwyraźniej przynosi efekty, bo gości tu nie brakuje. Może jest to też wpływ doskonałej lokalizacji, ale istot nadprzyrodzonych na pewno też.  Wychodzimy na dziedziniec, zakładamy sandały (w całym hotelu obowiązuje barefoot) i szybkim krokiem zmierzamy do tuk tuków. To też niezrozumiały dla mnie fenomen - kierowcy są niezawodnie punktualni i bezbłędnie rozpoznają "swoich" gości. W knajpach zaś na jedzenie czeka się PRZYNAJMNIEJ godzinę, dania przychodzą w nieokreślonej kolejności (czasem najpierw kurczak, a na końcu zupa, a czasem wręcz przeciwnie), a do tego między pierwszym a ostatnim dostarczonym daniem jest zwykle odstęp minimum 30 minut. No i przy każdym zamówieniu gramy w grę "Czyja to potrawa?". Odpowiedź na to pytanie musimy znać MY, bo kelner nigdy nie wie, co gdzie postawić...


Mkniemy pustymi niemal ulicami Siem Reap - niemal, bo prócz nas jeszcze inni turyści jadą na spektakl natury do najbardziej znanej świątyni Angkoru, która dodatkowo jako jedyna skierowana jest za zachód, co sprawia, że Słońce wstaje zza jej pleców. 

Jest jeszcze ciemno, dojeżdżamy do Angkor Watu, gdzie roi się od tuk tuków, aut i ludzi. Wraz z nieprzebranym tłumem idziemy duktem z kamienia w kierunku świątyni. jedni mają latarki, inni lampki na czole, jeszcze inni oświetlają drogę telefonami komórkowymi. Wokół nas biegają sprzedawcy, którzy zapraszają do pobliskich namiotów na ciepłą kawę, herbatę i śniadanie. "I am Harry Potter' stand number 5." "I am Michael Jordan, stand number 1." Piątka z podstaw marketingu - nazwy są łatwe do zapamiętania.

Poruszamy się powoli, w rytmie tłumu. Prócz przedstawicieli stoisk śniadaniowych zagadują nas też Khmerki sprzedające chusty. Ładne acz nieprzydatne - mimo wczesnej godziny i braku słońca i tak jest gorąco i nie potrzebujemy dodatkowego okrycia.

Morze ludzi skręca w lewo w kierunku stawu z różowymi kwiatami. Niełatwo jest znaleźć dobre miejsce na statyw, bo większość widzów ma lustrzanki i tripody lub monopody. Ale nie wszyscy - część czeka na wschód Słońca z przygotowanymi w dłoniach aparatami kompaktowymi i smartphone'ami.

Pojawia się różowa zorza.... Z setek ust wydobywa się dźwięk podziwu. Tło jaśnieje, a zarys świątyni jest coraz wyraźniejszy. Słychać dźwięk naciskanych migawek.


To jeszcze nie koniec spektaklu - kolejnym highlightem będzie wyłonienie się złotej kuli z prawej strony głównej wieży Angkor Watu. A tym czasem - czekając na ten moment - po raz kolejny odkrywam, że równie fascynujący, co zabytki, są reakcje ludzi na cuda kultury.


Wszyscy wyglądamy - jak ładnie ujmuje to Agnieszka - jak wyznawcy Słońca skierowani twarzami na wschód i z zapalonymi w dłoniach wyświetlaczami czekający na pojawienie się oblicza swego boga. Gdy przyjrzeć się z bliska pojedynczym osobom - w różnym wieku, z różnych zakątków świata, z różnej klasy sprzętem - widać, jak łączy je wyraz napięcia i skupienia na twarzy. Choć nie wszyscy robią takie same zdjęcia - jedni zoomują, inni oddalają się ze statywem do tyłu, ktoś pstryka sam siebie na tle świątyni, młody Koreańczyk robi sesję swojej dziewczynie pozującej na tle jeziorka... Dużo osób próbuje też objąć palcami budynek - tak, by na zdjęciu trzymać go w dłoni.


Szukam miejsca idealnego i doskonałego ujęcia. Kwiaty coraz piękniej różowieją w promieniach słońca. I... mam moje wymarzone zdjęcie: dwa Angkor Waty.


