Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

6.01.2013

/BARCELONA/ Część 1 - Atrakcje wietrznego miasta


Wiatr - nieodłączny towarzysz spacerów po Barcelonie. Hula w szerokich alejach, błądzi po placach, spotkać go można nawet w pozornie zacisznych wąskich uliczkach. Rozwiewa włosy, podwiewa spódnicę, chłodzi w gorące dni, szarpie koszulkę, w którą ubrany jest Kolumb spoglądający na miasto i port z wysokości dwukrotnie większej niż nasz Zygmunt. Wiatr niczym motto wizyty w Barcelonie niesie zapachy miasta - rybny bukiet paelli i drażniącą woń szynki. I z wprawą animuje piękny spektakl z chmur nad wieżami Sagrady


Na wietrze powiewają tutejsze wyznania wiary - świadectwa miłości do Katalonii i do piłki nożnej, a właściwie do barcelońskiej drużyny. Flagi katalońskie można spotkać w wielu oknach w starszych i nowszych częściach miasta, a w koszulkę w charakterystyczne bordowo-granatowe pasy  ubrany jest tu chyba co drugi mały chłopiec, co czwarty młody człowiek i sam symbol miasta, Kolumb. Siedmiometrowa statua wskazuje drogę do nowego świata - a może do sportowego zwycięstwa - w koszulce rozmiaru XXXXXL. Z pewnością trudniej było go ubrać niż filigranowego sikającego chłopczyka w Brukseli mierzącego niewiele ponad pół metra.


Wiatr hula też po barcelońskich plażach. Bardziej jeszcze niż czysty piasek i szmaragdowa woda zachwyca na nich infrastruktura. Są niczym przykład tego, jak powinna wyglądać nowoczesna plaża miejska. Promenada pozwalająca na wygodny spacer suchą nogą, betonowe ławki, zarazem piękne, praktyczne i zabezpieczone przed przestawianiem, przyrządy gimnastyczne - służące do ćwiczeń nie tylko w teorii, ale jak najbardziej w praktyce i cieszące się dużym zainteresowaniem. I restauracje kuszące kartami z potrawami z owoców morza.


Jakże inaczej wygląda dziś plaża Barceloneta niż na obrazie Picassa... W tutejszym muzeum malarza można skonfrontować impresje z pobytu w Barcelonie z jej historyczną i artystyczną wizją malarza. Niebieskie dachy kamienic, już trochę kubistyczne, osiołek na plaży nieopodal naszego hotelu - jeszcze impresjonistyczny. To muzeum warto też odwiedzić się, by zobaczyć drogę Picassa od realizmu do własnego stylu - i przekonać się, że umiał malować też całkiem "zwyczajnie". I że z konsekwencją i odwagą odchodził od realizmu nie zawsze znajdując uznanie krytyki. Przed Museu Picasso stoi często długa kolejka, zwłaszcza w weekendy - warto więc wybrać się tam w dzień powszechny około 10.00. Nam udało się czekać jedynie kwadrans.

Źródło:iberianature.com
Mieszkańcy Barcelony mają jeszcze jedną miłość prócz Katalonii i piłki nożnej - jest nią Gaudi zwany tu boskim architektem i czczony jako geniusz wielki acz skromny i pobożny. W gablocie w Casa Museu Gaudi wśród rzeczy osobistych wystawiono krzyż i modlitewnik, a w skromnej sypialni architekta wyeksponowano klęcznik. Wiele faktów, o których można przeczytać w muzealnych informatorach, owianych jest tajemnicą i podszytych niejasnościami - mimo że Gaudi nie żył w odległych wiekach. Trudno oprzeć się wrażeniu, że to celowa polityka mająca zbliżyć wielkiego Katalończyka do beatyfikacji, o której mówi się coraz głośniej od czasu niedawnej konsekracji jego wielkiego dzieła, katedry Sagrada Familia, przez Benedykta XVI. 


