Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

11.16.2011

/EGIPT/ On- i offroad w Egipcie


Ciężki oddech Kairu
Kair powitał mnie zapachem świeżej krwi. Wysiadamy z samochodu prosto w czerwoną kałużę - ludzie szlauchami zmywają właśnie z chodników resztki po dzisiejszym rytualnym zabijaniu baranów. Nic dziwnego – akurat trwa Święto Ofiar zwane tutaj  Bayram – najważniejsze święto muzułmańskie upamiętniające ofiarę Abrahama. Za Wikipedią: Abraham (Ibrahim) według islamu miał złożyć w ofierze Bogu swego syna Izaaka, Bóg jednak, widząc oddanie Abrahama, pozwolił mu złożyć w ofierze barana zamiast dziecka. Na pamiątkę tego wydarzenia składa się ofiary ze zwierząt. Na ulicach Kairu w niedzielę z rana widać było stada baranów, po południu martwych baranów, potem wiszące w sklepach mięcho, a wieczorem już jedynie kałuże krwi na ulicach…

Kair powitał mnie też zgiełkiem o niespotykanej  dotąd formie i nasileniu. Rzężenie niesprawnych układów wydechowych, rozmowy przypominające kłótnie, dobiegający z oddali śpiew muezina, szum klimatyzatorów, arabska muzyka, taksówki – a są ich w Kairze tysiące – trąbiące na każdego zauważonego na chodniku turystę… I tak dzień w dzień i noc w noc.

Wieczorem idziemy do restauracji Abou el Sid. Menu wspaniałe – baranina, aromatyczne dania warzywne… Łamię wszystkie moje postanowienia spowodowane lękiem przed zemstą faraona i jem sałatkę z nieobranych warzyw oraz sos jogurtowy. Julia zdradza mi, że mniej ważne, jakie potrawy się tu jada, ważne czy ktoś, kto je przygotowywał, umył ręce - a na to wpływ mamy niewielki. A więc wszystko w rękach Allacha lub może faraona.  Lokalne piwo Stella (choć pod auspicjami dużego koncernu spożywczego, jednak warzone w Egipcie) pyszne, kosheri też.  To danie składające się głównie z ryżu, makaronu i soczewicy oraz sosu pomidorowego było kiedyś daniem biedoty, dziś można zaś dostać je również w droższych miejscach – takie jak to, w którym siedzimy. Arabska muzyka towarzyszy nam tu niemal wszędzie. No może poza kafejkami na Zemeleku i fast foodem Hardees na placu Tahrir, w którym zawsze leci Eminem. Ciekawy kontrast – kobiety w chustach na głowach jedzące hamburgery, cała ubrana na czarno ninja wsuwająca dyskretnie frytki pod czarny welon zakrywający jej twarz – i do tego „Look at how I dress fucking baggy sweats, go to work - a mess - always in a rush to get back to you”.



Nota bene: Egipcjanki są na drugim miejscu w ogólnoświatowym rankingu otyłości kobiet...


Gdy wracamy do domu, coś przebiega nam po nogach. Choć wychudłych kotów o przyszarzałym futerku jest w Kairze mnóstwo, to to chyba jednak był szczur. Z niepokojem pytam Julię, co to było, a ona ze spokojem odpowiada: „Umówmy się, że mały kot”.


W zgiełku i zapachu, którego opisać nie sposób, spędzam tylko jedną noc. Czas na offroad – wyprawę na pustynię czarną, białą, kryształową i westernową. Pobudka piąta rano (czyli dla mojego organizmu – czwarta rano) i w drogę.

Barwy pustyni
Jedziemy dobre 6 godzin dziewięcioosobowym busikiem z Kairu. Najpierw ze stacji metra Giza zabieramy jeszcze parę Belgów. Nasz kierowca zapewnia nas, że poczekamy „five minutes” – na szczęście wiemy, że w wolnym przekładzie oznacza to „pół godziny”, więc czekamy spokojnie. Nie marnuję czasu – udaje mi się sfotografować psa odpoczywającego na masce samochodu.