A potem kolejne ujęcia - jakiś mężczyzna wchodzi do wody, by niczym Toliboski zerwać kwiaty. Na pewno da je zaraz ukochanej. Robię jeszcze zbliżenie na taflę z wyrastającymi z niej rozchylonymi pąkami.


I jeszcze jedno zdjęcie. Miało przedstawiać doskonałość cudu świata o poranku, a mimowolnie stało się metaforą Kambodży. W tle jest na nim zarys Angkor Watu, a na pierwszym planie... plastikowa reklamówka wrzucona do oczka wodnego.


Nic w tym dziwnego. W końcu śmieci to - podobnie jak świątynie - stały element kambodżańskiego krajobrazu.



***

ZAPRASZAM TEŻ NA FILM Z PORANNYMI UJĘCIAMI ANGKOR WATU:


I NA POZOSTAŁE TEKSTY O KAMBODŻY:

2.08.2014

/ANGKOR/ Być jak John Rambo, czyli śladami Lary Croft


Tyle się naczytałam o kambodżańskiej kuchni! Amok - danie z ryby w sosie z galangalem serwowane w łupinie orzecha kokosowego, Lok lak - wołowina z warzywnymi dodatkami przygotowywana przy stole w specjalnym garnku. I faktycznie: pierwszy posiłek w Kambodży popity lokalnym piwem marki - jakże by inaczej - Angkor pozwolił mi z większą życzliwością spojrzeć na kraj, z którym pierwszy kontakt był, delikatnie mówiąc, trudny.


Basen na dachu Okay Villi w Siem Reap oraz kultowa whisky Mekong, o której złośliwi mówią, że powstaje na bazie brudnej wody z rzeki, od której wzięła nazwę, dokończyły dzieła. Super, że jestem w Kambodży! Z kranu w hotelu pociekło trochę ciepłej wody, na niebie błyskają gwiazdy, a jutro zobaczę mityczny Angkor Wat. Czego chcieć więcej?


Jestem tu zaledwie kilkadziesiąt godzin, ale już natknęłam się na sporo ciekawostek. Dziwny to kraj. Taki trochę "over the top". Kulinarnie na przykład. Na ulicy sprzedawane są otwarte jajka z wystającymi z nich zarodkami kaczek. W pizzeriach zamówić można happy herbs pizza z cudownym składnikiem, który w Amsterdamie serwują w muffinach. Książki i strony dla obcokrajowców ostrzegają, by nie kupować "muscle wine" z siłaczem na naklejce, bo połączenie alkoholu i tauryny może okazać się zabójcze. 


Obyczajowo też trudno się tu odnaleźć. W przewodniku "Lonely Planet" podkreślano, że Kambodża to nie wyzwolona Tajlandia i że miejscowi często nawet kąpią się w ubraniach, więc lepiej - by nie gorszych Khmerów i nie narażać się na zaczepki - wziąć zakryty kostium niż bikini. Z drugiej strony oferta usług cielesnych w skąpych opakowaniach zaczyna maszerować tu bez żenady od razu, gdy tylko zapadnie zmrok. A ulotki w hotelach dotyczące wykorzystywania nieletnich też są swoją drogą dość dobitne.


Pytania mnożą się tu z każdym dniem. Jak to możliwe, że mimo obowiązku szkolnego i powszechnej nauki angielskiego nikt nie mówi tu słowa po angielsku? Jak mogłam nie zatruć się niczym w kraju, w którym mięso sprzedaje się z tak wyraźną nonszalancją?Jak ludzie mogli głosować na partię ludową będącą następczynią Kampuczańskiej Partii Ludowo-Rewolucyjnej po tym wszystkim, co działo się tu tak niedawno? I czemu inwestuje się wszędzie w ogromne billboardy tej partii zamiast w sprzątanie ulic?


Ale póki co jedziemy przez Siem Reap tuk tukami, by zobaczyć to, co w Kambodży najwspanialsze: świątynie Angkoru. Kompleks budowli religijnych, na którego zwiedzenie nie starczyłby tydzień. My ma my trzy dni. Jak zgrabnie ujęto to w moim niemieckim przewodniku, obszar dawnego imperium jest większy niż powierzchnia Berlina pomnożona przez dwa.


