Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

11.13.2016

/SZTOKHOLM/ Być dancing queen choć przez jeden dzień...


Sztokholm to dla mnie miasto wysp i muzeów. W lecie lubię spacery po nabrzeżu i rejsy statkiem wycieczkowym, na jesieni wolę schronić się tam przed kapryśna skandynawską pogoda pod dachem. W muzeach właśnie. W czasie pierwszego pobytu w stolicy Szwecji zaliczyłam największy highlight – Vasamuseet (www.vasamuseet.se) na wyspie Djurgården. Dziwiłam się, co może być ciekawego we wraku statku wydobytym w latach sześćdziesiątych i już mocno zbutwiałym. Jednak miejsce to zachwyciło mnie podwójnie – i ze względu na rozmiary samego okrętu z XVII wieku, i ze względu na to, z czym zetknęłam się potem także w innych miejscach – na mistrzostwo Skandynawów w tworzeniu ciekawych, interaktywnych i pełnych atrakcji muzeów.


Druga wizyta w Sztokholmie – Muzeum Średniowieczne Medeltidsmuseet (www.medeltidsmuseet.stockholm.se). Choć ten okres historyczny nie interesuje mnie specjalnie i miejsce to wybrałam głównie ze względu na stosunkowo niską cenę biletu, to też wyszłam stamtąd oszołomiona. Nie ze względu na dyby czy stare mury, lecz znów z powodu mistrzostwa w planowaniu tego typu obiektów. Ciekawe filmy, instalacje multimedialne, repliki średniowiecznych gier, gdzie można było stać się figurą na planszy. Nie było tam nic nudnego, gablotowego i zmurszałego, za to dużo akcji i zabawy.

Trzecia wizyta. Muzeum hologramów (www.hologram.se), wybrane znów ze względu na bolesny przelicznik koron. Ciekawe, bo jedyne w swoim rodzaju. Obrazy 3D atakujące ze ścian pozostawiły we mnie niepowtarzalne wrażenie. Idąc tropem przeżyć artystycznych przepłynęłam na wyspę Skeppsholmen, by odwiedzić Moderna Museet (www.modernamuseet.se) – muzeum sztuki współczesnej. Nie słynie ono ze swych zbiorów – i chyba właśnie dlatego okazało się strzałem w dziesiątkę. Było… zupełnie puste. Ja i obrazy wielkich mistrzów – Matissa, Picassa, Braque’a. Nigdy dotąd nie obcowałam z kolorami i kształtami utrwalonymi na płótnie w takiej ciszy, spokoju, bez ludzi wchodzących w kadr, bez rozpraszających dźwięków. W jednej z sal na ścianie surrealistyczny sen Dalego. Nie wiem, który to był obraz – chyba jakiś mniej znany. Ale jego skala i niezwykła technika malarska spowodowały, że wydawało się, jakby barwne plamy wychodziły do widza i łapały go za gardło. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałam skalę geniusza Dalego – obserwując kilkanaście minut doskonałość techniczną, z jaką ruszał pędzlem tworząc obraz 3D na płaskim tle.

Jest listopad, w Sztokholmie pada, dziś idę do muzeum, które otwarto zaledwie sześć miesięcy temu. Tam też przeniosę się w inną epokę – choć mniej odległą: do lat siedemdziesiątych XX wieku. Muzeum ABBY (www.abbathemuseum.com), interaktywny świat muzyki i kolorów, prawdziwy wehikuł czasu. Przed budynkiem plansze, dzięki którym można poczuć się przez chwilę jak Agnetha, Anni-Frid, Benny lub Björn. A w środku – nawet zostać piątym członkiem grupy. Ale na to trzeba poczekać. Bierzemy numerek do kasy, dobre pół godziny czekania – spędzamy je w kolorowym sklepie z wystawą plakatów, płytami, zwariowanymi gadżetami. Czas mija szybko, płacimy po 195 koron – kartą kredytową, bo muzeum ze względu na skomplikowane powody ocierające się o kwestie ekologiczne i światopoglądowe nie przyjmuje gotówki. Kartą zresztą musiałam zapłacić także za bilet kolejowy z Uppsali do Sztokholmu – bo też nie dało się inaczej.


