Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

7.22.2012

/WASSERKUPPE/ Szybowcem nad górami


Wasserkuppe - wzniesienie o wysokości 950,2 m n.p.m. - jest najwyższym punktem masywu Rhön znajdującego się w niemieckiej Hesji. To właśnie tu narodziło się szybownictwo.

Jak podają źródła, już w roku 1910 studenci z Darmstadt zrzeszeni w Akademische Fliegergruppe podejmowali tu pierwsze próby lotów. Szybowcom - dziś wznoszonym w niebo przez samoloty - nadawali oni pęd stosując gumowe liny. W roku 1922 Arthurowi Martensowi udało się utrzymać w powietrzu przez cała godzinę.  

W XX wieku miejsce to pełniło różne funkcje - również militarne. Dziś  przyciąga setki turystów, którzy mogą tu nie tylko wykupić lot szybowcem czy awionetką, lecz również zdobyć licencję szybowcową.

My do Wasserkuppe przyjeżdżamy w niedzielę. Parkingów dużo, ale wszystkie pełne - na stronie internetowej http://www.fliegerschule-wasserkuppe.de/ było ostrzeżenie, że w weekend na lot trzeba poczekać nieco dłużej, ale postanawiamy zaryzykować.

Pogoda wymarzona do lotów - błękitne niebo, cumulusy, słońce i... wiatr. Jak okaże się potem - nawet nieco za silny.


Idziemy w kierunku pasa startowego. Na trawie wokół niego kilkanaście szybowców, kilka samolotów, tłum widzów. Zapisujemy się na lot - 20 minut w powietrzu kosztuje 50 euro. Większość ludzi przychodzi tu jednak popatrzeć, a nie polatać, więc w niecałe 30 minut siedzimy w szybowcach gotowi do startu.


Ale zanim wystartujemy wszystko trzeba przygotować. Ważące około 250 kg maszyny żwawe pilotki (bo są to tu głównie młode dziewczyny) ciągną na pas startowy. Sprawnie przytwierdzają linkę holowniczą do dziobu szybowca. 


W tym czasie ktoś z obsługi pomaga mi włożyć spadochron. "Będziemy dziś latać, a nie skakać, ten spadochron to nasz plan B" żartuje Kerstin robiąc mi przy okazji dziesięciosekundowe szkolenie z obsługi spadochronu. Brzmi ono: "Jakby co, to ciągniesz za czerwony uchwyt".

Do szybowca trudno jest wejść samemu. Dwie minikabinki, ta z przodu dla pilotki, ta z tyłu dla mnie. Siedzę wygodnie, jest dużo miejsca na nogi, między udami mam dźwignię, której nie wolno mi dotykać. Gdybym miała poczucie, że powinnam się czegoś trzymać, to najlepiej chwycić się pasów - tłumaczy mi ktoś z obsługi. Pilotka instruuje też, gdzie jest papierowa torba - na wypadek, gdyby zrobiło mi się niedobrze.


Siedzę przypięta mocno pasami. Choć da się je odpiąć jednym ruchem, to i tak nie wiem, jak można byłoby wydobyć się z ciasnej kabinki i uruchomić spadochron. Ale nie martwię się tym specjalnie - w końcu spadochron to jedynie plan B.

Jeszcze chwila na zamknięcie plastikowej osłonki nad kabiną i zaraz startujemy. Przede mną zegary i jakieś nadajniki. Widzę prędkościomierz, wysokościomierz i wariometr mierzący prędkość wznoszenia się i opadania szybowca. Oraz radio, z którego przez cały lot słychać będzie informacje o pogodzie, prądach wznoszących i sytuacji na lądowisku.


Próbuję sobie przypomnieć z lekcji fizyki, jak takie coś jak szybowiec może w ogóle latać... "Gdy szybowiec przemieszcza się do przodu, powietrze opływa jego skrzydła o specjalnie ukształtowanym profilu. Poruszając się wzdłuż wypukłej górnej powierzchni płata ma do pokonania nieco dłuższą drogę niż powietrze przemieszczające się wzdłuż bardziej płaskiej dolnej powierzchni – musi więc poruszać się szybciej. Zgodnie z prawem Bernoulliego powoduje to, że ciśnienie powietrza nad skrzydłem jest niższe, niż pod nim. Różnica ciśnień powoduje powstanie skierowanej ku górze siły aerodynamicznej, równoważącej ciężar szybowca" - doczytam potem w sieci (http://www.plar.pl/szyb/instrukcje/skrypt.pdf). Póki co pamiętam tylko, że jak obiekt porusza się wystarczająco szybko, to powietrze jest dla niego niczym ciało stałe stawiające opór. To chyba mało fachowe wytłumaczenie, ale najbardziej trafia mi do wyobraźni.