Nasz busik nie jest wyposażony w pasy, ma za to na suficie sporo naklejek gwarantujących szczęście i pomyślność. Przednia szyba ma tyle pęknięć, że powinna rozpaść się od drgań na egipskich drogach. Ale chyba naklejki rzeczywiście przynoszą nam szczęście, bo prujemy 140 km/h po pustej niemal szosie, hamując jedynie przed rozmieszczonymi co jakiś czas w najmniej spodziewanych momentach i do tego zupełnie nie oznakowanymi „leżącymi policjantami”. Dobrze, że nasz kierowca, choć nie zna angielskiego (poza „one minute” czyli 15 minut i wspomnianym już „five minutes”), to drogę zna doskonale i dokładnie wie, gdzie przyhamować. Co jakiś czas zatrzymuje nas patrol wojskowy, droga się dłuży, bo za oknami tylko piach, piach, piach i linie energetyczne.


Dojeżdżamy do  Eden Garden w Baharyii  – pseudooazy dla turystów prowadzonej przez Talata. Talat mimo tradycyjnej galabii zachowuje się po europejsku i całuje nas cztery razy w policzki. Odkąd o jego pustynnych wyprawach napisano w Lonely Planet nie narzeka na brak chętnych i stał się prawdziwym potentatem finansowym. Gawędzi z nami chwile, również bardzo po europejsku, kątem oka widzimy, jak Belgijka z pary, która przyjechała z nami do oazy busikiem, kąpie się w gorącym siarkowym źródle zupełnie nago. Trochę zaczynam rozumieć, czemu białe kobiety mają tutaj tak złą sławę.


Po posiłku w oazie ruszamy na trzydniową wyprawę na pustynię landcruiserem z naszymi przewodnikami – dwoma Arabami. Starszy ma 28 lat, skończył właśnie studia i tuż po naszej wyprawie musi zgłosić się do wojska, bo został właśnie powołany. Młodszy to jego szesnastoletni kuzyn – jak się okazało mistrz darbuki: wieczorami cierpliwie uczył nas wybijać rytmy na bębenku paląc przy tym mentolowe Marlboro i zaglądając do garnków, gdzie pichcił dla nas warzywny sos i ryż po arabsku (podobnie jak makaron po arabsku najpierw smaży się go na bardzo dużej ilości oleju, a potem dopiero zalewa wodą). Przyrządzał dla nas też pyszną herbatę ze świeżą miętą. Co ciekawe, Egipcjanie nie są oszczędni jeśli chodzi o cukier (do każdego czajniczka z herbatką nasz przewodnik wrzucał 10 łyżeczek cukru), bardzo za to uważają z solą (każdą potrawę w Egipcie – może prócz kulek serowych – musiałam dosalać).


Trzy dni widoków, których nie oddadzą żadne zdjęcia. Trzy dni jazdy samochodem przy dźwiękach arabskiej muzyki. Trzy dni na pustyniach, które są tak odmienne od tego, co dotąd widziałam. Pierwszą z nich, Black Desert,  pokrywa zastygła czarna lawa, a wydmy mają kształt wulkanicznych gór. Druga, Crystal Desert, to park narodowy z lśniącymi w słońcu skałami ze stalaktytami i stalagmitami. White Desert, 45 km na północ od Farafry, jest obszarem z niezwykłymi kształtami uformowanymi prze pustynny wiatr. Białe kredowe połacie wyglądają tak, jakby pustynię pokrył lód. I wreszcie klasyczna Western Desert przypominająca Grand Canion.


Wieczorem śpiewaliśmy przy ognisku przy dźwiękach darbouki, na grillu nad ogniskiem piekły się kurczaki, odgadywaliśmy nazwy gwiazd na firmamencie. Spaliśmy pod gołym niebem osłonięci tylko parawanem z barwnej tkaniny. Koc z wielbłądziej wełny nie ustrzegł mnie przed nocnym zimnem i wiatrem – zastanawiałam się, czy jak jeszcze bardziej osłonię twarz, to się uduszę, czy jednak mogę jeszcze trochę naciągnąć koc na nos. Pod głową uwierały mnie buty – jest to ulubiony gadżet fenków kradziony ponoć ze względu na przyjemny dla lisków zapach.  A głupio byłoby stracić jedyne buty. 


