Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

4.05.2015

/LIZBONA/ Od betonowego Jezusa do zębatego rekina, czyli spacer po Lizbonie


Lizbona to miasto owiane legendami. Ze względu na swe położenie zwana jest Królową Morza - Rainha do Mar. Miejscowi mówią o niej czasem pieszczotliwie Lisa. Według jednego z mitów to sam Odyseusz założył tu osadę o nazwie Alis Ubbo, czyli piękny brzeg. Choć bardziej prawdopodobne jest, że to Fenicjanie osiedlili się tu jako pierwsi przed trzema tysiącami lat. Nazwę Lissabona nadali temu miejscu Maurowie z północy Afryki, którzy dotarli tu w roku 714 i zbudowali fortyfikacje na tyle skuteczne, że przez cztery wieku udawało im się odpierać ataki Chrześcijan. Muzułmańskie wpływy do dziś widoczne są w mieście - choćby we wzornictwie misternych azulejos. Zresztą nawet nazwa tych płytek wskazuje na ich genezę - pochodzi bowiem od arabskiego "al zulaycha", co dosłownie oznacza wypolerowany kamień.


Do rangi stolicy Lizbonę wyniósł w roku 1255 Alfonso III, sto lat po tym, jak po wyniszczających walkach zapanowali tu wyznawcy Chrystusa. W XV i XVI wieku miasto rozkwitło, jak zresztą cały kraj zasilany bogactwami przewożonymi z Indii drogą morską odkrytą przez Vasco da Gamę. Ślady tej świetności też można wypatrzyć do dziś - na przykład w nadgryzionych zębem czasu kamienicach Alfamy.


Trzecie ważne wydarzenie, które wpłynęło na dzisiejszy obraz miasta, to wyniszczające trzęsienie ziemi. W dzień Wszystkich Świętych roku 1755 o godzinie 9.40 na ludzi modlących się w kościołach zaczął spadać grad kamieni. Świece wywołały pożary, a fala tsunami dokończyła apokaliptycznego dzieła. Choć tyle lat minęło od tragedii, miasto już nigdy nie odzyskało dawnej świetności. Zwłaszcza, że na wniosek Markiza de Pombala, sekretarza stanu Józefa I Portugalskiego, którego pomnik stoi w Lizbonie na placu jego imienia, w czasie odbudowy położono nacisk na prostotę i wytrzymałość, której zabrakło w czasie kataklizmu. Styl ten widać najlepiej w dzielnicy Baixa, w stronę której patrzy zresztą dumnie wspomniany markiz ze swego cokołu.


Dwudziesty wiek też odcisnął swe piętno na charakterze miasta. Najlepszym przykładem najnowszych inwestycji jest dzielnica Parque das Nações zbudowana niemal w całości od nowa z okazji odbywającej się w roku 1998 w Portugalii wystawy Expo. 


Jak zwiedzać miasto tak różnorodne? Chyba najlepiej zacząć od punktu widokowego, by jak na dłoni zobaczyć żyły jego ulic i dachy dzielnic z różnych okresów historii. Zwłaszcza, że jeden z tych punktów to jednocześnie jeden z najbardziej charakterystycznych symboli Lizbony. Z lewego brzegu Tagu na metropolię spogląda betonowy Christo Rei inspirowany Chrystusem z Rio de Janeiro, którego postanowili odtworzyć tutejsi kardynałowie po tym, jak na własne oczy widzieli brazylijski oryginał. Na ich pomysł przystał ówczesny dyktator Antonio Salazar i 17 maja 1959 roku niemal osiemdziesięciometrowy monument na zawsze zmienił oblicze stolicy Portugalii. Może rządzący twardą ręką premier zgodził się na to dlatego, że pomnik wyrażać miał wdzięczność narodu za to, że został on oszczędzony od skutków drugiej wojny światowej.


