Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

2.14.2013

/BANGKOK/ Buddowie i transwestyci - DZIEŃ 7: Walentynki z Buddą




Bangkok zajmuje pierwsze miejsce w kilku rankingach. Według Światowej Organizacji Meteorologicznej jest najgorętszym miastem świata. Ma też wpisaną do Księgi Rekordów Guinessa najdłuższą ze wszystkich miast globu nazwę - w tłumaczeniu brzmi ona: "Miasto aniołów, wielkie miasto, wieczny klejnot, niezdobywalne miasto boga Indry, wspaniała stolica świata wspomaganego przez dziewięć pięknych skarbów, miasto szczęśliwe, obfitujące w ogromny Pałac Królewski, który przypomina niebiańskie miejsce gdzie rządzi zreinkarnowany bóg, to miasto dane przez Indrę, zbudowane przez Wisznu." To także metropolia 15 milionów mieszkańców, prawie 6 milionów korkujących go samochodów i 400 świątyń. Co roku przyjeżdża tu ponad 35 milionów turystów - część, by podziwiać zabytki, część, by skorzystać z taniej seksoferty: na ulicach Bangkoku nierzadkim widokiem jest niezbyt urodziwy pan obejmujący 1-2  patrzące nań z oddaniem bardzo młode Tajki. Dziś wieczorem napatrzę się na to na słynnej Soi Cowboy...

Ale póki co jest rano, wagarujemy z hotelowego śniadanka i jedziemy na tosty z miodem i jajka na centrum handlowego Terminal przy stacji Sukhumvit. Każde piętro tego malla ma przywodzić na myśl inne miasto - Stambuł, Londyn czy San Francisco. 


Na samym dole barki i naleśnikarnia kusząca odlotową wystawą, na samej górze food court: przy wejściu kupuje się kartę z nabitymi punktami i w poszczególnych stoiskach płaci nią za soki, ryż, kurczaka czy frytki. Hitem jest stoisko, na którym pokazuje się kubek wypełniony owocami - obsługa bierze go, miksuje zawartość w blenderze, dodaje kroplę miodu i podeja nam indywidualnie zmiksowany dla nas koktajl.


Cały Terminal - podobnie jak całe miasto - ogarnięty walentynkowym szaleństwem. Na ulicach serduszka, misie, kwiatki i chłopcy dzierżący róże; w mallu zawieszki, specjalne stoiska, walentynkowa aranżacja, na tle której można sobie zrobić zdjęcie. W tym roku święto zakochanych rywalizuje z chińskim nowym rokiem, więc nastrój w wielu miejscach jest podwójnie świąteczny - szczęśliwe czerwone chińskie zawieszki przetykane są motywami serca.


Sky Trainem jedziemy do znajdującej się przy rzece stacji Saphan Taksin. Obsługa przysypia, ale udaje nam się kupić bilet na stateczek turystyczny i przejechać nim do ostatniej stacji: Tha Prha Athit. Po drodze podziwiamy Bangkok od strony wody - i jego oblicze elegantsze, i to mniej przeznaczone dla oczy turystów. Przewodniczka - skutecznie zagłuszana przez rzężenie silnika - opowiada przez mikrofon jakieś ciekawostki.


Idziemy do dzielnicy  Banglamphu. Na ulicy ciąg dalszy walentynkowego szaleństwa - zwłaszcza, że w pobliżu szkoły i McDonald's, a więc główne skupiska konsumentów tego komercyjnego święta. Idziemy ulicą ogarniętą przez tutejsze szaleństwo narodowe - sprzedaż kuponów, które najwyraźniej cieszą się tu ogromnym powodzeniem. Do przypadkowego salonu wpadam na manicure za 50 bahtów. Gdy zmywacz nie daje rady, manicurzystka zeskrobuje resztki lakieru własnymi paznokciami, a na stępnie kladzie mi 2 warstwy prawdziwej żarówy - dokładnie takiej, jaką odradzała mi manicurzystka w Warszawie. 