La Sagrada Familia - perła Barcelony, wciąż under construction, ale już nieskończenie piękna. Budowana od lat osiemdziesiątych XIX wieku, ukończona ma zostać w połowie XXI wieku. Około roku 1950 krążyła nawet petycja, by zaprzestać budowy świątyni - podpisana między innymi przez Le Corbusiera. Zresztą historii, legend i opowieści związanych z Kościołem Świętej Rodziny jest co niemiara - części z nich można posłuchać na filmie w części bazyliki zamienionej w muzeum. Z ciekawostek jest tam też makieta całej Sagrady oraz pracownia architektoniczna z przeszkloną ścianą, w której można obserwować planowane prace nad katedrą. Wystawę tę można zobaczyć bez dodatkowej opłaty - na wejściówkę do samej katedry. Podobnie jak drugą ekspozycję prezentującą obrazowo, jak wiele inspiracji Gaudi czerpał z natury. Zwieńczenia wież są niczym koszyczki polnych kwiatów, schody przypominają muszlę, kolumny - pnie drzew. Wracając do ciekawostek - projekty świątyni naszkicowane przez Gaudiego zostały zniszczone w czasie hiszpańskiej wojny domowej przez katalońskich anarchistów - dlatego dzisiejszy jej kształt daleki jest od początkowych zamysłów. 


Sagrada stoi nieco wciśnięta między budynkami i ulicami - dlatego ciężko jest z odpowiedniej odległości zobaczyć fasady, a jeszcze trudniej - zrobić ładne zdjęcie. Również dlatego, że przy wieżach stoją szyje dźwigów budowlanych niczym rachityczne parodie samych wież. Od strony Fasady Narodzenia Pańskiego wchodzą grupy zorganizowane, turyści indywidualni zaś od strony nowszej Fasady Męki Pańskiej - patrząc od strony stacji metra jest to fasada tylna. Jeszcze w XIX wieku krytykowano nota bene Gaudiego za decyzję, by fasadę wschodnią budować jako pierwszą. Kolejka do wejścia stoi tu na okrągło, więc podobnie jak w przypadku Muzeum Picassa warto zaplanować zwiedzanie raczej na dzień powszedni i godziny poranne. Strażnicy dyscyplinują i tak zdyscyplinowanych i grzecznie stojących w rządku pod prowizorycznym dachem z dykty turystów; na pytanie Amerykanów, ile postoimy, mówią, że pół godziny. I rzeczywiście sprawdza się to co do minuty. 


Uiszczamy po 13,5 euro za wstęp. Najpierw zadzieramy głowy, by wypatrzyć na fasadzie jak najwięcej scen męki i ukrzyżowania Jezusa. Te, które samemu trudno jest zlokalizować, można znaleźć dzięki tablicom informacyjnym ze szczegółowymi ilustracjami i opisem po hiszpańsku, katalońsku i angielsku. To typowy zestaw języków dla opisów w tutejszych muzeach i atrakcjach turystycznych. Tablic jest sporo przed kościołem i w jego wnętrzu - więc można zaoszczędzić 4,5 euro za audioguide i skorzystać z tej bardziej tradycyjnej formy zwiedzania. Do świątyni wchodzi się przez niezwykłe drzwi z trójwymiarowymi napisami. Są na nich cytaty Biblii w różnych językach, w tym po katalońsku, z wyróżnionymi słowami-kluczami. Tradycyjny przekaz w nowoczesnej formie.


Warto zapamiętać swoje pierwsze wrażenie z wejścia do Sagrady - zanim nadgrane zostanie tysiącami obserwacji i szczegółów. Dla mnie była jak las na planecie Pandora. Kolumny - w założeniu rzeczywiście mające symbolizować drzewa - wydawały się momentami gigantycznymi Avatarami w kosmicznych maskach. Jakże dalekimi od klasycznych jońskich ślimaków, korynckich liści, kariatyd czy jakichkolwiek innych klasycznych form.


