Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

Showing posts with label paralotnia. Show all posts
Showing posts with label paralotnia. Show all posts

2.15.2013

/BANGKOK/TAJLANDIA/ Buddowie i transwestyci - DZIEŃ 8: Prawie rajska plaża


Na początku naszego pobytu w Bangkoku rozważałyśmy taką opcję, by spędzić dzień za miastem, na jakiejś fajnej plaży - woda, piaseczek i spokój. Wtedy zupełnie nie wzbudziło to mojego entuzjazmu - jak to, cały dzień poza Bangkokiem? Bez zwiedzania? De facto  z m a r n o w a n y? Po mniej więcej pięciu dniach w megamieście marzyłam już tylko o tym, by spędzić dzień na rajskiej plaży, z dala od hałasu i smrodu, w kojących okolicznościach przyrody... Tak działa Bangkok. Kto jest w nim dwa dni, wyjeżdża z żalem, a kto dwa tygodnie - z ulgą.

Tymczasem czekamy na busik pod KFC przy dworcu Hualampong. Jest 6.40, słońce już wstało, a w mieście ruch i pośpiech jak zawsze. Do znajdującej się 150 km od Bangkoku Pattayi będziemy jechać dobre 2 godziny. To z jednej strony kurort, w którym wzniesiony ma zostać nota bene najwyższy budynek w Tajlandii, z drugiej zaś centrum uciech wszelkich - dostępnych i w dzień, i w nocy. Grupy docelowej można domyślić się po języku, w którym pisana jest większość szyldów i informacji.


Za nami czerwone uliczki, przed nami biała plaża i turkusowa woda, od której oddzielają nas jedynie rzesze handlarzy dysponujących dobrami różnego rodzaju. Szczególnie fascynujące są sprzedawczynie kapeluszy - od jednej kupuje duży turkusowy okaz doskonale chroniący od palącego słońca. Zbiórka z naszym przewodnikiem, Tonym. Opowiada o przebiegu dnia i zachęca do sportów wodnych - nurkowania, jazdy na bananie lub nartach wodnych, lotu na paralotni za motorówką.


Z Pattayi najpierw małą łódką, a potem dużą łodzią (do której mała nas podwozi) płyniemy na rajską wyspę Ko Lan leżącej w Zatoce Tajskiej. Po drodze "one of most exciting water sports", jak zapewni Tony. Znów mniejsza łódka podwozi nas do większej. Na niej  znajduje się hangar z blachy falistej i lądowisko z worków z piaskiem. Kupuję bilet za 500 bahtów, a potem wszystko dzieje się jak na przyspieszonym filmie. Ktoś przypina mnie linkami do paralotni, ktoś inny krzyczy, bym biegła i bez żadnych wstępów, pouczeń czy instrukcji lecę na paralotni za motorówką. Nie jestem pewna, czy odpowiednio mnie przypięto, trzymam się więc cały czas stelaża rękami. Dodatkowo silnik w motorówce trochę się dusi, pojazd zwalnia, a aj wtedy dość gwałtownie opadam w dół. Potem motorówka rusza szybciej, szarpnięcie i znów jestem wyżej. jest wspaniale, czuję się jak ptak szybujący nad odległą taflą wody.  


Nad lądowaniem lepiej za długo się nie zastanawiać, bo to niestety głównie ono czyni z tej atrakcji "one of most exciting water sports". Motorówka zawija, lecę podejrzanie nisko nad blaszanym dachem modląc się, by za nisko nie opaść, bo będzie po stopach. Jestem już nad małym kwadratem lądowiska z worków piaskiem. Czterech Tajów rzuca się na mnie, ściąga mnie w dół, przydusza i szybko odpina liny. Siedzę sobie spokojnie, choć jeszcze pełna emocji, i patrzę jak inni startują i lądują - mniej lub bardziej precyzyjnie opuszczani przez motorówkę.


Duża łódź dowozi nas na plażę na Ko Lan. Nie jest to rajska plaża z "The Beach" z Leonardo di Caprio - tamta jest na odległej Phuket - ale i tak zachwyca nas jedwabistym piaskiem i ciepłą wodą. I turystów chyba trochę tu mniej - za to naciągaczy równie dużo, co na prawdziwej rajskiej plaży. Gdy odmawiamy masażu za 400 bahtów i owoców za 200 bahtów, nagle okazuje się, że za samo leżenie na leżaku należy się 100 bahtów. Nie ulegamy bezprawnej prośbie - dłuższa hałaśliwa dyskusja, nadejście posiłków ("bileterka" woła "ochroniarza"), a my z uporem twierdzimy, że leżenie na plaży jest w cenie wycieczki. W końcu naciągacze odchodzą jak niepyszni, a my rozkoszujemy się okolicznościami przyrody.


Jakaś para bezcześci białe stroje w wodzie, by mieć piękne zdjęcie ślubne. Pies chłodzi łapy w wodzie. Jemy lunch - rybka z głębokiego tłuszczu, pycha. Nigdy tu nie wiemy, co właściwie nam podano, bo ryby w karcie dań określane są po prostu ogólnie jako "fish" bez bliższych wyjaśnień. 


Na przemian chłodzimy się w wodzie i nadrabiamy deficyty snu drzemiąc na leżaczkach. Grupa Koreańczyków koło nas pęka co chwile ze śmiechu oglądając jakieś obrazki na facebooku. Ale i tak jest tu tysiąc razy ciszej i spokojniej niż w Bangkoku, który przez chwilę wydaje nam się bardzo odległy.