 
Podziwiamy Pomnik Demokracji, który stoi tu od roku 1940 i upamiętnia pucz z początku lat trzydziestych, w wyniku którego Tajlandia z monarchii absolutystycznej stała się monarchią konstytucyjną. Reliefy wokół pomnika stworzył włoski architekt mający tajskie obywatelstwo - a więc kolejny włoski akcent w tym mieście. Nieopodal pomnika ciekawostka - informacja, że stanowi on "the 0 kilometer marker" dla kilku dużych tajskich dróg. Monument prócz historycznego ma też znaczenie symboliczne - jego część centralna ma przypominać szkatułkę z liści palmowych, w których przechowywana jest konstytucja z roku 1932. Okalające serce pomnika cztery skrzydła mają wysokość 24 metry - ponieważ przewrót miał miejsce 24 czerwca. Monument stoi w samym środku ruchliwego ronda na skrzyżowaniu Ratchadamnoen Klang Road oraz Dinso Road, więc ciężko go sfotografować. 


Na azymut idziemy w kierunku Złotej Góry, Phu Khao Thong, na terenie Wat Saket. Jak to bywa z takimi niezaplanowanymi trasami, mijamy wiele ciekawych miejsc: śmierdzące kanały, remizę strażacką, niewyobrażalnie cuchnące slumsy. Miejsce to wraz ze świątynią znajdującą się na szczycie sztucznej góry nie jest zaliczane do top 10 atrakcji Bangkoku - mnie jednak podobało się chyba najbardziej. Może ze względu na piękny widok z góry, a może dlatego, że by zobaczyć złotą stupę weszłam w tym upale nie do opisania. Dobrze, że po drodze można kupić za 10 bahtów butelkę ze świętą wodą ze złotej góry - najwyraźniej dodaje ona mocy, bo się nie poddałam.


Zanim rozpocznie się pielgrzymkę na szczyt góry, warto zajrzeć do znajdującej się u jej stóp świątyni Szczęśliwego Buddy (Fortune Buddha) - i popatrzyć, jak kryształ, na którym stoi złota figura, podświetlany jest po kolei wszystkimi kolorami tęczy. A potem kawałek dalej zrobić sobie fotkę ze swoim chińskim znakiem zodiaku - wzdłuż drogi w rzędzie stoją wykonane z plastiku zwierzęta prawdziwe i mityczne symbolizujące cały horoskop. 


Pod samym szczytem napis, który tak wiele mówi o stosunku religii buddyjskiej do człowieka. Wszędzie w Bangkoku przed wejściem do obiektów, w których jest wizerunek Buddy, trzeba zdejmować buty - nie tylko przed świątyniami, ale też na przykład przed niektórymi sklepikami z pamiątkami. A tu wyraźne ostrzeżenie, by nie iść na bosaka, bo jest ślisko. Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie - zdrowie i bezpieczeństwo nie są mniej ważne od hołdu dla bóstwa.



Sama świątynia na wzgórzu wspaniała, choć dość nowa - jej betonowe ściany powstały w latach czterdziestych XX wieku, by ochronić wzgórze przed osuwaniem się. Budynek w sercu skrywa część znacznie starszą. Z kolei złota wieża na dachu świątyni skrywa relikwię Buddy - dlatego należy obchodzić ją z szacunkiem w kierunku przeciwnym do wskazówek zegara i w ciszy omijać modlące się tam osoby



Idziemy zakupić wycieczkę na kolejny dzień. Najwięcej biur widziałyśmy w okolicach Khaosan Road, tam więc się udajemy. Jak jednak wybrać dobre biuro z setek sklepików i standzików oferujących wyjazdy zorganizowane poza Bangkok? Założenie, że lepsze są agencje w porządnych klimatyzowanych lokalach zupełnie się nie sprawdza - świetne miejsce i toaleta dla gości, angielski słaby, a oferta jeszcze słabsza. Wychodzimy. Koło McDonalda dostrzegamy kolejkę - gość najwyraźniej umie sprzedawać wycieczki, choć nie ma nawet lokalu, a jedynie prowizoryczną budę. Ale umie doradzić i zachęcić, oferuje też odbiór spod hotelu, więc prócz całodniowego wyjazdy na Pattaya Beach (900 bahtów za osobę, o 200 taniej niż w naszym hotelu) bookujemy też u niego kurs gotowania po tajsku. 