Międzynarodowy rekord wysokości lotu szybowca to 14 938 m. My będziemy lecieć "zaledwie" na ok. 1200 metrach. Samolot przed nami daje full do przodu, a my w niemal niezauważalny sposób odrywamy się od ziemi. Lecimy... Póki co na smyczy. Na początku czuć lekkie rzucanie, szybowiec czasem dość gwałtownie opada, pilotka krzyczy do mnie - zagłuszając hałas spowodowany lotem i komunikaty z radia - że jak tylko się odczepimy, to będzie spokojniej. Wierzę jej na słowo.


Spodziewałam się jakiegoś szarpnięcia, ale odczepienie liny jest równie mało zauważalne, co oderwanie się szybowca od ziemi. Więc teraz już naprawdę jesteśmy zdane jedynie na prądy wznoszące i umiejętności pilotki. Ale nie o tym myśli się w czasie lotu. Serce wypełnia euforia, że tak fajnie szybować pod chmurami. Pod nami piękne widoki: góry, lasy, łąki i grupa lotniarzy, która pewnie waha się, czy wiatr dzisiaj nie za silny. Bo jest silniejszy niż się wydawało: na prędkościomierzu miało być maksymalnie 90 km/h, a jest ponad 110.


Gdy lecimy prosto, to prędkości tej w ogóle nie czuć. Ziemia pod nami jest niemal nieruchoma. Znacznie ciekawiej robi się, gdy kręcimy się w kółko albo skręcamy - tak, że skrzydło układa się prawie prostopadle do horyzontu. Wspaniałe uczucie, szkoda że sama nie mogę pobawić się drążkiem.


Nie wiem, ile trwał lot. To znaczy wiem, ale jakoś czas inaczej płynął tam w górze. Podobnie było, gdy leciałam na paralotni w Austrii i na motolotni w Tunezji - gdyby nie cena tych przyjemności (110 euro za 45 minut na paralotni), to od razu po wylądowaniu wykupiłabym kolejny lot. 


W lewo, w prawo, kręcimy się. Jesteśmy coraz niżej. Betonowy pas startowy mamy już w zasięgu wzroku. Ale tam czeka już kolejka chętnych do startu, więc nie tam będziemy lądować, lecz na pobliskiej murawie. Słyszałam sporo o tym, jak nieprzyjemny bywa ten moment, ale dla mnie lądowanie okazuje się jedną z głównych atrakcji lotu. Przyrządy piszczą głośno, my zbliżamy się do ziemi. Bum, hop, hop, bum i jeszcze raz bum, szybowiec skacze po trawie, wszystko się trzęsie, a ja się śmieję, bo to zabawne uczucie - jakby ktoś samochodem ciągnął mnie na sankach po wertepach.


To już koniec. Kolejny punkt z listy marzeń stał się wspomnieniem. Przede mną jeszcze balon i sterowiec!



ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM Z LOTU SZYBOWCEM: http://www.youtube.com/watch?v=SL3biDuMjb0&feature=plcp




7.21.2012

/WÖRLITZ/ Dzień w saksońskich Łazienkach


W Wörlitz - dzielnicy miasta Oranienbaum-Wörlitz w kraju związkowym Saksonia-Anhalt w powiecie Wittenberga znajduje się piękny klasycystyczny park. Od 2000 roku wpisany jest on na listę światowego dziedzictwa kultury UNESCO.

Pierwsze wrażenie? Łazienki! No, może trochę większe Łazienki. I bez wiewiórek, ale za to z licznymi kaczkami i łabędziami.


Już przy parkingu wita nas romantyczny kamienny mostek Friederikenbrücke - nic, tylko się fotografować na jego tle. Z prawej miasteczko z licznymi restauracjami, sklepikami i kawiarniami, a z prawej - park. 


