Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

8.15.2012

/STRAUBING/ Zabawa po bawarsku


Gäubodenvolksfest w Straubing to po słynnym Oktoberfeście drugi największy festyn ludowy w Bawarii. Tyle że o ile w październikowej zabawie biorą udział głównie turyści, o tyle tu dziś chyba jedynymi turystami jesteśmy my. Zresztą niestety bez ludowego Dirndl i Lederhosen lub choćby przypinki z szarotką wyglądamy jak w jeansach na Halloween Party lub w bikini na plaży nudystów.


O Dirnldl - tradycyjnych sukienkach z fartuszkiem i bufiastą bluzeczką - można byłoby napisać osobny wpis, ba nawet cały blog. Od tafty po bawełnę, od kraty po kwiatki, od wycięcia półokrągłego po dekolt w kształcie serca, od długości mini po maxi - każda kobieta ubrana jest inaczej. I nie ma takiej, której strój nie odjąłby kilku kilogramów i nie dodał kobiecości. W jednym z setki stoisk z ludowymi sukienkami oglądam nowe wzory - jakieś 120 euro i też mogę zostać apetyczną Heidi w pełnym rynsztunku.


Tłumy kobiet, dzieci, mężczyzn, młodzieży. Nic dziwnego - święto ma ogromną tradycję: istnieje od 1812 roku, a od 1898 obchodzone jest właśnie w Straubing. Już wtedy, ponad 100 lat temu, przybyło na nie ponad 25 tysięcy osób. Początkowo była to powołana dekretem królewskim wystawa bydła i płodów rolnych uzupełniona o wyścigi konne, po wojnie opracowano nową formułę, w której festyn odbywa się do dziś. Prócz hal wystawienniczych oraz stoisk pod gołym niebem jest więc kilka namiotów piwnych oraz ogromne wesołe miasteczko. Wszystko to poprzetykane standami z jedzeniem mniej lub bardziej tradycyjnym.


Kupić tu można chyba wszystko - od pachnących mydełek poprzez serki alpejskie po wanny z masażem. Do tego stroje ludowe, paski z brazylijskiej skóry, rockowe T-shirty, meble ogrodowe i co tam jeszcze. Jeden dzień nie wystarczy na obejście wszystkich hal.


Kapela ludowa szykuje się do występu. Chłopcy robią sobie zdjęcia z dziewczętami. Za chwilę zagrają i zaśpiewają - na wesoło, po bawarsku.


Idziemy do wesołego miasteczka. Góruje nad nim koło widokowe z wagonikami pomalowanymi niczym domek Jasia i Małgosi (znanych tu jako Hänsel und Gretel). Za 5 euro można przeżyć 20 dość szybkich obrotów, a z góry widać nie tylko ogrom Gäubodenvolksfest, lecz również urodę samego Straubing - białą wieżę Stadtturm, czerwoną kościoła św. Jakuba i Tiburtiusa (zakończoną kopulą o zabawnym kształcie przypominającym stalówkę pióra), a nawet złotą kolumnę Świętej Trójcy, która zdobi miasto od 1709 roku.


Kręcę się i podziwiam widoki. Potem piwo w namiocie - sprzedawane tu na litry, podobnie jak na Oktoberfest. Kelnerki do strojów ludowych noszą adidasy lub buty ortopedyczne zamiast trzewików - gości dużo, trzeba się nabiegać. Z tyłu w pasach dzierżą butelki z napojami nonalcoholowymi. Kelnerzy w krótkiej wersji Lederhosen - idealnej na upał i pokazującej umięśnione nogi.


Zabawa na całego, wszystkie pola i trawniki wokół zamienione w olbrzymie parkingi. Ludzie wychodzą i przychodzą, tłum wcale się nie przerzedza.