W świątyni najbardziej zachwyciła mnie przestrzeń i gra świateł. Wielokolorowe witraże barwiące ściany. Odblaski na piszczałkach organów. Okna w odcieniach błękitu wyrażające smutek i zadumę i zmieniające nastrój patrzącego. I Jezus na ołtarzu z podkulonymi nogami - bardziej ludzki i fizjologicznie ułożony niż na klasycznych przedstawieniach. 


Choć trudno o zadumę w tłumie ludzi i obok murarza cyzelującego szpachlą podłogę (po minie widać, że nie myśli o tym, w jak wielkim dziele uczestniczy), to jednak nastrój tego miejsca, jego skala, niezwykłość i wielowątkowość poruszają serce. I każą trzymać kciuki za to, by to arcydzieło zostało kiedyś ukończone.


Drugie barcelońskie must see - również związane z Gaudim  - to oczywiście Park Güell. By uniknąć tłoku przy wejściu głównym i wspinaczki pod górę do najważniejszych atrakcji parku, korzystamy z polecanego na forach podróżniczych scenariusza, by dojechać do stacji metra Vallcarca (występującej też w postach jako "Vallarca", ze zjedzonym "c") i skorzystać ze schodów ruchomych. Ta droga jest niezwykle malownicza - jadąc w górę podziwiamy widok na pagórkowatą Barcelonę.


Tak więc park zwiedzamy niejako od tyłu. Zaczynamy od punktów widokowych. Wspaniały widok - widać nawet Sagradę z towarzyszącymi jej dźwigami, metaforą syzyfowej pracy. Schodzimy w dół. Sprzedawcy zachęcają do zakupu plastikowych jaszczurek z ręczniczków. Podobno w przypadku nalotu policji w kilka sekund zwijają ręczniczek w zgrabny worek pełen towaru i szybko się ulatniają. Wizyta w Casa Museo Gaudi, fotka na najdłuższej ławce świata. Na pocztówkach wije się ona pięknie, w dzień przykryta jest szczelnie tyłkami turystów. Z daleka wygląda bajecznie, z bliska w sposób aż nazbyt oczywisty zdradza tajniki rzemiosła


Park Güell podobnie jak Sagrada Familia jest projektem de facto nieukończonym. Na początku XX wieku miało tu powstać osiedle około 60 dyskretne urokliwych willi dla bogatej burżuazji. Udało się jednak sprzedać tylko dwie parcele i w końcu tuż po I wojnie teren wykupiło miasto przekształcając je na publiczny park. Do dziś i turyści, i mieszkańcy miasta, mogą korzystać z niego bezpłatnie.

Z tarasu znad ławki patrzymy na dwa charakterystyczne budynki stojące symetrycznie przed wejściem do parku. Ich dachy przypominają lukier, a one same - piernikowe chatki. Idziemy dalej w dół. Głaszczemy ceramiczną jaszczurkę - podobno trzeba to zrobić, by jeszcze kiedyś wrócić do Barcelony. Wraz z nami głaszcze ją grupka niewidomych przyprowadzonych na wycieczkę do parku. Dla nich Gaudi to jedynie fantazyjne kształty, dla nas - przede wszystkim kolory.


Po wyjściu z parku idziemy na spacer uliczką Larrard, gdzie w jednym z budynków reklamowany jest pokaz "Gaudi w 4D". Drogi, zaledwie kilkunastominutowy i nie cieszący się dobrymi rekomendacjami w Internecie, więc rezygnujemy. Ale przed wyjściem fotografujemy się z podobizną najsłynniejszego katalońskiego architekta


