Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

1.30.2017

/ŚWIAT/ W spódnicy przez świat, czyli dekalog kobiecego podróżowania


"Proszę mi powiedzieć" - pyta spotkanego w samolocie ambasadora i jego małżonkę główny bohater "Kociej Kołyski" - "czy podróżując tyle po świecie stwierdzili państwo, że w gruncie rzeczy ludzie są wszędzie tacy sami?". "Mniej więcej tacy sami" - odpowiada po chwili wahania wymijająco i chyba nie całkiem szczerze zaskoczony ambasador. Bo choć łączy nas tak wiele, to i trochę dzieli - w szczególności obyczaje, religia, stosunki społeczne.

Prócz tego typu odmienności jest jeszcze coś, czego nie uchyli żaden feminizm, a mianowicie kwestia płci - moim zdaniem równie istotna w kontekście podróżowania, co różnice kulturowe. Kobieta ruszająca na wyprawę mierzy się bowiem z bardzo specyficznymi pytaniami i wątpliwościami - czy będę się czuć bezpiecznie, jak powinnam się ubrać, które zachowania mogą narazić mnie na przykrości.


Mimo, że nie zawsze udaje mi się uniknąć zaczepek, że czasem idę ciemną ulicą z uciskiem w żołądku, że fizyczność bywa dla mnie ograniczeniem w gorącym klimacie, to i tak uważam, iż warto być "podróżniczką w spódnicy". Choć czasem myślę o tym, o ile łatwiej byłoby mi, gdybym nie urodziła się kobietą lub gdyby moja powierzchowność była mniej europejska, to jednak zawsze w końcu - na przekór wątpliwościom i trudnościom - zwycięża we mnie chęć odkrywania świata, poznawania dalekich krajów, eksploracji miejsc, o których zobaczeniu marzę.

Trudno byłoby sformułować listę kategorycznych przykazań czy zestaw zerojedynkowych rozstrzygnięć gwarantujących nam, kobietom, pełen komfort i bezwarunkowe bezpieczeństwo. Ale z pewnością jest parę kluczowych kwestii, które powinnyśmy przemyśleć przed wyjazdem do egzotycznych miejsc - zwłaszcza, jeśli wybieramy się na podbój świata w pojedynkę.


1. W chuście czy w szortach, czyli o dress codzie świątynnym i ulicznym 

Są dwie szkoły odnośnie stroju - jedna mówi, że człowiek najlepiej się czuje w swoich standardowych ubraniach i nie ma co próbować dostosować się do otoczenia, w którym znajdziemy się na wyjeździe, druga zaś wskazuje na konieczność poszanowania lokalnych obyczajów i odziewania się zgodnego z kulturą danego kraju. Wybór którejś z tych opcji to moim zdaniem osobisty statement - czy chcemy wyróżniać się z otoczenia i za wszelką cenę "być sobą", czy też wolimy móc wmieszać się w tłum nie budząc sensacji. Każdą z tych postaw da się obronić - choć pierwsza rodzi w praktyce więcej komplikacji.

Ja lepiej odnajduję się w sytuacji, w której nie stanowię sensacji dla mieszkańców kraju, do którego jadę - bo wtedy na przykład mogę w spokoju samotnie spacerować, robić zdjęcia, wchodzić do obiektów religijnych nie będąc zatrzymywaną przez strażników. Na wyjazdy do krajów arabskich wybieram zawsze długie spodnie i spódnice oraz bluzki bez głębokiego dekoltu i zbyt krótkich rękawków. Doświadczenie nauczyło mnie, że taki strój jest optymalny nie tylko ze względów obyczajowych, lecz również z uwagi na klimat - przewiewne długie rzeczy dają większy komfort w czasie upału, a przy okazji chronią przed słońcem znacząco lepiej niż każdy bloker zamieniający się po kilku godzinach w lepki pancerz zatykający pory w skórze. 

Do krajów muzułmańskich i mniej turystycznych regionów Azji nie zabieram szortów i koszulek na ramiączkach - mijając na ulicach kobiety w sari czy w czadorach nie czułabym się w nich dobrze. Poza tym dress code świątynny wymuszałby na mnie noszenie a dwóch chust - jednej na nogi, a drugiej na ramiona. Co i tak nie wszędzie gwarantowałoby mi wstęp do takich obiektów - w Kambodży zdejmowalne elementy nie wystarczają, bo turystka mogłaby je zsunąć przed obliczem świętego Buddy. Co ciekawe, w Tajlandii za przyzwoity strój pozwalający mi zwiedzić pałac królewski nie zostały uznane także legginsy połączone z tuniką nad kolano. W wielu miejscach obdarzeni władzą absolutną w tym względzie porządkowi nie akceptowali też sandałów z odkrytymi placami. Można obrazić się i odejść, ale jeśli chce się pozaglądać do pałaców i świątyń, najlepiej zdecydować się na spódnicę za kolana, bluzkę z długim rękawem i baletki - wtedy nie ma wątpliwości. A baletki mają dodatkowo tę zaletę, że łatwiej się je zdejmuje przed progiem świętych miejsc niż sandały. I tym argumentem możemy przekonać same siebie, jeśli trudno jest nam się zgodzić z ograniczeniami obyczajowymi...

Chustę na głowę zakładam rzadko - w większości krajów, nawet muzułmańskich, nie jest to w żadnym stopniu konieczne ani przyjęte - zwłaszcza w odniesieniu do turystek. Na opcję pełnego zakrycia zdecydowałam się w targanym zamieszkami Kairze, bo nie było tam wtedy turystów i jak Tahrir długi i szeroki ŻADNA kobieta nie szła z odkrytymi włosami. Moja biała skóra i tak rzucała się w oczy i narażała mnie na ciągłe zaczepki i kontrole mniej lub bardziej oficjalnych strażników w mniej lub bardziej legalnie nabytych mundurach... No ale wyjazdy w oko cyklonu generalnie nie są dobrym pomysłem.


2. W obrączce czy bez, czyli o praktycznym treningu asertywności

Decyzja odnośnie obrączki to też bardziej osobisty wybór niż kwestia, którą da się rozwiązać jednoznaczną poradą. Znam kobiety, które wypożyczają specjalnie ten znaczący element biżuterii, by czuć się pewniej. Albo przekładają wedding ring z prawej ręki na lewą, bo tak jest on noszony przez większość Europejek - i miejscowi nauczeni doświadczeniem raczej po tej stronie sprawdzają, czy coś się błyszczy na palcu.