***

Od festu postanawiamy odpocząć na stateczku. To już moja trzecia w tym roku - po Budapeszcie i Wiedniu - przejażdżka po Dunaju. Tym razem rejs po pięknym modrym rozpoczynam w Kelheim. Zwykle w czasie godzinnej tury można obejrzeć z bliska słynną Befreiungshalle i Klasztor Weltenburg. Niestety ze względu na niski stan wody Dunaju dziś stateczki popłyną w drugą stronę. Aby wynagrodzić tę niedogodność przejażdżka kosztuje 5 euro zamiast 9 i trwa o pół godziny dłużej. 


Klasztoru nie widać niestety, ale podziwiamy mosty, miasteczka, tamę i - z oddali - upamiętniającą zwycięstwa nad Napoleonem Befreiungshalle. Ozdabiającym ją statuom reprezentującym różne niemieckojęzyczne regiony towarzyszy zarys dźwigu budowlanego - hala właśnie jest odnawiana.


Płyniemy, słońce świeci, a tutejsze kelnerki też nie próżnują. O ile idealnym tłem dźwiękowym dla bawarskich widoków jest tradycyjna muzyczka ludowa, o tyle smakiem, który najlepiej do nich pasuje, jest z pewnością smak piwa.


 

8.14.2012

/BAWARIA/ U Pana Boga za piecem

 
Niewiele ponad godzinę lotu z Warszawy znajduje się bajkowa kraina. Na świecie rozsławiona jest głównie przez Oktoberfest, ale mnie kojarzy się bardziej z małymi domkami, kolorowymi rabatkami i ryneczkami z fontannami. I z jakąś niewiarygodną wręcz sielskością, której nie ma nigdzie indziej.



To tu beżowe krowy wesoło podzwaniają na pastwiskach, to tu w starej kuźni można dostać wykuty na poczekaniu w tradycyjny sposób "gwóźdź na szczęście", to tu ludzie sami z siebie podchodzą, by pomóc turyście, który niepewnie przystanął na chwilę z planem miasta. Dobrze, że uśmiech to mowa uniwersalna, bo to czy inne słowo może umknąć w rozmowie z Bawarczykami, którzy - jak sami mówią - znają dwa języki: bawarski (czyli Boarisch) i niemiecki. Z tym, że ten drugi znacznie gorzej od pierwszego.



Mogłoby się wydawać, że czas się tu zatrzymał w jakimś idealnie niewinnym momencie historii, w którym jeszcze człowiek nie jest człowiekowi wilkiem. Ale przecież taki moment nigdy nie istniał - przynajmniej od momentu zerwania jabłka. Zresztą ten czas właśnie z drugiej strony wcale tu nie zamarł: po ulicach suną najnowsze modele BMW, na dachówkach tradycyjnych domków lśnią panele słoneczne (ponoć w Niemczech jest ich tyle, co w całej reszcie świata razem wziętej), za wzgórzem w rekordowym tempie powstaje autostrada, a spod rękawa tradycyjnego stroju zwanego dźwięcznie Dirndl wysuwa się najnowszy model Timexa. Może to świat, w którym udało się zabrać to, co najwartościowsze z przeszłości i osadzić to w tym, co najlepszego przyniosła nam współczesność.



Tu chyba zawsze świeci słońce, ulice się nie kurzą, a ludzie nie odchodzą. Choć nie - przecież kiedyś zwiedzając wspaniały barokowy kościół natrafiłam na mszę żałobną za kobietę, która przeżyła ponad 100 lat i doczekała się licznych prawnuków. Ksiądz opowiadał o jej życiu - takie kazanie daje jednak dużo więcej otuchy niż sztandarowe "z prochu powstałeś"...



Ląduję na moim ulubionym lotnisku, z sentymentem wspominam noc spędzoną tu w napcabie (http://maniapodrozowania.blogspot.com/2011/11/monachium-noc-na-lotnisku.html). MAC tętni życiem - w browarze nie ma ani jednego wolnego stolika, na specjalnej scenie prezentowane są nowe modele aut, a pomarańczowa rakieta buchająca dymem reklamuje wypożyczalnię samochodów. To nowoczesne oblicze Bawarii, ale wystarczy pomknąć kilkanaście kilometrów autostradą, by znaleźć to tradycyjne - sielskie i spokojne.



Mieszkam w białym domku w Hexenagger u emerytowanego kowala, który prowadzi muzeum kowalstwa i rusznikarstwa. Można tam obejrzeć działające jeszcze miechy, poczuć własną ręką ciężar młota, usłyszeć, jak brzmi wykuwany metal. W innych salach zbroje, broń z różnych okresów, hełmy, ale też ponad 50 różnych rodzajów maszyn do pisania - jedna nawet z alfabetem arabskim.



W Sali Pamięci silva rerum: od młynków do kawy, poprzez stare narty po radia, krzyże, telefony, lampy naftowe. Trochę przedmiotów, które pamiętam z domu Dziadków, trochę jeszcze starszych. Zachwycają prostotą i funkcjonalnością - cechami, do których przykłada się teraz chyba mniejszą wagę. Na pamiątkę wizyty w muzeum można sobie kupić oryginalną podkowę za 5 euro. Ponoć przynosi szczęście - ale pod warunkiem, że zawiesimy ją tak, by je łapała - czyli wgłębieniem do dołu, a nie odwrotnie. 




Bawaria jest niczym naszyjnik barokowych pereł. Setki kościołów, pałace, wnętrza. Najbardziej znane przykłady barokowej architektury sakralnej to Asamkirche w Monachium, Klasztor Ettal i Wieskirche. Z obiektów niesakralnych urodą zachwyca pałac Nymphenburg, o czym miałam się przyjemność przekonać rok temu.


Tym razem rozkoszuję się pięknem barokowych budowli w Eichstätt. Aromatyczne capuccino w palarni kawy, następnie koncert organowy w katedrze, której historia sięga XI wieku. Najpierw w biało-szarym wnętrzu rozbrzmiewa dostojny Bach, potem mniej znany Buxtehude, a w finale mocny Bartholdy. Te dźwięki są niczym idealnie pasujący podkład do teledysku, którym wydają mi się obrazy detali na ołtarzu i ambonie przerywane mrugnięciami oczu niczym krótkimi cięciami między kolejnymi klatkami clipu. 


Wypełniona barokową muzyką idę na spacer po barokowym miasteczku. Świeci słońce, ryba na fontannie pluje wodą, która mieni się i przyjemnie szumi. Dostojna rezydencja i witający chłodem klasztor


Wchodzę do przedsionka zabudowań klasztornych. Pierwsza kolumna wije się zgodnie z siłą Coriolisa, ostatnia wręcz przeciwnie. U stóp jednej z nich przycupnął kamienny piesek.


Dzień mija szybko. Wieczorem dla ochłody kąpiel w termach Bad Gögging. Ponad 1300 m2 powierzchni basenów, łaźnia rzymska, brodzik Kneippa, dysze do masażu, rzeka dla rozrywki. Potem można napić się wody termalnej dobroczynnie wpływającej na trawienie. Pachnie specyficznie, ale podobno warto się przełamać. Zwłaszcza, że jej smak zaraz udaje mi się przełamać piwem Märzenbier w browarze Schneider. Słońce skrywa się za horyzont miękko oświetlając miasteczko Essing i górujące nad nim skały przywodzące na myśl naszą jurę częstochowsko-krakowską. 


Nadchodzi ciepły letni wieczór. Powietrze napełnia się śmiechem ludzi i głosami kelnerek, które przynoszą do stolików kolejne kufle złotego piwa.


7.29.2012

/WIEDEŃ/ Weekend w stolicy sznycla


Po weekendach w stolicy knedlików i w stolicy gulaszu przyszedł czas na trzecią metropolię dawnej CK Monarchii - na Wiedeń, ojczyznę torcika Sachera i stolicę sznycla, w której łatwiej dziś dostać kebaba i noodles niż schaboszczaka.

Wakacyjny weekend, słoneczko świeci, chmury suną powoli po błękitnym niebie. Lądujemy na Schwechat i z licznych opcji dojazdu do centrum Wiednia - pociągiem, airport busem, tramwajem S7, taksówką  - wybieramy tę najszybszą: CAT, czyli City Airport Train. Koszt biletu to 19 euro w dwie strony, ale jaka wygoda: kursująca co 30 minut kolejka dociera do Wien Mitte w 16 minut! Plus po drodze na monitorach można pooglądać infofilmiki - za oknem i tak prócz rafinerii nie ma nic ciekawego. Na stacji CAT w centrum Wiednia zwykle można skorzystać z zamykanych szafek bagażowych, niestety teraz z powodu przebudowy nie ma gdzie zostawić plecaka.


Generalnie Wiedeń rozkopany. Nie działa duża część trasy metra U1 - co ma swoje plusy: hotele w okolicach stacji tej linii kuszą superofertami cenowymi. Tam, gdzie dotychczas był dworzec południowy, powstaje teraz Zentral Bahnhof Wien. Jadąc tramwajem "O" do dzielnicy Favoriten, w której mieści się nasz hotel, z prawej strony mamy więc wiek XIX i XX - piękne secesyjne kamienice, z lewej zaś wiek XXI - las dźwigów budowlanych.


Ale póki co lądujemy w Wien Mitte. Pomysł, by do symbolu Wiednia - Stephansdomu, czyli Katedry Św. Stefana - dojechać metrem szybko upada, bo w gąszczu prowizorycznych przejść i poprzedzielanych dyktą korytarzy ciężko jest wypatrzyć stację kolejki podziemnej. Idziemy więc na azymut przez park miejski Stadtpark w kierunku widocznych z daleka wież kościelnych. Na ławkach starsi państwo wygrzewają się w słońcu, a backpackerzy odsypiają noc w klubie. Kwiaciarka szykuje nowe kompozycje z letnich roślin.


Przechodzimy przez ulicę i wchodzimy w jedną z uliczek prowadzących do katedry. Z planu wydawało się, że to jeszcze kawałek drogi, ale jakoś wyjątkowo szybko i nagle wyrasta przed nami obiekt, którego szukaliśmy: Domkirche St. Stephan zu Wien, w skrócie Stephansdom. Jak podają źródła, katedra zbudowana została w latach 1230/1240-1263 w stylu późnoromańskim, a następnie rozbudowywano ją od XIV do początku XVI w. nadając jej obecną gotycką formę.


Katedra należy do największych świątyń europejskich, jej całkowita długość wynosi 107, zaś szerokość 34 metry. Ślub brał w niej sam Mozart! Tablice kierują chętnych do wieży, którą można zdobyć pokonując ponad 300 metrów schodów... Upał straszny plus wspomnienie męki ze wspinaczki na wieżę katedry w Kolonii powstrzymują mnie przed tym szalonym krokiem. Wchodzę do wnętrza świątyni, podziwiam piękne sklepienie, w sklepiku kupuję medalik ze św. Stefanem i... ku mojemu zdziwieniu odkrywam windę, która za 4,50 euro zawiezie mnie na szczyt baszty północnej, w której mieści się słynny dzwon Pummerin wykonany na początku XVIII wieku z niemal trzystu stopionych armat! Dzwon jak dzwon, ale winda w zabytkowym kościele - to jest coś.



Z góry widok imponujący. U podnóża katedry tłoczą się dorożki konne. Ludzie przemykają niczym mrówki. Wspaniale ozdobiony dach kościoła lśni w słońcu. Ponoć do przykrycia wszystkich połaci dachów wykorzystano aż 230 000 glazurowanych dachówek! Jest tak przejrzyście, że widać nawet znajdujący się na drugim brzegu Dunaju Prater.  



Japońscy turyści - a są ich w Wiedniu setki chyba, jeśli nie tysiące - całą grupą wchodzą na tarasy widokowe, głośno rozmawiają, robią zdjęcia. Czar średniowiecznej zadumy pryska, pora wracać na ziemię - windziarz, miłośnik muzyki lat osiemdziesiątych - podśpiewuje do radyjka zwożąc nas w dół. 


Potrzeby ducha chwilowo zaspokojone, pora na potrzeby ciała. W pobliskiej budzie z kiełbaskami zjadamy Wienerwürstel, czyli parówki z ketchupem, musztardą i bułką za 3,20 euro i popijamy je piwem - 3,60 euro za pół litra.Wody można napić się za darmo z pobliskiej nowoczesnej wersji specjalnie oznaczonego hydranta. Z pewnością korzystają z niego miłośnicy Käsekrainera - bardzo słonej i ostrej kiełbasy z serem również serwowanej w pobliskim Würstlstandzie.


Spacer deptakiem Kärntner Straße do pobliskiego Hofburga - stojącego tu już od XIII wieku (a rozbudowywanego po wiek XX) pałacu władców Austrii, w którym co roku w Sylwestra odbywa się słynny bal. Potem mijamy pałac prezydencki podpisany w kilku językach na chodniku, po którym przechodzi właśnie piesek - nic sobie nie robiąc z powagi tego miejsca.



Metrem dojeżdżamy do stacji Karlsplatz znajdującej się nieopodal "Główki Kapusty" - budowli z charakterystyczną złotą kopułą będącej kluczowym osiągnięciem wiedeńskiej secesji oraz kolejnej wyjątkowej atrakcji miasta - Naschmarktu. Tak olbrzymiego targu vel bazaru vel rynku jeszcze nie widziałam! Setki stoisk, budek, straganów, knajpek, stolików... A na nich wszystko: oliwki nadziewane migdałami, kozi ser owinięty boczkiem i zanurzony w miodzie, 10 rodzajów szafranu i 100 gatunków innych przypraw, kraby, łososie, tuńczyki, mięsa wszystkich chyba pasażerów arki Noego. A pomiędzy tym kolorowe chusty, sukienki w kwiaty, sklepik z winami, skład porcelany, kawiarnia, barek, winiarnia... Miszmasz dóbr wszelkich spowity zapachem świeżych ziół. 

 

Akurat jest sobota, więc ciągnący się niemal bez końca Naschmarkt przedłużony jest o drugą olbrzymią część z pchlim targiem. Austriacy wyprzedający starocie z piwnic, Cyganie z błyszczącymi garnkami i tombakowymi zegarkami, bez koszul - bo upał straszny; Polacy próbujący przypomnieć sobie liczebniki po niemiecku, by coś utargować. Nastrój tego miejsca nie ustępuje nastrojowi arabskich bazarów. Stoliki, budki; czasem rzeczy piętrzą się po prostu na kupie na chodniku. Matka boska nadgryziona przez korniki stoi obok plastikowego Homera Simpsona. Ktoś targuje się o poczerniały order. Jakaś kobieta mierzy przykurzone buty, dwie Cyganki popychają się nawzajem. Ja próbuję uzyskać przyjazną cenę za czarne lakowe pudełeczko z zamknięciem w kształcie żółwia. I kupuję za 3 euro ceramiczny kufel do piwa.


Mała przekąska w pobliskiej syryjskiej knajpce. Do niej Apfelschorle zwana tu "Apfelsaft gespritzt" - mieszanka soku jabłkowego i wody gazowanej idealnie gasi pragnienie.

Czas zameldować się i chwilę odpocząć w hotelu. Jedziemy doń z centrum przez dzielnicę Favoriten. Mijamy dom pogrzebowy wystawiający w witrynie najnowsze modele trumien, sex shop, w którym kontrowersyjne rejony zaklejono manekinom taśmą, dalej kino erotyczne i klub dla swingersów, budy z kebabami, duże centrum handlowe. Hotel w secesyjnej kamienicy, bardzo ładny; słynie z pysznych śniadań.