Park stworzono w XVIII wieku na starorzeczu Łaby jako jeden z pierwszych ogrodów angielskich mających prezentować piękno natury w sposób bliski człowiekowi. Do jego powstania zainspirowały twórców antyczne wykopaliska - między innymi to w Pompejach. Tę nutę klasycyzmu widać wyraźnie z pałacyku przypominającym nieco ten w nieborowskiej Arkadii.

Fundatorem parku był książę Leopold III. Jak donoszą źródła historyczne, ogród od momentu powstania miał być dostępny dla wszystkich i przekazywać idee wolności osobistej i bliskości sztuki i natury. Do dziś idee te są tu żywe - za 45 minut przejażdżką gondolą płaci się jedynie 7 euro, a prom przewozi chętnych na drugą stronę jeziorka Wörlitzer See za 50 centów.

Idziemy dróżką wzdłuż jeziora. Mijamy zbudowany w latach 1769-1773 pałac - tutejszą główną atrakcję. Stworzył go architekt Wilhelm von Erdmannsdorff w stylu antycznym inspirowanym Witruwiuszem. To jeden z najwcześniejszych przykładów architektury klasycystycznej w Europie. Jego jasnożółte ściany pięknie odcinają się od błękitnego nieba. 


Idziemy dalej. Z jednej strony jezioro, po którym pływają w łódkach turyści, z drugiej - łany zboża


Z daleka dostrzegamy Insel Stein zainspirowaną widokami z Neapolu i Sycylii. W zbudowanej na wysepce miniaturowej kopii Wezuwiusza znajduje się mały amfiteatr. Woda chlupie, kaczki nurkują, a turyści zachwycają się widokiem ze szczytu Miniwezuwiusza.


Czymże byłby piękny dzień bez dobrego jedzenia?... W miasteczku tyle restauracji, że ciężko wybrać najładniejszą. Akurat sezon kurek - decyduję się więc na wołowinę z grzybami. Do tego tutejsze piwo pszeniczne. A na deser lody. A beautiful day lub raczej - ein herrlicher Tag!

/POLSKA/ Przygoda z A2



Moja pierwsza przygoda z polską autostradą zaczyna się w sobotę rano - punkt 6 wyruszamy z Kabat w stronę osławionej A2, by dojechać nią aż do Świecka - bramy w szeroki świat. Jeszcze 20 lat temu nawet nie marzyłam, że przejadę się polskim metrem albo autostradą - a teraz są: eleganckie, nowoczesne i pachnące świeżością.

Niemieckie autostrady - wyposażone nawet w specjalne wiadukty chroniące żaby od przejechania a kierowców od poślizgu - znane są na całym świecie. Wspaniałą wielopasmówką jeździłam też po Emiratach Arabskich i Szanghaju. W Skandynawii podziwiałam kolor asfaltu, ale ograniczenia prędkości nie pozwalały się cieszyć pustymi i szerokimi drogami. Tym bardziej ciekawa jestem polskiej wersji drogi nie bardzo ale dość szybkiego ruchu.


Wjazd przed węzłem w Konotopie. Trochę błądzenia koło Piastowa - GPS mimo update'u oprogramowania nie poradził sobie z problemem. Za to pan Wiesiek na stacji benzynowej pod Piastowem udzielił stosownych instrukcji - widać, że niejednego kierował już stamtąd na osławioną acz nie najlepiej oznakowaną (jeszcze) A2. Z wiaduktu w Morach  wjeżdżamy na autostradę.


Wjeżdżamy na piękne szerokie pasy. Węzeł Konotopa (kto słyszał o tej miejscowości zanim nie stała się wrotami do A2?), potem Pruszków. Jest super, ruch mały i póki co nikt nie każe za nic płacić. Po 10 km zapowiedź przyszłego bólu portfela - powstają tam bramki z biletami. Mijamy węzeł Grodzisk Mazowiecki, do Świecka jeszcze całe 450 km.


Ruch zaskakująco mały - mimo że to wakacyjna sobota. Kilka aut wiezie rowery przymocowane z tyłu na specjalnych uchwytach, ciężarówek brak - zdecydowanie więcej widać ich na parkingach po bokach drogi. Po dwa pasy w każdą stronę przedzielone pasem zieleni. Można pruć, choć ograniczenie do 140.


Dojeżdżamy do 53 kilometra od wjazdu, węzeł Skierniewice. Po drodze było kilka ograniczeń i dobrze oznakowanych miejsc, na których prowadzone są roboty drogowe. Od około 100 kilometra trasy pojawiają się dłuższe ograniczenia do 70 km/h.

I są! Na 99 kilometrze trasy, koło Strykowa (miejscowości rozsławionej również przez autostradę) haltują nas pierwsze bramki. Z automatu pobieramy bilet z paskiem magnetycznym uprawniający nas do jazdy na trasie Stryków - Konin. 


Na 126 kilometrze trasy mijamy dwa duże bliźniacze Orleny ustawione równolegle po dwóch stronach A2. Na 166 kolejna atrakcja - przejeżdżamy utrwaloną w naszym hymnie narodowym rzekę Wartę. Kilkanaście kilometrów dalej - ładne kładki łączące las po obu stronach trasy.


Tuż za węzłem Konin kolejny postój. Na 195 kilometrze bramki - tym razem nie automatyczne. Panie kasują od nas 9,90 zł za wspomniany już odcinek wyszczególniony na bilecie.


System się zmienia - dotąd płaciliśmy z dołu, teraz z góry - w PPO Lądek (czyli Placu Poboru Opłat) kolejna miła pani pozbawia nas kwoty 14 zł. Mijamy węzeł Słupca, na tym odcinku jazdę spowalniają liczne przewężenia spowodowane robotami drogowymi. Nitka w kierunku Warszawy częściowo w budowie, ruch odbywa się więc po dwóch pasach drugiej nitki. 

Na 275 kilometrze, ok. 20 km przed Poznaniem - PPO Nagradowice. Opłata 14 złotych. Dobrze, że zabraliśmy dużo bilonu.


I znów jak w kalejdoskopie zmienia się system opłat - na 305 km w PPO Gołuski pobieramy bilecik z paskiem magnetycznym. Mijamy kolejne bliźniacze Orleny, węzeł Rzepin i - postój przy kolejnych bramkach. W PPO Tarnawa Rzepińska, na 434 km trasy, płacimy 31 złotych. Jeśli w ferworze pobierania bilecików i płacenia w czymś się pomyliłam - można doczytać na oficjalnej stronie http://www.aesa.pl/pl/regulamin-a2/.


Autostradą dojeżdżamy do Świecka - kończy się ona na 453 km trasy (za 0 przyjęliśmy punkt wjazdu przed węzłem Konotopa). W niecałe 3,5 godziny dotarliśmy do granicy!


Bilans? Przeciętna prędkość 113 km/h, zużycie 9,9 l/100 km. Koszt za przejazd - 69 złotych. Frajda jazdy po polskiej autostradzie - bezcenna!


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY ZAPIS JAZDY TRASĄ A2:

6.11.2012

/AMSTERDAM/ Uśmiech żółtego buldoga


Wenecja Północy z 1500 mostami i ponad 100 km kanałów. Miasto miliona rowerów. Metropolia, w której unosi się zapach marihuany, a z oświetlonych czerwonymi jarzeniówkami okien wyglądają dziewczyny w bieliźnie - lub bez. Te wszystkie określenia pasują równie dobrze: Amsterdam to miasto, gdzie w witrynie secesyjnej kamienicy sprzedawane są silikonowe imitacje kobiecych piersi, obok nobliwej księgarni do przechodniów uśmiecha się buldog - symbol najbardziej znanej i najstarszej sieci coffee shopów w mieście, a koło stoisk z kwiatami na Nieuwmarkt ktoś właśnie korzysta z osłoniętego ażurową ścianką z metalu ulicznego pisuaru.


W Amsterdamie można znaleźć to, czego się szuka - i zobaczyć takie oblicze miasta, jakie chce się ujrzeć. Piękne kamienice z ukwieconymi oknami i gankami, przy których przejeżdżają stada oczyszczarek ulicznych dbając o czystość miasta lub przykryte wielowarstwowym graffiti wąskie uliczki. Kolorowo ubranych uśmiechniętych Amsterdamczyków lub żebraków i prostytutki o wszystkich możliwych odcieniach skóry. Muzeum van Gogha lub obdrapany erotic theatre, w którym na żywo odgrywane są akty kobieco-kobiece, męsko-męskie i mieszane.


Pierwsze spotkanie z miastem to Schiphol, czwarte co do wielkości lotnisko w Europie pod względem nasilenia ruchu pasażerskiego. Już tutaj można odczuć przedsmak tego, co na amsterdamskich ulicach rzuca się w oczy na każdym kroku - wokół terminali znajdują się liczne sklepiki z pamiątkami wszelkiej maści: od biało-niebieskiej porcelanowej solniczki w kształcie penisa po specjalną smycz do noszenia na szyi butelki z wodą. Lotnisko jest przyjazne dla pasażerów - można skorzystać z otwartego tarasu i zrelaksować się na nim na leżaczku wśród roślinności, przysiąść pod sztucznym drzewem lub za 2 euro dać się wymasować przez 5 minut maszynie shiatsu z cudownie miękkim fotelem.


Kolejny obraz to bardziej historyczne oblicze miasta: dworzec główny. Gmach go mieszczący stoi na sztucznej wyspie na 8700 drewnianych palach. To zbudowane pod koniec XIX wieku dzieło słynnego architekta P. J. H. Cuypersa jest jedną z wizytówek miasta. Stamtąd tramwajem 26 jedziemy do Ijburg - również usypanej ludzkimi rękami wyspy; znajduje się ona 20 minut jazdy na wschód od centrum Amsterdamu i przyciąga osoby zainteresowane nowoczesna architekturą, której na niej nie brakuje. 


Mieszkamy w przytulnym Lieve Nachten w pokoju nazwanym "Pożegnanie z Afryką". Budynek z zewnątrz zwraca uwagę żywymi barwami, w środku zaś zachwyca loftową konstrukcją i eklektycznym wystrojem. Przed naszym pokojem śpi kot, a ze ścian nad łóżkami patrzą na nas ceramiczne główki małych podobizn buddy. Właściciele, rodowici Amsterdamczycy, służą radą i odlotowymi śniadankami, na których serwują pomidory z własnego ogrodu i jeszcze ciepłe placki z rabarbarem. Czujemy się tu jak w domu - tym bardziej, że klucz wraz z powitalnym liścikiem czeka na nas w kopercie przyklejonej do drzwi budynku; nawet nie pod słomianką :-) Właścicielka śmieje się, gdy zapewniamy, że będziemy polecać jej B&B - i stwierdza, że nie trzeba, bo zawsze ma komplet gości.


W Amsterdamie jest kilka znanych muzeów - Muzeum van Gogha, Rijksmuseum czy Muzeum Ruchu Oporu; jest też kilka nietypowych - np. muzea tatuaży, haszyszu i łodzi mieszkalnych. Do tych pierwszych ustawiają się kilkusetmetrowe kolejki - rekordzistą jest, mogące pochwalić się zbiorami 200 obrazów, 400 rysunków i 700 listów mistrza, van Gogh Museum, gdzie na wejście trzeba byłoby poczekać dobre 3-4 godziny. Cóż, pozostaje nam wizyta w sklepiku, w którym można nabyć apaszkę, długopis, notes lub lusterko z kopią "Słoneczników" czy "Gwiaździstej nocy w Arles" oraz całą masę innych pomysłowych drobiazgów.


Mimo deszczu tłum kłębi się też na słynnym targu kwiatowym Bloemenmarkt. Stragany, na których można kupić dziesiątki gatunków tulipanów w formie cebulek i sadzonek, cięte kwiaty żywe i ich drewniane kopie, a nawet rośliny mięsożerne i bonsai, znajdują się na łodziach zacumowanych na kanale Singel. Widać to dopiero, gdy spojrzy się na targ od drugiej strony - niejako od tyłu. Na przeciwko straganów wszechobecne sklepy z pamiątkami kłujące w oczy pomarańczem, narodową barwą Holendrów, której obecność wzmogła się znacznie przed rozpoczęciem mistrzostw Europy w piłce nożnej. Reklamy Euro 2012 są tu nota bene na każdym kroku - na proporczykach nad ulicami, na billboardach, a nawet na zabawnych zawieszkach na pomnikach.