Do statui podjeżdżamy od tyłu - na tle błękitnego nieba wygląda ona od tej strony jak gigantyczny krzyż. Obchodzimy pomnik dookoła, wchodzimy do pomieszczenia z kaplicą i automatami biletowymi. Większość drogi na platformę widokową pokonamy windą - zdecydowanie zbyt małą jak na liczbę chętnych chcących zobaczyć Lizbonę z lotu ptaka. Ostatni odcinek pokonujemy wąziutkimi kręconymi schodami, na których dwie osoby współczesnej postury ledwie się mijają.


Nagrodami za trudy są Lizbona, rzeka Tag i Atlantyk z lotu ptaka. Z platformy u stóp Jezusa podziwiamy widok na miasto i drugi jego symbol - most 25 kwietnia. To wizualny import z drugiej Ameryki: jego konstrukcja łudząco przypomina Golden Gate w San Francisco - co w sumie nie powinno zaskakiwać, bo zaprojektowało go to samo biuro architektoniczne. Ponte 25 de Abril - konstrukcja wisząca o długości ponad 2,3 km - wykorzystywany jest przez pieszych, samochody i pociągi.  Powstał on w roku 1966 i został ochrzczony na cześć dyktatora Salazara. W roku 1974 zmienił nazwę na dzisiejszą, upamiętniającą niemal bezkrwawą rewolucję goździkową, która doprowadziła do obalenia dyktatury Marcelo Caetano, następcy António Salazara i w czasie której ludzie wkładali kwiaty w lufy karabinów...


Mostem tym jedziemy od pomnika Chrystusa Króla do kolejnego symbolu miasta - do wciśniętej między wąskie uliczki Alfamy katedry Santa Maria Maior de Lisboa. Jej budowę - w miejscu dawnego meczetu - rozpoczęto w roku 1147. Od tego czasu tyle razy odbudowano ją po różnych kataklizmach i uzupełniano o nowe elementy, że jej styl można dziś określić już raczej tylko jako eklektyczny, choć z wyraźną dominantą elementów późnoromańskich. 


Romańska jest tu na przykład cała fasada zachodnia z rozetą zrekonstruowaną w wieku XX, a także środkowa nawa i ołtarz główny. Gotyk widoczny jest między innymi w krużgankach oraz w kaplicach z grobowcami, w tym tej, w której spoczywa król Alfons IV. Z kolei w XVII wieku - w stylu barokowym - powstała bogato zdobiona zakrystia. 


Co ciekawe, przez stulecia nie tylko różne rzeczy tu dodawano, ale też to i owo odjęto. W dwudziestym wieku z fasady w wnętrza la Seu usunięto neoklasycystyczne zdobienia, by nadal świątyni bardziej autentyczny, średniowieczny wygląd.

W czasie spaceru po katedrze udaje mi się wypatrzyć jedno polonicum i jeden zakątek typowo portugalski. Pierwsze ze znalezisk to tablica upamiętniająca wizytę w świątyni Jana Pawła II, a drugie - kapliczka ze chrzcielnicą w centrum i ścianami wyłożonymi klasycznymi biało-niebieskimi azulejos. O ile z witraży patrzył na nas oficjalny patron miasta, św. Hieronim, o tyle tu oddano hołd patronowi portugalskich serc, świętemu Antoniemu.  


Święty Antoni przemawia na tym obrazku do ryb. Podobno robił to dlatego, że mieszkańcy Rimini nie chcieli słuchać jego kazań. "Słuchajcie Słowa Bożego, bowiem gardzą nim heretycy" miał powiedzieć on do zwierząt z mórz. Ponoć mówił im o tym, jak są szczęśliwe - o obfitości pokarmu, który zdobywają bez pracy oraz o czystej wodzie, w której pływają. Zasłuchane ryby aż wynurzyły z wody zdziwione pyszczki, a heretycy zawstydzili się swym niedowiarstwem - i w efekcie nawrócili. 

