Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

1.07.2011

/KUBA/ Socialismo o pesos convertibles


Kuba to kraj jak żaden inny. To tylko uzasadnia kosmiczne ceny w tym kraju – w końcu za prawdziwą podróż nie tylko w przestrzeni, ale i w czasie, trzeba słono zapłacić.



PODRÓŻ NA KUBĘ, CZYLI AIR FRANCE
Już sama podróż na Kubę to prawdziwa przygoda. Lecimy Air Francem przez Paryż


Lotnisko de Gaulle’a to metafora samego Paryża – bałagan, brud, dezorientacja i mieszkanka kultur. Jemy kaleczącą podniebienie bagietkę w jakimś podłym barze – gdzie ta elegancja i flair stolicy mody?... Może gdzieś poza lotniskiem. Lot z Paryża do Hawany to prawdziwa orgia turbulencji. Wytrzęsło nas w górę, w dół, w lewo i w prawo. Obok nas para młodych Rumunów nawiązywała bliski kontakt z torebkami papierowymi – nadmiar alkoholu nie był jednak dobrym pomysłem na przetrwanie długiego lotu. Ratują nas książki i/lub czasopisma, bo na ekranie film o nieszczęśliwym związku okraszony suto seksem (wszystkie dzieci patrzą uważnie – przynajmniej z nimi nie ma kłopotu), o związku homoseksualnym w czasach Trzeciej Rzeszy oraz – adekwatnie do kierunku podróży – film przyrodniczy o białych niedźwiedziach. Po dziesięciu godzinach prawdziwej męczarni, w czasie której stewardessy niezwykle skutecznie ukryły się przed namolnymi pasażerami zostawiając napoje w stworzonym na szybko barku do samoobsługi, samolot zdrowo łupnął w nieco przykrótki pas startowy na lotnisku w Hawanie.

Wchodzimy na terminal: pierwsze wrażenie jest zupełnie inne niż w naszych wyobrażeniach. Zupełna neutralność polityczna – żadnego uśmiechniętego Fidela czy Raula, ciemność (towarzyszyć nam ona będzie wszędzie na Kubie – tam nie marnuje się prądu na oświetlanie ulic, zwłaszcza w mniejszych miastach) oraz zapach smaru. Pierwszy akcent komiczny – dumny napis VIP Lounge na zapyziałym okienku służb granicznych; my stajemy przy okienku nie dla VIP-ów, równie obskurnym, i grzecznie odstajemy 2-godzinną kolejkę. Nie wiadomo właściwie, dlaczego pięcioosobowe kolejki załatwiane są przez tyle czasu: to po prostu nasz pierwszy kontakt z kubańską mañaną, która towarzyszyć będzie mi niezmiennie przez cały wyjazd.


Odbieranie bagaży na lotnisku w Hawanie wymaga innej techniki niż ta znana z portów europejskich. Nie ma co liczyć, że postoi się przy taśmie i bagaż po prostu nadjedzie. Taśmy są krótkie, więc pracownicy lotniska ściągają walizki i rozrzucają je po całej hali – należy więc spokojnie przeczesać wzrokiem wszystkie złoża bagaży i odnaleźć swoje. 