Grzechem byłoby nie zeksplorować przewagi konkurencyjnej Amsterdamu nad innymi stolicami Europy przyciągającej do tego liberalnego miasta rzesze turystów. Tym bardziej, że toczy się coraz więcej dyskusji nad zakazem sprzedaży używek przyjezdnym - zakaz taki ma być ponoć wprowadzony już w tym roku. Nad kanałem koło Red Light Districtu przy Oudezijds Voorburgwal "buldog" za "buldogiem" - słynna sieć coffee shopów z tradycjami ma tu kilka swoich filii, hotel i sklepik z pamiątkami, gdzie można kupić bluzę lub zapalniczkę z kultowym logo przedstawiającym żółty pysk psa. Hasz, marihuana, grzybki, muffiny z trawką - karta jest wypasiona, ale nie ma w niej... piwa. W większości coffee shopów nie sprzedaje się alkoholu ze względu na obowiązujący w Holandii zakaz serwowania go w takich miejscach - ale co ciekawe, niektóre mniejsze coffee shops go łamią.

Mieszanki haszyszu i marihuany posegregowane według mocy, gotowe skręty po 4-5 euro, czekoladowe muffiny ze zmiksowaną trawą, przypominające kształtem małe purchawki różne odmiany psilocibes z dokładnym opisem działania (po jednych można wejść w świat kolorowych zwidów, po innych śmiać się do rozpuku)... Nad barem psychodeliczne dekoracje wyglądające jak gigantyczne kapelusze muchomorów, z kontuaru spogląda wesoło plastikowy buldog. Wizyta w pachnącym słodkim dymem coffee shopie to przeżycie jedyne w swoim rodzaju. Szkoda, że obok zakazu wejścia dla osób niepełnoletnich pojawi się na nich niebawem również zakaz wstępu dla turystów.



Skoro o niedogodnościach dla turystów mowa - prawdziwą trudność nastręcza tu znalezienie restauracji oferujących dania kuchni holenderskiej. Można za to odwiedzić restauracje tybetańskie, włoskie, chińskie oraz steakhouse'y - zwłaszcza tych ostatnich zdecydowanie tu nie brakuje. Z dań kojarzonych z Holandią najłatwiej dostać frytki (a właściwie często gigantyczne fryty) serwowane tu tradycyjnie z majonezem lub sosem serowym oraz naleśniki sprzedawane w licznych pancake house'ach. W jednym z tego typu przybytków nieco skonfundowały nas ostrzeżenia w toalecie - dziwne, że w coffee shopach takich nie ma.



Konfuzję wywołuje też u nowoprzybyłych do miasta system kasowania biletów. Komunikacja miejska jest tu wprawdzie dobrze rozwinięta i tania - koszt biletu trzydobowego na wszystkie linie to około 15 euro - ale za to dość dziwnie zorganizowana. Przy każdym wejściu i wyjściu z tramwaju trzeba przykładać kartę do czytnika (nie udało nam się rozgryźć po co, ale głos z mikrofonu przypominał o tym na każdym przystanku), co bardzo spowalnia ruch pasażerów z i do pojazdu. Dodatkowo w połowie tramwaju znajduje się kantorek, w którym u konduktora można kupić bilet czy zasięgnąć rady - co też powoduje z reguły przestoje. Konduktor cieszy się, że państwo stworzyło mu miejsce pracy i z własnej inicjatywy mówi coś czasem o mijanych obiektach lub strofuje młodzież, by ustąpiła miejsca starszym.




Wróćmy do okolic "buldoga". Od Oudezijds Voorburgwal po obu stronach kanału odchodzą wąskie uliczki, na których nie tylko wieczorem trochę jak w ZOO w przeszklonych od frontu minipokoikach, których niemal całą powierzchnię zajmuje łóżko, toaleta i umywalka, prężą się kobiety różnego wieku, rasy i figury. Młode Azjatki stoją we dwie w białych stringach lśniących w ultrafioletowym świetle. Pulchna blondynka z obwisłym brzuszkiem zasuwa ze złością kotarę na widok naszych ciekawych spojrzeń. Apetyczna czekoladowa piękność zachęca przechodnia ruchem ręki do wejścia do jej kabiny. W części podświetlonych na czerwono okien kotary są zasłonięte - widocznie ubito tam już cielesno-finansowy deal. Jedna z kobiet wygraża nam na widok mojej próby cyknięcia fotki. A przecież czerwona dzielnica przyciąga głównie turystów, a nie klientów - dlatego można w niej nawet skorzystać z usługi zrobienia sobie za kilka euro zdjęcia w bieliźnie w podświetlonym oknie. 