Na ulicach "love is in the air". Nadchodzi walentynkowy wieczór. Chłopcy w szkolnych mundurkach biegają z różami, wysyp wielorybów prowadzających się z młodymi Tajkami, trzecia płeć podmalowana mocniej niż zwykle. Łapiemy taksówkę z ciekawymi znaczkami na szybie i chcemy jechać do polecanego przez "Lonely Planet" tajskiego lokalu w okolicach Sukhumvit. Kierowca to młody Taj ubrany w koszulkę polskiej reprezentacji piłkarskiej. Nie jest tego zresztą świadom, bo na naszą odpowiedź na pytanie "Where are you from?" kompletnie nie reaguje.


Co gorsza nie reaguje też na hasło "Sukhumvit". Nie, on nie wie, gdzie to jest, nie wie też jak dojechać, nie zna tej knajpy. Ale chętnie zawiezie nas do "biggest seafood market in Bangkok". Przepychanka, kierowca idzie w zaparte. W końcu każemy mu narysować na mapie, gdzie jest ten targ owoców morza. Okazuje się, że blisko naszej knajpy. OK, niech nas tam wiezie, trudno... Finał historii: wylądowałyśmy pewnie z 10 km od Sokhumvit. Kierowca wwiózł nas prawie do środka mafijnego lokalu z wystrojem z lat 70-tych, Rosjanami w złotych sygnetach i cenami przystawek zaczynającymi się od 300 bahtów (plus 7% podatku i 10% za obsługę). Nauka dla nas? Po iluś przejazdach zakończonych podejrzanie daleko od celu wiemy już, że aby uniknąć kontaktu z mafią, należy wsiadać jedynie do taksówki, którą prowadzi Chińczyk w średnim wieku, nigdy zaś do taryfy młodego Taja.


Per pedes na głodniaka do metra, stacja Sukhumvit, bar sushi na szóstym piętrze w Paragonie. Hostessa przydziela numerki podchodzącym - są Walentynki, więc na stolik trzeba poczekać godzinę czasu. Sushi pyszne, warto było wykazać się cierpliwością.


Noc na Soi Cowboy. Ta mająca zaledwie 200 metrów boczna uliczka wciśnięta między biurowce i malle stanowi prawdziwe centrum nocnego życia. Jej nazwa upamiętnia amerykańskiego lotnika T. G. „Cowboya“ Edwardsa, który w latach siedemdziesiątych otworzył tu pierwszy bar go go.  Kluby, półnagie hostessy, sporo ludzi. W końcu dziś Walentynki - dla jednych oznacza to romantyczną kolację, a dla innych wizytę w klubie ze strip-teasem.



<< 6. Utopiona legenda i szorstka sierść tygrysa
 

8. Prawie rajska plaża >>


 ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM O ŚWIĄTYNIACH W BANGKOKU


I NA INNE FILMY Z TAJLANDII: http://www.youtube.com/playlist?list=PLN6e3xufgAmNQAhn0d52TJdhhOlZP4MFE

2.13.2013

/BANGKOK/TAJLANDIA/ Buddowie i transwestyci - DZIEŃ 6: Utopiona legenda i szorstka sierść tygrysa


Któż z nas nie widział tego zdjęcia? Sfotografowane z ptasiej perspektywy łódki wypełnione kolorowymi owocami. Na nich kobiety w słomkowych kapeluszach. Idylla. Miałam to zdjęcie jako dziecko - wycięte z zachodniego kolorowego czasopisma. Już wtedy fantazjowałam, że kiedyś tam pojadę. Nie wiedziałam wtedy, gdzie leży Tajlandia ani nawet, że to zdjęcie zostało zrobione właśnie w Tajlandii. Ale jego magia była powalająca...