KUBAŃSKI STYL SPRZEDAŻY, CZYLI MANANA TOTAL
Kubański styl sprzedaży jest niejako antytezą stylu arabskiego. Chodzi o to, żeby NIE SPRZEDAĆ, bo to w sumie kłopot. Generalnie w ogóle niedobrze, jeśli coś trzeba zrobić dziś albo już, bo to niezgodne z filozofią mañana. Jednocześnie klienta się na Kubie nie olewa. Sprzedawca cały czas się krząta i coś robi – tyle, że z jakichś powodów nie zbliża to nas wcale do sfinalizowania transakcji. Na przykład branie kwitka na ręcznik kąpielowy w recepcji. Jedna z recepcjonistek zaczyna załatwiać sprawę i pisać kwitek; niestety musi przerwać, bo druga chce coś zapisać, szuka długopisu i bierze długopis od tej pierwszej. Pierwsza więc zaczyna czegoś szukać w bazie gości w komputerze – klika, wyświetla okienka, coś odznacza. Potem odzyskuje długopis, ale w międzyczasie drugą ręką zaczyna wciskać różne numerki na telefonie, więc nie może pisać. Całość trwa dobre 15 minut. Nie należy liczyć, że cokolwiek potrwa tu krócej… No chyba że podanie drinka – za napiwek w „Mojito all inclusive” można nawet dostać trochę rumu.
W innym hotelu postanowiłam nabyć wisiorek z podobizną dumnego Che. Znajdował się on w zamkniętej gablotce ze szkła. Problem był więc duży i nazywał się klucz. Jedna ze sprzedawczyń – ta, której wydawało się, że mówi po angielsku – stwierdziła, że no problem. Od razu włączyła się druga – której nawet nie wydawało się, że mówi po angielsku i ograniczyła się do hiszpańskiego – mówiąc, że klucza nie ma i rozkładając ręce. Obie zniknęły w kanciapie na dobre 10 minut. Wróciły z pękiem kluczy i powoli testowały, który pasuje. Strategia niezła, w czasie czekania wypatrzyłam drugi wisiorek. Udało się, witrynka otwarta! Sprzedawczyni wyłożyła powoli – po jednym – wszystkie wisiorki z witrynki, ja od razu wzięłam te wypatrzone i wyjęłam portmonetkę. Sprawa wydawał się prosta – jeden wisiorek kosztował 3 peso, drugi zaś 2,5, więc zaczęłam odliczać kwotę. W tym czasie sprzedawczyni grzebała w szufladzie, w końcu wyjęła z niej kalkulator i – myląc się tylko raz – wbiła skrupulatnie 3 + 2,5 = …. No cóż, wisiorek z Che będzie już dla mnie zawsze symbolem cierpliwości.

KUBAŃSKIE ZABYTKI, CZYLI CATEPILAR CHE
Hawana, Trynidad, Cienfuegos… 

Ciekawostki o tych miastach – z których każde ma zupełnie inny flair – można przeczytać w wielu przewodnikach i na różnych stronach internetowych. Hawana czaruje magicznym Maleconem i Capitolio, Trynidad zachwyca kolorowymi budynkami i Canchancharą – pysznym napojem z miodu, cytryny i rumu, Cienfuegos uwodzi urokiem dziewiętnastowiecznych kamienic. W Hawanie insider tipem jest piękny cmentarz Krzysztofa Kolumba (nie mający z nim chyba  raczej nic wspólnego prócz nazwy) – ponoć jedna z większych nekropolii w obu Amerykach: do tych rzeźb najlepszym podkładem muzycznym byłby chyba Nightwish.

Ale są też na Kubie zabytki szczególne. Pierwszy to gigantyczne malowidło Mural de la Prehistoria, które znajduje się w Valle de Viñales i gromadzi – z niezrozumiałych przyczyn – tłumy gapiów. Nie jest to wbrew pozorom żaden naskalny rysunek zrobiony przez zmyślnych neandertalczyków, lecz… 120-metrowy bohomaz wykonany w latach 60-tych XX wieku na zlecenie Fidela Castro (i od tego czasu kilka razy „restaurowany”). W zasadzie w wielu krajach uchodziłby za akt wandalizmu i gwałt na pięknych ostańcach mogotes. Ale na Kubie to zabytek.

Drugie kuriozum to pomnik upamiętniający wkład Che w kubańską rewolucję: wykolejenie rządowego pociągu pancernego w Santa Clara, co utorowało oddziałom Fidela marsz na Hawanę w 1958 roku. Wagony stoją, a jakże, niczego sobie – a zaraz na postumencie ciągnik, którym Che ów pociąg wykoleił. A że oryginał się nie zachował, więc postawiono INNY ciągnik – model, którego produkcję rozpoczęto już ponoć po śmierci Comandante.

SOCJALIZM ALBO ŚMIERĆ I INNE HASŁA, CZYLI FIDEL OBEJMUJE CHAVEZA 
Kubańskie slogany – obecne na plakatach, murach, bramach, w witrynach i na elewacjach, a nagromadzone szczególnie w Zatoce Świń – mówią same za siebie…

KUBAŃSKIE PAMIĄTKI, CZYLI SAMOCHÓD Z PUSZKI PO FANCIE 
Z Kuby można przywieźć duuużo pamiątek. Nie mówię to o oczywistych: wykwintny rum Legendario, Cohiby (w fabryce tych cygar jest nawet specjalne stanowisko, na którym pracownik dobiera kolorystycznie egzemplarze do poszczególnych pudełek), kawa. Prawdziwy zachwyt wywołały we mnie cuda robione głównie z lokalnych gatunków drewna: fikuśne pudełeczka, modele samochodów, sztućce do sałatki, krokodylki, baletnice, głowa Indianina… Dopracowane, wypolerowane, z pięknym kontrastem od kremowego drzewa sandałowego po czarny heban. 