Kolejny punkt w zwiedzaniu Barcelony i podziwianiu dzieł Gaudiego to Casa Batlló. Atrakcja dość droga, bo znajdująca się w rękach prywatnych i nie subwencjonowana przez państwo. Bilet kosztuje 20 euro z ogonkiem; dobrze, ze audioguide jest już w cenie. I dobrze, że bilety kupiłam online, bo omijamy kolejkę - wejściówka bookowana przez Internet nie jest na szczęście ważna w konkretnym dniu czy na wybrane godziny, co pozwala wybrać się do Casa Batlló niejako przy okazji spaceru po okolicach Plaça de Catalunya. Domu przy ulicy Passeig de Gracia nie sposób przegapić, choć na tej reprezentacyjnej alei sporo jest pięknych budynków. Fasada gruntownie przebudowana przez Gaudiego na zlecenie bogatego przemysłowca kamienicy symbolizuje walkę świętego Jerzego, patrona Katalonii, ze smokiem. Najlepiej widać to na tarasie na dachu - kolorowe płytki układają się w grzbiet potwora.


W samym domu można zwiedzać tylko kilka kondygnacji, reszta nadal jest zamieszkała. Pięknie wykończone okiennice i framugi, trochę mebli, niezwykła niebieska klatka schodowa. Z niższego tarasu można obejrzeć tył kamienicy. Prócz tego na ostatnim piętrze wyświetlany jest artystyczny filmik o inspiracjach związanych z koncepcją kamienicy. A na do widzenia wychodzącym gościom macha hologramowy Gaudi z charakterystyczną brodą.


Barcelona to jednak nie tylko atrakcje XIX i XX-wieczne. Warto zobaczyć też starsze oblicze miasta - Barri Gotic. Dzielnicę gotycką zwiedzamy od jej najbardziej prominentnego punktu, katedry La Seu. Na jej schodach siedzą grupki ludzi, grajek pięknie interpretuje na skrzypcach Vivaldiego. Słońce intensywnie rozświetla fasadę, a we wnętrzu kościoła i tak średniowieczny mrok i chłód. Można by pomyśleć, że o ile wejście do Sagrady przeniosło nas na Pandorę, o tyle krok do katedry św. Eulalii był niczym podróż w czasie. O tym, że mamy XXI wiek przypominają jedynie ekraniki z filmami edukacyjnymi, o tym, ze w kościele należy być cicho i nie wchodzić roznegliżowanym. I może ołtarz - na pewno przynajmniej o 400 lat młodszy niż sama XIV-wieczna katedra. Ale jakże piękny - wydaje się, jakby krzyż stanowiący jego centralny element unoszony był przez anioły. 


W przewodniku przeczytałam, że na zwiedzanie La Seu warto zarezerwować sobie godzinę. Myślałam, że to przesada, ale rzeczywiście samo obejrzenie kilkunastu ołtarzy bocznych, przeczytanie podpisów, spojrzenie na alabastrowy nagrobek św. Eulalii, zachwycenie się stallami i wjazd nie średniowieczną acz wiekową windą na dach katedry i obejrzenie z tej perspektywy wąskich uliczek Barri Gotic zajmuje przynajmniej 60 minut.


Po wyjściu z katedry warto udać się do czworobocznego krużganka, w wirydarzu znajduje się tam mały staw z fontanną, wokół którego spaceruje trzynaście gęsi - tyle, ile lat miała patronka La Seu w chwili męczeńskiej śmierci. A potem pobłądzić wąskimi uliczkami dzielnicy gotyckiej. Nad jedną z ulic zachwycił nas drewniany łącznik, w bramie koło ratusza przypadkiem odbywała się wystawa koronek, a w jednym z pomniejszych kościołów pierwszy raz zobaczyłam ciężarną Matkę Boską. Dlatego właśnie fajnie jest się na chwilę zgubić w Barri Gotic. Tym bardziej, wąskie uliczki dzielnicy gotyckiej to jedno z nielicznych miejsc w Barcelonie, w których nie hula wiatr od morza.



__________________________

Zapraszam na dalszą częśc tekstu: >>> Część 2: Katalońskie motywy, rytmy i smaki i na filmy z Barcelony: >>> Youtube.com: Barcelona by ManiaPodrozowania oraz do zakładki "Porady", w której umieściłam aktualne ceny różnych atrakcji w Barcelonie.