Źródło:http://onestep4ward.com/wp-content/uploads/2011/07/Damnoen-Saduak-Floating-Market-Ratchaburi-bangkok.jpg 

Dlatego jedziemy na wyprawę 100 km od Bangkoku, by zobaczyć słynny Damnoen Saduak, najsłynniejszy floating market. Nawet pobudka o 5.30 nam nie straszna. Z grubego katalogu wycieczek oferowanych w minibiurze turystycznym w naszym hotelu wybieramy tę polecaną przez wiele przewodników: pływający market - most na rzece Kwai - tygrysie zoo. Zwłaszcza, że ta wyprawa opatrzona jest magicznym zdjęciem, które znam od dzieciństwa. Busik odbiera nas spod hotelu, potem idzie po kolejnych gości; przetasowanie w punkcie spotkań między busikami jadącymi na różne wycieczki. Dołącza do nas przewodnik, który wygląda jak podstarzały Jackie Chan. Przykleja nam znaczki do T-Shirtów, "I don't remember your faces, I only remember these marks" mówi, więc przyklepuję naklejkę do materiału, by się nie zgubiła. Na wyprawę założyłyśmy strój zgodny z przekazanymi instrukcjami - żadnych jaskrawych kolorów, zwłaszcza czerwonego i żadnych szortów. To ze względu na tygrysy.



Jedziemy  przez zakorkowany nawet o tej porze Bangkok, mijamy bramki płatnej autostrady. Tajski interior w tych okolicach dość monotonny, więc przysypiamy. Prawie dwie godziny jazdy - i dojeżdżamy do zatłoczonego placu, na którym setki innych osób czekają, by zobaczyć urokliwy floating market z łódkami pełnymi owoców... Ale gdzie się one zmieszczą, skoro na wodzie będzie tylu turystów?... Nie mamy czasu na takie pytania, Jackie Chan zagania nas do smukłej motorowej łódki, która wydzielając kłęby dymu i niemiłosiernie chlapiąc pędzi w przed siebie wzdłuż rzeki - wraz z innymi podobnymi błyskawicami.



Nieco spryskane brudną wodą dopływamy do wybetonowanej hali targowej ozdobionej kolorową kapliczką, z której na właściwy rynek mamy dojechać łódką wiosłową... Ale na rzece korek gorszy niż w Bangkoku, łódki wcale już nie płyną, tylko czekają - i to poustawiane dziobami w różnych kierunkach. Trzeba będzie więc poczekać. Zwiedzamy setkę kolejnych na tym wyjeździe standów ze spódnicami, torebkami, owocami; asortyment ten sam, co w Bangkoku - nowością są chyba tylko plastikowe łódeczki z owocami i kapelusze składane w wachlarz.


 

 
Po półgodzinnym wałęsaniu się między standami udaje nam się wsiąść do łódki (150 bahtów); korek na rzece już się nieco rozładował. Ale gdzie są idylliczne łodzie z owocami?...  Niestety już chyba tylko na reprodukcjach z lat osiemdziesiątych. Z owoców na targu oferowany jest jedynie "sticky rice with mango", typowy deser, za abstrakcyjne 150 bahtów. Zjemy go potem w elegantszej formie w kawiarni - i dużo taniej.



Damnoen Saduak dawno uległ już turystycznemu wynaturzeniu. Zamiast mango są tu kolorowe torebki, zamiast arbuzów spódnice, a zamiast bananów chusty. I to nie sprzedawane z łódek, lecz z blaszaków na nabrzeżu. Sprzedawcy przyciągają łódki metalowymi prętami i próbują zachęcić do swojego towaru. Zdjęcie reklamujące floating market to obraz świata, który minął bezpowrotnie. Warto było to przeżyć i zobaczyć - ale magii nie ma tu już ani krzty.



Wracamy. Część grupy poszła na pokaz węży i przejażdżkę na słoniach. My pijemy sok z kokosa i wsiadamy do busika, by ruszyć dalej. Po drodze lunch - w cenie wycieczki (1300 bahtów), trzy rodzaje mięs do wyboru i porcja ryżu dla każdego. Dobre, ale pod stołem piszę sms-a do Mamy wspominając, jak bardzo tęsknię za przyrządzanym przez nią schaboszczakiem.