Obrączka przed niczym nie chroni - ale może ułatwić nam wplecenie w rozmowę fazy "my husband" albo nieco zmniejszyć prawdopodobieństwo wzięcia nas za seksturystkę szukającą wrażeń i nowych znajomości. W niektórych rejonach być może zagwarantuje odrobinę szacunku, którym w tradycyjnych społeczeństwach obdarzane są żony, a w szczególności matki.

Ja uważam, że od obrączki kobietę lepiej zabezpiecza niewyzywający strój oraz asertywność. "No, thank you", "I am not interested", a w ostateczności "Please, DO leave me alone" to frazy, które wsparte odpowiednio powściągliwą acz stanowczą mową ciała - komunikującą zdecydowanie i pewność siebie - zostaną zrozumiane w każdym kontekście językowym. 


3. Komplementy i zaczepki, czyli o sile uśmiechu

W wielu kulturach prawienie kobietom komplementów uznawane jest za element zwykłej grzeczności. A to, że brzmią one w naszych uszach zbyt ofensywnie, to często po prostu efekt ubogiego słownictwa miejscowych chłopaków. Ja nigdy nie oburzam się na "You are soo beautiful", "My dream polish wife" - te oznaki atencji lub po prostu zwykłej uprzejmości przyjmuję z uśmiechem - nie za szerokim i bez chichotu czy przewracania oczami. Odpowiadam "Thank you" - i pytam się o cenę lub o drogę lub jeszcze o coś - by zmienić temat na mniej osobisty.

Miejscowym w Tunezji, Maroku czy Tajlandii, którzy koniecznie chcą mi towarzyszyć w spacerze po mieście lub gdzieś zaprosić, grzecznie dziękuję - nie tłumacząc się specjalnie z tej decyzji, podkreślając jednak, że wolę iść sama i w spokoju porobić zdjęcia. W ekstremalnych sytuacjach - czyli w regionach bardzo turystycznych - zdarzały mi się incydenty z próbą złapania za rękę lub ciągnięcia gdzieś za łokieć. Na nie reagowałam szybko (grunt, to nie dać się za nic schwycić :-)), bez dwuznacznych uśmiechów, mocnym głosem - ale nie zbliżającym się w swej intensywności do krzyku czy pisku. I odchodziłam nie oglądając się za siebie.


4. Herbatka z wkładką, czyli o bezpieczeństwie

Nie zamówione extasy w drinku można dostać od nowopoznanego znajomego nawet w Berlinie czy w Paryżu, w egzotycznych miejscach także w herbacie może się trafić się jakaś niespodzianka powodująca nagłą senność. Ponieważ znam takie przypadki nie tylko z książek, więc idąc samotnie do sklepu, budki czy salonu masażu grzecznie dziękuję za napitek. Nawet, jeśli akurat jestem spragniona i nawet, jeśli sprawiam tym częstującemu pewną przykrość. Zresztą pomijając narkotyki zatrucia wodą niewiadomego pochodzenia też nie są przyjemne...

Trzeba być gotowym na to, że jedno "Nie, dziękuję" w tym wypadku nie wystarczy; w końcu nawet w Polsce uprzejmość nakazuje, by po raz drugi zaproponować gościowi poczęstowanie się - mimo że raz już odmówił. Na Wschodzie nastąpi to przynajmniej trzy razy, trzeba więc z uporem godnym świętego Tomasza wypierać się napitku parokrotnie. 

Czasem stawiam sobie pytanie, czy takie zachowanie nie zakrawa na przesadę. Nie znam na nie odpowiedzi, ale wiem, że potencjalny rachunek zysków (smaczny napój, miła atmosfera) i strat (zatrucie, okradzenie i co tam jeszcze) jest w tym wypadku jednoznaczny - i tego się trzymam.


5. Masaż z happy endem, czyli o wybieraniu zakładów usługowych 

Skoro już o salonach masażu mowa, to w przewodnikach po Tajlandii czy Kambodży są długie passusy o lokalach oferujących usługi z happy endem. W Warszawie też są takie miejsca - tyle że nazwane bardziej wprost. 

Niestety w tej famie odnośnie azjatyckich miejsc uciech prowadzonych pod niewinnie wyglądającym szyldem nie ma żadnej przesady - stosunkowo łatwo się pomylić, co i mnie się kiedyś zdarzyło, mimo dość szeroko otwartych oczu.

By się nie pomylić, jeśli rzeczywiście chodzi nam tylko o rozluźnienie stóp czy karku, mamy dwie możliwości. Pierwsza to popularne w wielu azjatyckich krajach masaże uliczne - wtedy nie wchodzimy do żadnych ciemnych pomieszczeń na zapleczu i na nic się nie narażamy. Druga, trudniejsza, opcja to analiza cenowa. Jeśli widzimy, ile w danym mieście czy dzielnicy kosztuje średnio refleksologia, a ile zabieg bańką chińską, to cena kilkukrotnie wyższa powinna nam się wydać podejrzana.

Przedostatni moment na ucieczkę to wygląd wnętrza lokalu i dochodzące stamtąd dźwięki, a ostatni - gdy okazuje się, że do masażu trzeba zdjąć zupełnie CAŁE odzienie.

Inna pułapka z tej serii to lokalne hammamy  w krajach arabskich. Byłam w jednym takim miejscu - nie chciałam iść do "nieprawdziwego" turystycznego przybytku, więc pojechałam do salonu kąpielowego dla miejscowych kobiet. Traumę po szmacie, którą najpierw depilowano czyjeś plecy, a potem moją twarz, po żółtej rzece płynącej środkiem lokalu i po kroplach z czarnej pleśni na suficie spadających na moją głowę, mam do dziś. I nie narzekam już na zbytnią "europejskość" hotelowych beauty salonów.


6. Tuk-tukiem na przełaj, czyli o kupowaniu wycieczek na miejscu

W hotelach w każdym niemal punkcie świata można kupować za euro i dolary wycieczki po okolicy organizowane na przykład przez TUI czy innych europejskich przewoźników. Ich cena zwykle jest sporo - lub bardzo sporo - wygórowana, ale za to jedziemy klimatyzowanym autokarem dokładnie tam, gdzie się umawialiśmy, a w potencjalnych przeciwnościach losu wesprze nas pilot mówiący po angielsku lub niemiecku. Wiele razy korzystałam z takiej opcji i z reguły byłam bardzo zadowolona.