5.07.2013

/ALLGÄU/ Bawarska majówka


Wiosna w tym roku spóźniona i pogoda w kratkę, ale w Allgäu słońce coraz śmielej wygląda zza chmur, Alpy prężą się na tle błękitnego nieba i łąk upstrzonych mleczami. Krowy wystawiają łby z obory wciągając pełną piersią wiosenne powietrze, majowe procesje, tańce i festyny odbywają się bez przeszkód i w dobrych nastrojach, a w kartach dań królują szparagi i truskawki.


Allgäu - region w południowo-zachodniej części Bawarii i południowo-wschodnim fragmencie Badenii-Wirtembergii - to miejsce niezwykłe. I architektonicznie - ze względu na takie perły, jak rokokowy kościół Wieskirche czy gotycki zamek Hohes Schloss w Füssen pokryty malunkami iluzjonistycznym, i obyczajowo - dawno nie bawiłam się tak, jak w czasie festynu z okazji stawiania drzewka majowego w Dießen am Ammersee, i przyrodniczo - może dlatego, że zwierzęta traktuje się tu z ogromnym szacunkiem: przy drogach są nawet specjalne osłony chroniące żaby przed przejechaniem przez samochody. Żabki, które chcą przejść na drugą stronę, zbiera się przy zielonej siatce i transportuje ręcznie.



Zacznijmy od majowych zwyczajów. W kwietniu, z okazji dnia świętego Jerzego, w pierwszą niedzielę po 23 kwietnia odbywa się niezwykła procesja - Georgiritt. Można ją oglądać od wieków w kilku miejscach Bawarii - między innymi na górze Auerberg, na której stoi kościół pod wezwaniem pogromcy smoków. Podobnie jak w czasie jesiennych obchodów dnia św. Leonarda (Leonhardiritt), tak i w czasie Georgiritt najpierw odbywa się msza polowa połączona z błogosławieństwem zwierząt domowych. Potem zaś następuje najbardziej widowiskowa część uroczystości: przemarsz ustrojonych kwiatami koni, ludzi w strojach ludowych i rzymskich oraz kapel.


Pierwszego maja z samego rana warto pojechać na przykład do Dießen czy do Bad Kohlgrub i zarezerwować sobie kilka godzin na niezwykły spektakl: stawianie drzewka majowego Maibaum. Drzewko to mało powiedziane - jest to ważący kilkanaście ton długi okorowany pień pomalowany w bawarskie barwy stanowiący z antropologicznego punktu widzenia przykład osi świata (axis mundi) lub też falliczny symbol płodności. Najpierw jego podstawa umieszczana jest w specjalnej obejmie. Następnie w czasie półtoragodzinnego rytuału Maibaum wznoszone jest do pionu. Pomału, po kawałeczku, z użyciem siły mięśni i skomplikowanego systemu drągów połączonych sznurami podnoszone jest na komendę centymetr po centymetrze. Tradycyjny zwyczaj backupowany jest przez nowoczesną technikę: drzewo zabezpieczone jest taśmą przymocowaną do liny połączonej z wyciągarką. Po każdym minispektaklu, którym jest podniesienie drzewka o kolejny stopień lub dwa do góry, operator wyciągarki dba o naprężenie liny. 


Wydarzenie to - trwające dobre półtorej godziny - obserwuje w skupieniu tłum ludzi. Operator bawarskiej telewizji biega z kamerą i przeprowadza wywiady z mistrzami ceremonii, którzy wydają komendy mężczyznom podnoszącym Maibaum. Napięcie rośnie - drąg zbliża się do pionu. Ktoś dyskretnie szykuje już litrowe kufle z piwem przeznaczone dla siłaczy, którzy tak dzielnie pracowali. Miejscowy bezdomny podszywa się pod członka ekipy i też sięga po szczodrze wypełniony kufelek. Drąg z kogutem na szczycie dochodzi do pionu. Tłum klaszcze, atmosfera się rozluźnia. Szczupły gość z papierosem przyrośniętym do ust zabezpiecza konstrukcję, reszta uczestników imprezy ustawia się do pamiątkowej fotki. W tle młodzi chłopcy uwijają się przy rozkładaniu stolików i ław.