A propos zwierząt - święty Wincenty na pomniku nieopodal katedry dzierży statek otoczony przez kruki. To nawiązanie do innej legendy. Ponoć po śmierci męczennika ptaki własnymi skrzydłami broniły jego ciała przed atakami dzikich zwierząt aż do momentu, gdy zostało ono znalezione przez dobrych ludzi, którzy z szacunkiem pochowali doczesne szczątki Wincentego z Saragossy.


Od pomnika już tylko kroków dzieli mnie od tarasu widokowego das portas do sol. Z niego widać dokładnie, że Alfama jest niczym małe arabskie miasteczko wewnątrz Lizbony. Zachowała oryginalność, bo nie zniszczyło jej trzęsienie ziemi w XVIII wieku, wciąż ma tradycyjny charakter mediny z wąskimi uliczkami, i nawet styl życia jest tu nieco niegdysiejszy: kobiety plotkują pod suszącą się na słońcu odzieżą, a mężczyźni grillują dorsze i sardynki na piecykach ustawionych przed drzwiami domów.


Z klaustrofobicznych zakątków Alfamy przechodzimy do nowszej Baixy. Mijamy Casa dos Bicos, "dom z kolcami" - siedzibę fundacji Saramago, portugalskiego laureata literackiej nagrody nobla z roku 1998. Budynek - zbudowany w XVI wieku i odnowiony po trzęsieniu ziemi - jeszcze sto lat temu pełnił funkcję magazynu dorszy...


Szerokimi alejami Baixy - tak innymi od wąskich przejść Alfamy - idę w kierunku Rua Augusta, handlowej mekki miasta. Ta dzielnica tak inna jest od swej arabskiej starszej siostry - pełno tu białych kamienic, fontann, szeroko zakrojonych placów. To z jednej strony wyraz potęgi królestwa Portugalii w XVIII wieku, z drugiej zaś ówczesny pomysł na stworzenie konstrukcji, które oprą się wszelkim potencjalnym kataklizmom. Lizboński deptak zamyka kamienny łuk triumfalny. Powstawał on przez ponad wiek - od pamiętnego roku trzęsienia ziemi (1755). Trudno się temu dziwić zważywszy monumentalizm jego konstrukcji - składa się on z sześciu ponaddziesięciometrowych kolumn, a figury nad zwieńczeniem mierzą ponad siedem metrów. Można wśród nich wypatrzyć Vasco da Gamę oraz Markiza Pombala odpowiedzialnego za odbudowę Lizbony po kataklizmie. 


Tu kończymy spacer po lizbońskiej starówce i jedziemy do Belem - dzielnicy znanej z klasztoru Hieronimitów, wieży oraz pysznych ciastek. 

Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę

***

Klasztor i kościół w stylu manuelińskim wyrastają przede mną jak biały cud świata na tle błękitnego nieba. O tym, że to jednak nie raj, przypomina chyba tylko żebrak siedzący przed wejściem.


Mosteiro dos Jerónimos to szalone połączenie artystycznej wizji Diogo de Boitaca i pomysłów króla Manuela I, który budowlą tą chciał złożyć podziękowanie za odkrycie przez Vasco da Gamę drogi morskiej do Indii. Zdobienia w kształcie lin i fal, a nawet potworów morskich to jeszcze nie najdziwniejsza rzecz, jaką zobaczyłam w białym wnętrzu. Najbardziej zaskoczył mnie Jezus z naturalnymi ludzkimi włosami. Tak ozdabia się figury świętych w wielu miejscach Portugalii i Hiszpanii - ale z bliska widzę to po raz pierwszy. Długie, czarne pasma - czy ktoś zgolił je w ofierze, czy pochodzą od zmarłych, czy może przyjechały z Indiii, gdzie kobiety golą się na łyso w specjalnej świątyni, w której przyjmowane są tego typu dary intencyjne?...


Do delikatnie rozjaśnionego światłem wpadającym przez dziewiętnastowieczne witraże wnętrza świątyni wchodzę przez zachodni portal. Po lewej wita mnie Vasco da Gama w sarkofagu niezwykłej urody. Sam bohater narodowy leży na gorze ze złożonymi rękami, pod nim jest łoże z białego marmuru ozdobione tak, że aż trudno uwierzyć, że można było uzyskać ten poziom misterności detali marynistycznych i floralnych bez użycia drukarki 3D. A wszystko to spoczywa na grzbietach uśmiechniętych lwów.


Rozglądam się po zarazem przestronnym i pełnym zdobień wnętrzu szesnastowiecznej budowli, która powstała tu w miejscu dawnej kaplicy ku czci Matki Boskiej. Przyglądam się bliżej kolumnom; na niektórych z nich widać puste miejsca - ślady grabieży z czasów działań wojsk Napoleona. Dobrze, że choć trzęsienie ziemi nie spowodowało tu znacznego uszczerbku.


Klasztor powstał w pierwszej połowie XVI wieku dzięki determinacji króla, zdolnościom architektów i pieniądzom z kolonii. Manuel I przeznaczał rocznie na jego budowę 5% podatku z handlu dobrami z Afryki i Orientu (z wyłączeniem pieprzu, cynamonu i goździków) - co stanowiło ekwiwalent 70 kilogramów złota. Przez cztery wieki miejscem tym opiekował się zakon Hieronimitów. O ich obecności i zwyczajach przypominają do dziś drzwi w ścianach, zza których wysłuchiwali oni spowiedzi wiernych bez wchodzenia z nimi w bliższy kontakt.  


Nieopodal klasztoru znajduje się Torre de Belem - wieża św. Wincentego. Wzniesiona w latach 1515 - 20 z polecenia króla Manuela I Szczęśliwego budowla przyciąga dziś tak wielu turystów, ponieważ uchodzi za jedyną zachowaną do dziś konstrukcję wzniesioną w całości w stylu manuelińskim - bez późniejszych zmian i przeróbek. Trzydziestopięciometrowa wieża była przez wieki punktem orientacyjnym dla wracających do ojczyzny żeglarzy. Potem przerobiono ją na więzienie. Dziś jest atrakcją turystyczną i skarbem narodowym wpisanym - podobnie jak klasztor - na listę UNESCO. 


Obok Torre de Belem stoi kolejne świadectwo portugalskiej historii - tym razem dwudziestowiecznej. Stojący na cokole samolot upamiętnia pierwszych Portugalczyków, którzy pokonali Atlantyk bez międzylądowania. 30 marca 1922 roku pilot Gago Coutinho i jego zaufany nawigator Sacadura Cabral przelecieli długą drogę z Lizbony do Rio de Janeiro.


Ostani dzisiejszy przystanek w Belem to Pomnik Odkrywców. Znajdujący się aktualnie w remoncie pięćdziesięciodwumetrowy Padrão dos Descobrimentos stoi na nabrzeżu Tagu od roku 1960. Upamiętnia on czasy największych odkryć w wieku XV i XVI w typowym dla czasów Salazara monumentalnym stylu. Gdyby nie był akurat przykryty płachtami, moglibyśmy wypatrzyć na nim figury dawnych kapitanów i nawigatorów oraz władcę Henryka Żeglarza uważanego za twórcę portugalskiego imperium kolonialnego.


Wobec trudności obiektywnych podziwiamy plac przed pomnikiem. Jest na nim niezwykły dar RPA dla Portugalii - róża wiatrów oraz mapa świata o średnicy pięćdziesięciu metrów  z zaznaczonymi koloniami oraz podobiznami różnych typów statków. Kontynenty ułożone zostały z różnokolorowego marmuru. Chodząc po tej jedynej w swoim rodzaju układance mamy wrażenie, jakby świat leżał u naszych stóp. Tak pewnie czuli się też kiedyś słynni odkrywcy...