Coraz więcej fanów zyskuje też nowocześniejsze kubańskie rękodzieło. Są na przykład torebki damskie ze sznurka z wplecionymi niczym łuski „wihajstrami” (zawleczkami?) do otwierania puszek z colą (występującą tu nota bene jako tuKola, a nie Coca Cola). Są też samochodziki z misternie powyginanych puszek po fancie. Idealne zdobycze dla łowców nietypowych gadżetów.

Pamiątki fajnie się kupuje na straganikach w Trynidadzie i na bazarze przy ul. 17-tej w Varadero, na który można dojechać turystycznym double deckiem z dowolnego hotelu. Nota bene nie był na Kubie ten, który nie czuł nocnego smrodu rafinerii i którego nie pogryzły komary – a te atrakcje w pełnej krasie zapewnia Varadero właśnie.
 
PRZYRODA, CZYLI PALMA REAL, BAMBUS I KOLIBERKI
Przyroda zachwyciła mnie na Kubie najbardziej. Głęboka niebieskość Morza Karaibskiego przełamana antracytowymi skałami, turkus Atlantyku skontrastowany z bielą piasku… 

Kolibry trzepoczące żwawo skrzydełkami, dumne palmy Real – będące symbolem Kuby królewskie palmy o pniach przypominających betonowe słupy. 

Prawdziwym dziwadłem jest drzewo, którego pień przypomina nogę słonia oraz drzewa z lianami niczym z „Katedry” Bagińskiego. Pachnące orchidee, hibiskusy i inne rajskie kwiaty… Nic tylko chodzić i się zachwycać.

Koszulki z Che – oraz wszystko inne z Che – to może prezent banalny, ale bardzo kubański. Podobnie jak „autorskie” płyty z muzyką sprzedawane tam przez WSZYSTKIE dosłownie kapele – nawet składające się z trzech 70-latków i występujące w przydrożnym barze. „Chan chan” mam chyba w pięćdziesięciu wersjach...

¿Cómo estás?, CZYLI (C)U(R)BAN LEGENDS
Nie jest łatwo żyć w Raullandzie. Co prawda od dwóch lat Kubańczycy mogą posiadać już telefony komórkowe, ale finansowo są one nieosiągalne dla ludzi o średnich zarobkach wynoszących ok. 40 złotych. Jednocześnie ceny dla turystów są kosmiczne – obiad 20 CUC (czyli ok. 20 EUR), piwo 2 CUC… Więcej cen nie podaję, bo niewiele więcej można tam sobie kupić. Ja cały pobyt fantazjowałam o jabłkach.

A propos aut. Ciekawostką jest to, że na Kubie występują różne kolory tablic rejestracyjnych – w zależności od tego, kto jest właścicielem pojazdu. Samochody państwowe mają tablice w kolorze niebieskim, prywatne – żółtym, turystyczne i z wypożyczalni – czerwonym, wojsko i tego typu formacje – zielonym, dyplomatyczne – czarnym, ministerialne – białym, a będące własnością cudzoziemców na kontraktach – pomarańczowym.
Na kubańskie jedzenie spuśćmy zasłonę milczenia. Najwyraźniej z przydziału wieprzowiny dla turystów żywi się całe miasto, bo dla nas zostawało coś na kształt zmielonych kości (aż strach pomyśleć, co dają w hotelach trzygwiazdkowych). Do tego raz ryż z fasolą, a raz fasola z ryżem. Dla urozmaicenia bataty – ugotowane smakują nieźle, usmażone w głębokim tłuszczu (to tutaj standard dla batatów, ziemniaków, mięsa i warzyw) – nie do końca. Owoce morza o mocnym smaku – powiedzmy – morza. A na deser dla osłody plasterek ananasa.

Cóż – urlop super (zwłaszcza wyprawa katamaranem na Cayo Blanco i rewia Le Parisien w Hotelu Nacional de Cuba w Hawanie), ale o obywatelstwo dalekiej pięknej wyspy ubiegać się nie będę – zresztą w całej historii tego kraju dostały je jedynie 2 osoby (w tym Che, który się go potem zrzekł), więc szanse raczej marne.