Już z biletem musimy poczekać na naszą kolej – goście wpuszczani są w małych grupach. Pijemy gorzką szwedzką kawę na białym stoliku, nad nami lustrzane kule przenoszące nas w klimat epoki. W końcu, wreszcie nasza kolej! W toaletach przebieramy się za boską Agnethę i piękną Ann-Frid, by jeszcze lepiej poczuć klimat dzieciństwa, kiedy w szpilkach naszych mam tańczyłyśmy do „Dancing Queen” odgrywanego z winylowej płyty. Do tego przeboju tańczyłyśmy obie – i ja, i moja niemiecka przyjaciółka. I pewnie tysiące dziewczynek w innych krajach.


Najpierw film. Głośna muzyka, migające obrazy na zaokrąglonym ekranie. Ogromne śmiejące się twarze członków zespołu. Welcome – witamy w świecie ABBY. Idziemy dalej. Sale są w półmroku, dzięki czemu podświetlone eksponaty wydają się jeszcze bardziej plastyczne. Obrazki na ścianach – niczym albumy rodzinne – dokumentują dzieciństwo i młodość członków zespołu. W wykuszu fototapeta z ławeczką, na której można usiąść i sfotografować się między naturalnej wielkości Agnethą, Anni-Frid, Bennym i Björnem z czasów ich największych sukcesów. Przed „The Winner Takes It All”…


Przez drzwi w kształcie serca wraz z tłumem innych zwiedzających przechodzimy do sali, w której zza szyb można popatrzeć na studia nagraniowe i garderobę zespołu. Jest też biały pokoik w studze z widokiem na morze, w którym powstało kilka znanych hitów. Zaraz dalej pierwszy element interaktywny – elektroniczny minipuplit do miksowania utworów. Można wybrać piosenkę i ustawiać głośność leadu oraz poszczególnych instrumentów. Wynik na monitorze pokazuje, na ile blisko było się ideału stworzonego przez profesjonalistów. 


Potem jest jeszcze ciekawiej: kabiny z czarnymi kotarami. Za nimi mikrofon i informacja, że ABBA szuka piątego członka zespołu i  że właśnie ogłoszono casting. Na monitorze wybieram więc „Dancing Queen”, tekst wyświetla się w trybie karaoke, a ja śpiewam do mikrofonu. Szkoda, że nie mogę utrwalić efektu moich zmagań… A jednak mogę! Przy każdej z multimedialnych atrakcji goście muzeum skanują bilet – i dzięki temu na stronie http://www.abbathemuseum.com/se/din-sida  po wbiciu specjalnego kodu zyskują dostęp do swoich plików. Jest też opcja zgrania ich przez komputer – przez 30 dni od daty wizyty.


Komu nagranie studyjne nie wystarcza, ma szansę wystąpić live na scenie. Pracownik muzeum podaje mi mikrofon, pozwala wybrać utwór i instruuje, gdzie będzie widać tekst. Zza szyby widzę ciekawą publiczność, przed sobą ekran. Nagle po obu stronach pojawiają się wirtualni członkowie ABBY. Muzyka zaczyna grać, ja śpiewam, wirtualne figury też. Goście muzeum klaszczą za szybą. Tańcząc jako dziecko do dźwięków winylowej płyty nigdy nie przypuszczałabym, że spotka mnie kiedyś taka atrakcja.


Mijamy mały śmigłowiec przypominający o złotych czasach grupy, za nim kolejna komnata cudów. Teraz wyświetlam się na ekranie z członkami ABBY i śpiewam wraz z nimi. Atrakcja goni atrakcję – quiz z wiedzy o ABBY o różnych stopniach trudności, dyskoteka z kolorową posadzką. Druga godzina mija nie wiadomo kiedy. Dla ochłonięcia po tańcach idziemy do sal, w których wystawione są oryginalne kostiumy sceniczne. Ależ oni byli szczupli i wysocy…


Przechodzimy do sali kinowej. Today playing „ABBA – The Film”, cóżby innego. Fajnie, że po angielsku. Młody dziennikarz stara się dostać do członków zespołu i przeprowadzić z nimi wywiad – tyle o akcji. Ale prawdziwą atrakcją pokazu są klipy z koncertów i z backstage’u. Członkowie zespołu nawet w pokojach hotelowych rozmawiają ze sobą po angielsku – ciekawe, czy tak było naprawdę.


I znów dla odmiany trochę akcji – małe studio muzyczne, w którym próbuję wystukać „Waterloo” na perkusji, a potem wydobyć dźwięki z keyboardu. Melodie ABBY wcale nie są łatwe – choć tak łatwo wpadają w ucho. Wie to każdy, kto kiedykolwiek wybrał „Money, Money, Money” na karaoke.


Dalej prawdziwa Hall of Fame. Na ścianach wiszą niezliczone okładki płyt. Aż mienią się w oczach tyle ich jest. Niewiarygodne, że przez 11 lat istnienia zespół nagrał ich aż tyle. W małych kabinach oznaczonych dziesięcioleciami – lata 40te, 50te itd. – można posłuchać muzyki szwedzkiej z poszczególnych dekad. To takie uzupełnienie – i tylko tyle, bo nikt nie zdetronizował dotąd ABBY. I pewnie długo jej nie zdetronizuje… Ponoć muzycy w latach dziewięćdziesiątych odrzucili propozycję wspólnego występu, za którą oferowano im miliard dolarów. Ich nieśmiertelna legenda jest warta dużo więcej.


Wychodzimy na ciemne już ulice Sztokholmu. Dopiero połowa listopada, a już uruchomiono miejskie lodowisko pod gołym niebem. Pada deszcz, ludzie skrywają się w przytulnych knajpkach i pija piwo po 50 koron za butelkę. Mamma Mia, co za miasto, co za dzień, co za muzeum.



ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO MUZEUM ABBY: 

 

10.17.2016

/GÓRNA BAWARIA/ Barokowy zawrót głowy


Zielony od pól, łąk i lasów południowoniemiecki krajobraz poprzetykany jest bielą barokowych kościołów i klasztorów. "Historia Bawarii nierozerwalnie splotła się z historią tutejszych obiektów sakralnych" - pisał Karl Bosl, dwudziestowieczny niemiecki historyk. I tak jest w istocie: klasztory, których liczba sięga tu tysiąca, są w największym landzie widoczne i w sensie duchowym, i kulturowym, i gospodarczym. A do tego stanowią magnes dla turystów zainteresowanych skarbami architektury różnych epok.

Wiele tutejszych zabytków - w szczególności kościołów przyklasztornych - to przykłady kwiecistego baroku. Styl ten rozkwitł w Niemczech po wojnie trzydziestoletniej - po czasach smutku, bólu i mizerii - i zagościł w na dobre na ponad sto pięćdziesiąt lat (1600 -1770); inspirowali się nim też późniejsi mistrzowie. Biało-złote elementy zaczęły zdobić nie tylko budowle nowowznaszane, ale także wnętrza kościołów gotyckich, które barokizowano ze względu na nową modę lub przy okazji zastępowania zniszczonego wojną czy pożarem oryginalnego wyposażenia. Największym ośrodkiem kształcenia mistrzów w tym rejonie był wówczas klasztor Wessobrunn - w sumie ponad tysiąc rzemieślników nauczyło się tam tajników malarstwa, rzeźby, a także techniki stiuku i doboru materiałów. 



Od roku 1730 zamiłowanie do złota i ozdób przybrało jeszcze bardziej jaskrawą formę - wtedy bowiem zaczął upowszechniać się styl rokokowy, dla którego inspiracją były kształty muszli, grot i skał przełożone na język sztuki i doprawione odrobiną przesady - i który jak niczego innego unikał wszelkiej symetrii.

"Prawdziwa sztuka jest zawsze współczesna" - powiedział Dostojewski... Czy bogate zdobienia mogą oczarować odbiorcę wychowanego na minimalizmie? Jak prezentują się one w oczach współczesnych ludzi wpadających tu między wizytami w Ikei? Czy barok wciąż jest w stanie szczerze i spontanicznie zachwycić, czy też został już raz na zawsze skompromitowany przez kiczowate trawestacje - takie jak bazylika w Licheniu?

Z takimi obawami przekraczam próg kościoła maryjnego Marienmünster Mariae Himmelfahrt w miejscowości Dießen nad jeziorem Ammersee. Jego budowa rozpoczęła się w roku 1720, za proboszcza Ivo Badera, ale to jego następca - Herkulan Karg - uznawany jest za duchowego ojca tej budowli i uhonorowany portretem w jej wnętrzu. To on bowiem zaprosił tu słynnego architekta Johanna Michaela Fischera (1692 - 1766), mistrza z Burglengenfeldu wykształconego w Czechach i Austrii, który miał na swym koncie wiele barokowych pereł, w tym słynne kościoły w Ottobeuren i Bichl. 


Dzięki temu, że cała budowla wraz z wyposażeniem powstała w dość krótkim czasie, w kościele tym króluje czysty barok - bez wpływu późniejszych stylów. Co prawda górną część dzwonnicy w roku 1827 zniszczył piorun, ale zrekonstruowano ją zgodnie z historycznym pierwowzorem (zresztą dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku; wcześniej naprawiono ten fragment jedynie prowizorycznie).

Z bieli ścian wybijają się kolorowe sklepienia. Freski na nich stworzył Johann Georg Bergmüller, który wśród biblijnych figur umieścił też siebie samego - jako postać w białym kitlu obserwującą wkroczenie do kościoła świętej Matyldy. Gdy przypatrzeć się dokładnie, w scenach zbiorowych można nawet wypatrzyć tu psy wyglądające tu i ówdzie z lasu nóg. Nad ołtarzem mistrz zaprojektował tak zwane Dießeneńskie Niebo - firmament z grupą 28 grafów, świętych i błogosławionych, którzy w roku 1050 założyli tutejszy klasztor.


Centralną część wypełniającego całą apsydę ołtarza głównego dłuta Joachima Dietricha, nadwornego mistrza z Monachium, zajmuje obraz przedstawiający wniebowzięcie Maryi. Dziś jednak nie można go zobaczyć, jest on bowiem zastępowany cyklicznie przez inne, nowsze malowidła - zgodnie z tematyką świąt następujących po sobie w roku liturgicznym. Po obu stronach ołtarza stoją pobielone drewniane figury ojców kościoła - św. Augustyna, Grzegorza, Ambrożego i Hieronima. Postaci te są wielkie nie tylko w sensie historycznym - mają bowiem wysokość ponad trzech metrów. 


Barok w tym wnętrzu wydaje się wszechogarniający. Spogląda na mnie oczami biało-złotej Marii z Dzieciątkiem, wyziera z kropielnicy w kształcie muszli, spływa z wyściełanej ksamitem ambony autorstwa Johanna Strauba przedstawiającej kazanie apostoła Pawła otoczonego przez anioły.


Z barokowego nieba w Dießen przenosimy się do barokowego raju w Dietramszell koło Bad Tölz. Tutejszy klasztor istnieje już od roku 1100, a pierwszy kościół poświęcono w roku 1156. Pożar w połowie XVII wieku pochłonął całkowicie oba te budynki, wtedy też odbudowano je w zupełnie nowej formie i stylu.


Świątynię, której wnętrze podziwiamy niestety przez kraty uniemożliwiające wejście do nawy głównej poza godzinami nabożeństwa, wzniesiono w latach 1729-46. Ołtarz, autorstwa Johanna Zimmermanna, podobnie jak w poprzednim kościele jest hołdem dla Maryi wznoszącej się do nieba na chmurze dzierżonej przez anioły. 


Tu też nie ma wątpliwości, w jakim stylu powstał wystrój. Wszyscy święci są biało-złoci. Pełen optymizm wnętrza przełamuje jednak swoiste memento mori: przeszklony grób świętego Demetriusa. To jeden z tak zwanych "katakumbowych świętych", których ziemskie szczątki znaleziono w Rzymie w czasie wykopalisk między XVI a XIX wiekiem. Niezidentyfikowane kości męczenników z wczesnych lat Chrześcijaństwa podniesiono do rangi relikwii i przekazano do różnych kościołów w Europie przypisując je dość przypadkowo do imion różnych świętych. Św. Hilarego, Walentego, Lucjusza, Magnusa i wielu innych złożono na wieczny odpoczynek w strojnych szatach w nowych grobach rozsianych po świątyniach w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i Czechach.


Z Dietramszell ze świetnie zachowaną barokową świątynią i działającym przy nim do dziś klasztorem Salezjanek jedziemy do "świętego miejsca" - mającego znacznie dłuższą historię kompleksu w Andechs nad Ammersee. Jest to najstarszy w Bawarii i - po Altötting (http://maniapodrozowania.blogspot.com/2012/11/bawaria-bawarska-jesien.html) - także najliczniej odwiedzany cel pielgrzymek religijnych. 


Mury tutejszego kościoła halowego wzniesiono w latach 1420-30 w stylu gotyckim, ale w XVII wieku budowlę zbarokizowano, a w roku 1755 uzupełniono ją o elementy rokokowe. Świątynia pod wezwaniem Św. Mikołaja i Elżbiety miała niezwykle burzliwą historię - w czasie wojny trzydziestoletniej sporo zniszczeń dokonali żołnierze szwedzcy, a 3 maja 1669 piorun spalił go niemal w całości. Obudowę zakończono w roku 1675. Potem rozpoczęły się prace dekoratorskie w nowym stylu - z okazjo trzechsetnej rocznicy wzniesienia kompleksu konwent duchownych zatwierdził jego odnowienie w stylu rokokowym pod artystycznym nadzorem znanego nam już z Dietramszell mistrza Johanna Zimmermanna. Wnętrze poddano dwóm kompleksowym renowacjom w XX wieku (1938-43, 2000-05), dzięki czemu dziś aż pachnie ono nowością, a złote zdobienia błyszczą się jak nigdzie indziej.


Rzesze pielgrzymów przychodzą na "świętą górę" w Andechs już od czasów Średniowiecza. Szczególnym kultem otoczone są trzy hostie przekazane przez Grafa Bertholda III w XII wieku. Wieści o ich mocy uzdrawiającej szybko rozniosły się po tym, jak w roku 1274 niewidoma kobieta z pobliskiego Widdersbergu odzyskała wzrok po wizycie w tutejszym kościele.

Wchodzimy do gotyckiej głównej nawy, którą od północy i od południa uzupełniają niższe kaplice. Prócz samej konstrukcji niewiele śladów tego stylu można tu jeszcze wypatrzyć, bo wnętrze pokryte jest szczelnie elementami barokowymi i rokokowymi. Na suficie rozpościerają się kolorowe freski przedstawiające między innymi wniebowstąpienie Chrystusa i - umieszczony nad organami - koncert dziewięciu chórów anielskich


Ołtarz zgrabnie łączy w sobie elementy z różnych epok. Obraz w centrum stworzył Hans Deglers na początku XVII wieku, ale figury okalające go ze wszystkich stron są już dużo nowsze, w pełni rokokowe. Wyszły one spod dłuta mistrza Zimmermanna w połowie XVII wieku. Surowość gotyku i ozdobność baroku uzupełniają się tu znakomicie.


Wychodzimy z trzeciego dziś barokowego wnętrza - i starszego do pozostałych ze względu na wiek konstrukcji, i nowszego z powodu rokokowych zdobień. Miękkie linie, złoto i biel, zamiłowanie do amorków i motywów przyrodniczych - może to już dziś niemodne, ale przecież trudno odmówić temu stylowi swoistej spójności, dbałości o detale i pewnej wizualnej żartobliwości. I choć - jak mawiają niektórzy - aby coś się spodobało, trzeba przymrużyć jedno oko, a nawet oboje oczu, to mi raczej rozszerzają się źrenice. Tyle set lat temu, tak ogromnym nakładem sił i środków zrobiono bowiem tyle, ile dziś mimo nowoczesnych maszyn rzadko się osiąga. W barokowych kościołach jakoś łatwiej uwierzyć w Boga niż w tych współczesnych. 




***
TRASA (66 km)
 
(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)
 

9.10.2016

/MAZURY/ Od szarej kaczki do zielonej gęsi, czyli literacki weekend na Mazurach


Dalekie podróże łatwiej mi opisywać niż te bliskie. Egzotycznym wyprawom towarzyszy bowiem niejako z założenia fascynacja innością otoczenia i odmiennością zwyczajów, a to, co znane od dzieciństwa, wydaje się w pewnym sensie bardziej oczywiste i zwyczajne. Ale przecież nie znaczy to wcale, że miejsca mniej odległe są mniej warte zobaczenia, przeżycia, przemyślenia. I że nie można opowiadać o nich przez pryzmat – jak ładnie ujął to współczesny polski humorysta – „lekkiego zdziwienia światem”.

Dwieście kilometrów od Warszawy leży region o bogatej historii – naznaczony kulturą łużycką, prabałtycką, wielbarską, pruską... Jakże do dziś wizualnie inny niż Mazowsze. Zamiast białych dworków i kolorowych kubików z płaskimi dachami są tu poniemieckie zagrody z cegły i neogotyckie kościoły. W chaszczach skrywają się zamknięte na kłódkę dawne cmentarze ewangelicko-augsburskie - na terenie Warmii i Mazur jest ich ponoć w sumie ponad trzy tysiące.


O ile kulturowo widać tu najbardziej przeszłość pruską, o tyle krajobraz to głównie dziedzictwo plejstocenu. Wtedy powstały tak charakterystyczne dla tej okolicy pagórki i jeziora o przeróżnych kształtach, w tym Śniardwy – polski rekordzista o powierzchni 114 km²; akwen dość płytki, ale za to bardzo rozległy. Poznałam go kiedyś od pełnej wyzwań strony żeglarskiej – od strony przyczajonych mielizn, zdradliwych głazów i białych szkwałów (zapraszam do lektury tekstu: Wielki Rejs po Wielkich Jeziorach). 


Ten weekend spędzam nad jeziorem znacznie mniejszym i tylko odrobinę głębszym. Nidzkie to co prawda zbiornik typu rynnowego, ale na jego dnie osadza się muł stale je spłycając. Ma to swoje zalety – na kąpielisku w Karwicy w zatoce Zamordeje Wielkie wchodzi się do wody po miękkim i bardzo łagodnie opadającym dnie. Zakaz używania silników spalinowych na większości obszaru jeziora czyni relaks nad nim jeszcze przyjemniejszym.


Czymże jednak byłby relaks bez oferty gastronomiczno-rozrywkowej? Odpoczynek w ciszy okraszony obserwacją ślimaków i motyli to opcja wybierana dziś raczej przez mniejszość wczasowiczów. Dlatego tuż przy kąpielisku prężnie działa budka oferująca zapiekanki, lody i piwo w atrakcyjnej cenie 6 złotych za pół litra. Oraz dźwięki szant całkiem za darmo. ”Żegnaj nam dostojny, stary porcie, rzeko Mersey żegnaj nam! Zaciągnąłem się na rejs do Kalifornii, byłem tam już niejeden raz.” Akwen nie ten, skala nie ta, ale nastrój żeglarskiej przygody jakoś nam się udziela.


Dalej w głąb Karwicy przybytków handlu i uciech jest jeszcze więcej. Lokalny sklepik Mars sąsiaduje z gościńcem nazwanym imieniem jego kochanki, która zdradzała z bogiem wojny swego męża Wulkana. Okolona przez Puszczę Piską nieco eklektyczna architektonicznie miejscowość doskonale łączy sielski nastrój spokojnego przysiółka z całkiem sporą ofertą turystyczną. Można tu dobrze zjeść (pani serwująca domowe obiadki za 25 złotych szczyci się tym, że gościła w swych progach samą Sophie Marceau, z którą przyjeżdżał tu kiedyś Żuławski), wypożyczyć rowery, obejrzeć mecz i posłuchać muzyki, kupić lokalny miód lub rybki z mazurskich wód.


Nieopodal Karwicy leżą Krzyże – lokalne centrum wypieku doskonałych jagodzianek, po które w znanym wszystkim miejscu codziennie już o 8 rano ustawia się kolejka. Mieszkańcy okolicznych kempingów (wśród których niektóre oznaczone są jako „rodzinne” i gwarantują luksus w postaci ciszy nocnej) kupują je hurtowo i ładują bułeczki piętrowo do przyniesionych ze sobą skrzynek. 


Nazwa miejscowości zobowiązuje – w centrum wsi, której historia sięga XVIII wieku, nieopodal gospody, rzeczywiście stoi krzyż. Kształt ten stworzyła tu też sama natura w miejscu, w którym jezioro Nidzkie rozchodzi się na boki tworząc zatoki Zamordeje Wielkie i Małe. W latach pięćdziesiątych XX wieku odpoczywali i tworzyli tu członkowie słynnego STS-u; dziś w Krzyżach spotkać można między innymi Jana Pietrzaka i Olgę Lipińską, którzy spędzają ciepłe miesiące w swych domach letniskowych. I czasem coś tu ponoć piszą w cieniu jabłoni.


Literackie akcenty są tu zresztą obecne i w wymiarze historycznym, i wizualnym. Po drodze na przystań i kąpielisko mijamy willę o leśmianowskiej nazwie Malinowy Chruśniak. Przypominają się sugestywne strofy pełne barw i dźwięków: "Bąk złośnik huczał basem, jakby straszył kwiaty, rdzawe guzy na słońcu wygrzewał liść chory, złachmaniałych pajęczyn skrzyły się wisiory, i szedł tyłem na grzbiecie jakiś żuk kosmaty".


Na jeziorze kołyszą się przycumowane jachty, których nazwy stanowiłyby niezły materiał na rozprawę językoznawczą. Jedne noszą imiona dowcipne (Gruba Kaśka), drugie - literackie (Niobe), jeszcze inne ochrzczono z angielska (Black and White) lub na cześć bohaterów dzieciństwa (Muminek). Przy nich pojedynczo lub w grupkach czatują kaczki nauczone doświadczeniem, że łatwiej najeść się sypanymi przez żeglarzy okruszkami niż rybkami i bezkręgowcami, których godzinami trzeba poszukiwać w trzcinkach. Niech żyje wszystkożerność.


Siedząc na pomoście raczę się Stachurą. Z jego słów wyłania się dokładnie ten obraz, który widzę przed sobą. „Dojechaliśmy do tej miejscowości, która się nazywała Krzy­że i która leżała nad jeziorem Nidzkim wielkim wspaniałym, oto­czonym drzewami dzikimi, jak tylko mogłem dojrzeć. Jezioro było bez porównania. Pod niebem błękitnym migotało słonecznie i nieprzebranie i miało się wrażenie, że niebo jest niewiele większe od niego, a czarny pas lasu okalający jakby nie zamykał wcale prze­strzeni jeziornej, tylko tak. Woda była przezroczysta u brzegów, a płytkie piaszczyste dno schodziło wolno ciemniejąc do głęboko­ści coraz ciemniejszych.” I dalej „Wysoka skarpa otwierała szeroko jezioro i horyzont ca­ły daleko widoczny przez powietrze przezroczyste i świeże, i tak się tam oddychało, jakby się jadło coś lekkiego, bardzo zdrowotnego. Ale tego opisać nie można.” Słońce nad wysoką skarpą chyli się ku zachodowi, kąpielisko pustoszeje, tylko kaczki niestrudzenie łykają rozmięknięte okruszki.


Ze stachurowskiego rozdarcia i dramatyzmu czarnych zarysów drzew na tle zachodzącego Słońca przenoszę się do świata ironicznego humoru podkreślonego figlarną figurą zielonej gęsi. Do oddalonej od Krzyży o 4,5 kilometra leśniczówki Pranie. Duch literatury wita mnie w niej od samych progów: przed wejściem ustawiono budkę z książkami, swego rodzaju minibibliotekę w plenerze, z której – jak mówi zawieszona na niej instrukcja – można wziąć sobie dowolny wolumin pod warunkiem, że włoży się w zamian jakiś inny.


Konstanty Ildefons Gałczyński po raz pierwszy przybył do Prania w lipcu 1950 roku, a potem bywał tam regularnie co roku przez kolejne trzy sezony, aż do swojej śmierci. Sama leśniczówka ma jednak znacznie dłuższą historię: zbudowano ją w roku 1880 i opatrzono nazwą Seehorst, którą po wojnie - zgodnie z klimatem politycznym - zmieniono na bardziej swojską.


Poetę można tu dziś spotkać w ogródku – przycupnął on tam w lipcu 2012 roku jak żywy na pieńku – oraz w poświęconym mu muzeum, gdzie stoi jeszcze oryginalne biurko, przy którym napisał Kronikę Olsztyńską, Niobe, Wita Stwosza, Chryzostoma Bulwiecia podróż do Ciemnogrodu i inne znane utwory. Ale przemawia on tu też poniekąd na głos dzięki wieczorkom z muzyką, śpiewem i poezją organizowanym regularnie w okresie wakacyjnym w miniamfiteatrze pod chmurką. 


Dzisiejszy koncert już się skończył, dźwięki skrzypiec umilkły, a słońce skrywa się za horyzontem. Sięgam do zwrotki poematu mistrza, w której opisuje to miejsce w takim właśnie momencie: „W nocy tu tyle nuceń i śpiewań, aż do rana. Księżyc w srebrnej peruce gra jak Bach na organach i płynie koncert wielki przez dęby i przez świerki - to leśniczówka Pranie: nocne koncertowanie”. I znów, podobnie jak przy Stachurze, myślę o tym, jak uniwersalne potrafią być wrażenia niesione przez zgrabnie utkane słowa – i jak ten wieczór podobny jest do tego sprzed sześćdziesięciu lat.

Do samochodu idziemy drogą wysadzaną świerkami, która od 2009 roku nosi dumną nazwę Aleja Nieznanego Poety. To kolejna – obok biblioteki pod chmurką i koncertów – zachęta, by nie zanurzać się wyłącznie w historii, lecz by inspirować się tym miejscem – tak jak robił to Gałczyński. Mnie spacer tą aleją natchnął do napisania o Karwicy, Krzyżach i Praniu, choć przecież już tyle tekstów, zarówno historycznych, jak i literackich, powstało o tych miejscach.


Mazury 2014: lasy poprzecinane ścieżkami edukacyjnymi, poniemieckie domostwa przemieszane budkami z zapiekankami, cisza przełamana muzyką... Ale przecież trudno oczekiwać, by okolica ta pozostała na zawsze skansenem zamieszkałym przez koboldy i kłobuki. Cieszę się, że pomnik Gałczyńskiego przedstawia go w tak urlopowej pozie, że koło tradycyjnych domków rosną nowe wille, że obok muzeów pojawiają się sklepiki... W końcu nawet mistrz Konstanty Ildefons nie pisał wyłącznie o pięknie dziewiczej przyrody, lecz już pół wieku temu mierzył się chętnie poetycko z codziennością: „Żelazko, elektryczne i złowrogie! Żelazko, ach, po cóż spodnie prasowałam nim? Żelazko! Ja cię rozbiję o podłogę.” Bo zieleń zielenią, ale czy można sobie wyobrazić dziś wakacyjny raj bez żelazka, kuchenki i prysznica?...