Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

9.12.2011

/UPPSALA/ Czasem słońce, czasem ulewa

Aż trudno uwierzyć, że to małe urokliwe miasteczko to czwarta co do wielkości metropolia Szwecji. Jak podaje Wikipedia, Uppsala leży 70 km na północ od Sztokholmu i około 35 km na północ od lotniska Arlanda. Leży na obu brzegach rzeki Fyrisån, około 8 km w górę od jej wpływu do jeziora Melar (szw. Mälaren) w zatoce Ekoln, poniżej, a częściowo w ramach pasma wzgórz Uppsalaåsen.

Zmienna pogoda chyba najbardziej kojarzy mi się z tym miasteczkiem, w którym dzięki uprzejmości mieszkających tam moich Przyjaciół bywam dość często. 

Po drodze do centrum mijam posterunek policji - może architektonicznie nic specjalnego, ale pięknie odbija błękit nieba


Jeszcze jeden przystanek i jestem na głównej promenadzie. Gdy słońce zaświeci trochę mocniej, deptak zapełnia się ludźmi - choć tłumów się tu raczej nie uświadczy. Niska gęstość zaludnienia sprawia, że Warszawiak zawsze będzie miał poczucie, że w Szwecji jest raczej pusto.


Flaga jest nawet na stoisku z owocami. To charakterystyczne dla Szwecji - wielu dumnych obywateli wywiesza ją też przed swoimi domami. 

Miło jest zrobić sobie przerwę na kawę z katedrą w tle. To w Uppsali właśnie jest największa szwedzka katedra, a także najstarszy szwedzki uniwersytet. Znów za Wikipedią: zbudowana w stylu gotyckim katedra jest miejscem koronacji i spoczynku królów szwedzkich. W tej świątyni pochowana jest m.in. królowa Szwecji Katarzyna Jagiellonka, żona króla Szwecji Jana III Wazy. Nad jej nagrobkiem znajduje się herb Rzeczypospolitej, a na ścianie powyżej znajduje się fresk wyobrażający Kraków. W sklepiku w katedrze udało mi się kupić miętówki z wizerunkiem Jezusa na opakowaniu i napisem "Save your breath".


Uppsala jest bardzo czysta i wypielęgnowana. Kwietniki takie, że tylko fotografować. I oczywiście wszechobecne rowery - najbardziej praktyczny i ekonomiczny środek transportu w tym mieście.


Jest wrzesień - i największe wydarzenie miejskie: święto Uppsali połączone z odbywającym się od roku 1989 festiwalem Uppsala Culture Night. Orkiestra dęta spaceruje po ulicach grając rytmicznie, ludzie jedzą kebaby na trawnikach, a w specjalnym namiocie można skusić się na masaż za symboliczne 20 koron.


Po raz kolejny wchodzę do Museum Gustavianum, dawnej siedziby tutejszego uniwersytetu. Można się w nim przenieść w dawne czasy - ja szczególnie lubię salę, w której niegdyś odbywały się sekcje zwłok wykonywane przez profesorów na oczach studentów. I kolekcję starych teleskopów.


Jeszcze fotka z kamieniami runicznymi.


Na schodach najstarszego szwedzkiego uniwersytetu przygrywa dziś orkiestra studencka. Grają muzykę średniowieczną.Więcej na moim filmie: http://youtu.be/IZzK2BtiGxU.


Dziś muzea otwarte są do później nocy. W drodze do zamku, w którym akurat jest pokaz sztuki użytkowej i wstrząsająca wystawa fotografii "Hetero and Etno Norm",  można podziwiać kolorowe iluminacje. I pokaz średniowiecznych sztuk walki z ogniem w roli głównej.


Pogoda w Uppsali jest naprawdę kapryśna. Kolejnego dnia odwiedzam te same miejsca - ale w zupełnie innej aurze...


8.09.2011

/BERLIN/ Berlińskie graffiti

Chrystus w Świebodzinie, zmiana obsługi pociągu, jeszcze chwila i są – pełne swoistej poezji blokowiska Berlina Wschodniego...

"Du kriegst mich aus Berlin, doch Berlin niemals aus mir". Z Berlina można wyjechać, ale nigdy się go nie zapomni. To tylko 6 godzin stąd, trochę jak na innej planecie. Zawsze będąc w Berlinie mam wrażenie, że to stolica Europy – centrum wydarzeń, wrażeń i przeżyć.
Chciałam opisać wrażenia z Berlina i zilustrować je wieloma zdjęciami. Schodziłam to miasto przez 8 dni zdzierając buty i stopy i fotografując tysiące graffiti, setki zabytków, dziesiątki osób. Zdjęcia mam jednak niestety tylko z ostatnich dwóch dni – aparat zginął z mojej kurtki o 4 rano w czwartek  gdzieś na Ostkreuzu koło niezwykłego swoją drogą klubu „Zum schmutzigen Hobby”. Klub polecam – dmuchana krowa w witrynie, zdjęcia na ścianach przedstawiające czynność, o której pewnie nie można nawet myśleć przed 23.00 oraz jedyna w swoim rodzaju otwarta toaleta…

Tym razem udało mi się zwiedzić Reichstag. Rejestracja przez stronę www, miesiąc oczekiwania i – jest: cenny glejt uprawniający do wejścia o konkretnej godzinie konkretnego dnia. Kontrola przy wejściu. Przyjaciółka ma  na torbie buttony wyrażające jej światopogląd - homofobia jest pedalska, zalegalizujmy trawę, precz energii atomowej... Każą jej zdjąć button o energii atomowej - "rząd jest w tej sprawie neutralny".

Wrażenie ze szklanej kopuły Reichstagu? Jakby się było w statku kosmicznym nad miastem. Ludzie suną powoli po pnącym się w górę ślimaku ze słuchawkami na uszach. Duszno, mimo że dziura w ślimaku ma zapewniać wietrzenie (w przypadku deszczu zaś szybko się zamknąć). Ale to niedotlenienie chyba jeszcze bardziej potęguje odczucie niezwykłości – i samej konstrukcji, i pięknej panoramy miasta.


Przy wieży telewizyjnej znów trzygodzinna kolejka – a więc i tym razem sobie odpuszczę. Na szczęście okazuje się, że hotel Park Inn naprzeciwko wieży oferuje za drobną opłatą podobną panoramę – a nawet lepszą, bo w końcu świetnie widzi się stąd Fernsehturm.



Muzeów, galerii, wystaw setki. W jednej z nich zastałam wiadra z cementem. Myślałam, że remont, ale okazało się, że wręcz przeciwnie – nie remont, tylko SZTUKA. Sztuką jest to, co człowiek sztuką nazwie. Berlinische Galerie zachwyciła mnie nie tylko ciekawą instalacją przed wejściem i miksem berlińskiej sztuki z epok różnych, lecz także nietypową inspirującą aranżacją wnętrza.
Ogromnym odkryciem okazał się sklep z komiksami na Oranienstraße 22… Nie wiem, kiedy minęły trzy godziny – a i tak wychodziłam z żalem. Biblia w formie komiksu, komiksowa historia świata, komiks o fraktalach, filozofia Kanta przybliżona w komiksowy sposób. Setki, tysiące grafik kolorowych i czarno-białych, a w każdej inny świat, w który warto się zanurzyć.
Berlińskie metro działa krócej niż warszawskie. Nie współgra to z rytmem miasta, które nocą aż dudni życiem i turecką muzyką. Klub so36 uwiódł mnie atmosferą. Obsługa w strojach pielęgniarskich, drink w kostce cukru na wejściu, ogromny lokal – choć z zewnątrz tylko niepozorne obdrapane drzwi. I zegar pod sufitem odmierzający czas – co pół godziny zmiana klimatu i muzyki. I genialny koncert grupy Nachlader, który przeniósł wszystkich w lata 80-te.




Każda brama to inny świat. Słynny berliński streetart* – wieczne graffiti i jego siostra-efemeryda z papieru. Zaangażowane ulotki i mniej zaangażowani kosmici. Są wszędzie.



Jakoś chyba przekornie najbardziej komercyjną atrakcją Berlina wydało mi się tym razem Tacheles. Pierścienie z widelców po 25 euro i ulotki, by nie zamykać Tacheles – i tak już od dobrych 15 lat. A Tacheles nadal ma się świetnie, choć osoby z wrażliwym węchem mogą mieć w nim problem z rozkoszowaniem się sztuką. Galerie, galeryjki, sklepiki – i tak piętro po piętrze. Fajne kolaże Tima Roeloffsa. Kilka pocztówek typu Manga meets Berlin, Che w koszulce „I love Sex” i trabant lecący koło niedźwiedzia ozdabia dziś moje biurko.




Niezapomniane zdjęcie z Lordem Vaderem pod Bramą Brandenburską przepadło. Fotka ze znanym niemieckim transwestytą, Niną Queer, też. Ale do ulubionego miasta w końcu najchętniej się wraca – choćby pod pretekstem potańczenia w so36 i zrobienia kolejnych zdjęć.





* Zapraszam też do mojej GALERII STREET ARTU: http://maniapodrozowania.blogspot.com/p/streetart.html

6.30.2011

/LONDYN/ Po drugiej stronie lustra?

Ta opowieść - jak większość pozostałych - rozpoczyna się już na lotnisku. A więc Luton - lotnisko małe, ale za to jak świetnie strzeżone. Pamiątkowa fotka skończyła się pierwszym - ale zdecydowanie nie ostatnim - kontaktem z panią w mundurze. "You can go to prison for making pictures at the airport" zagroziła mi pani, która pojawiła się niczym z podziemi od razu, gdy nacisnęłam spust. A więc fotek na płycie NIE ROBIMY. W środku - hmm - powiedzmy "obiektu" też nie. A szkoda, bo byłoby co utrwalać...


Sklepy wolnocłowe mało ciekawe, hamburgery na lotnisku drogie, ale za to cóż za wspaniały plakat w języku ojczystym. Pani prezydent naszego miasta zachęca na nim do powrotu do kraju. Obiecuje wsparcie w założeniu własnej firmy i perspektywy lepsze niż zmywak w londyńskim barze. Piękny i wzruszający list. Ocieramy łzę i idziemy dalej.

Dojazd do Londynu nieźle zorganizowany. W czasie godzinnej jazdy "Green Line" 757 do Baker Street przyzwyczajamy się do tego, co do końca pobytu będzie nas jednak mimo wszystko dezorientować: do tego, że znajdujemy się w lustrzanym świecie. Wyprzedzamy prawym pasem? No chyba tak, bo lewy pas to ten po prawej. Jak skręcić z autostrady we właściwą przecznicę? Po której stronie ulicy jest przystanek we właściwą stronę? Zaraz, najpierw spojrzeć w lewo czy w prawo na przejściu dla pieszych? (dobrze, że na chodniku jest podpowiedź). Te pytania często pozostawały bez odpowiedzi. No i najważniejsze: po której stronie chodnika należy iść? Na to nie ma jednoznacznej odpowiedzi - ponieważ w Londynie jest tyluż tubylców, co przyjezdnych, więc idzie się po prawej, po lewej lub środkiem - tak, by ominąć grupki młodzieży, zatrzymujących się wciąż na fotki turystów, sprzedawców maronów, kupki śmieci, wózki z pamiątkami ze ślubu Williama i co tam jeszcze... Nawet drzwi taksówek mają tu zawiasy po innej stronie. Dziwny kraj! No i te ograniczenia prędkości w milach.



Mówią, że w piekle są niemieccy policjanci, angielskie jedzenie i amerykańskie żony. Co do policjantów, to stawiałabym raczej na austriackich. A co do jedzenia... Hmmm. Pierwszy kontakt z typowym angielskim śniadaniem był trudny - ale biała kiełbaska i fasolka w sosie z każdym dniem smakowały coraz lepiej. Jedynie spalony tost do ostatniego dnia jakoś nie chciał wchodzić. Niech żyje ketchup, jego na szczęście było pod dostatkiem. 

Skoro już o żołądkowych uciechach. Atmosfera angielskich pubów straciła nieco przez wszechobecny zakaz palenia. Nie ma już duszno-zadymionej atmosfery, którą pamiętałam sprzed lat. Ale przytulne wystroje i dobre piwo nadal tam królują. Plus wszędobylskie wizerunki Williama i Kate. Co ciekawe, do niektórych pubów nie wejdziesz w trampkach i drelichach (nie żebyśmy chcieli...). Wyraźnie mówią o tym wywieszki. Tak więc panowie w garniturkach z dzielnicy banków piją piwko w pubie, a brać robotnicza na krawężniku przed pubem. Le charme discret de la bourgeoisie lub społeczeństwo klasowe - jak kto woli.


Big Ben, Westminster Abbey, Tower of London - te atrakcje są w top ten wszystkich portali o Londynie. Dlatego my o czym innym. Na przykład dzielnica banków - ponoć jest w niej więcej banków amerykańskich niż w Nowym Yorku i więcej placówek japońskich niż w Tokio. I do tego architektura ciekawa - warto wybrać się tam na spacer.


Niezapomnianym wrażeniem jest rejs po Tamizie. Z poziomu rzeki widać wyraźnie, jak Dickensowskie klimaty mieszają się tu z nowoczesnością. Małe nadbrzeżne puby sąsiadują z imponującymi wieżowcami - jak choćby One Canada Square – najwyższym budynkiem w GB. Ciekawa nazwa - od razu przypomina się kultowe "Blame Canada". Na jednym z budynków nad Tamizą jest fajny przykład kryptoreklamy. Ponieważ zabroniono firmie OXO umieszczenia logotypu na siedzibie, więc poradziła sobie ona za pomocą wyrafinowanego elementu architektonicznego.  


Co do słynnej dyskusji o wyższości Wielkanocy nad Bożym Narodzeniem: Londyn opowiada się tu zdecydowanie po jednej ze stron. Jedno słynne jajko to City Hall projektu Sir Normana Fostera, drugie zaś - takie a la Faberge - to Swiss RE Tower, siedziba towarzystwa ubezpieczeniowego Schweizerische Rückversicherungs-Gesellschaft AG.


Ale to nie koniec atrakcji w tym z jednej strony statecznym, z drugiej zaś nieco szalonym mieście. Szaleństwo odczuliśmy już w naszej hotelowej windzie, która przy każdym ruchu drzwi mówiła "The door is closing", co brzmiało ewidentnie jak "The door is crazy" - i chyba nawet lepiej to pasowało do tych drzwi z nerwową fotokomórką. Fotokomórkę oczywiście doceniamy - w końcu i w Tunezji, i w Emiratach musieliśmy sobie radzić w hotelach bez tego wynalazku.

Where should we go next? Oczywiście na London Eye! Są zwolennicy nocnej przejażdżki tym wynalazkiem (nastrój itp.) oraz dziennego okrążenia (fotki itp.). My nasze 18,60 funta za osobę za okrążenie zainwestowaliśmy w tę przyjemność o poranku. I było to 30 minut najlepszych widoków ever. Eye of Emirates wydawało się wysokie, a miało zaledwie 60 m wysokości; London Eye ma ich ponad dwa razy więcej. Gondolki nie były tak przytulne i dobrze klimatyzowane jak w UAE, ale popatrzyć z góry na Big Bena – bezcenne.



Tuż pod London Eye znajduje się oceanarium. Dzięki połączeniu biletu doń z biletem do Madame Tussauds udało nam się nie zbankrutować. Rybki małe, duże, średnie, rekiny… Jednego chyba nawet poraziłam prądem włączając „podwodną kamerę”. Zmarszczył się i zamarł, a potem dziwnie zwinął. Płaszczka ślicznie flirtowała z kamerą, dzięki czemu mamy ją teraz w wersji HD.


Londyńskie Madame Tussauds to oczywiście must see – po raz kolejny odstałam w kolejce, by zobaczyć, kogo tam dowoskowali. Niektóre figury ustawione są w parach – np. Brad Pitt i Angelina Jolie. Niestety powoduje to dużo większe ryzyko zniszczenia dla figur damskich – z pewnym niedowierzaniem obserwowaliśmy, jak kobiety następowały na Jolinę, zastawiały ją swymi (pulchnymi) ciałami i uzyskiwały to co chciały – fotkę z Bradem bez niepotrzebnych przyległości. Król popu, niegdyś tak chętnie fotografowany, zdecydowanie przegrywał tym razem z Britney i Rihanną. Lady Di wiecznie żywa – skonstatowaliśmy, że figury osób, które zmarły młodo, wydają się bardziej realistyczne, bo znamy te osoby tylko z jednego konkretnego momentu ich życia – a nie, jak np. Elisabeth Tylor, w wersji od 20 do 80 plus. Wtedy pytanie, który moment uchwycić w wosku, jest dość trudne… Dużą popularnością cieszyła się alejka dyktatorów – od Fidela po Hitlera, dla każdego coś miłego. No i szczegóły - tęczówki oczu, rzęsy, żyłki na dłoniach - naprawdę imponujące.


Będąc w Londynie nie mogliśmy odpuścić sobie China Town. Poszliśmy tam per pedes, bo akurat nie działała część stacji metra, a tambylcy poradzili nam, że piechotą będzie szybciej niż autobusem :-) Cóż, double decki są ładne, ale dość powolne. Tabliczki z nazwami ulic po chińsku i angielsku, czerwone zawieszki na szczęście, kotki machające łapką – i flair jak w Pekinie (choć w Pekinie łatwiej było zapłacić kartą niż tutaj). A kaczka w Złotym Smoku naprawdę przednia!


Gdybyśmy zapomnieli, gdzie udało nam się dotrzeć w Londynie, to no problem. Trasę da się odtworzyć z dokładnością do jakichś 5 cm dzięki absolutnie wszędobylskim kamerom. W metrze, w swetrze, na ulicy, w hotelu – WSZĘDZIE są kamery. Strach rzucić peta – dlatego zagadką pozostało, skąd te góry śmieci na chodniku. Pewnie wyrzucane są tam pod osłoną nocy wyłącznie w czasie nowiu. Skoro o ciekawostkach technicznych mowa – na niektórych stacjach metra perony oddzielone są od torów szklanymi drzwiami, które otwierają się dopiero, jak podjeżdża pociąg. Kierowca musi odpowiednio celować, by drzwi metra spasowały się z drzwiami w szklanej kurtynie. Francuzi radzą sobie z samobójstwami za pomocą siatki na wieży Eiffla, a Brytyjczycy tak właśnie.


Ale wracając do rzeczy przyjemnych. Londyn to miasto trochę jak z bajki – a właściwie jak z innej bajki i innej epoki. Nigdy nie byłam w tak dużej metropolii, w której nie ma ani jednego wieżowca mieszkalnego! Londyn jest pod tym względem całkowitym przeciwieństwem Berlina – tak jakby za kanał La Manche nie dotarła wieść, że istnieje coś takiego jak wielka płyta. Nic dziwnego, że Anglicy zwykle zamiast używać własnego określenia nazywają bloki z tego wiekopomnego wynalazku z czeska „panelakami”… Zresztą „nawzajem” też importowali – tym razem z niemieckiego; „gleichfalls” z brytyjskim akcentem zawsze cieszy moje uszy.

Czy warto wybrać się do Londynu? Bardzo. Zwłaszcza, jak pogoda dopisuje – a tym razem mieliśmy ogromne szczęście. Warto pozwiedzać, powłóczyć się po ulicach, iść do pubu, posiedzieć z lodami w Hyde Parku, upolować coś na Oxford Street i usiąść na chwilę nad Tamizą z kubeczkiem pysznych truskawek w czekoladzie.