Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

9.10.2016

/MAZURY/ Od szarej kaczki do zielonej gęsi, czyli literacki weekend na Mazurach


Dalekie podróże łatwiej mi opisywać niż te bliskie. Egzotycznym wyprawom towarzyszy bowiem niejako z założenia fascynacja innością otoczenia i odmiennością zwyczajów, a to, co znane od dzieciństwa, wydaje się w pewnym sensie bardziej oczywiste i zwyczajne. Ale przecież nie znaczy to wcale, że miejsca mniej odległe są mniej warte zobaczenia, przeżycia, przemyślenia. I że nie można opowiadać o nich przez pryzmat – jak ładnie ujął to współczesny polski humorysta – „lekkiego zdziwienia światem”.

Dwieście kilometrów od Warszawy leży region o bogatej historii – naznaczony kulturą łużycką, prabałtycką, wielbarską, pruską... Jakże do dziś wizualnie inny niż Mazowsze. Zamiast białych dworków i kolorowych kubików z płaskimi dachami są tu poniemieckie zagrody z cegły i neogotyckie kościoły. W chaszczach skrywają się zamknięte na kłódkę dawne cmentarze ewangelicko-augsburskie - na terenie Warmii i Mazur jest ich ponoć w sumie ponad trzy tysiące.


O ile kulturowo widać tu najbardziej przeszłość pruską, o tyle krajobraz to głównie dziedzictwo plejstocenu. Wtedy powstały tak charakterystyczne dla tej okolicy pagórki i jeziora o przeróżnych kształtach, w tym Śniardwy – polski rekordzista o powierzchni 114 km²; akwen dość płytki, ale za to bardzo rozległy. Poznałam go kiedyś od pełnej wyzwań strony żeglarskiej – od strony przyczajonych mielizn, zdradliwych głazów i białych szkwałów (zapraszam do lektury tekstu: Wielki Rejs po Wielkich Jeziorach). 


Ten weekend spędzam nad jeziorem znacznie mniejszym i tylko odrobinę głębszym. Nidzkie to co prawda zbiornik typu rynnowego, ale na jego dnie osadza się muł stale je spłycając. Ma to swoje zalety – na kąpielisku w Karwicy w zatoce Zamordeje Wielkie wchodzi się do wody po miękkim i bardzo łagodnie opadającym dnie. Zakaz używania silników spalinowych na większości obszaru jeziora czyni relaks nad nim jeszcze przyjemniejszym.


Czymże jednak byłby relaks bez oferty gastronomiczno-rozrywkowej? Odpoczynek w ciszy okraszony obserwacją ślimaków i motyli to opcja wybierana dziś raczej przez mniejszość wczasowiczów. Dlatego tuż przy kąpielisku prężnie działa budka oferująca zapiekanki, lody i piwo w atrakcyjnej cenie 6 złotych za pół litra. Oraz dźwięki szant całkiem za darmo. ”Żegnaj nam dostojny, stary porcie, rzeko Mersey żegnaj nam! Zaciągnąłem się na rejs do Kalifornii, byłem tam już niejeden raz.” Akwen nie ten, skala nie ta, ale nastrój żeglarskiej przygody jakoś nam się udziela.


Dalej w głąb Karwicy przybytków handlu i uciech jest jeszcze więcej. Lokalny sklepik Mars sąsiaduje z gościńcem nazwanym imieniem jego kochanki, która zdradzała z bogiem wojny swego męża Wulkana. Okolona przez Puszczę Piską nieco eklektyczna architektonicznie miejscowość doskonale łączy sielski nastrój spokojnego przysiółka z całkiem sporą ofertą turystyczną. Można tu dobrze zjeść (pani serwująca domowe obiadki za 25 złotych szczyci się tym, że gościła w swych progach samą Sophie Marceau, z którą przyjeżdżał tu kiedyś Żuławski), wypożyczyć rowery, obejrzeć mecz i posłuchać muzyki, kupić lokalny miód lub rybki z mazurskich wód.


Nieopodal Karwicy leżą Krzyże – lokalne centrum wypieku doskonałych jagodzianek, po które w znanym wszystkim miejscu codziennie już o 8 rano ustawia się kolejka. Mieszkańcy okolicznych kempingów (wśród których niektóre oznaczone są jako „rodzinne” i gwarantują luksus w postaci ciszy nocnej) kupują je hurtowo i ładują bułeczki piętrowo do przyniesionych ze sobą skrzynek. 


Nazwa miejscowości zobowiązuje – w centrum wsi, której historia sięga XVIII wieku, nieopodal gospody, rzeczywiście stoi krzyż. Kształt ten stworzyła tu też sama natura w miejscu, w którym jezioro Nidzkie rozchodzi się na boki tworząc zatoki Zamordeje Wielkie i Małe. W latach pięćdziesiątych XX wieku odpoczywali i tworzyli tu członkowie słynnego STS-u; dziś w Krzyżach spotkać można między innymi Jana Pietrzaka i Olgę Lipińską, którzy spędzają ciepłe miesiące w swych domach letniskowych. I czasem coś tu ponoć piszą w cieniu jabłoni.


Literackie akcenty są tu zresztą obecne i w wymiarze historycznym, i wizualnym. Po drodze na przystań i kąpielisko mijamy willę o leśmianowskiej nazwie Malinowy Chruśniak. Przypominają się sugestywne strofy pełne barw i dźwięków: "Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty, rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory, złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory, i szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty".