Facet w drzwiach erotycznej wersji Moulin Rouge zachęca nas do wejścia słowami "Do you want a big one for a change?"... Jakoś nam tym nie zaimponował. Wolimy zwiedzić kolorowe sexshopy z bogatymi działami BDSM, kolekcją pejczy i kajdanek, silikonowymi kopiami różnych interesujących fragmentów ciała, śmiesznymi wibrującymi kaczkami, setkami filmów. Są tu też sklepy dla osób konkretnych orientacji - np. gay/lesbian. Przypomina mi się Kundera: "Z jednej strony stoją domy, a za wielkimi pastelowymi oknami podobnymi do wystaw sklepowych znajdują się małe pokoiki kurew, które rozebrane do bielizny siedzą tuż przy szybie w fotelikach wyściełanych poduszkami. Wyglądają jak wielkie znudzone kotki. Drugą stronę ulicy tworzy wielki gotycki kościół z czternastego wieku. Pomiędzy światem kurew i światem bożym unosi się niczym rzeka między dwoma królestwami intensywny smród moczu."



Dochodzimy do wniosku, że deszcz w tym mieście chyba NIGDY nie przestaje padać i czekanie na słońce mija się z celem. Dlatego by dać podeschnąć przemoczonym stopom idziemy do jednej z licznych przystani z płaskimi oszklonymi stateczkami motorowymi. Są zadaszone, więc nawet w dzień z pogodą pod buldogiem można się nimi wybrać w podróż po kanałach na rzece Amstel. 14 euro za bilet i wsiadamy. Trasa wiedzie po Herengracht, Prinsengracht i Keizersgracht - trzech głównych kanałach. Podziwiamy liczne mosty, śluzę, historyczne kamienice i łodzie mieszkalne - ponoć mieszka w nich tu ponad 2400 rodzin. Po wodzie pływają łabędzie, nad głowami latają mewy.



Podobnie jak wiele innych dużych miast w Europie i na świecie Amsterdam ma swoje China Town. Znajduje się ono w Zeedijk, dawnej dzielnicy marynarzy. Nie jest tak okazałe jak na przykład to w Londynie, ale ma oczywiście punkty charakterystyczne dla tego typu dzielnic - są tu i chińskie restauracje, i orientalne supermarkety, i sklepiki z jedwabnymi bluzkami. Spośród kamieniczek wyłania się buddyjska świątynia He Hua (czyli "kwiat lotosu") czynna od 2000 roku. Jest to największy tego typu obiekt w Europie. We wszystkie dni poza poniedziałkami można za darmo zwiedzić jej złoto-czerwone wnętrza.


Odmienny zupełnie nastrój panuje w innej dzielnicy Amsterdamu - Jordaan. Nazwa tej okolicy okalającej zachodnie kanały miasta pochodzi od francuskiego "Le Jardin"- tak nazwali ją francuskojęzyczni osadnicy w XVII wieku. I rzeczywiście jest tu zielono - przed domami kwitną kwiaty, w bramach schowane są urocze miniogrody. Niegdyś mieszkali tu rzemieślnicy, obecnie domy tu są coraz droższe i bardziej modne. To właśnie w Jordaanie udało mi się wypatrzyć JEDYNY w czasie mojego pobytu w Amsterdamie ogródek - nomen omen - jordanowski z bawiącymi się w nim dziećmi. 


Siedzimy z kawką w jednej z licznych kawiarenek w Jordaan i obserwujemy przechodniów oraz rowerzystów. Ktoś w przyczepce wiezie dziecko, ktoś sprawnie obsługuje jednocześnie kierownicę i jointa, młoda dziewczyna energicznie pedałuje na bezprzerzutkowej damce. Wśród miliona tutejszych rowerów (dla których zbudowano nawet specjalne domy parkingowe) trudno jest wypatrzyć inny niż typowe "holendry" - tak popularne u nas mountain bikes nie są tu zupełnie w cenie.


Podobnie jak wielu innym turystom Amsterdam pozostanie w mojej pamięci jako miasto rowerów, deszczu i słodkawego zapachu marihuany. Zapamiętam też na pewno kolorowe kamienice i zaskoczenie schowanym za jedną z niepozornych bram całkiem dużym neogotyckim kościołem. I smak sera z pesto spróbowanego w jednym z licznych sklepików z serami. Miasto to kojarzyć mi się będzie też z uśmiechniętym żółtym buldogiem i czaplą, która tak ładnie pozowała mi stojąc na kierownicy roweru. I oczywiście z dobrą zabawą.