Zew przygody oraz chęć oszczędzenia - tak, by za tę samą sumę pojechać w dwa miejsca, a nie tylko w jedno - skłoniły mnie jednak do korzystania również z ofert lokalnych biur zlokalizowanych w budkach w centrach afrykańskich czy azjatyckich miasteczek. Tam wycieczkę wybiera się z brudnych kart samodzielnie wydrukowanych katalogów ilustrowanych zdjęciami z lat siedemdziesiątych. A na miejsce - lub w trochę inne miejsce - jedzie się tuk tukiem. Jednak jeśli zachowa się pewne środki ostrożności - na przykład nie da kwitka z potwierdzeniem zapłaty za wyjazd przypadkowemu kierowcy zamiast temu z "naszego biura" i wybierze wyjazd w grupie, a nie zupełnie samej - to ta tańsza opcja powinna też dostarczyć nam (prawie) samych miłych wrażeń.


7. Papież, Wałęsa i Lewandowski, czyli o wizerunku Polek i Polaków

W krajach oddalonych stąd o ponad 5 tysięcy kilometrów mało kto umie wskazać Polskę na mapie. Ale jednak wszędzie tam, gdzie jeździmy, ludzie nas znają i rozpoznają - choćby ze względu na charakterystyczny "szeleszczący" język. Polacy kojarzą się dziś na świecie z głównie z Lewandowskim (w mniej uczęszczanych rejonach także z Papieżem, a nawet jeszcze z Wałęsą), Polki zaś niestety - podobnie jak inne "zachodnie" Europejki - z szukaniem wrażeń. Pewnie to duże uogólnienie - i na pewno nie jest tak WSZĘDZIE - ale należy być świadomym tego, że w społeczeństwach tradycyjnych dziewczyny z farbowanymi włosami, w kolorowych i często skąpych strojach, całujące się publicznie z chłopakami, głośno się śmiejące i palące papierosy na ulicy budzą bardzo określone konotacje.

Fakt bycia Polką można wykorzystać jednak również na swoją korzyść - na przykład przy targowaniu w czasie zakupu pamiątek. W wielu krajach ceny dla nas są niższe niż dla słynących z zamożności Niemców czy Japończyków. Po szczegóły zapraszam do mojego poradnika o negocjowaniu na bazarach: "Trudna sztuka targowania".

Ja w kwestii narodowości zasadę mam prostą: wszędzie, gdzie jadę, czuję się jak ambasadorka swojego kraju. Staram się zachowywać tak, by o Polkach i Polakach myślano na świecie jak najlepiej. Zwracam uwagę na to, aby dobrze się wyrażać o swojej ojczyźnie... A jeśli już o wyrażaniu się mowa, to miejmy świadomość, że słowo "sp...dalaj" ma ze względu na zawarty w nim ładunek emocjonalny oczywiste znaczenie nawet dla tych, którzy go nie rozumieją, a "k...wa" nie jest obcym wyrazem prawie nigdzie, bo jakoś dziwnym trafem brzmienia przekleństw cudzoziemcy uczą się najszybciej :-)


8. Bliskie spotkania trzeciego stopnia, czyli o kontaktach damsko-męskich i nie tylko

Może trudno w to uwierzyć, ale homoseksualizm jest w wielu krajach surowo karaną zbrodnią - co ciekawe, w większej liczbie miejsc na świecie penalizacji podlegają stosunki męsko-męskie niż damsko-damskie (dokładny wykaz można znaleźć w Wikipedii na stronie http://en.wikipedia.org/wiki/LGBT_rights_by_country_or_territory). Są też państwa, w których ląduje się w więzieniu za stosunki pozamałżeńskie. I niestety nie ma tu z reguły taryfy ulgowej dla turystów - a jeśli nawet jest, to może okazać się niezwykle kosztowna finansowo.

Dlatego, jeśli jedziemy gdzieś poza Europę, sprawdźmy, jakie zachowania dopuszcza obyczajowość w danym kraju. Publiczne pocałunki albo przyjęcie zbyt swobodnej pozy na ławce w parku w Dubaju, chodzenie pod rękę w Katmandu - te pozornie niewinne gesty mogą narazić nas na kontakt z policją obyczajową lub w najlepszym przypadku na pełne oburzenia splunięcia ze strony miejscowych.

Kontakty z ludźmi odmiennej kultury to moim zdaniem najpiękniejsze momenty w podróży. A wśród znajomych mam bardzo udane europejsko-azjatyckie pary. I nie ma powodu, by powściągać serce - ale na pewno trzeba zachować rozsądek i sprawdzić, czy kraj, który dzięki bollywoodzkim produkcjom wydał nam się najbardziej liberalnym miejscem na ziemi nie jest jednak w rzeczywistości dużo bardziej konserwatywny. W Internecie są setki stron o zwyczajach na  świecie - i nawet nie planując sekswyjazdu, nosząc tarczę chroniącą przed strzałą Amora, będąc pewną, że po alkoholu nie zmieni się nam współczynnik wyluzowania itp. itd., I TAK poczytajmy o obyczajowości danego kraju. Jeśli nie przyda się to w kontaktach bardzo bliskich, to przynajmniej dowiemy się, że tu czy ówdzie lewa ręka jest nieczysta i nie należy na przykład podawać nią pieniędzy przy płaceniu. 


9. Tampon i tabletka, czyli o wypchanej kosmetyczce podróżnej

Raz zostawiłam w hotelu gdzieś w Afryce fluid - nie był drogi, więc nie zmartwiłam się nadmiernie i poszłam do drogerii kupić jakiś inny. Niestety tam okazało się, że paleta odcieni zaczyna się od brązu, w którym wyglądałabym jak Shazza w najlepszych (a właściwie najgorszych) czasach. W Pokharze wybrałam się do apteki do utensylia na kobiece sprawy. Szukałam ich dobry kwadrans (choć dziupla była naprawdę mała), a sprzedawca nie rozumiał, o co dokładnie mi chodzi i wzruszał ramionami. W końcu wygrzebałam wymięte pudełko tamponów spod góry pieluch i żeli dla niemowląt - zostały ukryte w dziale dziecięcym jako coś absolutnie wstydliwego. Od tej pory mam jedną zasadę: wszystko, czego mogę potrzebować - wraz ze stosownym backupem - zabieram ze sobą niezależnie od tego, jak bardzo dany kraj jest turystyczny, nowoczesny i dostatni. Przy okazji: moja tajna broń makijażowa zapobiegająca katastrofie makeupowej w gorącym klimacie to baza silikonowa pod podkład.