Nie zabrakło nam przygód różnych. A to awaria pompy paliwa, a to landcruiser zakopał się w piachu. Drugie auto wyciągało go na drelichowym pasku zaczepionym za pomocą klucza o zderzak. Jeden klucz się wygiął, drugi złamał, przy trzecim podejściu wreszcie się udało.


Jedziemy parę kilometrów, potem spacer, zdjęcia, zjeżdżanie na desce snowboardowej z wydmy, czasem przekąska albo jakieś magiczne źródło – jak miło przemyć ręce, czasem resztki zmumifikowanego ciała w jaskini. W czasie przerw nasi kierowcy raz wyjmują dywaniki, by się pomodlić, a raz skręty, by się odprężyć. Piach trzeszczy w obiektywie, muchy brzęczą koło twarzy, ciało zaróżowia się od słońca.  Całe dnie pełne bezkresnych przestrzeni, nieoczekiwanych barw i arabskiej muzyki. Niezapomniane dni.



Kairska kakofonia
Wracamy. Julia musi popoprawiać jeszcze kilka wypracowań szkolnych. Na jej biurku zauważam ściągawkę – kartkę ze zdjęciami jej uczennic.  Wszystkie z ciemnymi włoskami zebranymi w kucyki, ubrane w mundurki, co druga z aparatem na zębach. Przy niektórych zdjęciach dopiski pomagające odróżnić od siebie bliźniacze niemal twarzyczki. W razie czego zawsze można rzucić w tłum imię Farrida, Fara, Malak, Nada, Myrna lub Sara – uczennice o którymś z tych modnych imion są w każdej klasie. W szkole Julii jest odźwierny, specjalny pracownik do załatwiania spraw urzędowych, a nawet osobna pani do obsługi kserokopiarki – trudno powiedzieć, czy to urok, czy przekleństwo taniej siły roboczej.
Julia pracuje, więc sama wybieram się na zwiedzanie Kairu. Może dziś Muzeum Egipskie i słynny plac Tahrir? Ale żeby tam dotrzeć, muszę skorzystać z taksówki. To chyba jedna z najbardziej stresujących sytuacji. Kair jest ogromny, więc kierowcy zwykle nie znają adresu, który im się podaje. Z reguły się do tego nie chcą przyznać, tylko jadą po prostu w innym kierunku. Jeśli się przyznają, to i tak trudno się dogadać, gdzie to jest – zwłaszcza, ze taksówkarze z reguły nie umieją czytać mapy i pokazanie im celu na planie miasta absolutnie nic nie daje. Jeszcze gorszym problemem są pieniądze. Do czarnych taksówek nie ma co wsiadać, bo nie mają one taksometrów.  Białe co prawda taksometry mają, ale kierowcy włączają je bardzo niechętnie udając, że nie wiedzą, o co chodzi pasażerowi krzyczącemu „taxometer, please”. Jeśli nie uda nam się namówić kierowcy na włączenie taksometru, to trzeba po dojechaniu na miejsce wcisnąć mu do ręki kwotę odliczoną według uznania i szybko zmykać. Niektórzy wysiadają, gonią pasażera i dyskutują gestykulując i krzycząc. Jeśli z kolei uda nam się namówić kierowcę na włączenie taksometru, to trzeba uważać, czy nie kręci się on za szybko. No i oczywiście cały czas patrzeć, czy jedziemy w odpowiednim kierunku.