Generalnie Kubańczycy robią wiele, by pozyskać kilka pesos od turystów - najchętniej pozują do zdjęć.
 

Natomiast rada, by zabrać ze sobą długopisy, mydełka i zabawki do rozdawania dzieciom, która pojawia się na wielu forach dyskusyjnych, jest dość kontrowersyjna - moje tanie plastikowe długopisy mało nie wywołały lokalnych zamieszek. 


POWRÓT Z KUBY, CZYLI ZNÓW AIR FRANCE
Powrót z Kuby dostarczył nam jeszcze więcej emocji niż lot na gorącą wyspę. W wyniku problemów komunikacyjnych wśród pracowników biura podróży pomylono godzinę naszego wylotu. Autokar przyjechał pod hotel o 14.15, potem jeszcze pod kolejny hotel, potem przewodnik zapewnił nas, że do odlotu o 20.30 mamy jeszcze dużo czasu. A my spokojnie uświadomiliśmy przewodnika, że nasz wylot jest o 17.25. Przewodnik zbladł, my też. 120 km do Hawany kubańską autostradą, po której chodzą piesi, jeżdżą rowery i snuje się rogacizna.  

Całą drogę przebyliśmy jadąc środkiem drogi pełnym gazem i ostrzegając trąbieniem innych uczestników ruchu. Krowy były tego dnia łaskawe i tylko dwa razy przerwały naszą podróż. Słynna kubańska mañana – może trochę uciążliwa w czasie pobytu – tym razem uratowała nas przed pozostaniem w mieście utraconym. W końcu co to za problem trochę opóźnić lot jumbo jeta… 

Zapraszam też na film:





11.15.2010

/STAMBUŁ/ Kebab i strzępiel

Miasto na dwóch kontynentach: Stambuł. Miasto o znaczeniu dla mnie szczególnym: jedno z moich najgorszych wspomnień z podstawówki jest takie, że stoję przed mapą cesarstwa rzymskiego i szukam nerwowo Konstantynopola. Oczywiście ze względu na stres i surowy wzrok nauczycielki Konstantynopola nie znajduję – choć jest w samym centrum mapy. Cóż, czasem pod latarnią bywa najciemniej.

Sam wyjazd zaczął się nie bez drobnych problemów. Siedzimy w Boeingu, rozlega się głos pilota, że mamy opóźnienie. „Trafik jest bardzo duży, nie udało się nam wynegocjować lepszego czasu startu”. Mamy nadzieję, że pilot lepiej lata niż negocjuje…

Na Stambuł mam 4 dni. Boję się, że to mało – ale okazuje się, że w intensywnie wykorzystany czas sprawia, że udaje mi się zobaczyć dużo zabytków, sfotografować dobre 20 bezpańskich kotów i nawet zwiedzić metropolię nocą.

 

Stambuł to miasto-gigant. Tambylcy podają, że mieszka w nim ponad 20 milionów ludzi. Fakt, że działa tam niemal 2700 meczetów sprawia, że gdzie by się nie było, ZAWSZE usłyszy się muezina. Dzięki temu zresztą nasza pierwsza noc w Stambule była krótka: o 5.40 obudził nas śpiewny głos wychwalający Allaha. Może to i dobrze – po szybkim śniadaniu z widokiem na Bosfor można było rozpocząć zwiedzanie.


U nas listopad, w Stambule 26 stopni. Koty wygrzewają się na chodnikach. Ruch jak w samym piekle i to przez całą dobę. Nigdy się jeszcze tyle nie nastaliśmy w korkach, co tutaj – 15 km z lotniska do hotelu zajmuje nam 2,5 godziny. Dobrze, że nasz hotel jest w samym centrum i do niebieskiego meczetu i Hagia Sophii mamy 15 minut per pedes. Hotel jest nota bene w dzielnicy handlarzy ubrań. Całą dobę z chodnika sprzedawane są tu dżinsy, a w sklepach czekają suknie wieczorowe z dżetami we wszystkich kolorach tęczy i zabawne ubranka dziecięce. Napisy wszędzie po rosyjsku – nasi bracia zza wschodniej granicy przyjeżdżają tu na zakupy hurtowe.


Idziemy do niebieskiego meczetu. Koloryt miasta: liczne budki na kółkach, z których sprzedawcy zachwalają kukurydzę, marony; serwują też śniadanko: białą bułkę z wołową wędliną i jakiem. Jeden ze sprzedawców spluwa w dłonie, zaciera je i wrzuca warzywa do opieczenia w głębokim tłuszczu. Innego odwiedza żona z małym dzieckiem. Dziewczynka bierze marona i rzuca go na chodnik; ojciec karci ją delikatnym smagnięciem w policzek. Mała myśli, ze to nagroda, bo wcale nie bolało – i się śmieje. Ludzie tłumnie przewalają się przez chodniki. Wielu mężczyzn dźwiga na głowie paki z ciuchami, tace z bułkami, jakieś folie. Za to strażnicy miejscy niczym postaci z Gwiezdnych Wojen mkną po mieście na seagwayach.


Niebieski meczet, a zaraz naprzeciwko Hagia Sophia. Zwiedzamy je w kolejności odwrotnej do chronologii ich powstania. Meczet zawdzięcza swą nazwę temu, że jego ściany zdobi 21 tysięcy błękitnych płytek fajansowych. Wchodzimy bez butów, chusty na głowie niekonieczne. W środku półmrok, nastrojowo. Niestety porównuję tę budowlę z imponującym meczetem Szejka Zajeda – nie wytrzymuje konkurencji z tamtym powalającym przepychem.


Niebieski meczet został zbudowany z zamiarem przelicytowania ogromu Hagia Sophii. Efekt? Obie budowle są tak podobne, że kupuję specjalnie pocztówkę „porównawczą”, by mi się nie pomyliły we wspomnieniach. A więc Kościół Mądrości Bożej. Jak podaje Wikipedia: „Była to najwyższa rangą świątynia w Cesarstwie bizantyjskim, katedra patriarsza oraz miejsce modłów i koronacji cesarzy. W ciągu wieków niedościgniony wzór świątyni doskonałej i niemal symbol Kościoła bizantyjskiego. Została ona ufundowana przez Justyniana I Wielkiego, w obecnym kształcie powstała w okresie od 23 lutego 532 do 27 grudnia 537. Po zajęciu Konstantynopola przez Turków w 1453 zamieniona na meczet (wtedy m.in. dobudowano minarety).”. Obecnie nie jest to już kościół, lecz muzeum. Ja zapamiętam to miejsce jako najlepszą metaforę przysłowia „Zgoda buduje, a niezgoda rujnuje”. Aż przykro patrzeć, w jakim stanie jest ten wielki zabytek: po wystroju widać, jak różne religie przerabiały ją na swoją świątynię niszcząc to, co było wcześniej. A teraz nikt się do niej chyba specjalnie nie przyznaje – bo wszystko niszczeje, a bezcenne mozaiki pokrywa wilgoć. Widać Hagia Sophia nie miała tyle szczęścia, co wspaniale zachowana katedra w Trewirze…


Z tymi refleksjami udaję się do zabytku typowo muzułmańskiego: Pałac Topkapi z XV wieku, który przez niemal 400 lat był rezydencją sułtanów. Część komnat można zwiedzać (w tym sale haremu),ale w większości nie ma żadnych mebli – sułtan zabrał je przenosząc się do nowej rezydencji. Tłum zwiedzających, dużo Japończyków; sporo osób wykorzystuje nowoczesne zdobycze techniki: podobnie jak Hagia Sophię, Topkapi można zwiedzać z mikroportem i słuchawkami. Dla odprężenia piję kawkę z widokiem na Bosfor.


Kolejny punkt zwiedzania: cysterna bazylikowa, największa z kilkuset starożytnych cystern, czyli sztucznych zbiorników na wodę. Zbiornik ten jest podziemną komnatą o wymiarach 143 × 65 metrów z 336 marmurowymi kolumnami. Niesamowity nastrój: półmrok, wspaniała akustyka. Czasem odbywają się tam koncerty. Wrzucam 1 lirę do wody w nadziei, że jeszcze tu wrócę.


Krótki spacer po hipodromie – dawnym miejscu wyścigów konnych. Na północnym krańcu Hipodromu stoi tzw. Fontanna Niemiecka - altana, będąca prezentem cesarza niemieckiego Wilhelma II w drugą rocznicę jego wizyty w Stambule w 1898 roku. Przy jednym z obelisków dajemy się namówić obnośnemu handlarzowi na ciepłe mleko z orientalnymi przyprawami, mniam. Po drodze kebab w knajpce, w której jadł sam Bill Clinton, co upamiętnia zdjęcie w witrynie.


A wieczorem – noc turecka. Tę atrakcję przeżywam już po raz drugi. Tym razem zachwyciła mnie jedna z tancerek brzucha, 40+ - o dobre 20 lat starsza od swoich koleżanek. Ale żadna z młodszych pań – nawet tych wyposażonych w fikuśne gadżety w postaci srebrnych skrzydeł czy mini talerzyków akustycznych – nie była w stanie jej dorównać. Blondyna z tatuażem na brzuchu i małą blizną po usuwaniu wyrostka tańczyła tak, że każdy gość czuł, że robi to TYLKO dla niego. Ruszała nawet chrapami od nosa, robiła mostek i patrzyła się wszystkim głęboko w oczy. Takiego tańca nie widziałam nigdy dotąd!


Dzień kolejny. Rozpoczynamy go niezapomnianym rejsem po Bosforze. Pod nami spieniona woda i meduzy-olbrzymki, nad nami most niczym Golden Bridge. I niesamowite widoki na miasto i jego zabytki: z jednej strony brzeg azjatycki, z drugiej – europejski. Oba upstrzone budynkami – po części z nich widać, że tureckie prawo dopuszcza budowanie nocą bez żadnych planów i zezwoleń. Cerkwie, meczety, hotele, domki z drewna – miszmasz nie do opisania.


Po rejsie: turystyczny highlight. Jem strzępiela w restauracji pod mostem Galata. Właściciele biją się o to, bym usiadła właśnie w ICH knajpce. Wiadomo: turyści przyciągają kolejnych turystów. Właściciel restauracji mówi mi, że byłam jego pierwszą klientką tego dnia i daje mi kwiatek. Idąc mostem widzę las wędkarzy – stoją z wędkami jeden obok drugiego.


Potem - na bazar korzenny zwany też egipskim. Kawa, herbata, przyprawy – to mają tutaj naprawdę pyszne. Idąc od mostu Galata przepycham się przejściem podziemnym – takiego tłumu nie widziałam chyba nigdy w życiu. Aż cud, że kieszonkowcy mnie nie okradli – mimo że udało im się otworzyć plecak. Warto trzymać gotówkę w nietypowych miejscach :-)


Niektórzy mówią, że Stambuł to jeden wielki bazar. Coś w tym jest. Dlatego idę też na chwilę na Wielki Bazar. Żeby się nie zgubić, fotografuję bramę Beyazita, którą wchodzę – potem pokazuję zdjęcie sprzedawcy i wskazuje mi on drogę wyjścia z labiryntu. Szale, skóra, przyprawy, nastrojowe tureckie lampki


Nocą – wycieczka po nadal zatłoczonym i zakorkowanym Stambule. Słynny plac Taksim – taki turecki Tian'anmen. W czasie demonstracji 31 października 2010 zostały tam ranne 32 osoby. W centrum placu pomnik niczym naszych czterech śpiących – monument Republiki z 1928 roku. Spacer po deptaku Istiklal pełnym przechodniów – kafejki jazzowe, sklepy. Przejeżdżamy obok Cevahir Mall – największego centrum handlowego Europy. Mall of the Emirates było większe :-) Jeszcze punkt widokowy na wzgórzu, z którego widać jak na dłoni nocny Stambuł, słynne mury Teodozjusza, które przez 1123 lata odgradzały stolicę Bizancjum od reszty świata i akwedukt rzymski. I do łóżka – w końcu o 5.40 czeka mnie pobudka.


Niedzielny spacer po Stambule. Słońce, w kafejce pijemy cierpki sok z granatów. Idziemy na kawę do kafejki koło najstarszego z pięciu w mieście Uniwersytetu Stambulskiego - przy placu, który ochrzciliśmy placem śmierdzącego gołębia. Gołębie nie są tak żwawe jak nasze krakowskie – z przejedzenia nie chcą już nawet spojrzeć na ziarno. Staję do zdjęcia, jedna z Turczynek sprzedających pszenicę wciska mi do ręki talerzyk z karmą. Gołębie zupełnie się nią nie interesują – kobieta pokazuje mi, że żeby zmusić je do pozowania do zdjęć, trzeba rzucić w nie ziarnem.


Ostatnie popołudnie w tym niesamowitym mieście na dwóch kontynentach. Ostatni rzut oka na Bosfor. Ostatnie piwo Efez… I wspomnienie kolejnego miasta, do którego chciałabym kiedyś wrócić.