Leki też kupuję w Polsce. Często czytam, że na specyficzne przypadłości żołądkowe lepiej wybrać lokalny specyfik dostępny na miejscu, bo opracowano go z myślą o konkretnych bakteriach. Jednak przygody typu: niemożność kupienia tabletek z powodu trudności językowych, podejrzany skład na opakowaniu i spis działań ubocznych, od którego jeżyły mi się włosy na głowie, słaba dostępność aptek, ich nietypowe godziny otwarcia i mizerne zaopatrzenie nauczyły mnie, by w przypadku medykamentów i kosmetyków nie zdawać się na przypadek. Amen.


10. Tak dla pogody, nie dla polityki, czyli o udanym small talku

Czy wiecie, że w prawo w Tajlandii za znieważenie członka rodziny królewskiej – króla, królowej lub dziedzica tronu – przewiduje karę od 3 do 15 lat więzienia? I że pod ten paragraf można podpaść już za samo niepochlebne wyrażanie się o monarchii, publikację niewygodnych treści w Internecie lub zignorowanie nakazu stania w powadze, gdy przed seansem w kinie odgrywany jest hymn państwowy? Przepis ten istnieje i nie jest przepisem martwym - zdarzało się, że surowo karano na jego podstawie również turystów.

Dlatego wdawania się w jakąkolwiek politykę na wyjazdach NAPRAWDĘ należy unikać. Na szczęście jako kobiety możemy na łatwo uchylić się od rozmów o państwie, władzy, ustroju - wykręcając się całkowitą nieznajomością tematu. To naiwna i stereotypowa acz skuteczna wymówka; wielokrotnie się nią posługiwałam. Bo nawet jeśli Chińczyk żali się przy nas na łamanie praw człowieka w jego kraju, to nie znaczy, że otwarcie możemy mówić z nim o wydarzeniach na placu Tiananmen, a jeśli Marokańczyk krytykuje króla, to nie upoważnia nas, byśmy też ponarzekali na jakieś niedogodności w tym kraju. Kontrowersyjne zaczepki, których motywację naprawdę często trudno jest odgadnąć, najlepiej neutralizować jakąś wersją niezastąpionej small talkowej fazy "Piękna dziś pogoda"... No bo jeśli się nad tym głębiej zastanowić, to pogoda jest w zasadzie JEDYNYM tematem, który bezpiecznie możemy poruszyć we wszystkich krajach świata. 

Reasumując: w podróż zawsze zabieram ze sobą - prócz stosownych ciuchów, odpornych kosmetyków, sprawdzonych leków, telefonu do ambasady, inspirującej lektury i innych rzeczy, o których wspomniałam - sporo pewności siebie, odrobinę sceptycyzmu, uśmiech na każdą okazję i bardzo dużo intuicji, która jako doskonała mieszanka tego, co w głowie i tego, co w sercu z reguły bywa najlepszą doradczynią.




***
ZAPRASZAM TEŻ DO LEKTURY INNYCH MOICH TEKSTÓW O TAJNIKACH PRZYJEMNEGO I BEZPIECZNEGO PODRÓŻOWANIA:

12.22.2016

/GIBRALTAR/ Oko w oko z makakami, czyli szalona rundka nad przepaścią


Podobno dopóki na Skale Gibraltarskiej mieszkać będą małpy, dopóty terytorium to należeć będzie do Wielkiej Brytanii. Coś w tym jest: mieszkańcy Gibraltaru dwukrotnie odrzucili w referendach z 1967 i 2002 roku możliwość przeniesienia terytorium pod hiszpańską jurysdykcję. A jeśli chodzi o małpy - to nie ma obaw, by w najbliższym czasie stąd zniknęły. Kradną słodycze, włażą na rusztowania, czasem nawet ostrzykają kogoś złotym płynem "na szczęście". Nie ma wątpliwości, kto tu tak naprawdę rządzi. 


Gibraltar to ciekawa mieszanka hiszpańskości i brytyjskości. Rejestracje są w kolorze żółtym typowym dla GB, ale ruch - prawostronny. Język urzędowy to angielski, ale na ulicach słyszy się raczej hiszpański, a najczęściej - dziwny miks typu "Come here, por favor." Skrzynki pocztowe wyglądają jak te w Zjednoczonym Królestwie, ale Main Street ma nastrój bardziej jak Rambla niż jak Oxford Street.

 
Main Street to notabene istny wolnocłowy raj. Za 5 funtów udaje mi się kupić markową bluzkę, w salonie z bielizną leżą eleganckie staniki przecenione na 7 funtów. W perfumerii trudno wytrzymać od mieszaniny zapachów, którą generują panie próbujące różnych marek. Trochę gorzej sprawa ma się z elektroniką - Sony można dostać wszędzie, ale Fuji najwyraźniej nie ma tu aż tak wyrobionej pozycji. 


Ale zacznijmy od początku. Póki co dojechaliśmy do prowincji Kadyks, z której widać już Skałę Gibraltarską. Zaraz czeka nas przekroczenie granicy państwowej - do wejścia na terytorium zamorskie GB wystarcza dowód, no ale jednak kontakt z umundurowanymi urzędnikami nie pozostawia wątpliwości co do tego, że zmieniamy kraj pobytu. Za punktem kontroli dokumentów biorę mapkę miasta z biura informacji turystycznej, która sprytnie przycupnęła w tym samym budynku, co straż graniczna. 


Zaparkowaliśmy jeszcze na terytorium Hiszpanii, w miejscowości La Línea de la Concepción, na Gibraltar wchodzimy per pedes i przy znajdującym się 200 metrów dalej lotnisku wsiadamy do ugadanego wcześniej lokalnego busa o znaczącej nazwie "Parody Tours". Parodystyczny aspekt wycieczki okazuje się podwójny - po pierwsze puszczany przez kierowcę z płyty CD tekst informacyjny napisany jest wyjątkowo lekko i przekornie, a po drugie na przednich siedzeniach rozgrywa się okraszony przekleństwami i wrzaskami spektakl na żywo w wykonaniu Rodziny Patologicznej ("ja tu siedzę" - "nie, ja tu siedzę" - "cicho" - "ty bądź cicho" - "zamknij się" etc.). Trzeba jednak bardzo uważać, z kim się wsiada do busa...


W takiej pełnej emocji atmosferze ruszamy na podbój Gibraltaru - najgęściej zaludnionego kawałka świata (na powierzchni zaledwie 6,5 km² mieszka tu aż 29 185 osób!). Jedziemy w poprzek pasów lotniska - funkcjonuje on tu niczym przejazd kolejowy ze szlabanem puszczającym ruch kołowy, gdy akurat nie rozpędza się i nie ląduje żaden samolot. Pokonujemy ronda w nowszej dzielnicy mieszkaniowej z domami (raczej) hiszpańskimi i czerwonymi double deckerami (zdecydowanie) brytyjskimi.