Zbiory w Muzeum Egipskim imponujące. Brakuje tylko Nefretete – ją widziałam w Ägyptisches Museum w Berlinie; jest kością niezgody pomiędzy Niemcami a Egiptem. Eksponaty w starych gablotach z lat 70-tych, opisy na pożółkłych karteczkach wykonane na klasycznej maszynie do pisania. Kilka różnych numeracji – ciężko czasem się zorientować, co jest czym – zwłaszcza korzystając z elektronicznego mikroportu ze słuchawkami. W samym muzeum nie widać zniszczeń spowodowanych rewolucją; widać je za to na zewnątrz – w tle muzeum stoi okopcony budynek jednego z ministerstw z wypalonymi oknami.
Przy wejściu do budynku muszę w specjalnym depozycie oddać aparat. Gruba Egipcjanka bierze go, kładzie na zakurzoną półkę i wydaje mi drewniany pseudonumerek z jakimiś napisami flamastrem. Przy odbiorze dobre pięć minut szuka aparatu – zresztą zupełnie gdzie indziej niż go położyła, w tym czasie przede mnie wciskają się tubylcy, którym śpieszy się, by odzyskać swój sprzęt. Oddycham z ulgą, gdy aparat ląduje w moich rękach.
Po dwóch godzinach zachwycania się drewnianymi sarkofagami chcę skorzystać z toalety. Na WC w muzeum napisy „No tips” w czterech językach – a pod nimi po cztery kobiety w chustach czekające na bakszysz.
Zaledwie kilkadziesiąt kroków i jedną kontrolę dokumentów od muzeum znajduje się plac Tahrir – świadek styczniowej rewolucji oraz codziennych niemal rozruchów. Obserwuję, jak zbierają się na nim ludzie – wojsko szybko ich rozgania. Mimo chusty na głowie i spódnicy do ziemi rzucam się w oczy – co chwila jakiś mężczyzna próbuje mnie na coś namówić lub coś mi sprzedać. Aż wzdragam się na myśl, ile razy usłyszałam tam „Welcome to Egypt”…


Wieczorem niezapomniany rejs felukką po Nilu. Zachód słońca nad wieżowcami. Falukka kręci się w kółko obsługiwana przez mało wprawną dwuosobową załogę składającą się ze starego grubego Araba i młodego pomocnika. Mamy ze sobą własną whisky – piwa lepiej nie brać, bo trudno wtedy wysiedzieć kilka godzin bez przybijania na ląd. Nil wbrew moim obawom jest niemal bezwonny. Po tafli wody niesie się kakofonia – na każdej łódce i statku-restauracji odgrywany jest inny arabski utwór.


W dzień kolejny postanawiam zwiedzić dzielnicę koptyjską. Ku mojemu zdziwieniu okazuje się ona najpiękniejszym miejscem w całym Kairze. I jedynym schronieniem od wszechobecnego tłumu i hałasu. By oszczędzić sobie taksówkowego stresu postanawiam skorzystać z metra. Jestem w nim jedyną białą osobą. Wsiadam do wagonu tylko dla kobiet – Arabki w chustach na głowach i ninje przyglądają mi się bacznie. Dzielnicy koptyjskiej pilnują żołnierze z nabitą bronią. Wchodzę za mury. Rozkoszuję się spokojem i piaskowej barwy bizantyjską architekturą. Szukam muzeum, każdy pytany pokazuje mi inny kierunek. Zwiedzam piękny i czysty cmentarz, potem kilkaset metrów dalej znajduję jego gorszego brata – z poniszczonymi nagrobkami, śmieciami i brudem.


Muzeum Koptyjskie to prawdziwy insider tip – imponujące zbiory, a brak tłumów, które utrudniały oglądanie eksponatów w Muzeum Egipskim. Tu także niestety – podobnie jak w kilku kościołach – „no foto”, więc znów oddaję aparat w zamian za drewniany numerek. W muzeum ewangelia z XIII wieku ze wstępem po arabsku, szaty liturgiczne z V wieku, malowidło z Adamem i Ewą z XI wieku, książki ze słynnej biblioteki Nag Hammadi… Tu nie ma starych gablot – wszystko aż lśni, a na kolejne piętra prowadzą schody wyposażone w specjalne instalacje dla niepełnosprawnych – jedyne, jakie widziałam w całym Kairze.
Z dzielnicy koptyjskiej idę w kierunku Nilu, by mostkiem dla pieszych przejść na wyspę Roda. Przechodzę przez slumsy, których zapachu nigdy nie zapomnę. Tłum kłębi się przy okienku, gdzie wydawany jest reglamentowany chleb po 50 piastrów (25 groszy) za sztukę. Dzieci oblepiają mnie brudnymi rękami. Koty słaniają się na nogach. Na kupie śmieci parkuje wrak samochodu. Niemowlak siedzi i ryczy, łażą po nim muchy. Z oddali dochodzi zapach dzielnicy zbieraczy śmieci.