Na jeziorze kołyszą się przycumowane jachty, których nazwy stanowiłyby niezły materiał na rozprawę językoznawczą. Jedne noszą imiona dowcipne (Gruba Kaśka), drugie - literackie (Niobe), jeszcze inne ochrzczono z angielska (Black and White) lub na cześć bohaterów dzieciństwa (Muminek). Przy nich pojedynczo lub w grupkach czatują kaczki nauczone doświadczeniem, że łatwiej najeść się sypanymi przez żeglarzy okruszkami niż rybkami i bezkręgowcami, których godzinami trzeba poszukiwać w trzcinkach. Niech żyje wszystkożerność.


Siedząc na pomoście raczę się Stachurą. Z jego słów wyłania się dokładnie ten obraz, który widzę przed sobą. „Dojechaliśmy do tej miejscowości, która się nazywała Krzy­że i która leżała nad jeziorem Nidzkim wielkim wspaniałym, oto­czonym drzewami dzikimi, jak tylko mogłem dojrzeć. Jezioro było bez porównania. Pod niebem błękitnym migotało słonecznie i nieprzebranie i miało się wrażenie, że niebo jest niewiele większe od niego, a czarny pas lasu okalający jakby nie zamykał wcale prze­strzeni jeziornej, tylko tak. Woda była przezroczysta u brzegów, a płytkie piaszczyste dno schodziło wolno ciemniejąc do głęboko­ści coraz ciemniejszych.” I dalej „Wysoka skarpa otwierała szeroko jezioro i horyzont ca­ły daleko widoczny przez powietrze przezroczyste i świeże, i tak się tam oddychało, jakby się jadło coś lekkiego, bardzo zdrowotnego. Ale tego opisać nie można.” Słońce nad wysoką skarpą chyli się ku zachodowi, kąpielisko pustoszeje, tylko kaczki niestrudzenie łykają rozmięknięte okruszki.


Ze stachurowskiego rozdarcia i dramatyzmu czarnych zarysów drzew na tle zachodzącego Słońca przenoszę się do świata ironicznego humoru podkreślonego figlarną figurą zielonej gęsi. Do oddalonej od Krzyży o 4,5 kilometra leśniczówki Pranie. Duch literatury wita mnie w niej od samych progów: przed wejściem ustawiono budkę z książkami, swego rodzaju minibibliotekę w plenerze, z której – jak mówi zawieszona na niej instrukcja – można wziąć sobie dowolny wolumin pod warunkiem, że włoży się w zamian jakiś inny.


Konstanty Ildefons Gałczyński po raz pierwszy przybył do Prania w lipcu 1950 roku, a potem bywał tam regularnie co roku przez kolejne trzy sezony, aż do swojej śmierci. Sama leśniczówka ma jednak znacznie dłuższą historię: zbudowano ją w roku 1880 i opatrzono nazwą Seehorst, którą po wojnie - zgodnie z klimatem politycznym - zmieniono na bardziej swojską.


Poetę można tu dziś spotkać w ogródku – przycupnął on tam w lipcu 2012 roku jak żywy na pieńku – oraz w poświęconym mu muzeum, gdzie stoi jeszcze oryginalne biurko, przy którym napisał Kronikę Olsztyńską, Niobe, Wita Stwosza, Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu i inne znane utwory. Ale przemawia on tu też poniekąd na głos dzięki wieczorkom z muzyką, śpiewem i poezją organizowanym regularnie w okresie wakacyjnym w miniamfiteatrze pod chmurką. 


Dzisiejszy koncert już się skończył, dźwięki skrzypiec umilkły, a słońce skrywa się za horyzontem. Sięgam do zwrotki poematu mistrza, w której opisuje to miejsce w takim właśnie momencie: „W nocy tu tyle nuceń i śpiewań, aż do rana. Księżyc w srebrnej peruce gra jak Bach na organach i płynie koncert wielki przez dęby i przez świerki - to leśniczówka Pranie: nocne koncertowanie”. I znów, podobnie jak przy Stachurze, myślę o tym, jak uniwersalne potrafią być wrażenia niesione przez zgrabnie utkane słowa – i jak ten wieczór podobny jest do tego sprzed sześćdziesięciu lat.

Do samochodu idziemy drogą wysadzaną świerkami, która od 2009 roku nosi dumną nazwę Aleja Nieznanego Poety. To kolejna – obok biblioteki pod chmurką i koncertów – zachęta, by nie zanurzać się wyłącznie w historii, lecz by inspirować się tym miejscem – tak jak robił to Gałczyński. Mnie spacer tą aleją natchnął do napisania o Karwicy, Krzyżach i Praniu, choć przecież już tyle tekstów, zarówno historycznych, jak i literackich, powstało o tych miejscach.


Mazury 2014: lasy poprzecinane ścieżkami edukacyjnymi, poniemieckie domostwa przemieszane budkami z zapiekankami, cisza przełamana muzyką... Ale przecież trudno oczekiwać, by okolica ta pozostała na zawsze skansenem zamieszkałym przez koboldy i kłobuki. Cieszę się, że pomnik Gałczyńskiego przedstawia go w tak urlopowej pozie, że koło tradycyjnych domków rosną nowe wille, że obok muzeów pojawiają się sklepiki... W końcu nawet mistrz Konstanty Ildefons nie pisał wyłącznie o pięknie dziewiczej przyrody, lecz już pół wieku temu mierzył się chętnie poetycko z codziennością: „Żelazko, elektryczne i złowrogie! Żelazko, ach, po cóż spodnie prasowałam nim? Żelazko! Ja cię rozbiję o podłogę.” Bo zieleń zielenią, ale czy można sobie wyobrazić dziś wakacyjny raj bez żelazka, kuchenki i prysznica?...



No comments:

Post a comment