Nastrój zmienia się o 180 stopni - pryska skupienie i powaga towarzyszące pionizowaniu ciężkiej konstrukcji. Ludzi zaczynają głośno rozmawiać, panie śmieją się i zajmują co lepsze miejsca przy stolikach, panowie ustawiają się w kolejce po piwo. Rozpoczyna się festyn: w jednym namiocie można dostać za 6 euro piwo - klasyczne lub pszeniczne - w litrowym kufelku, w drugim sprzedawane są różnego rodzaju kiełbaski, w trzecim zaś - kawa i domowe ciasta. W tle odbywa się dekoracja drzewka - metalowe motywy symbolizujące różne cechy wwożone są na podnośniku i umieszczane na różnych wysokościach. Godziny mijają, a towarzystwo w coraz lepszych humorach. I słońce życzliwie uśmiecha się z góry.


Wieczorem ciąg dalszy pierwszomajowych uroczystości. Drzewko już ustawione i udekorowane, więc trzeba teraz wokół niego zatańczyć. Rytuał ten, zwany Maitanz, wyraża życiodajne siły natury - i rzeczywiście tancerzom nie brakuje wigoru. Ale nie uprzedzajmy faktów. Póki co widzowie zbierają się wokół trawnika, orkiestra stroi instrumenty, czekamy na spektakl. Dzieci i młodzi ludzie w strojach ludowych ustawiają się w grupkach. Ostatni trębacz dobiega zdyszany tuż przed rozpoczęciem spektaklu.


Najpierw burmistrz wita przybyłych, potem orkiestra gra kilka kawałków na rozgrzewkę, a następnie pierwszy tancerze wchodzą na scenę - czyli na trawnik wokół drzewka majowego. Jest po 20.00, ale jeszcze jasno. Najpierw tańczą małe dzieci z dużymi półkolami z bukszpanu. Pary ustawione są według wzrostu. Mała dziewczynka na końcu wciąż nie nadąża za resztą i szybko przebiera małymi nóżkami. Dodatkowo ma wyraźne problemy z utrzymaniem półkola mimo całkiem sprytnej techniki trzymania. Po tańcu z wyraźną ulgą schodzi ze sceny.


Potem tańczy młodsza młodzież, a następnie starsza. W finale dwa najtrudniejsze układy: taniec połączony z przeplataniem wstęg przyczepionych do Maibaum i bawarskie podskoki przy akompaniamencie jodłowania. Najpierw dziewczyny i chłopcy misternie zaplatają koszyczek z atłasu, a potem tańczą tak, by odplątać wstążki.


Majówkową noc w Bawarii też można spędzić muzycznie. 3 maja w Wieskirche udało nam się wysłuchać trzech koncertów zorganizowanych z okazji 275 rocznicy przeniesienia do tej niezwykłej rokokowej świątyni statui cierpiącego Chrystusa. Najpierw rozbrzmiewają organy główne - historyczne, z XVIII wieku - potem odzywają się małe współczesne organy ustawione przy ołtarzu. Dialog instrumentów trwa, słońce powoli zachodzi, przez okna przebija się szafirowe światło.


Chwila przerwy i druga godzina koncertu - utwory na cztery ręce (i cztery nogi) grane na historycznych organach głównych. Słychać, że dopiero co je odnawiano - dźwięk jest czysty i potężny. Trochę muzyki barokowej tak doskonale harmonizującej z wnętrzem świątyni, trochę utworów niczym z filmów o wampirach. Znów kwadrans przerwy. Przed ołtarzem orkiestra rozstawia krzesła i instrumenty. W kościele panuje taki chłód, że z ust idzie para: co doświadczensi widzowie owijają się w koce, a dyrygentka zakłada beret. Batuta w górę, rzut oka na organistę i orkiestra wraz z małymi organami zaczyna grać Haendla i Haydna. Za oknami ciemna noc, zaczyna padać deszcz. Proboszcz błogosławieństwem żegna wytrwałych słuchaczy. 