Docieram do ulicy wzdłuż do Nilu. Jak zwykle opakowana tubylcami przechodzę przez ruchliwe pasy – trzeba było jednak iść do wiaduktu zamiast lawirować między pędzącymi autami. Najważniejsze przy przechodzeniu przez ulicę to pod żadnym pozorem się nie zatrzymywać – bo wtedy już się tak będzie stało bardzo długo na środku ulicy, a jak się idzie, to samochody MUSZĄ zwolnić. Trudno opanować odruch, który każe się zatrzymać, gdy pędzi na ciebie auto – ale trzeba się przełamać, by tu przeżyć.
Na wyspie muzeum Oum Kalthoum – śpiewaczki egipskiej czczonej tu niczym Elvis. Jej stroje, słynna chustka, którą trzymała w ręku gestykulując patetycznie w czasie koncertów. I biblioteka multimedialna z nagraniami. Muzeum jest tak ważnym obiektem strategicznym, że siedzący przy wejściu mężczyźni w mundurach spisując dane z paszportu wchodzących osób, a potem jeszcze dla pewności zadają sakramentalne pytanie (tak często powtarzane przez ulicznych podrywaczy) „Where are you from?”. Nota bene na odpowiedź, że jest z Niemiec, Julia kilka razy otrzymała całkiem poważną odpowiedź „Aaa, Hitler, good”. Koło muzeum Oum Kalthoum słynny nilometr pozwalający ocenić stan wody w Nilu; po kupieniu biletu można wejść do okrągłego budyneczku i zejść schodami na sam dół. A potem posiedzieć na murze zwieńczającym Rodę i popatrzyć na leniwie płynący Nil oraz stateczek-restaurację o intrygującej nazwie „Nil Peking”.



Znów przejście slumsami, metro, plac Tahrir – dziś demonstruje tu większa grupka ludzi. Wszędzie bannery wyborcze. I taksówką do Zemelek – ekskluzywnej jak na kairskie warunki dzielnicy bogatych ludzi i ambasad. Są tu drogie sklepy „fair price”, eleganckie butiki z odzieżą (podobnie jak w całym mieście – osobne z ubraniami dla mężczyzn i dla kobiet), pseudoparyskie i pseudonowojorskie kawiarenki, w których brzmią wyświechtane chansons lub Ricky Martin oraz ambasady strzeżone przez uzbrojonych po zęby żołnierzy z bronią z bagnetami. Za to palacze mogą w Kairze poczuć się jak w wolnym kraju – żadnych ograniczeń i zakazów, nic nie stoi na przeszkodzie, by pozaciągać się aromatycznym dymem nad espresso w „american style” kafejce na rogu.

Wieczorem islamska starówka. Jeden olbrzymi, tętniący życiem, kolorowy, śmierdzący, oszałamiający bazar. I wystające z niego budynki meczetów i wieże minaretów. Szal przed sklepikiem kosztuje 10 funtów, w sklepiku już minimum 100. Sprzedawca sprytnie operuje płomieniem z zapalniczki przy ewidentnie plastikowym naszyjniku udowadniając, że nie jest on wcale zrobiony z plastiku. Papirusy na bananowych skórkach leżą w zakurzonych foliach. „Where are you from?”, „Czeszcz Polska”, „Wie geht es Dir?” rozlega się ze wszystkich stron.