Kolejne 150 km przez senny interior - po drodze gaje palmowe, a potem góry - i dojeżdżamy do osławionego mostu. Właściwie jest to betonowo-żelazny most na rzece Maeklong określany mylnie jako most na rzece Kwai i osławiony przez film Davida Leana o tym samym tytule. Byłam na nim w kinie z Tatą jako czternastolatka - teraz stojąc na solidnej konstrukcji mam w uszach muzyczkę gwizdaną przez żołnierzy. Przez most przejeżdża turystyczna kolejka  - jest tak szeroka, że prawie zahacza ludzi stojących po bokach. Nieopodal jest muzeum, konstrukcja upamiętniająca II wojnę, muzeum, a także tablica informująca o historii tego miejsca i kolorowa budka policji turystycznej. Plus standy, standziki, wózki - jak wszędzie w turystycznych miejscach.



Kolejny cel dzisiejszego długiego dnia, który rozpoczął się bladym świtem, to Luangta Bua Yansampanno – klasztor buddyjski w prowincji Kanchanaburi, 322 km od Bangkoku. Jego potoczna nazwa to Tiger Temple. Jak podaje Wikipedia, pierwsze kocięta, których matka została zabita przez kłusowników, zostały przyniesione do klasztoru w 1995. Nazwano je "Burza" i "Piorun". Mnisi nie tresują tu zwierząt, lecz traktują je z miłością. Dotąd nie zdarzył się atak na ludzi. Obecnie mieszka tu 14 tygrysów, a także jelenie, pawie, małpy i konie.

Duży piaszczysty teren, wstęp kosztuje 600 bahtów, trzeba też podpisać kartkę, że rezygnuje się z roszczeń wobec klasztoru w razie ewentualnych strat na zdrowiu czy mieniu. Ryzykujemy. Od razu udajemy się do kolejki - czeka się tam na swoją kolej, by wejść wraz z dwójką tygrysich opiekunów (jeden prowadzi za rękę, drugi robi zdjęcia) na wybieg z dostojnymi choć nieco ospałymi zwierzakami. Torebkę trzeba zostawić na zewnątrz, a za bramą zachowywać się spokojnie i nie drażnić zwierząt. Można je za to głaskać, a nawet pozować z nimi w wymyślnych konfiguracjach. Sierść tygrysia nie przypomina kociej - jest szorstka i sztywna.



Około 16.00 tygrysy wyprowadzane są z wybiegu przez mnichów. Za nimi idzie pochód zwiedzających. Osobliwy to orszak.



Jedziemy 3 godziny z powrotem do Bangkoku. Zaczyna się kolejna noc pełna wrażeń - busik podwozi nas do turystycznej Khaosan Road. Szósty dzień bez steka okazuje się nie do wytrzymania, więc idziemy dziś do przybytku z kuchnią tajską i europejską. Robię podejście do przysmaku, do którego przymierzałam się już w Szanghaju: opiekany skorpion. I tym razem jednak zapach mało świeżego mięska zniechęca mnie do degustacji. Stoiska z dziwactwami są tu zresztą głównie obiektem zainteresowania obiektywów, a nie zębów - dlatego za samą fotkę trzeba zapłacić 10 bahtów.



No to spróbuję czegoś innego. Na Khaosan Road co jakiś czas są stoiska z dwiema plastikowymi głowami - na jednej umocowane są fantazyjnie zaplecione warkoczyki, na drugiej - końcówki z koralikami i piórkami. Za 100 bahtów artysta najpierw zaplata mi na głowie finezyjny warkoczyk dodając kamienie li kolorowe nitki, potem go zakańcza metalowym kółkiem i zaplotą i dowiesza ozdobę z drugiej plastikowej głowy. Ja wybieram zielone piórko. W doskonałym nastroju, z piórkiem we włosach i zdjęciem tygrysa w aparacie wracamy taksówką do hotelu. To był naprawdę długi dzień.   





 
<< 5. Szklano-plastikowe oblicze Bangkoku

7. Walentynki z Buddą >>


 ZAPRASZAM TEŻ NA MOJE FILMY Z WODNEGO TARGU, ŚWIĄTYNI TYGRYSIEJ I MOSTU NA RZECE KWAE





I NA INNE FILMY Z TAJLANDII: http://www.youtube.com/playlist?list=PLN6e3xufgAmNQAhn0d52TJdhhOlZP4MFE