Wieskirche to tylko jedna z licznych pereł architektury tego regionu - to właśnie w Allgäu znajduje się przecież słynny zamek Neuschwanstein, najbardziej chyba osławiony niemiecki zabytek znany z puzzli, pocztówek i Disneylandów. Kościół w Wies robi wrażenie nie tylko kunsztem wystroju, lecz również swym religijnym wymiarem - z lewej strony ołtarza w małym korytarzu można obejrzeć wota ofiarowane przez wiernych, których modlitwy zostały tu wysłuchane. Losy ludzkie zawarte w obrazkach, listach, zdjęciach... Również kościół pod wezwaniem św. Marii w Dießen oraz wnętrza rezydencji w Kempten zachwycają barokowym flairem i niezwykłą atmosferą. Znawcą architektury nie jestem, ale przewodniczka 70+ o aparycji i stylu nauczycielki ze szkoły dla dziewcząt, która oprowadza nas po rezydencji, każdego potrafiłaby zainteresować detalami wystroju wnętrz. Suniemy po nich w muzealnych kapciach i słuchamy bezcennych ciekawostek - takich na przykład, że większych zniszczeń dokonał tu dym z papierosów właściciela niż druga wojna.


Słowem-kluczem majówki w Bawarii jest dla mnie iluzja... Jednym z jej przejawów są niezwykłe obrazo-freski, które spotkać można zarówno w Wieskirche, jak i w rezydencji w Kempten. To takie historyczne 3D: figura mityczna na suficie jednej z sal namalowana jest niemal w całości kolorowymi farbami, jedynie rękę wyciąga dramatycznie w formie rzeźby. Zdradza to cień na ścianie dodający plastyczności scenie. Albo zasłona - wygląda jak z tkaniny, a jest stiukiem z trójwymiarowymi frędzlami z gipsu. 


Jeszcze bardziej sugestywne jest malarstwo iluzjonistyczne na murach gotyckiego zamku Hohes Schloss w Füssen. Wygląda on jak z bajki - wydaje się, że zaraz z okna w wykuszu wychyli się księżniczka w wysokiej stożkowej czapce z tiulowym welonem. Ale nie: nie ma tu bowiem zarówno księżniczki, jak i wykusza: to tylko złudzenie wywołane geniuszem mistrzów pędzla. Tym większym, że stworzyli te malunki pod koniec XV wieku. W jednej z tutejszych wież trzeba zapłacić, by wejść na górę i podziwiać widok na miasto, ale na drugą, skromniejszą, można wejśc bez biletu. Polecam, bo warto.


Co jeszcze jest tu iluzją?... Choćby czas odmierzany przez zegar na wieży klasztoru w Steingaden. Mówi się, że w Bawarii zegary chodzą inaczej. I to nie tylko dlatego, że czas jakby się tu w niektórych miejscach zatrzymał. Również z powodu zabawnego qui pro quo ze wskazówkami. Jak wygląda za pięć dwunasta po bawarsku? Otóż inaczej niż gdzie indziej, bo duża wskazówka odpowiada tu za godziny, a mała za minuty. Jest w tym jakaś logika - przecież godziny są ważniejsze od minut... 


Szkoda, że i godziny, i minuty majówki płyną tak szybko. Ostatnie piwo na Marienplatzu w Monachium - w miejscu, gdzie jak mówi szyld wynaleziono tutejszą białą kiełbasę - i najdłuższy weekend nowoczesnej Europy, tak pełen przeżyć i wrażeń, nieuchronnie dobiega końca.  



Zapraszam też na moje filmy o atrakcjach i zwyczajach Bawarii: