Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

5.05.2015

/PORTUGALIA/ Trzy sanktuaria - trzy epoki - trzy historie



W południowym i północnym transepcie kościoła cystersów w Alcobaca stoją dwa bogato zdobione grobowce. To miejsce spoczynku kochanków, których miłość okazała się silniejsza niż śmierć - portugalskich Romeo i Julii. Leżą ułożeni stopami do siebie. Dom Pedro chciał bowiem, by pierwszą osobą, którą zobaczy po zmartwychwstaniu, była Ines... 


Dom Pedro, syn króla Alfonsa IV i królowej Beatrycze, urodził się w Coimbrze w roku 1320. Jako dziedzic tronu skazany był na małżeństwo aranżowane - ze względów politycznych wybrano dla niego Konstancję Kastylijską. Pożycie nie było udane - a do tego Pedro zakochał się w damie dworu swojej żony, Ines de Castro, galicyjskiej szlachciance o jasnych włosach i oczach w kolorze bezchmurnego nieba...


W 1345 roku Konstancja zmarła podczas porodu. Pedro - nie zważając na protesty swego ojca - związał się z Ines, ku której od lat skłaniało się jego serce. Młodzi byli szczęśliwi, ale ich małżeństwo zagrażało pokojowi między Portugalią i Kastylią - co bardzo niepokoiło Alfonsa IV.

7 stycznia 1355, gdy Dom Pedro wyjechał na polowanie, trzech zbójów wysłanych przez jego ojca zaatakowało Ines. Obcięli jej głowę na oczach jej własnego dziecka. Zrozpaczony następca tronu wypowiedział wojnę królowi. Beatrycze, żona i matka zwaśnionych mężczyzn, dała radę zapobiec wojnie domowej i kolejnej tragedii. Jednak nie umiała pocieszyć Pedra, który z miesiąca na miesiąc stawał się cieniem dawnego siebie.

Gdy w roku 1357 po śmierci Alfonsa wstąpił na tron Portugalii, zemścił się na oprawcach swej ukochanej. Sama śmierć to było za mało - na wieki zhańbił ich więc utrwalając w postaci wykrzywionych potworów trzymających na swych plecach sarkofag z ciałem Ines.  

 
Pedro zmarł w roku 1367, a jego ciało spoczęło w kościele Alcobaca w sarkofagu ozdobionym kołem życia...



Do Mosteiro de Santa Maria de Alcobaça wchodzimy przez barokowy portal, przed którym ustawione są ozdobne piramidki przywodzące swym zdobnictwem na myśl Angkor Wat. 


Budowa  klasztoru rozpoczęła się w roku 1178, a już czterdzieści lat później mieszkało tu 999 mnichów, którzy msze odprawiali na zmianę jedną po drugiej przez okrągłą dobę. Prócz kościoła zwiedzić tu można ogród i krużganki, pomieszczenia klasztorne, a także salę królów z wizerunkami monarchów z trzech portugalskich dynastii. Czwartą - hiszpańską - pominięto, bo nie cieszyła się ona miłością i uznaniem na tych ziemiach.


Królowie są różnych rozmiarów - bo nie wszyscy mnisi mieli zdolności artystyczne. Ale Portugalczycy nie wypominają im tego - w końcu cystersi zasłużyli się w wielu innych dziedzinach, spisali na przykład pierwszą historię kraju. Część rzeźb przez wieki straciła głowy. Nie ucierpiały na szczęście natomiast biało-niebieskie osiemnastowieczne azulejos przedstawiające sceny z życia klasztoru.


Idąc dalej wzdłuż krużganka krok po kroku poznaję zwyczaje mnichów. A więc tu mieli kuchnię, już w XVIII wieku - co niezwykłe - wyposażoną w bieżącą wodę pozyskiwaną ze specjalnie w tym celu wykopanego dopływu rzeki Alcoa. Olbrzymi komin ustawiono na ośmiu żeliwnych wspornikach tworząc również bardzo nowoczesną instalację kuchenną, na której jednocześnie można było piec nawet osiem wołów. W refektarzu stały niegdyś stoły. Wybrani mnisi odczytywali fragmenty pisma świętego podczas wspólnych posiłków. 


Jako pamiątkę z jednego z najstarszych zabytków gotyckich Portugalii i największego gotyckiego kościoła w kraju kupuję sobie... najmniejszą książkę świata


***

Z dwunastowiecznego świadectwa zwycięstwa rekonkwisty przenosimy się do Klasztoru Matki Boskiej Zwycięskiej w Batalha, który budowano aż przez półtora wieku - poczynając od roku 1385. 


W tle powstania tego gotyckiego cudu architektury wzbogaconego w XVI wieku o elementy manuelińskie - na przykład w wypełnieniach łuków czy zdobieniach kolumn - też snuje się niejedna ciekawa historia. 


Budując kościół o rozmiarach porównywalnych z tym w Alcobaca Jan I chciał podziękować Matce Boskiej za zwycięstwo w bitwie pod Ajubarrotą - która dla Portugalczyków jest tym, czym dla nas Grunwald. Starcie zbrojne pomiędzy wojskami portugalskimi króla Jana I Wielkiego a armią Jana I Kastylijskiego miało miejsce 14 sierpnia 1385 roku. Armia kastylijska liczyła 18 000 żołnierzy  i 10 000 zbrojnego pospólstwa, a portugalska – zaledwie 7 000 wojaków i 5 000 uzbrojonych chłopów. W decydującym momencie bitwy król Portugalii zamknął nieudolnych i zmęczonych długą drogą i upałem Kastylijczyków w okrążeniu - i wygrał bitwę mimo miażdżącej przewagi wroga wywalczając w dalszej perspektywie niepodległość dla Portugalii. Było więc za co dziękować. 


Tu chodząc wzdłuż krużganków niewiele możemy dowiedzieć się o życiu mnichów - po likwidacji zakonów religijnych w roku 1834 klasztor pełnił bowiem różne funkcje świeckie, a pomieszczenia mocno zmieniono. I tak na przykład od roku 1924 w kapitularzu znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza upamiętniający portugalskich żołnierzy poległych w czasie pierwszej wojny światowej, przy którym co godzinę uroczyście zmieniana jest warta.


W tutejszych kaplicach też kryją się piękne historie miłosne. W Kaplicy Fundatora, którą Jan I zbudował jako miejsce wiecznego spoczynku dla siebie i swej żony Filipy Lancaster, para władców spoczęła ramię w ramię. Po śmierci Jan i Filipa są równie zgodni jak za życia; królowa, do dziś wspominana jako dobra i światła, urodziła królowi aż ośmioro dzieci...


Jeszcze bardziej jawny gest przywiązania widać na grobowcu Edwarda I i Eleonory Aragońskiej, którzy trzymają się za ręce niczym młodzi kochankowie. Ta władczyni dała mężowi aż dziewiątkę potomków, a król mianował ją na swą następczynię mimo braku poparcia ludu dla takiej decyzji.


Ten drugi grób stoi niemal pod gołym niebem - w tak zwanej Niedokończonej Kaplicy, której budowę rozpoczęto w roku 1434, a potem z nieznanych przyczyn na zawsze zarzucono. 


Ściany w założeniu bardzo przestronnego pomieszczenia zachwycają zdobieniami nawiązującymi do bogactwa kolonialnych i egzotycznych owoców - w tym ananasów czy kakaowców. Okna wypełnione są misternymi witrażami rzucającymi kolorowe plamy na posadzkę. A nad tym wszystkim zamiast kamiennego sklepienia widać... błękit nieba.


Niezwykłe to miejsce przypominające i o zwycięskiej batalii, i o parach królewskich, którzy swym zgodnym pożyciem umocnili kraj. Nic dziwnego, że wiele młodych chce właśnie tu zawrzeć związek małżeński.


***

Fatima to chyba najbardziej znane portugalskie sanktuarium. Może dlatego, że historia tutejszych objawień jest jeszcze tak świeża, a Łucja, jedna z trojga pastuszków, którym 13 maja 1917 roku ukazała się Matka Boska, zmarła dopiero niecałe dziesięć lat temu.


Fatima w pierwszym kontakcie wygląda jak lądowisko statku kosmicznego - wielki jasny plac ze stojącymi na przeciwko siebie dwoma zupełnie różnymi pod względem architektonicznym budynkami. Konsekrowana w roku 1953 biała neoklasycystyczna Bazylika Matki Różańcowej z kolumnadą i monumentalnymi schodami spogląda na wyglądający trochę jak gigantyczny latający spodek Kościół Trójcy Przenajświętszej zbudowany w latach 2004–2007 za sumę 80 milionów euro pochodzącą z ofiar pielgrzymów. Co do urody tej budowli, to jest mocno dyskusyjna, ale jej ogrom jest niezaprzeczalny - to ponoć czwarta co wielkości świątynia katolicka na świecie.


Wrażenie pewnej kosmiczności tego miejsca potęguje we mnie nie tylko lotniskowy charakter placu i fakt, że te dwie świątynie kojarzą mi się kształtami z C3PO i R2D2, lecz również napisy SF na koszach na śmieci. Czy to skrót od Santuário de Fátima, czy jednak od science fiction? W końcu sprzedawane w pobliskich sklepikach woskowe narządy, które należy spalić w świętym ogniu, by zapewnić sobie uzdrowienie, też wyglądają trochę jak części zamienne do humanoidów...

 
W klasztorach gotyckich i wśród manuelińskich zdobień czułam poruszenie duszy i boską obecność. Tu - mimo ogromnych chęci - trudno mi wzbudzić w sobie pozytywne emocje i jakąkolwiek wzniosłość. Tłum w kaplicy objawień, ognie piekielne buchające z miejsca, w którym pali się świece intencyjne, ludzie z baniakami tłoczący się przy ujęciach wody o cudownych właściwościach - choć oznaczonej jako niezdatna do spożycia.


Słońce pali niemiłosiernie, zastanawiam się, jak można było zaprojektować miejsce tak nieludzkie - pozbawione cienia, schronienia, w którym można byłoby odpocząć, jakichś ławek chociaż... Wierni koczują tu na zaimprowizowanym polu namiotowym, wnuczka przynosi babci wodę spoza terenu sanktuarium, bo tu nie ma gdzie jej kupić, ktoś chłodzi się na tylnych ławkach kościoła, mimo że najwyraźniej nie rozumie ani słowa z mszy celebrowanej po portugalsku. 


W poszukiwaniu duchowej strawy wchodzę do podziemnych kaplic św. Piotra i Pawła. Tu też niestety nic - tylko beton, sale modlitewne przypominające klaustrofobiczne uczelniane audytoria i jakieś mocno abstrakcyjne rysunki na ścianach. 


Wychodzę z chłodnego podziemia i podchodzę do pomnika Jana Pawła II. Słońce tak grzeje, że trudno mi spędzić przy nim dłużej niż kilka minut. Z coraz większym szacunkiem patrzę na kobietę, która ostatni odcinek swej pielgrzymki do świętego miejsca pokonuje poruszając się po specjalnym pasie marmuru na kolanach osłoniętych miękkimi ochraniaczami.   


W jednym z licznych megastore'ów z dewocjonaliami - zlokalizowanym oczywiście poza murami sanktuarium - kupuję na pamiątkę świecącą w ciemności Matkę Boską i różaniec z napisem Fatima. Są trochę kiczowate jak samo to miejsce... Nie po raz pierwszy i pewnie nie ostatni myślę o tym, że w dawnych wiekach bez maszyn i skomplikowanych narzędzi tworzono kościoły tak dalece piękniejsze od tych współczesnych.


W Alcobaca niemal wyczuwałam obecność dusz nieszczęśliwych kochanków, w Batalha podziwiałam rozmach, z jakim król podziękował Matce Boskiej za zwycięstwo nad Kastylijczykami. Tu czuję tylko pustkę, zawroty głowy i trudne do ugaszenia pragnienie.




***
ZAPRASZAM NA INNE TEKSTY O:
HISZPANII

PORTUGALII


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO SANKTUARIUM W FATIMIE:

4.05.2015

/LIZBONA/ Od betonowego Jezusa do zębatego rekina, czyli spacer po Lizbonie


Lizbona to miasto owiane legendami. Ze względu na swe położenie zwana jest Królową Morza - Rainha do Mar. Miejscowi mówią o niej czasem pieszczotliwie Lisa. Według jednego z mitów to sam Odyseusz założył tu osadę o nazwie Alis Ubbo, czyli piękny brzeg. Choć bardziej prawdopodobne jest, że to Fenicjanie osiedlili się tu jako pierwsi przed trzema tysiącami lat. Nazwę Lissabona nadali temu miejscu Maurowie z północy Afryki, którzy dotarli tu w roku 714 i zbudowali fortyfikacje na tyle skuteczne, że przez cztery wieku udawało im się odpierać ataki Chrześcijan. Muzułmańskie wpływy do dziś widoczne są w mieście - choćby we wzornictwie misternych azulejos. Zresztą nawet nazwa tych płytek wskazuje na ich genezę - pochodzi bowiem od arabskiego "al zulaycha", co dosłownie oznacza wypolerowany kamień.


Do rangi stolicy Lizbonę wyniósł w roku 1255 Alfonso III, sto lat po tym, jak po wyniszczających walkach zapanowali tu wyznawcy Chrystusa. W XV i XVI wieku miasto rozkwitło, jak zresztą cały kraj zasilany bogactwami przewożonymi z Indii drogą morską odkrytą przez Vasco da Gamę. Ślady tej świetności też można wypatrzyć do dziś - na przykład w nadgryzionych zębem czasu kamienicach Alfamy.


Trzecie ważne wydarzenie, które wpłynęło na dzisiejszy obraz miasta, to wyniszczające trzęsienie ziemi. W dzień Wszystkich Świętych roku 1755 o godzinie 9.40 na ludzi modlących się w kościołach zaczął spadać grad kamieni. Świece wywołały pożary, a fala tsunami dokończyła apokaliptycznego dzieła. Choć tyle lat minęło od tragedii, miasto już nigdy nie odzyskało dawnej świetności. Zwłaszcza, że na wniosek Markiza de Pombala, sekretarza stanu Józefa I Portugalskiego, którego pomnik stoi w Lizbonie na placu jego imienia, w czasie odbudowy położono nacisk na prostotę i wytrzymałość, której zabrakło w czasie kataklizmu. Styl ten widać najlepiej w dzielnicy Baixa, w stronę której patrzy zresztą dumnie wspomniany markiz ze swego cokołu.


Dwudziesty wiek też odcisnął swe piętno na charakterze miasta. Najlepszym przykładem najnowszych inwestycji jest dzielnica Parque das Nações zbudowana niemal w całości od nowa z okazji odbywającej się w roku 1998 w Portugalii wystawy Expo. 


Jak zwiedzać miasto tak różnorodne? Chyba najlepiej zacząć od punktu widokowego, by jak na dłoni zobaczyć żyły jego ulic i dachy dzielnic z różnych okresów historii. Zwłaszcza, że jeden z tych punktów to jednocześnie jeden z najbardziej charakterystycznych symboli Lizbony. Z lewego brzegu Tagu na metropolię spogląda betonowy Christo Rei inspirowany Chrystusem z Rio de Janeiro, którego postanowili odtworzyć tutejsi kardynałowie po tym, jak na własne oczy widzieli brazylijski oryginał. Na ich pomysł przystał ówczesny dyktator Antonio Salazar i 17 maja 1959 roku niemal osiemdziesięciometrowy monument na zawsze zmienił oblicze stolicy Portugalii. Może rządzący twardą ręką premier zgodził się na to dlatego, że pomnik wyrażać miał wdzięczność narodu za to, że został on oszczędzony od skutków drugiej wojny światowej.


Do statui podjeżdżamy od tyłu - na tle błękitnego nieba wygląda ona od tej strony jak gigantyczny krzyż. Obchodzimy pomnik dookoła, wchodzimy do pomieszczenia z kaplicą i automatami biletowymi. Większość drogi na platformę widokową pokonamy windą - zdecydowanie zbyt małą jak na liczbę chętnych chcących zobaczyć Lizbonę z lotu ptaka. Ostatni odcinek pokonujemy wąziutkimi kręconymi schodami, na których dwie osoby współczesnej postury ledwie się mijają.


Nagrodami za trudy są Lizbona, rzeka Tag i Atlantyk z lotu ptaka. Z platformy u stóp Jezusa podziwiamy widok na miasto i drugi jego symbol - most 25 kwietnia. To wizualny import z drugiej Ameryki: jego konstrukcja łudząco przypomina Golden Gate w San Francisco - co w sumie nie powinno zaskakiwać, bo zaprojektowało go to samo biuro architektoniczne. Ponte 25 de Abril - konstrukcja wisząca o długości ponad 2,3 km - wykorzystywany jest przez pieszych, samochody i pociągi.  Powstał on w roku 1966 i został ochrzczony na cześć dyktatora Salazara. W roku 1974 zmienił nazwę na dzisiejszą, upamiętniającą niemal bezkrwawą rewolucję goździkową, która doprowadziła do obalenia dyktatury Marcelo Caetano, następcy António Salazara i w czasie której ludzie wkładali kwiaty w lufy karabinów...


Mostem tym jedziemy od pomnika Chrystusa Króla do kolejnego symbolu miasta - do wciśniętej między wąskie uliczki Alfamy katedry Santa Maria Maior de Lisboa. Jej budowę - w miejscu dawnego meczetu - rozpoczęto w roku 1147. Od tego czasu tyle razy odbudowano ją po różnych kataklizmach i uzupełniano o nowe elementy, że jej styl można dziś określić już raczej tylko jako eklektyczny, choć z wyraźną dominantą elementów późnoromańskich. 


Romańska jest tu na przykład cała fasada zachodnia z rozetą zrekonstruowaną w wieku XX, a także środkowa nawa i ołtarz główny. Gotyk widoczny jest między innymi w krużgankach oraz w kaplicach z grobowcami, w tym tej, w której spoczywa król Alfons IV. Z kolei w XVII wieku - w stylu barokowym - powstała bogato zdobiona zakrystia. 


Co ciekawe, przez stulecia nie tylko różne rzeczy tu dodawano, ale też to i owo odjęto. W dwudziestym wieku z fasady w wnętrza la Seu usunięto neoklasycystyczne zdobienia, by nadal świątyni bardziej autentyczny, średniowieczny wygląd.

W czasie spaceru po katedrze udaje mi się wypatrzyć jedno polonicum i jeden zakątek typowo portugalski. Pierwsze ze znalezisk to tablica upamiętniająca wizytę w świątyni Jana Pawła II, a drugie - kapliczka ze chrzcielnicą w centrum i ścianami wyłożonymi klasycznymi biało-niebieskimi azulejos. O ile z witraży patrzył na nas oficjalny patron miasta, św. Hieronim, o tyle tu oddano hołd patronowi portugalskich serc, świętemu Antoniemu.  


Święty Antoni przemawia na tym obrazku do ryb. Podobno robił to dlatego, że mieszkańcy Rimini nie chcieli słuchać jego kazań. "Słuchajcie Słowa Bożego, bowiem gardzą nim heretycy" miał powiedzieć on do zwierząt z mórz. Ponoć mówił im o tym, jak są szczęśliwe - o obfitości pokarmu, który zdobywają bez pracy oraz o czystej wodzie, w której pływają. Zasłuchane ryby aż wynurzyły z wody zdziwione pyszczki, a heretycy zawstydzili się swym niedowiarstwem - i w efekcie nawrócili. 

A propos zwierząt - święty Wincenty na pomniku nieopodal katedry dzierży statek otoczony przez kruki. To nawiązanie do innej legendy. Ponoć po śmierci męczennika ptaki własnymi skrzydłami broniły jego ciała przed atakami dzikich zwierząt aż do momentu, gdy zostało ono znalezione przez dobrych ludzi, którzy z szacunkiem pochowali doczesne szczątki Wincentego z Saragossy.


Od pomnika już tylko kroków dzieli mnie od tarasu widokowego das portas do sol. Z niego widać dokładnie, że Alfama jest niczym małe arabskie miasteczko wewnątrz Lizbony. Zachowała oryginalność, bo nie zniszczyło jej trzęsienie ziemi w XVIII wieku, wciąż ma tradycyjny charakter mediny z wąskimi uliczkami, i nawet styl życia jest tu nieco niegdysiejszy: kobiety plotkują pod suszącą się na słońcu odzieżą, a mężczyźni grillują dorsze i sardynki na piecykach ustawionych przed drzwiami domów.


Z klaustrofobicznych zakątków Alfamy przechodzimy do nowszej Baixy. Mijamy Casa dos Bicos, "dom z kolcami" - siedzibę fundacji Saramago, portugalskiego laureata literackiej nagrody nobla z roku 1998. Budynek - zbudowany w XVI wieku i odnowiony po trzęsieniu ziemi - jeszcze sto lat temu pełnił funkcję magazynu dorszy...


Szerokimi alejami Baixy - tak innymi od wąskich przejść Alfamy - idę w kierunku Rua Augusta, handlowej mekki miasta. Ta dzielnica tak inna jest od swej arabskiej starszej siostry - pełno tu białych kamienic, fontann, szeroko zakrojonych placów. To z jednej strony wyraz potęgi królestwa Portugalii w XVIII wieku, z drugiej zaś ówczesny pomysł na stworzenie konstrukcji, które oprą się wszelkim potencjalnym kataklizmom. Lizboński deptak zamyka kamienny łuk triumfalny. Powstawał on przez ponad wiek - od pamiętnego roku trzęsienia ziemi (1755). Trudno się temu dziwić zważywszy monumentalizm jego konstrukcji - składa się on z sześciu ponaddziesięciometrowych kolumn, a figury nad zwieńczeniem mierzą ponad siedem metrów. Można wśród nich wypatrzyć Vasco da Gamę oraz Markiza Pombala odpowiedzialnego za odbudowę Lizbony po kataklizmie. 


Tu kończymy spacer po lizbońskiej starówce i jedziemy do Belem - dzielnicy znanej z klasztoru Hieronimitów, wieży oraz pysznych ciastek. 

Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę

***

Klasztor i kościół w stylu manuelińskim wyrastają przede mną jak biały cud świata na tle błękitnego nieba. O tym, że to jednak nie raj, przypomina chyba tylko żebrak siedzący przed wejściem.


Mosteiro dos Jerónimos to szalone połączenie artystycznej wizji Diogo de Boitaca i pomysłów króla Manuela I, który budowlą tą chciał złożyć podziękowanie za odkrycie przez Vasco da Gamę drogi morskiej do Indii. Zdobienia w kształcie lin i fal, a nawet potworów morskich to jeszcze nie najdziwniejsza rzecz, jaką zobaczyłam w białym wnętrzu. Najbardziej zaskoczył mnie Jezus z naturalnymi ludzkimi włosami. Tak ozdabia się figury świętych w wielu miejscach Portugalii i Hiszpanii - ale z bliska widzę to po raz pierwszy. Długie, czarne pasma - czy ktoś zgolił je w ofierze, czy pochodzą od zmarłych, czy może przyjechały z Indiii, gdzie kobiety golą się na łyso w specjalnej świątyni, w której przyjmowane są tego typu dary intencyjne?...


Do delikatnie rozjaśnionego światłem wpadającym przez dziewiętnastowieczne witraże wnętrza świątyni wchodzę przez zachodni portal. Po lewej wita mnie Vasco da Gama w sarkofagu niezwykłej urody. Sam bohater narodowy leży na gorze ze złożonymi rękami, pod nim jest łoże z białego marmuru ozdobione tak, że aż trudno uwierzyć, że można było uzyskać ten poziom misterności detali marynistycznych i floralnych bez użycia drukarki 3D. A wszystko to spoczywa na grzbietach uśmiechniętych lwów.


Rozglądam się po zarazem przestronnym i pełnym zdobień wnętrzu szesnastowiecznej budowli, która powstała tu w miejscu dawnej kaplicy ku czci Matki Boskiej. Przyglądam się bliżej kolumnom; na niektórych z nich widać puste miejsca - ślady grabieży z czasów działań wojsk Napoleona. Dobrze, że choć trzęsienie ziemi nie spowodowało tu znacznego uszczerbku.


Klasztor powstał w pierwszej połowie XVI wieku dzięki determinacji króla, zdolnościom architektów i pieniądzom z kolonii. Manuel I przeznaczał rocznie na jego budowę 5% podatku z handlu dobrami z Afryki i Orientu (z wyłączeniem pieprzu, cynamonu i goździków) - co stanowiło ekwiwalent 70 kilogramów złota. Przez cztery wieki miejscem tym opiekował się zakon Hieronimitów. O ich obecności i zwyczajach przypominają do dziś drzwi w ścianach, zza których wysłuchiwali oni spowiedzi wiernych bez wchodzenia z nimi w bliższy kontakt.  