Oczywiście cytadela to także obowiązkowy punkt programu - jak piszą w przewodnikach nawet będąc tylko jeden dzień w Kairze należy się tam udać. Duży meczet, wspaniały widok na miasto. I - piramidy w tle

Last but not least piramidy i sfinks. Najbardziej pożądana atrakcja turystyczna. Piramidy w Gizie kusiły mnie od pierwszego dnia pobytu – najpierw z okien samolotu, potem na tle bloków w czasie przejazdów przez Kair. Jedziemy samochodem. Sprzedawcy fałszywych biletów nie mają u nas szans – na szczęście przestudiowałam wszystkie ostrzeżenia w Lonely Planet. Julia wjeżdża samochodem na parking, ja przechodzę przez kontrolę, żołnierz mruga do mnie okiem i nazywa Shakirą. Jedna ręka w kieszeni, a druga na obudowie aparatu – by nikt ze sprzedawców nie włożył mi niczego do ręki. Ktoś kusi nas przejażdżką na koniu, ktoś inny rundką na wielbłądzie. Odmawiamy – „perhaps you change your mind, my camel’s name is Michael Jordan”, zachęca Arab. Cena niska – 20 funtów (czyli 10 złotych). Ale wiemy, że gdy damy się porwać na pustynię, właściciel Michael Jordana zażąda następne 100 funtów za powrót…
Piramidy. Czy zbudowali je tacy ludzie, jak ci, którzy teraz krzyczą do nas „Welcome to Alaska” (żartobliwa forma „Welcome to Egypt” stosowana w upalne dni – jak ten)? Jak przetrwały tyle czasu w tym kurzu, słońcu, smogu? Która jest najpiękniejsza? Moim ulubieńcem jest piramida Chefrena z pięknie zachowanym zwieńczeniem. Julii podoba się słynna – największa z trzech dużych piramid w Gizie – piramida Cheopsa. Idziemy w kierunku pustyni – w tle miasto, przed nami w jednej linii trzy małe piramidki i trzy duże piramidy. Chowamy się za najmniejszą; niemal udało nam się uciec od tłumu – zaczepia nas jedynie jakiś udający oficjela gość w mundurze marynarskim, ale wycofuje się szybko słysząc „I don’t think you are an official guide here”. Kontemplujemy dostojne cuda świata. Potem w dół do sfinksa. Zaskoczyły mnie jego masywne - nieproporcjonalnie długie - łapy. Jedna całkiem okryta ninja w rękawiczkach robi drugiej zdjęcie na tle sfinksa. Czy ktoś rozpozna, która z ninj jest na zdjęciu? Wszyscy Japończycy muszą mieć oczywiście fotkę z serii „całuję sfinksa”. A Julia pozuje na jego tle z zadartą głową – jak Oum Kalthoum. Wszystkie moje zdjęcia ze sfinksem wychodzą nieostre – to znak, że muszę kiedyś znów tu przyjechać i tym razem ucałować sfinksa na ostro.






ZAPRASZAM TEŻ NA MOJE FILMY Z EGIPTU:

9.12.2011

/UPPSALA/ Czasem słońce, czasem ulewa

Aż trudno uwierzyć, że to małe urokliwe miasteczko to czwarta co do wielkości metropolia Szwecji. Jak podaje Wikipedia, Uppsala leży 70 km na północ od Sztokholmu i około 35 km na północ od lotniska Arlanda. Leży na obu brzegach rzeki Fyrisån, około 8 km w górę od jej wpływu do jeziora Melar (szw. Mälaren) w zatoce Ekoln, poniżej, a częściowo w ramach pasma wzgórz Uppsalaåsen.

Zmienna pogoda chyba najbardziej kojarzy mi się z tym miasteczkiem, w którym dzięki uprzejmości mieszkających tam moich Przyjaciół bywam dość często. 

Po drodze do centrum mijam posterunek policji - może architektonicznie nic specjalnego, ale pięknie odbija błękit nieba


Jeszcze jeden przystanek i jestem na głównej promenadzie. Gdy słońce zaświeci trochę mocniej, deptak zapełnia się ludźmi - choć tłumów się tu raczej nie uświadczy. Niska gęstość zaludnienia sprawia, że Warszawiak zawsze będzie miał poczucie, że w Szwecji jest raczej pusto.


Flaga jest nawet na stoisku z owocami. To charakterystyczne dla Szwecji - wielu dumnych obywateli wywiesza ją też przed swoimi domami. 

Miło jest zrobić sobie przerwę na kawę z katedrą w tle. To w Uppsali właśnie jest największa szwedzka katedra, a także najstarszy szwedzki uniwersytet. Znów za Wikipedią: zbudowana w stylu gotyckim katedra jest miejscem koronacji i spoczynku królów szwedzkich. W tej świątyni pochowana jest m.in. królowa Szwecji Katarzyna Jagiellonka, żona króla Szwecji Jana III Wazy. Nad jej nagrobkiem znajduje się herb Rzeczypospolitej, a na ścianie powyżej znajduje się fresk wyobrażający Kraków. W sklepiku w katedrze udało mi się kupić miętówki z wizerunkiem Jezusa na opakowaniu i napisem "Save your breath".


Uppsala jest bardzo czysta i wypielęgnowana. Kwietniki takie, że tylko fotografować. I oczywiście wszechobecne rowery - najbardziej praktyczny i ekonomiczny środek transportu w tym mieście.


Jest wrzesień - i największe wydarzenie miejskie: święto Uppsali połączone z odbywającym się od roku 1989 festiwalem Uppsala Culture Night. Orkiestra dęta spaceruje po ulicach grając rytmicznie, ludzie jedzą kebaby na trawnikach, a w specjalnym namiocie można skusić się na masaż za symboliczne 20 koron.


Po raz kolejny wchodzę do Museum Gustavianum, dawnej siedziby tutejszego uniwersytetu. Można się w nim przenieść w dawne czasy - ja szczególnie lubię salę, w której niegdyś odbywały się sekcje zwłok wykonywane przez profesorów na oczach studentów. I kolekcję starych teleskopów.


Jeszcze fotka z kamieniami runicznymi.


Na schodach najstarszego szwedzkiego uniwersytetu przygrywa dziś orkiestra studencka. Grają muzykę średniowieczną.Więcej na moim filmie: http://youtu.be/IZzK2BtiGxU.


Dziś muzea otwarte są do później nocy. W drodze do zamku, w którym akurat jest pokaz sztuki użytkowej i wstrząsająca wystawa fotografii "Hetero and Etno Norm",  można podziwiać kolorowe iluminacje. I pokaz średniowiecznych sztuk walki z ogniem w roli głównej.


Pogoda w Uppsali jest naprawdę kapryśna. Kolejnego dnia odwiedzam te same miejsca - ale w zupełnie innej aurze...


8.09.2011

/BERLIN/ Berlińskie graffiti

Chrystus w Świebodzinie, zmiana obsługi pociągu, jeszcze chwila i są – pełne swoistej poezji blokowiska Berlina Wschodniego...

"Du kriegst mich aus Berlin, doch Berlin niemals aus mir". Z Berlina można wyjechać, ale nigdy się go nie zapomni. To tylko 6 godzin stąd, trochę jak na innej planecie. Zawsze będąc w Berlinie mam wrażenie, że to stolica Europy – centrum wydarzeń, wrażeń i przeżyć.
Chciałam opisać wrażenia z Berlina i zilustrować je wieloma zdjęciami. Schodziłam to miasto przez 8 dni zdzierając buty i stopy i fotografując tysiące graffiti, setki zabytków, dziesiątki osób. Zdjęcia mam jednak niestety tylko z ostatnich dwóch dni – aparat zginął z mojej kurtki o 4 rano w czwartek  gdzieś na Ostkreuzu koło niezwykłego swoją drogą klubu „Zum schmutzigen Hobby”. Klub polecam – dmuchana krowa w witrynie, zdjęcia na ścianach przedstawiające czynność, o której pewnie nie można nawet myśleć przed 23.00 oraz jedyna w swoim rodzaju otwarta toaleta…

Tym razem udało mi się zwiedzić Reichstag. Rejestracja przez stronę www, miesiąc oczekiwania i – jest: cenny glejt uprawniający do wejścia o konkretnej godzinie konkretnego dnia. Kontrola przy wejściu. Przyjaciółka ma  na torbie buttony wyrażające jej światopogląd - homofobia jest pedalska, zalegalizujmy trawę, precz energii atomowej... Każą jej zdjąć button o energii atomowej - "rząd jest w tej sprawie neutralny".

Wrażenie ze szklanej kopuły Reichstagu? Jakby się było w statku kosmicznym nad miastem. Ludzie suną powoli po pnącym się w górę ślimaku ze słuchawkami na uszach. Duszno, mimo że dziura w ślimaku ma zapewniać wietrzenie (w przypadku deszczu zaś szybko się zamknąć). Ale to niedotlenienie chyba jeszcze bardziej potęguje odczucie niezwykłości – i samej konstrukcji, i pięknej panoramy miasta.


Przy wieży telewizyjnej znów trzygodzinna kolejka – a więc i tym razem sobie odpuszczę. Na szczęście okazuje się, że hotel Park Inn naprzeciwko wieży oferuje za drobną opłatą podobną panoramę – a nawet lepszą, bo w końcu świetnie widzi się stąd Fernsehturm.



Muzeów, galerii, wystaw setki. W jednej z nich zastałam wiadra z cementem. Myślałam, że remont, ale okazało się, że wręcz przeciwnie – nie remont, tylko SZTUKA. Sztuką jest to, co człowiek sztuką nazwie. Berlinische Galerie zachwyciła mnie nie tylko ciekawą instalacją przed wejściem i miksem berlińskiej sztuki z epok różnych, lecz także nietypową inspirującą aranżacją wnętrza.
Ogromnym odkryciem okazał się sklep z komiksami na Oranienstraße 22… Nie wiem, kiedy minęły trzy godziny – a i tak wychodziłam z żalem. Biblia w formie komiksu, komiksowa historia świata, komiks o fraktalach, filozofia Kanta przybliżona w komiksowy sposób. Setki, tysiące grafik kolorowych i czarno-białych, a w każdej inny świat, w który warto się zanurzyć.
Berlińskie metro działa krócej niż warszawskie. Nie współgra to z rytmem miasta, które nocą aż dudni życiem i turecką muzyką. Klub so36 uwiódł mnie atmosferą. Obsługa w strojach pielęgniarskich, drink w kostce cukru na wejściu, ogromny lokal – choć z zewnątrz tylko niepozorne obdrapane drzwi. I zegar pod sufitem odmierzający czas – co pół godziny zmiana klimatu i muzyki. I genialny koncert grupy Nachlader, który przeniósł wszystkich w lata 80-te.




Każda brama to inny świat. Słynny berliński streetart* – wieczne graffiti i jego siostra-efemeryda z papieru. Zaangażowane ulotki i mniej zaangażowani kosmici. Są wszędzie.



Jakoś chyba przekornie najbardziej komercyjną atrakcją Berlina wydało mi się tym razem Tacheles. Pierścienie z widelców po 25 euro i ulotki, by nie zamykać Tacheles – i tak już od dobrych 15 lat. A Tacheles nadal ma się świetnie, choć osoby z wrażliwym węchem mogą mieć w nim problem z rozkoszowaniem się sztuką. Galerie, galeryjki, sklepiki – i tak piętro po piętrze. Fajne kolaże Tima Roeloffsa. Kilka pocztówek typu Manga meets Berlin, Che w koszulce „I love Sex” i trabant lecący koło niedźwiedzia ozdabia dziś moje biurko.




Niezapomniane zdjęcie z Lordem Vaderem pod Bramą Brandenburską przepadło. Fotka ze znanym niemieckim transwestytą, Niną Queer, też. Ale do ulubionego miasta w końcu najchętniej się wraca – choćby pod pretekstem potańczenia w so36 i zrobienia kolejnych zdjęć.





* Zapraszam też do mojej GALERII STREET ARTU: http://maniapodrozowania.blogspot.com/p/streetart.html