Pół godziny relaksu i nie zrażeni wichurą, która porywa nawet jeden z parasoli przy knajpce, ruszamy do Therme Wien.Tramwajem 66 jedziemy tam dobre 30 minut; największe wiedeńskie termy znajdują się na dalekich obrzeżach miasta. Mijamy sypialniane osiedla, supernowoczesny kampus jednej z uczelni - FH Wien, kolejne blokowiska, lasek i lądujemy na pętli Oberlaa. W kompleksie sklepików przy pętli, mocno już podupadłym, zauważamy bar szybkiej obsługi o dźwięcznej nazwie Johnny's Imbis. Pobliska restauracja przy termach świeci pustkami, a tu trudno znaleźć stolik. Po zamówieniu kanapek i zupy gulaszowej już wiem dlaczego - za kilka euro można zjeść tu prawdziwe arcydzieła smaku. Pasta paprykowa na świeżutkim chlebie rozpływa się w ustach, a zupa wybucha w ustach bogactwem smaku - delikatnej wołowiny, kiełbasy, podsmażonej papryki, kartofelków o idealnym stopniu twardości.


Zaspokojona kulinarnie udaję się do term. Wewnątrz basen zwykły, z masażami, relaksacyjny z podgłówkami umożliwiającymi wygodny relaks i podświetlaną na kolorowo wodą (dzieciom poniżej 14 lat wstęp wzbroniony), dwie duże zjeżdżalnie, mniejsza zjeżdżalnia w formie kamienia... I cały obszar z saunami, których ze względu na upal nie daję rady przetestować. Na zewnątrz basen sportowy, solankowy, z masażami. Kawiarenka i restauracja, w której "płaci się" czipem - tym samym, który służy do zamykania szafki. Pływam trochę, relaksuję się w solance, jem pyszny banana split - i tak do 22.00. 


Wracamy znów 66-ką; w drodze powrotnej łapie nas deszcz, więc skrywamy się w Quicku na Quellenplatz. Zamawiam jedno duże piwo. Kelner przynosi je szybko. Niedługo potem zjawia się właściciel stawiając przede mną drugie pół litra złotego płynu i prosząc, bym spróbowała, czy nie smakuje lepiej. Próbuję - smakuje tak samo. Właściciel śmieje się i mówi, że chyba była jakaś awaria beczki z piwem. Życzy mi smacznego. Wypijam oba piwa, kelner dziwi się widząc dwa puste kufle, idzie na chwilę do właściciela i oznajmia, że z jakiegoś powodu zostałam przez niego zaproszona. Wychodząc dziękuję mu z uśmiechem za miły gest.



Ruszamy w obchód przeczesując dzielnicę Favoriten w poszukiwaniu słynnego Wiener Schnitzla. Kilometr pierwszy: noodle, pizza i kebab. Kilometr drugi: sushi, kebab i kebab - przy drugim dwóch Turków ogląda na monitorze olimpijskie zmagania pływaków dyskutując o ich osiągnięciach... po polsku. Kilometr trzeci: kebab, Mc Donalds X 2 i Burger King. Chyba czas się poddać i zjeść hamburgera, sznycel będzie jutro.



Mimo niesprzyjających prognoz kolejny dzień znów upalny i słoneczny. Idealny na przejażdżkę statkiem po pięknym modrym. Jedziemy więc bezpośrednio z hotelu tramwajem 68 na Schwedenplatz, skąd odpływają na rejs po Dunaju, kanałach i do Bratysławy stateczki firmy o mało oryginalnej nazwie Blue Danube. Mamy szczęście - o 11.00, czyli za 10 minut rozpoczyna się półtoragodzinna rundka po kanałach. Cena na bilecie 17,50 euro, ale płacimy 19,50 - wywieszka informuje, że ze względu na wzrost cen ropy pasażerowie muszą każdorazowo dopłacać po 2 euro za paliwo. 


Na trasie stateczku kilka zabytków - z ciekawszych: Urania (instytut edukacyjny i obserwatorium) i spalarnia śmieci projektu Hunderwassera. Ale głównie drzewa, krzaki i prawdziwa megagaleria street artu.


Graffiti artystyczne, okazjonalne, prowokacyjne... Choć głos z megafonu o tych właśnie zabytkach nas nie informuje przemilczając je po niemiecku, angielsku, włosku i hiszpańsku, to są one z pewnością najciekawszymi obiektami i prawdziwym kuriozum na tej trasie. Kelnerzy na statku pojawiają się często - o czym wiedziałam dzięki licznym uwagom na ten temat w Internecie. Ale dziś to dobrze, piwko pasuje do galerii graffiti przesuwającej się przed naszymi oczami.


Obiad w restauracji z widokiem  na Dunaj - niczym szklana narośl zbudowanej nad portem dla stateczków. Ceny mocno wygórowane, ale cuisine topowa: kotlecik cielęcy jak marzenie, a pod nim drugi, bliźniaczy. Do tego sałatka kartoflana. Poezja.


Niedzielne popołudnie to idealna pora, by zanurzyć się w kolorowy świat rozrywek. Metrem jedziemy do stacji Praterstern i lądujemy u wrót słynnego parku rozrywki. Klaun sprzedaje serca i jamniki z baloników, mijamy kasę kuszącą karnetami łączonymi na różne atrakcje i muzeum Madame Tussauds - na mający od 1766 roku status parku publicznego Prater można wejść bez żadnego biletu, płaci się tylko za poszczególne atrakcje. 



Największa i fizycznie i historycznie atrakcja to oczywiście koło diabelskie Riesenrad. Ma ponad 64 metry wysokości - aż trudno uwierzyć, że zbudowano je jeszcze w XIX wieku! Byłam na kołach większych i nowocześniejszych - w Dubaju, Londynie, Singapurze - ale tylko to ma tak niezwykły charm: drewniane wagoniki i chyboczące szybki w oknach. Nastrój trochę jak na wieży Eiffla, z przyjemnością odrywam wzrok od miasta widocznego niby makieta po sam horyzont, by podziwiać metalową konstrukcję spojoną solidnymi nitami.


Szybkich karuzeli bałam się zawsze - zwłaszcza, że widywałam już sprzątane z nich kolorowe pawie z resztkami waty cukrowej i kawałkami M&M-sów. Ale dziś taki piękny dzień, a fruwanie na stalowych łańcuchach kosztuje jedynie 3 euro... Przełamuję się i decyduję na lot na karuzeli. Schodzę na miękkich nogach; na pewno nie spróbuję prawdziwie podniebnej wersji tej przyjemności.


Jeszcze  Burggarten - fotka z obleganym Mozartem i zupełnie nieobleganym Goethem. Neorenesansowy budynek opery - 25 maja 1869 roku wystawienie opery "Don Giovanni" rozpoczęło działalność tutejszej sceny operowej.



Nieopodal słynny Hotel Sacher. Tłum Japończyków, na wejście do wnętrz przypominających do złudzenia warszawskiego Wedla trzeba chwilkę poczekać. Ale warto to zrobić, by za 4,90 euro w pięknym otoczeniu skosztować najsłynniejszy chyba torcik świata serwowany przez kelnerkę w czarnym mundurku z białym fartuszkiem. Ten smak rozpływającej się na języku czekolady i dżemu morelowego pozostanie w mojej pamięci jako smak Wiednia.


Komfortowy przejazd CAT-em na lotnisko. Lot do Warszawy trwa niewiele ponad godzinę. Jakże bliskie te byłe Austrowęgry. I jakże dalekie. 





TRASY SPACERÓW





(Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, aby ją powiększyć)



ZAPRASZAM TEŻ NA MOJE FILMY O ATRAKCJACH WIEDNIA: http://www.youtube.com/playlist?list=PL49D4D93EDD952BCE&feature=plcp