Dojeżdżamy do świątyni, która rzeczywiście odbiera nam mowę - i swym ogromem (jest to największa budowla religijna świata), i niezwykłością, i misternością architektonicznych detali rysujących się na tle jasnego nieba


To nieprawda, że symetria jest estetyką głupców. Patrząc na Angkor Wat jestem pewna, że symetria stanowi wyraz boskości! Centralna sześćdziesięciopięciometrowa wieża szarobeżowego laterytowego kompleksu symbolizuje mityczną górę Meru, stanowiącą oś świata według kosmologii hinduistycznej. Kolejne wieże są coraz niższe, a idealną symetrię budowli przełamują jedynie niektóre palmy, które wyrosły poza szeregiem chyba specjalnie na potrzeby fotografów.


Prócz fascynującej samej w sobie świątyni najciekawsi są  dla mnie ludzie wokół niej. To, jak reagują na niespotykany monumentalizm, jak pozują na tle wież i jak sami uwieczniają się w tym miejscu. 


Idę w kierunku głównej budowli. Po lewej mijam staw z różowymi kwiatami, które w najbardziej upalne godziny dnia zamykają się i zmieniają w nieatrakcyjne zielone kikuty - zupełnie inne niż bujne kwiatostany widoczne na setkach zdjęć z tego miejsca. Przystaję na widok małpki. Cierpliwość się opłaca - sympatyczny makak okazuje się doskonałym modelem.


Wchodzę przez bramę do wnętrza świątyni zbudowanej w XII wieku przez Surjawarmana II  ku czci hinduskiego bóstwa Wisznu, z którym jako władca-bóg król ten ponoć się identyfikował. Idę w prawo wzdłuż ścian pokrytych płaskorzeźbami, które ciągną się na długości ponad 3,5 kilometra. Podziwiam scenę mitologiczną, na której bogowie wraz z demonami ubijają Morze Mleka, aby wydobyć z głębin eliksir nieśmiertelności.Zachwycam się też reliefami przedstawiającymi apsary - boginki wody, mgieł i chmur będące uosobieniem kobiecej urody i wdzięku. Ponoć na otaczających mnie ścianach znajduje się ponad 3000 nimf mających 37 różnych upięć włosów i strojów. Przypominam sobie ogromną polistyrenową apsarę znajdującą się przy wschodniej bramie świątyni Angkor Thom w "Tomb Raiderze".


Z każdym krokiem Angkor Wat odkrywa kolejne tajemnice - zaułki, płaskorzeźby, korytarze. Po drewnianych stopniach wchodzimy coraz wyżej. Do punktu widokowego w wieży stoi już całkiem pokaźna kolejka. Nieopodal dzieci ubrane w tradycyjne stroje. Gdy akurat żaden turysta z nimi nie pozuje, robią dziwne miny i zakrywają twarze, by nikt nie zrobił im fotki z ukrycia nie uiszczając opłaty.


Za kilka dni na animacji w Muzeum Narodowym w Phnom Penh zobaczymy, jak kiedyś wyglądało to miejsce. Między murami stały drewniane domy, a wokół budowli była fosa z wodą, nad którą zbudowano most. Dowiemy się też więcej o historii tego miejsca, które - podobnie jak inne świątynie Angkoru - przeżyło różne koleje związane ze zmianą religii. Dżajawarman VII przekształcił budowlę, którą właśnie zwiedzam, na świątynię buddyjską, ale po jego śmierci symbole buddyjskie zostały zniszczone i watowi przywrócono charakter hinduistyczny. 


Świątynię, która wraz z murami i fosami ma obszar ponad 1,5 na 1,3 kilometra, wyróżnia nie tylko wielkość i kunszt zdobniczy, lecz także to, że jej wejście znajduje się od strony zachodniej. Świadczy to być może o tym, że Angkor Wat miał być w zamierzeniu grobowcem królewskim; inni twierdzą, że to kwestia dedykowania budowli bogowi Wisznu, który jest kojarzony z tym kierunkiem świata. Tak czy owak dziś ta nietypowa orientacja to gratka dla fotografów z całego świata, którzy uwieczniają wschód słońca wznoszącego się nad koronkowymi wieżami. Jutro o piątej rano znajdę się wśród nich...