Mijamy pierwszy historyczny obiekt: Grand Casemates Gates, czyli bramy znajdujące się od strony północno-zachodniej murów obronnych okalających stare miasto. Konstrukcja wzniesiona w XVIII wieku przez Brytyjczyków ma w sobie fragmenty starszego hiszpańskiego bastionu. W czasie wielkiego oblężenia Gibraltaru, nieudanej próby odbicia przez Hiszpanów i Francuzów terytorium z rąk Brytyjczyków w latach 1779 - 82, narodził się tu osobliwy (opisywany nawet przez Jamesa Joyce'a w "Ulissesie") rytuał odgrywany do dziś z okazji ważnych świąt państwowych. Chodzi o uroczyste przekazywanie kluczy do miasta gubernatorowi, który następnie maszeruje wraz z eskortą do bram, by otworzyć je o poranku i zamknąć wieczorem.


Dalej przez okno miga nam Chatham Counterguard - asymetryczny bastion zbudowany w XVIII wieku w miejscu dawnych hiszpańskich umocnień i potem przez lata rozbudowywany. Niegdyś zwany był on "pomarańczowym" od nazwiska brytyjskiego króla Williama of Orange. Miejsce to pełniło też rolę militarną w czasie drugiej wojny światowej - na murach zainstalowano armatę przeciwlotniczą typu Bofors, aby bronić Gibraltar przed atakami, które przypuszczali z powietrza m. in. Francuzi.


Głos z informacyjnego CD ze swadą opowiada o barwnych i pełnych zwrotów akcji dziejach tego miejsca. W tutejszych jaskiniach znaleziono ślady człowieka pierwotnego - i to o 6 lat wcześniej niż w niemieckim Neandertal. Osadnictwo na malowniczo położonej skale ma więc długą historię. 27 kwietnia 711 roku przybył tu berberyjski generał Tarik ibn Zijad, który właśnie z tego miejsca ruszył na podbój Półwyspu Iberyjskiego. Jemu też Gibraltar zawdzięcza swą nazwę - która po arabsku oznacza "Górę Tarika".

Mimo licznych prób odbicia przez Hiszpanów Gibraltar przez wiele wieków znajdował się w rękach Arabów. Dopiero 20 sierpnia 1462 roku miasto zostało ostatecznie zdobyte przez Chrześcijan podczas rekonkwisty - w czasie siódmego z kolei oblężenia... A o wiekach rządów muzułmańskich przypomina dziś symbolicznie otwarty w roku 1997 piękny biały meczet Ibrahim-al-Ibrahim - wart pięć milionów funtów podarunek króla Fahda z Arabii Saudyjskiej.



Przez dwa i pół wieku Gibraltar był w rękach Hiszpanów. Sytuacja zmieniła się po krwawej wojnie o sukcesję tronu, która rozgorzała po bezpotomnej śmierci Karola II Habsburga i objęła swym zasięgiem również strategiczną pod względem militarnym skałę u wyjścia Morza Śródziemnego na Ocean Atlantycki. Zgodnie z postanowieniami pokoju utrechckiego w 1713 roku Gibraltar został przekazany Wielkiej Brytanii jako wieczysta kolonia.

Nasz busik jedzie coraz bardziej pod górkę. Mijamy klaustrofobiczne tunele oraz sztuczny wodospad, w którym płynie oczyszczona woda odpadowa ze stacji odsalania wody morskiej. W końcu docieramy na najbardziej wysunięty na południe punkt półwyspu, na którym znajduje się taras widokowy Europa Point.


Przy dobrej pogodzie widać stąd ponoć wybrzeże Afryki, a niezależnie od aury podziwiać można pobliskie Algeciras - ważne miasto portowe w Hiszpanii. Jest tu też latarnia morska z 1841 roku oraz ważne polonicum: instalacja z granitowymi tablicami i śmigłem upamiętniająca wypadek lotniczy, do którego doszło tu 4 lipca 1943 roku i w którym zginął Naczelny Wódz Polskich Sił Zbrojnych, generał Władysław Sikorski oraz 15 innych osób. Przy okazji tego rozdziału historii dwudziestowiecznej warto wspomnieć, że - jak podają źródła - Gibraltar był w czasie drugiej wojny jednym z dwóch głównych portów obsługujących wojskowe konwoje transatlantyckie: między grudniem 1942 a marcem 1945 roku przetransportowano na tej trasie niemal 540 tysięcy żołnierzy. 


Jedziemy coraz wyżej coraz bardziej stromą drogą. Ledwie mieszczą się tu koło siebie dwa busy. Widoki coraz piękniejsze, ale w rozkoszowaniu się nimi przeszkadza mi nieco serce siedzące w gardle. Nawet jadąc słynną Prithvi Highway z Katmandu do Pokhary nie bałam się aż tak bardzo patrząc na cień busa wpadający w przepaść za oknem...


Dojeżdżamy do kolejnego must see Gibraltaru, który w dobrych proporcjach łączy w sobie atrakcje historyczne z cudami natury - a mianowicie do Groty Świętego Michała. Nazwa tej jaskini - jednej ze 150 znajdujących się w tutejszym rezerwacie przyrody - pochodzi od podobnego miejsca we włoskim Monte Gargano, w którym kiedyś ponoć ukazał się sam Archanioł. 


Grota to niewątpliwy cud natury - choć tak upozowany i przerobiony na atrakcję dla odwiedzających ją rocznie ponad miliona turystów, że trudno docenić jego wartość. Na stalaktyty i stalagmity pada wielokolorowe zmieniające się światło, w tle gra rytmiczne techno. Większość trasy pokonujemy po podświetlonych schodach. Za nietoperzami nawet się nie rozglądam, bo żaden nie wytrzymałby tego hałasu.


Co innego małpy, które spotykam na platformie widokowej nieopodal jaskini. Im najwyraźniej trąbienie i krzyki turystów zupełnie nie przeszkadzają. Wręcz przeciwnie - starają się nawiązać kontakt, pozują do selfie i podkradają słodycze. Z toreb turystów, rąk dzieci i koszy na śmieci muszą wyciągać je na własną rękę - karmienie makaków zagrożone jest bowiem na Gibraltarze karą w wysokości 4000 funtów. 