Nieopodal klasztoru znajduje się Torre de Belem - wieża św. Wincentego. Wzniesiona w latach 1515 - 20 z polecenia króla Manuela I Szczęśliwego budowla przyciąga dziś tak wielu turystów, ponieważ uchodzi za jedyną zachowaną do dziś konstrukcję wzniesioną w całości w stylu manuelińskim - bez późniejszych zmian i przeróbek. Trzydziestopięciometrowa wieża była przez wieki punktem orientacyjnym dla wracających do ojczyzny żeglarzy. Potem przerobiono ją na więzienie. Dziś jest atrakcją turystyczną i skarbem narodowym wpisanym - podobnie jak klasztor - na listę UNESCO. 


Obok Torre de Belem stoi kolejne świadectwo portugalskiej historii - tym razem dwudziestowiecznej. Stojący na cokole samolot upamiętnia pierwszych Portugalczyków, którzy pokonali Atlantyk bez międzylądowania. 30 marca 1922 roku pilot Gago Coutinho i jego zaufany nawigator Sacadura Cabral przelecieli długą drogę z Lizbony do Rio de Janeiro.


Ostani dzisiejszy przystanek w Belem to Pomnik Odkrywców. Znajdujący się aktualnie w remoncie pięćdziesięciodwumetrowy Padrão dos Descobrimentos stoi na nabrzeżu Tagu od roku 1960. Upamiętnia on czasy największych odkryć w wieku XV i XVI w typowym dla czasów Salazara monumentalnym stylu. Gdyby nie był akurat przykryty płachtami, moglibyśmy wypatrzyć na nim figury dawnych kapitanów i nawigatorów oraz władcę Henryka Żeglarza uważanego za twórcę portugalskiego imperium kolonialnego.


Wobec trudności obiektywnych podziwiamy plac przed pomnikiem. Jest na nim niezwykły dar RPA dla Portugalii - róża wiatrów oraz mapa świata o średnicy pięćdziesięciu metrów  z zaznaczonymi koloniami oraz podobiznami różnych typów statków. Kontynenty ułożone zostały z różnokolorowego marmuru. Chodząc po tej jedynej w swoim rodzaju układance mamy wrażenie, jakby świat leżał u naszych stóp. Tak pewnie czuli się też kiedyś słynni odkrywcy...


Tematyka marynistyczna towarzyszyć nam będzie także w ostatnim miejscu na naszej dzisiejszej trasie. Jedziemy do dzielnicy Parque das Nações zbudowanej z okazji wystawy światowej EXPO w roku 1998. Portugalia była jej gospodarzem dokładnie w pięćset lat po tym, jak Vasco da Gama dopłynął do Indii.


Nie sposób w kilka godzin nacieszyć się wszystkimi atrakcjami tego miejsca. Na zakończenie długiego dnia w Lizbonie wybieramy więc Oceanarium - największy tego typu obiekt w Europie. Zwiedzanie zaczyna się od najwyższego poziomu - a potem krok po kroku po okrągłej rampie schodzi w dół mijając ryby, skorupiaki, a nawet ssaki morskie ze wszystkich kontynentów. Są tu i wydry, i pingwiny, rafy koralowe i zwinne płaszczki, groźne rekiny i małe kolorowe rybki


Zachwycam się tańcem morskich stworzeń widocznym przez ogromne szyby wyglądające jak dwustucalowe telewizory. Chwilę marznę na wybiegu polarnym. Dłuższy czas przystaje przy - hmmm - CZYMŚ, co wygląda jak potwór z kosmosu


Zdaje mi się, że meduzy ruszają się w rytm fado... Dziś wieczorem wezmę z nich przykład! A zębaty rekin namierzany przez fotosnajpera akurat wypłynął na szerokie wody.





***
ZAPRASZAM NA INNE TEKSTY O:
HISZPANII

PORTUGALII


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO ULICACH LIZBONY


I PO OCEANARIUM