W Angkor Wacie myślałam o Larze Croft, kolejna perła Angkoru, świątynia Bayon, na zawsze kojarzyć mi się będzie z Johnem Rambo... Ale po kolei.

Tuk tukami jedziemy do Angkor Thom, ostatniej stolicy wielkiego imperium khmerskiego. Zbudował ją w końcu XII w. król Dżajawarman VII na planie idealnego kwadratu, w którego centrum znajduje się świątynia Bayon.

Idziemy wzdłuż mostu. Po jego obu stronach patrzą na nas gniewne oczy wojowników, a kolejna gigantyczna głowa obserwuje nas ze zwieńczenia bramy wejściowej. To skromna zapowiedź  "świątyni Wielkiego Brata", w której już przed wzrokiem bóstw nie będzie się jak ukryć...


Bayon stoi w samym centrum zajmującego 9 km² miasta okolonego murami o wysokości 8 metrów. Ze zbudowanej w XII wieku przez Dżajawarmana VII świątyni patrzy na mnie 216 par oczu osadzonych w gigantycznych głowach umieszczonych na 54 wieżach. To uśmiechające się smutno wyobrażenia Buddy Avalokiteshvary, Buddy Współczującego - będące w gruncie rzeczy wizerunkami khmerskiego władcy, który w ten sposób zadbał o doczesną nieśmiertelność...


Wchodzę po kolejnych już tego dnia dziesiątkach stopni w górę, upał nie odpuszcza, choć to już przecież późne popołudnie. Nade mną oczy Buddy, wokół mnie oczy turystów. Robię zdjęcia starając się utrwalić kamienną twarz na innej kamiennej twarzy. Jedne oczy, drugie oczy, trzecie oczy...


Nie wiem dokładnie, co stało się potem. Krew kapie na rudawy piasek, ręką sprawdzam, czy mam jeszcze oko. To prawda, co mówiono nam na lekcjach biologii w liceum - twarz jest bardzo silnie unaczyniona. Najwyraźniej upadłam, a wtyk do lampy błyskowej mojego aparatu rozciął mi w dwóch miejscach czoło i łuk brwiowy. Ludzie podają mi mokre chusteczki, ktoś próbuje dotknąć rany, ale w przypływie jasności umysłu bronię jej przez potencjalnym zakażeniem.

Strażnicy sprowadzają mnie po schodach na dół, z podnoszącym mnie na duchu wsparciem jedziemy tuk tukiem do kliniki. Prywatnej, bo państwowe szpitale wyglądają tak, że lepiej spuścić na nie zasłonę milczenia. Na białych ścianach wiszą zdjęcia lekarzy. Sami Wietnamczycy i jeden Rosjanin, ginekolog. A więc trafię do Wietnamczyka. Khmerskich lekarzy prawie nie ma - zadbał o to reżim Khmer Rouge, którego mniej lub bardziej dyskretne pozostałości widać i czuć w Kambodży na każdym kroku...


Szczepionka na tężec - ta, której, o ironio losu, nie chciałam brać przed wyjazdem bojąc się odczynu i osłabienia. Czyszczenie rany. Chcą szyć, ale się nie zgadzam. Staje więc na plastrach chirurgicznych - dwie pielęgniarki naciągają skórę, lekarz przykleja plastry. Na to opatrunek. Dostaję też antybiotyk i painkillersy. 150 dolarów, a do tego wyglądam jak potwór, bo spuchła mi połowa twarzy. I przez najbliższe dni nie mogę myć włosów - krwawe pasemka muszą więc zostać póki co.


Ocieram łzy bólu i złości. Przez głowę przemyka mi myśl, że podobnie jak John Rambo wrócę z Kambodży z bliznami. 


***

ZAPRASZAM TEŻ NA FILM O GŁÓWNYCH ŚWIĄTYNIACH ANGKORU:


ORAZ DO LEKTURY INNYCH TEKSTÓW O KAMBODŻY: