Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label barok. Show all posts
Showing posts with label barok. Show all posts

10.17.2016

/GÓRNA BAWARIA/ Barokowy zawrót głowy


Zielony od pól, łąk i lasów południowoniemiecki krajobraz poprzetykany jest bielą barokowych kościołów i klasztorów. "Historia Bawarii nierozerwalnie splotła się z historią tutejszych obiektów sakralnych" - pisał Karl Bosl, dwudziestowieczny niemiecki historyk. I tak jest w istocie: klasztory, których liczba sięga tu tysiąca, są w największym landzie widoczne i w sensie duchowym, i kulturowym, i gospodarczym. A do tego stanowią magnes dla turystów zainteresowanych skarbami architektury różnych epok.

Wiele tutejszych zabytków - w szczególności kościołów przyklasztornych - to przykłady kwiecistego baroku. Styl ten rozkwitł w Niemczech po wojnie trzydziestoletniej - po czasach smutku, bólu i mizerii - i zagościł w na dobre na ponad sto pięćdziesiąt lat (1600 -1770); inspirowali się nim też późniejsi mistrzowie. Biało-złote elementy zaczęły zdobić nie tylko budowle nowowznaszane, ale także wnętrza kościołów gotyckich, które barokizowano ze względu na nową modę lub przy okazji zastępowania zniszczonego wojną czy pożarem oryginalnego wyposażenia. Największym ośrodkiem kształcenia mistrzów w tym rejonie był wówczas klasztor Wessobrunn - w sumie ponad tysiąc rzemieślników nauczyło się tam tajników malarstwa, rzeźby, a także techniki stiuku i doboru materiałów. 



Od roku 1730 zamiłowanie do złota i ozdób przybrało jeszcze bardziej jaskrawą formę - wtedy bowiem zaczął upowszechniać się styl rokokowy, dla którego inspiracją były kształty muszli, grot i skał przełożone na język sztuki i doprawione odrobiną przesady - i który jak niczego innego unikał wszelkiej symetrii.

"Prawdziwa sztuka jest zawsze współczesna" - powiedział Dostojewski... Czy bogate zdobienia mogą oczarować odbiorcę wychowanego na minimalizmie? Jak prezentują się one w oczach współczesnych ludzi wpadających tu między wizytami w Ikei? Czy barok wciąż jest w stanie szczerze i spontanicznie zachwycić, czy też został już raz na zawsze skompromitowany przez kiczowate trawestacje - takie jak bazylika w Licheniu?

Z takimi obawami przekraczam próg kościoła maryjnego Marienmünster Mariae Himmelfahrt w miejscowości Dießen nad jeziorem Ammersee. Jego budowa rozpoczęła się w roku 1720, za proboszcza Ivo Badera, ale to jego następca - Herkulan Karg - uznawany jest za duchowego ojca tej budowli i uhonorowany portretem w jej wnętrzu. To on bowiem zaprosił tu słynnego architekta Johanna Michaela Fischera (1692 - 1766), mistrza z Burglengenfeldu wykształconego w Czechach i Austrii, który miał na swym koncie wiele barokowych pereł, w tym słynne kościoły w Ottobeuren i Bichl. 


Dzięki temu, że cała budowla wraz z wyposażeniem powstała w dość krótkim czasie, w kościele tym króluje czysty barok - bez wpływu późniejszych stylów. Co prawda górną część dzwonnicy w roku 1827 zniszczył piorun, ale zrekonstruowano ją zgodnie z historycznym pierwowzorem (zresztą dopiero w latach osiemdziesiątych XX wieku; wcześniej naprawiono ten fragment jedynie prowizorycznie).

Z bieli ścian wybijają się kolorowe sklepienia. Freski na nich stworzył Johann Georg Bergmüller, który wśród biblijnych figur umieścił też siebie samego - jako postać w białym kitlu obserwującą wkroczenie do kościoła świętej Matyldy. Gdy przypatrzeć się dokładnie, w scenach zbiorowych można nawet wypatrzyć tu psy wyglądające tu i ówdzie z lasu nóg. Nad ołtarzem mistrz zaprojektował tak zwane Dießeneńskie Niebo - firmament z grupą 28 grafów, świętych i błogosławionych, którzy w roku 1050 założyli tutejszy klasztor.