Z małpiego królestwa jedziemy w dół inną, starszą drogą. Mijamy jeden z bodaj siedmiu kościołów katolickich działających na Gibraltarze i siedzibę gazety "Gibraltar Chronicle" wydawanej od roku 1801. Donosiła ona na bieżąco o bitwie morskiej pod Trafalgarem, która rozegrała się - częściowo na pobliskich wodach - 21 października 1805 roku między flotą angielską a francusko-hiszpańską. Do dziś na Gibraltarze spoczywa wielu poległych wtedy żołnierzy, również tych leczonych w tutejszym szpitalu. Ciało samego marszałka Nelsona przetransportowano tu ponoć w beczce pełnej rumu...


Dojeżdżamy do najstarszej dzielnicy Gibraltaru z kolorowymi domkami i wąskimi ulicami zupełnie niedostosowanymi do potrzeb tak masowego ruchu turystycznego.  


Znów przejeżdżamy w poprzek pasa startowego lotniska na skale i na piechotę wracamy do Hiszpanii. W oczy rzuca się nam pomnik postawiony w roku 2003 ku czci hiszpańskich robotników pracujących na Gibraltarze. Od wieków po dzień dzisiejszy wnoszą oni swój wkład w bogactwo brytyjskiej kolonii: obecnie codziennie do pracy przyjeżdża tu 10 tysięcy osób z okręgu Kadyksu.


Z Gibraltaru wyjeżdżam mądrzejsza o trzy zasady, którymi niniejszym się dzielę:
1. Nigdy nie należy stawać centralnie pod małpą siedzącą na drzewie, bo makaki rywalizują między sobą w liczbie trafionych turystów,
2. Trzeba uważać, z kim wsiada się do busika - kierowca temperamenty Hiszpan plus Patologiczna Rodzinka w charakterze pasażerów to jedna z gorszych kombinacji,
3. Każdy, kto ma lęk wysokości, na Skałę Gibraltarską zdecydowanie powinien wjeżdżać z zamkniętymi oczami - i pod żadnym pozorem nie patrzyć w dół.  

Następnym razem:
1. Wezmę aparat z większym teleobiektywem, by polować na małpy z bezpiecznej odległości,
2. Wsiądę do busa z Finami - nawet jeśli będą się kłócić, to nie zrozumiem ani słowa,
3. Wybiorę mniejszy pojazd, by nie jechać tak blisko przepaści i nie bać się przy każdej mijance.

Tak czy owak chętnie wrócę do tego jedynego w swoim rodzaju brytyjsko-hiszpańskiego minipaństwa z urzekającymi landszaftami, dla których warto dostać się na szczyt skały - nawet z sercem w gardle.




***

ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWĄ RUNDKĘ SZALONYM BUSIKIEM PO GIBRALTARZE:

11.23.2016

/TYBINGA/ Uwięziony Hölderlin i zniesmaczony Goethe, czyli o romantycznym mieście wyklętym przez Romantyków



W tym mieście spędziłam dwa lata - intensywniejsze niż dziesięć wcześniejszych i dziesięć późniejszych. Przeżyłam tam zimy z zaspami tak wysokimi, że nie dawały rady przedrzeć się przez nie miejskie autobusy, imprezy tak gorące, że skroplony pot kapał z sufitu Clubhausu, a pod butami tańczących chrupało szkło z butelek, demonstracje tak poruszające, że jeszcze długo po nich nosiłam znaczki ze skrajnie lewicowymi przesłaniami - na przykład tym, by patronem tutejszego uniwersytetu uczynić marksistę Ernsta Blocha, przyjaźnie tak mocne, że trwają do dziś... 


A jednak nigdy nie napisałam nic o tym czasie, o tych przeżyciach, o tamtych ludziach. Dopiero niedawno zrozumiałam dlaczego. Chyba mam to samo, co Kurt Vonnegut, który koniecznie chciał opowiedzieć o swoich wojennych losach - i bardzo długo nie umiał tego zrobić. "Kiedy dwadzieścia trzy lata temu wróciłem do domu z drugiej wojny światowej, wydawało mi się, że nic łatwiejszego, jak napisać o zniszczeniu Drezna – wystarczy po prostu przedstawić to, co widziałem. Sądziłem też, że wyjdzie z tego wybitne dzieło albo że przynajmniej zarobię na nim kupę forsy ze względu na wagę tematu. Tymczasem nie potrafiłem jakoś znaleźć w sobie odpowiednich słów (...). Zresztą teraz też nie bardzo wiem, jak o tym opowiadać, mimo że jestem już starym prykiem, otoczonym wspomnieniami, Pall Mallami i dorosłymi synami". Mnie także otaczają powracające obrazy z tamtych lat, Tybinga często mi się śni, jeżdżę tam też, kiedy tylko mogę - ale przelanie na papier dokładnie tego, co bym chciała, jakoś mi nie wychodzi. Spróbuję więc napisać coś tak całkiem po prostu - nie popadając w sentymentalizm. Tak, jakbym widziała to miasto przez okulary "efektu obcości", po raz pierwszy lub drugi w życiu - bez bagażu wspomnień i emocji.

Tübingen to miasteczko uniwersyteckie zlokalizowane w centralnej części Badenii-Wirtembergii, nad rzeką Neckar, około 30 kilometrów na południe od Stuttgartu, stolicy landu. Aż 28 spośród 85 tysięcy mieszkańców Tybingi stanowią studenci - dlatego średnia wieku wynosi tu 39 lat i jest najniższa w całych Niemczech. Uniwersytet, na którym miałam zaszczyt i ogromną przyjemność zgłębiać zawiłości języków germańskich, założono tu już w roku 1477 - jako jeden z pierwszych tego typu ośrodków w Europie. Dziś poszczególne fakultety mieszczą się w budynkach z różnych lat. Wydział Prawa na przykład zlokalizowany jest w Nowej Auli wniesionej w latach 1841-46, a Neofilologia - w znacznie nowszym Brechtbau przy Wilhelmstraße 50. Gmach, w którym studiowałam pisma Goethego i średniowysokoniemiecką frazeologię, stoi tu od roku 1974 i - o czym szeroko rozpisywała się prasa - już dawno nie był odnawiany. "Wymieniono tu w ciągu ostatnich dwudziestu lat jedynie automaty z napojami na modele przystosowane do waluty europejskiej" - zauważa oburzony dziennikarz z "Focusa". Ale ja z sentymentem wspominam poszarzałe betonowe ściany, skrzypiącą windę i porysowane tablice...