Wracamy, autobus dość szybko dociera do miasta, ale potem przebija się przez megakorki. Koło Phloen Chit postanawiamy wysiąść, bo pojazdy właściwie przestały się już ruszać i siedzenie w busie przestaje mieć sens. Stąd przynajmniej blisko jest do MRT, a poza tym zobaczymy sobie dzielnicę arabską. Knajpy libańskie, kuchnia z Emiratów, aromatyczne kebaby. Stajemy przed jedną z restauracji - karta ma chyba z 300 pozycji. Z tyłu jakiś naganiacz już nas próbuje namówić na inny, rzekomo lepszy przybytek. W końcu idziemy na tanie uliczne dania - libański kebab, humus i opiekany pieróg z ziemniakami. Smakują wspaniale, choć żar płynący z płyt do opiekania mięsa trudno jest znieść. 


Kolejna noc w Bangkoku. Jedziemy do stacji Sukhumvit, gdzie gra muzyka, trąbią auta i błyskają neony. I na Soi Cowboy, i wokół kapliczek tłumy jak co wieczór.


P.S. (2.01.2014) jak się okazuje, rejs stateczkiem nie był całkiem bezpieczny:
http://wiadomosci.onet.pl/swiat/tragedia-polakow-w-tajlandii-zwraca-uwage-na-niebezpieczenstwa-w-tym-kraju/7g2r2




 ZAPRASZAM TEŻ NA MÓJ FILM Z PATTAYI I KO LAN


I NA INNE FILMY Z TAJLANDII: http://www.youtube.com/playlist?list=PLN6e3xufgAmNQAhn0d52TJdhhOlZP4MFE



8.09.2010

/OSSIACH, VILLACH/ Nad szmaragdowym Ossiacher See

Idealne miejsce na urlop pełen atrakcji: Ossiacher See w Austrii tuż przy granicy ze Słowenią i Włochami. Można zrobić stamtąd wypad do Wenecji albo skorzystać z licznych atrakcji tego regionu: lotu na paralotni ze szczytu Gerlitzen, rezerwatu małp (import z Japonii) na Affenbergu czy wycieczki statkiem (również w opcji "all you can eat" przy zachodzie słońca).


Ossiacher See to jedno z najbardziej wysuniętych na południe jezior w Austrii. Leży na wysokości 500 m.n.p.m., w najgłębszym miejscu ma 52 m. Jego powierzchnia to 10,5 km². A temperatura wody w sezonie - niemal 30 stopni :-) Woda zmienia kolor zależnie od oświetlenia - w dzień jest szmaragdowa, wieczorem ciemnozielona. Ale zawsze przyjemna i orzeźwiająca!
 

W słoneczny dzień warto odwiedzić pobliską Affenberg - górę, na której znajduje się rezerwat japońskich małp. Około południa zwierzaki są karmione, co samo w sobie jest ciekawym spektaklem; ponadto na specjalnych stanowiskach można podziwiać ich inteligencję - bezbłędnie obracają drewnianym labiryntem tak, by wyjąć z niego smakować. Niestety małpki nie lubią pozować od zdjęć (jedna próbowała wyrwać mi aparat!) i denerwują się, jeśli przyglądamy się im zbyt uporczywie.



Adlerarena - pokaz ptaków drapieżnych w Burg Landskron - był dla mnie niezapomnianym przeżyciem: ptaki latały nisko nad widzami niemal muskając nas po głowach pazurami. Burg znajduje się jakieś 30 minut spaceru pod górkę od rezerwatu małp. O 11.00 i 14.30 odbywają się pokazy - bilet kosztuje 10 euro. Dodatkowo za 5 euro można kupić wstęp na wieżę widokową, z której widać jak na dłoni całą okolicę: jeziora, lasy, łany zbóż.

 

Plaża nad Ossiacher See to super miejsce do leżenia z książką i karmienia kaczek.


W deszczowy dzień można wybrać się do Faak am See. W tamtejszym muzeum "Miniwelt Modeleisenbahn" jest ogromna makieta z sześćdziesięcioma jeżdżącymi w tę i z powrotem pociągami. Przejeżdżają przez plastikowe miasteczka, zatrzymują się na ministacjach, błyskają światłami w tunelach. Najpierw cała sala jest oświetlona jasnym światłem, potem światło przygasa imitując zachód słońca, a następnie gaśnie... Zapada noc, a pociągi nadal niestrudzenie jeżdżą w kółko.


W mieście Villach co roku odbywa się święto Villacher Kirchtag. Kapele ludowe maszerują po mieście, zespoły taneczne prezentują się na specjalnej scenie, a mieszkańcy piją piwo i jedzą precle w namiotach.


Ale największym highlightem wyjazdu był lot na paralotni. Start ze szczytu Gerlitzen (1911 m n.p.m.), a potem wspaniałych 40 minut nad Ossiacher See i pobliskimi górami Ossiacher Tauern. Czułam się jak orzeł dostojnie latający nad okolicą. Pod nami jezioro, domki, góry... Miękkie lądowanie na trawie. Obok nas ląduje starszy pan z... pieskiem. Piesek jest w specjalnej uprzęży i najwyraźniej zupełnie się nie boi.


Wspaniały urlop - kontakt z naturą, świeże powietrze i dużo pływania!



Zapraszam na krótki film z lotu na paralotni: http://www.youtube.com/watch?v=yMCns_bjEX0&feature=plcp