Centralną część wypełniającego całą apsydę ołtarza głównego dłuta Joachima Dietricha, nadwornego mistrza z Monachium, zajmuje obraz przedstawiający wniebowzięcie Maryi. Dziś jednak nie można go zobaczyć, jest on bowiem zastępowany cyklicznie przez inne, nowsze malowidła - zgodnie z tematyką świąt następujących po sobie w roku liturgicznym. Po obu stronach ołtarza stoją pobielone drewniane figury ojców kościoła - św. Augustyna, Grzegorza, Ambrożego i Hieronima. Postaci te są wielkie nie tylko w sensie historycznym - mają bowiem wysokość ponad trzech metrów. 


Barok w tym wnętrzu wydaje się wszechogarniający. Spogląda na mnie oczami biało-złotej Marii z Dzieciątkiem, wyziera z kropielnicy w kształcie muszli, spływa z wyściełanej ksamitem ambony autorstwa Johanna Strauba przedstawiającej kazanie apostoła Pawła otoczonego przez anioły.


Z barokowego nieba w Dießen przenosimy się do barokowego raju w Dietramszell koło Bad Tölz. Tutejszy klasztor istnieje już od roku 1100, a pierwszy kościół poświęcono w roku 1156. Pożar w połowie XVII wieku pochłonął całkowicie oba te budynki, wtedy też odbudowano je w zupełnie nowej formie i stylu.


Świątynię, której wnętrze podziwiamy niestety przez kraty uniemożliwiające wejście do nawy głównej poza godzinami nabożeństwa, wzniesiono w latach 1729-46. Ołtarz, autorstwa Johanna Zimmermanna, podobnie jak w poprzednim kościele jest hołdem dla Maryi wznoszącej się do nieba na chmurze dzierżonej przez anioły. 


Tu też nie ma wątpliwości, w jakim stylu powstał wystrój. Wszyscy święci są biało-złoci. Pełen optymizm wnętrza przełamuje jednak swoiste memento mori: przeszklony grób świętego Demetriusa. To jeden z tak zwanych "katakumbowych świętych", których ziemskie szczątki znaleziono w Rzymie w czasie wykopalisk między XVI a XIX wiekiem. Niezidentyfikowane kości męczenników z wczesnych lat Chrześcijaństwa podniesiono do rangi relikwii i przekazano do różnych kościołów w Europie przypisując je dość przypadkowo do imion różnych świętych. Św. Hilarego, Walentego, Lucjusza, Magnusa i wielu innych złożono na wieczny odpoczynek w strojnych szatach w nowych grobach rozsianych po świątyniach w Niemczech, Austrii, Szwajcarii i Czechach.


Z Dietramszell ze świetnie zachowaną barokową świątynią i działającym przy nim do dziś klasztorem Salezjanek jedziemy do "świętego miejsca" - mającego znacznie dłuższą historię kompleksu w Andechs nad Ammersee. Jest to najstarszy w Bawarii i - po Altötting (http://maniapodrozowania.blogspot.com/2012/11/bawaria-bawarska-jesien.html) - także najliczniej odwiedzany cel pielgrzymek religijnych. 


Mury tutejszego kościoła halowego wzniesiono w latach 1420-30 w stylu gotyckim, ale w XVII wieku budowlę zbarokizowano, a w roku 1755 uzupełniono ją o elementy rokokowe. Świątynia pod wezwaniem Św. Mikołaja i Elżbiety miała niezwykle burzliwą historię - w czasie wojny trzydziestoletniej sporo zniszczeń dokonali żołnierze szwedzcy, a 3 maja 1669 piorun spalił go niemal w całości. Obudowę zakończono w roku 1675. Potem rozpoczęły się prace dekoratorskie w nowym stylu - z okazjo trzechsetnej rocznicy wzniesienia kompleksu konwent duchownych zatwierdził jego odnowienie w stylu rokokowym pod artystycznym nadzorem znanego nam już z Dietramszell mistrza Johanna Zimmermanna. Wnętrze poddano dwóm kompleksowym renowacjom w XX wieku (1938-43, 2000-05), dzięki czemu dziś aż pachnie ono nowością, a złote zdobienia błyszczą się jak nigdzie indziej.


Rzesze pielgrzymów przychodzą na "świętą górę" w Andechs już od czasów Średniowiecza. Szczególnym kultem otoczone są trzy hostie przekazane przez Grafa Bertholda III w XII wieku. Wieści o ich mocy uzdrawiającej szybko rozniosły się po tym, jak w roku 1274 niewidoma kobieta z pobliskiego Widdersbergu odzyskała wzrok po wizycie w tutejszym kościele.

Wchodzimy do gotyckiej głównej nawy, którą od północy i od południa uzupełniają niższe kaplice. Prócz samej konstrukcji niewiele śladów tego stylu można tu jeszcze wypatrzyć, bo wnętrze pokryte jest szczelnie elementami barokowymi i rokokowymi. Na suficie rozpościerają się kolorowe freski przedstawiające między innymi wniebowstąpienie Chrystusa i - umieszczony nad organami - koncert dziewięciu chórów anielskich


Ołtarz zgrabnie łączy w sobie elementy z różnych epok. Obraz w centrum stworzył Hans Deglers na początku XVII wieku, ale figury okalające go ze wszystkich stron są już dużo nowsze, w pełni rokokowe. Wyszły one spod dłuta mistrza Zimmermanna w połowie XVII wieku. Surowość gotyku i ozdobność baroku uzupełniają się tu znakomicie.


Wychodzimy z trzeciego dziś barokowego wnętrza - i starszego do pozostałych ze względu na wiek konstrukcji, i nowszego z powodu rokokowych zdobień. Miękkie linie, złoto i biel, zamiłowanie do amorków i motywów przyrodniczych - może to już dziś niemodne, ale przecież trudno odmówić temu stylowi swoistej spójności, dbałości o detale i pewnej wizualnej żartobliwości. I choć - jak mawiają niektórzy - aby coś się spodobało, trzeba przymrużyć jedno oko, a nawet oboje oczu, to mi raczej rozszerzają się źrenice. Tyle set lat temu, tak ogromnym nakładem sił i środków zrobiono bowiem tyle, ile dziś mimo nowoczesnych maszyn rzadko się osiąga. W barokowych kościołach jakoś łatwiej uwierzyć w Boga niż w tych współczesnych. 




***
TRASA (66 km)
 
(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)
 

8.14.2012

/BAWARIA/ U Pana Boga za piecem

 
Niewiele ponad godzinę lotu z Warszawy znajduje się bajkowa kraina. Na świecie rozsławiona jest głównie przez Oktoberfest, ale mnie kojarzy się bardziej z małymi domkami, kolorowymi rabatkami i ryneczkami z fontannami. I z jakąś niewiarygodną wręcz sielskością, której nie ma nigdzie indziej.



To tu beżowe krowy wesoło podzwaniają na pastwiskach, to tu w starej kuźni można dostać wykuty na poczekaniu w tradycyjny sposób "gwóźdź na szczęście", to tu ludzie sami z siebie podchodzą, by pomóc turyście, który niepewnie przystanął na chwilę z planem miasta. Dobrze, że uśmiech to mowa uniwersalna, bo to czy inne słowo może umknąć w rozmowie z Bawarczykami, którzy - jak sami mówią - znają dwa języki: bawarski (czyli Boarisch) i niemiecki. Z tym, że ten drugi znacznie gorzej od pierwszego.



Mogłoby się wydawać, że czas się tu zatrzymał w jakimś idealnie niewinnym momencie historii, w którym jeszcze człowiek nie jest człowiekowi wilkiem. Ale przecież taki moment nigdy nie istniał - przynajmniej od momentu zerwania jabłka. Zresztą ten czas właśnie z drugiej strony wcale tu nie zamarł: po ulicach suną najnowsze modele BMW, na dachówkach tradycyjnych domków lśnią panele słoneczne (ponoć w Niemczech jest ich tyle, co w całej reszcie świata razem wziętej), za wzgórzem w rekordowym tempie powstaje autostrada, a spod rękawa tradycyjnego stroju zwanego dźwięcznie Dirndl wysuwa się najnowszy model Timexa. Może to świat, w którym udało się zabrać to, co najwartościowsze z przeszłości i osadzić to w tym, co najlepszego przyniosła nam współczesność.



Tu chyba zawsze świeci słońce, ulice się nie kurzą, a ludzie nie odchodzą. Choć nie - przecież kiedyś zwiedzając wspaniały barokowy kościół natrafiłam na mszę żałobną za kobietę, która przeżyła ponad 100 lat i doczekała się licznych prawnuków. Ksiądz opowiadał o jej życiu - takie kazanie daje jednak dużo więcej otuchy niż sztandarowe "z prochu powstałeś"...



Ląduję na moim ulubionym lotnisku, z sentymentem wspominam noc spędzoną tu w napcabie (http://maniapodrozowania.blogspot.com/2011/11/monachium-noc-na-lotnisku.html). MAC tętni życiem - w browarze nie ma ani jednego wolnego stolika, na specjalnej scenie prezentowane są nowe modele aut, a pomarańczowa rakieta buchająca dymem reklamuje wypożyczalnię samochodów. To nowoczesne oblicze Bawarii, ale wystarczy pomknąć kilkanaście kilometrów autostradą, by znaleźć to tradycyjne - sielskie i spokojne.



Mieszkam w białym domku w Hexenagger u emerytowanego kowala, który prowadzi muzeum kowalstwa i rusznikarstwa. Można tam obejrzeć działające jeszcze miechy, poczuć własną ręką ciężar młota, usłyszeć, jak brzmi wykuwany metal. W innych salach zbroje, broń z różnych okresów, hełmy, ale też ponad 50 różnych rodzajów maszyn do pisania - jedna nawet z alfabetem arabskim.



W Sali Pamięci silva rerum: od młynków do kawy, poprzez stare narty po radia, krzyże, telefony, lampy naftowe. Trochę przedmiotów, które pamiętam z domu Dziadków, trochę jeszcze starszych. Zachwycają prostotą i funkcjonalnością - cechami, do których przykłada się teraz chyba mniejszą wagę. Na pamiątkę wizyty w muzeum można sobie kupić oryginalną podkowę za 5 euro. Ponoć przynosi szczęście - ale pod warunkiem, że zawiesimy ją tak, by je łapała - czyli wgłębieniem do dołu, a nie odwrotnie. 




Bawaria jest niczym naszyjnik barokowych pereł. Setki kościołów, pałace, wnętrza. Najbardziej znane przykłady barokowej architektury sakralnej to Asamkirche w Monachium, Klasztor Ettal i Wieskirche. Z obiektów niesakralnych urodą zachwyca pałac Nymphenburg, o czym miałam się przyjemność przekonać rok temu.


Tym razem rozkoszuję się pięknem barokowych budowli w Eichstätt. Aromatyczne capuccino w palarni kawy, następnie koncert organowy w katedrze, której historia sięga XI wieku. Najpierw w biało-szarym wnętrzu rozbrzmiewa dostojny Bach, potem mniej znany Buxtehude, a w finale mocny Bartholdy. Te dźwięki są niczym idealnie pasujący podkład do teledysku, którym wydają mi się obrazy detali na ołtarzu i ambonie przerywane mrugnięciami oczu niczym krótkimi cięciami między kolejnymi klatkami clipu. 


Wypełniona barokową muzyką idę na spacer po barokowym miasteczku. Świeci słońce, ryba na fontannie pluje wodą, która mieni się i przyjemnie szumi. Dostojna rezydencja i witający chłodem klasztor


Wchodzę do przedsionka zabudowań klasztornych. Pierwsza kolumna wije się zgodnie z siłą Coriolisa, ostatnia wręcz przeciwnie. U stóp jednej z nich przycupnął kamienny piesek.


Dzień mija szybko. Wieczorem dla ochłody kąpiel w termach Bad Gögging. Ponad 1300 m2 powierzchni basenów, łaźnia rzymska, brodzik Kneippa, dysze do masażu, rzeka dla rozrywki. Potem można napić się wody termalnej dobroczynnie wpływającej na trawienie. Pachnie specyficznie, ale podobno warto się przełamać. Zwłaszcza, że jej smak zaraz udaje mi się przełamać piwem Märzenbier w browarze Schneider. Słońce skrywa się za horyzont miękko oświetlając miasteczko Essing i górujące nad nim skały przywodzące na myśl naszą jurę częstochowsko-krakowską. 


Nadchodzi ciepły letni wieczór. Powietrze napełnia się śmiechem ludzi i głosami kelnerek, które przynoszą do stolików kolejne kufle złotego piwa.