Przerwy między wykładami najchętniej spędzałam w założonym na początku XIX wieku starym ogrodzie botanicznym w centrum miasteczka, tuż przy starówce, z którą połączony jest on szczelnie obklejonym plakatami i barwnie osprayowanym tunelem. Dziś chadzam tam na plac zabaw z dziećmi mojej przyjaciółki. I obserwuję, jak matki nadzorują swoje pociechy wpajając im prospołeczne zachowania - ustąp chłopczykowi, zejdź już z huśtawki - inni też się chcą pobujać, poczekaj aż dziewczynka skończy się wspinać... 


Kiedyś plac zabaw omijałam z daleka - siadałam z książką na ławce lub, jak inni mieszkańcy miasta, bezpośrednio na trawniku. Bo choć miejsce to nadal nazywane jest ogrodem botanicznym, to od roku 1969 pełni funkcję parku miejskiego - wtedy bowiem otwarto Neuer Botanischer Garten, który przejął jego dawną rolę. O historycznym znaczeniu parku przy Wilhelmstraße przypominają dziś - prócz nazwy - egzotyczne drzewa, na przykład dorodne miłorzęby japońskie, jest tu też ciekawe nawiązanie do przeszłości samej Tybingi: pomnik Hölderlina. 

Johann Christian Friedrich Hölderlin (1770-1843), którego szczątki spoczywają na tutejszym cmentarzu miejskim, jeden z największych niemieckich poetów, prekursor klasyki weimarskiej, twórca własnego stylu odmiennego od dominującego w jego czasach klasycyzmu i wczesnego romantyzmu, przyjechał do Tybingi wbrew własnej woli. Przywieziono go tu w 1806 roku z diagnozą wskazującą na załamanie psychiczne i poddano przymusowej terapii, która jeszcze pogłębiła traumę twórcy. 3 maja 1807 uznano jego stan za beznadziejny, a życie za dobiegające końca. Pisarza oddano pod opiekę Ernsta Zimmera, tybińskiego stolarza. W jego mieszkaniu - w wykuszu zwanym od końca XIX wieku Wieżą Hölderlina - poeta spędził 36 długich lat, bo lekarze - podobnie jak w doborze terapii - pomylili się też w prognozach dotyczących fizycznej kondycji pacjenta.

 
Dziś żółta wieża, której fundamenty zbudowano już w średniowieczu, a górną część prawdopodobnie w wieku XVII, jest jednym z najbardziej znanych symboli miasta - utrwalonym po tysiąckroć na pocztówkach i zdjęciach wraz z odbiciem w płynącym leniwie Neckarze. W roku 1921 została ona odkupiona przez miasto, a w roku 1984 w jej wnętrzu urządzono pokój, którego wystrój i wyposażenie zbliżone są do tego, które przez ponad 35 lat oglądał Hölderlin...

O mieście, w którym nieruchomości osiągają dziś niebotyczne ceny, a wysoka jakość życia przyciąga zamożnych rezydentów z całych Niemiec, nie najlepiej myślał także drugi wielki niemiecki pisarz - sam Johann Wolfgang von Goethe. Do Tybingi przyjechał on w czwartek 7 września 1797 roku. W swych progach w kamienicy przy Münzgasse 15 ugościł go polecony mu przez Schillera wydawca Johann Friedrich Cotta, o czym do dziś przypomina wmurowana na fasadzie tablica z brązu. Wisząca na sąsiednim budynku inna tablica, wykonana z mniej cennego materiału, też upamiętnia wizytę mistrza - choć w dość przekorny sposób...  "Tu rzygał Goethe" głosi umieszczony na niej napis.

 
Odnośnie rzekomej żołądkowej reakcji poety na wizytę w Tybindze nie ma dokładnych przekazów historycznych, faktem jest jednak, że napisał on w swym dzienniku: "Dolną część miasta zamieszkaną przez ogrodników i robotników rolnych zabudowano nadzwyczaj niedbale i prowizorycznie. Ulice tam są brudne i pokryte łajnem." W liście z 11 września do Christiane Vulpius, swej późniejszej żony, poeta był jeszcze bardziej dosadny: "Samo miasto jest odrażające, ale wystarczy wyjść z niego ledwie kilka kroków, by móc podziwiać piękną okolicę."


I tak to miasto, któremu trudno dziś odmówić romantycznego flairu, zostało wyklęte przez romantycznych poetów... Może za ich czasów zresztą rzeczywiście nie było tu jeszcze tak pięknie. Może kamieniczki nie były tak kolorowe, a rzeczka Ammer, mniejsza siostra Neckaru, nie wyzierała tak figlarnie z kanałów wzdłuż brukowanych uliczek.


Mistrzowie nie mieli też pewnie okazji spróbować wybornej szwabskiej kuchni, którą oferują dziś restauracje na starówce - Wirtshaus Lichtenstein czy Krumme Brücke. Można w nich zjeść na przykład smakowite Spätzle - kluseczki przypominające nasze lane - zapiekane z serkiem i cebulą. Albo Maultaschen - kwadratowe pierogi z mięsem lub szpinakiem serwowane z patelni lub w klarownym rosole.


A skoro o lokalnych specjałach mowa, to nie można zapomnieć też o winie powstającym z dorodnych owoców winorośli porastających okalające Tybingę zielone wzgórza. Do knajpki Altstadt Besen - miejsca o wystroju zdecydowanie nietradycyjnym - właściciele zapraszają słowami "Własne trunki we własnych progach". Od wtorku do soboty od godziny 17.00 można wychylić tu w miłej atmosferze lampkę czerwonego Acolona, białego Chardonnaya czy lekko gazowanego Tüsecco.


Jeśli ktoś od wina woli piwo, a od familiarnej atmosfery - piłkarskie emocje, powinien wybrać się do Gaststätte Bären przy Schmiedtorstraße 3. Ja i moja przyjaciółka - jako stałe bywalczynie - mogłyśmy tam nawet liczyć na rezerwację miejsc siedzących w czasie najważniejszych meczów. 


Z bocznych uliczek Starówki przenieśmy się w jej bardziej centralne rejony - w stronę rynku, a właściwie dwóch rynków: drzewnego z kościołem i fontanną św. Jerzego (Georgsbrunnen) oraz targowego z ratuszem i fontanną Neptuna (Neptunbrunnen).


Kolegiata Stiftskirche zu St. Georg została wzniesiona w latach 1470-83 z polecenia grafa Eberharda, założyciela uniwersytetu noszącego dziś imię jego oraz wirtemberskiego księcia Karla Eugena (Eberhard Karls Universität). Stoi ona w miejscu, na którym wcześniej wznosiły się dwie jej romańskie poprzedniczki; pozostałości ich odkryto w czasie wykopalisk archeologicznych w latach sześćdziesiątych XX wieku.


We wnętrzu kościoła uwagę zwracają kolorowe witraże, które w roku 1475 stworzył Peter Hemmel von Andlau odpowiedzialny też za dekorację okien katedr w Ulm, Augsburgu, Monachium i Strasburgu. Główny obraz jest hołdem dla Maryi, ale też dla fundatora kościoła.

Świątynię gruntownie odnowiono w połowie XX wieku ze względu na liczne rysy w jej ścianach, które groziły naruszeniem konstrukcji. W roku 1965 wstawiono też nowe organy z pięcioma tysiącami piszczałek (uzupełnione w roku 2001 o kolejne 508). Na szczęście prócz tych współczesnych elementów wciąż jest tu wiele dobrze zachowanych wiekowych zabytków: skrzydłowy ołtarz z 1520 roku, ambona z XVI wieku, groby licznych grafów (w tym Eberharda) i książąt.

Bogato zdobiony ratusz górujący nad drugim rynkiem Tybingi wzniesiono w roku 1435. W ciągu kolejnych stuleci zmieniano go i rozbudowywano - na przykład malunki na fasadzie wykonano w roku 1877 z okazji czterechsetlecia założenia uniwersytetu w mieście, a wsporniki arkad przy wejściu pochodzą z lat sześćdziesiątych XX wieku. Z kolei renesansowa fontanna, która stoi przed wejściem do budynku, to dzieło mistrza Heinricha Schickhardta ustawione tu w roku 1617.  


Budynek był nie tylko często przebudowywany, przez lata zmieniała się też jego funkcja. W XV wieku był halą targową, w której swe produkty sprzedawali piekarze i rzeźnicy z okolicy, potem przez cztery stulecia służył jako sąd dworski, teraz zaś - prócz innych biur do spraw mieszkańców - jest tu urząd stanu cywilnego. Brała tam ślub ze swym nepalskim narzeczonym moja przyjaciółka. Po wzruszającej ceremonii z udziałem tłumacza państwo młodzi wyszli na dębowy balkon (jako oficjalny kamerzysta imprezy też zostałam tam wpuszczona) i z góry pozdrawiali gości. A potem świętowaliśmy przy dźwiękach hinduskiej muzyki w Delhi Palace nad brzegiem Neckaru.


Idąc pod górkę z rynku ratuszowego - na którym notabene w poniedziałki, środy i piątki od 8.00 do 13.00 można kupić owoce, warzywa i inne wiktuały z okolic - dochodzimy do zamku Hohentübingen, którego historia sięga XI wieku. Z początku był on drewniany - widoczne do dziś kamienne mury wzniesiono w XII i XIII wieku i rozbudowano w kolejnych stuleciach. Budowla przeżyła - z mniejszymi lub większymi stratami - różne dziejowe burze, w tym tę w XVII wieku, kiedy to oblegający go Francuzi wysadzili jedną z narożnych wież. Dziś militarna funkcja budowli jest tylko odległym wspomnieniem - w salach zamku mieści się muzeum miejskie oraz kilka wydziałów uniwersyteckich (Instytut Etnologii, Archeologii, Egiptologii i kilka innych). Zwiedzający przychodzą tu odpocząć na dziedzińcu i popatrzyć z góry na miasto.


Po zejściu z góry zamkowej można udać się na lody. Najlepsze są te w San Marco w Nonnenhausie - doskonale zachowanym domu zakonnym, w którym w XV wieku mieszkały siostry dominikanki, a potem kobiety z laickiego stowarzyszenia beginek. Dziś prócz kawiarni mieszczą się tu sklepy, w tym jeden dla mnie wyjątkowy - piekarnia Gehr, w której przez dwa lata popołudniami i w weekendy sprzedawałam bułki i ciastka oraz serwowałam kawę. 


Będąc w Tybindze trzeba też koniecznie nawiązać bliższą znajomość z płynącym przez nią Neckarem. Od kwietnia do października można w tym celu wybrać się na rundkę tradycyjną drewnianą łódką pychową zwaną Stocherkahn (przystań jest tuż pod Wieżą Hölderlina), a niezależnie od pogody i pory roku - przejść się po wyspie, na którą można dostać się schodami z mostu Eberhardsbrücke lub tunelem ze starówki. Połowę kilometrowej długości wysepki zajmuje aleja platanowa, na której wśród wszechogarniającej zieleni uważny turysta wypatrzy niejedną wiewiórkę, a także pomniki artystów związanych z Tybingą - romantycznego kompozytora Friedricha Silchera i dziewiętnastowiecznej pisarki Ottili Wildermuth.


Tübingen to nie tylko zabytki i historia. Są tu liczne domy handlowe, kina (do Blaue Brrücke chadzałam co czwartek na 23.00 na seans-niespodziankę), pływalnie, banki, teatry (do dziś pamiętam świetne wystawienie "Czekając na Godota"), akademiki, szpitale, kliniki, restauracje, kawiarnie, kluby... Prócz stałych rezydentów, studentów i turystów mieszka tu też sporo punków i innych barwnych postaci, które wieczory i noce spędzają w osiedlu przyczep campingowych koło dawnych koszar francuskich przerobionych na domy studenckie, a w dzień koczują z psami w okolicach starówki zahaczając przechodniów o kilka centów. 


Z tego innego oblicza miasta najmilej wspominam Frauencafé - kawiarnię tylko dla kobiet zlokalizowaną na piętrze pokrytego graffiti budynku koło dworca kolejowego. Do przydymionego pomieszczenia ze stołami bilardowymi wchodziło się przez westernowe drzwi obite krowią skórą. W środku właścicielki serwowały piwo i herbatę oraz uśmiechały się ze zrozumieniem do mnie i mojej przyjaciółki mając nas za miłą młodą parę...


Pisząc o Tybindze nie umiałam uciec od wspomnień - choć próbowałam opowiedzieć o mieście realnym, a nie tym mitycznym istniejącym w wyidealizowanej postaci w mojej głowie. Gdzieś głęboko mam poczucie, że nie sposób nie zakochać się w staromiejskich uliczkach i ciemnoszmaragdowym Neckarze - ale nie wiem, czy tak jest w istocie. Parę tysięcy dni upłynęło od momentu, gdy spakowałam swoje rzeczy i przestałam tu mieszkać - ale nie było ani jednego, w którym do tego miasta nie wróciłabym w myślach choć na jedną piękną chwilę.




***
TRASA SPACERU HISTORYCZNEGO:

RUNDKA PO STAROMIEJSKICH RESTAURACJACH:
(Źródło: Google Maps; kliknij na mapkę, by ją powiększyć)