Tematyka marynistyczna towarzyszyć nam będzie także w ostatnim miejscu na naszej dzisiejszej trasie. Jedziemy do dzielnicy Parque das Nações zbudowanej z okazji wystawy światowej EXPO w roku 1998. Portugalia była jej gospodarzem dokładnie w pięćset lat po tym, jak Vasco da Gama dopłynął do Indii.


Nie sposób w kilka godzin nacieszyć się wszystkimi atrakcjami tego miejsca. Na zakończenie długiego dnia w Lizbonie wybieramy więc Oceanarium - największy tego typu obiekt w Europie. Zwiedzanie zaczyna się od najwyższego poziomu - a potem krok po kroku po okrągłej rampie schodzi w dół mijając ryby, skorupiaki, a nawet ssaki morskie ze wszystkich kontynentów. Są tu i wydry, i pingwiny, rafy koralowe i zwinne płaszczki, groźne rekiny i małe kolorowe rybki


Zachwycam się tańcem morskich stworzeń widocznym przez ogromne szyby wyglądające jak dwustucalowe telewizory. Chwilę marznę na wybiegu polarnym. Dłuższy czas przystaje przy - hmmm - CZYMŚ, co wygląda jak potwór z kosmosu


Zdaje mi się, że meduzy ruszają się w rytm fado... Dziś wieczorem wezmę z nich przykład! A zębaty rekin namierzany przez fotosnajpera akurat wypłynął na szerokie wody.





***
ZAPRASZAM NA INNE TEKSTY O:
HISZPANII

PORTUGALII


***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO ULICACH LIZBONY


I PO OCEANARIUM

3.26.2015

/LIZBONA/ Słodkie porto i gorzkie fado, czyli o lizbońskiej duszy


Słońce chowa się już za ozdobionym wzgórzami horyzontem. W Velho Pateo de Sant'Ana w sercu lizbońskiej starówki kelnerzy w czarnych fartuchach przygaszają światła lamp. Ludzie przy stołach milkną, gwar się wycisza, zaciekawione oczy podnoszą się znad talerzy z bolinhos de bacalhau - klopsikami z dorsza - i kierują ku scenie. Biesiadnicy odstawiają kieliszki z porto i szykują dłonie do rytmicznego klaskania.


Na drewniany podest pod ścianą wchodzi troje gitarzystów. Panowie dzierżą klasyczne gitary, zwane tu hiszpańskimi, a kobieta gitarę portugalską - dwunastostrunową, o bardziej zaokrąglonym kształcie. W jednej z uliczek Coimbry udało mi się wypatrzyć pomnik tej gwiazdy drugiego planu - instrumentu odpowiedzialnego za główną linię melodyczną. 


Na scenę wchodzi Artystka. Gitarzyści w skupieniu i z twarzami pokerzystów uderzają rytmicznie w struny, a z ust ognistej kobiety wydobywają się głębokie altowe dźwięki fado podkreślane gestami, ruchami, mimiką. Język portugalski - szeleszczący, z arabskimi naleciałościami i połykanymi samogłoskami - bardzo trudno mi zrozumieć. Nie jest podobny do hiszpańskiego, choć oba należą do grupy iberoromańskiej. A jednak mam wrażenie, że dokładnie wiem, co Artystka chce nam powiedzieć. Mówi, że kocha, tęskni, cierpi, że ogarnia ją zaduma, czasem radość, że czuje ból istnienia. Fado to "los" - los kapryśny jak historia samej Portugalii, w której przez wieki żyli Fenicjanie, Kartagińczycy, Grecy, Rzymianie, Germanie, Wizygoci, która przeżyła najazd muzułmanów, a potem krwawą rekonkwistę; którą poraniło w roku 1755 trzęsienie ziemi o niespotykanej sile i towarzysząca mu fala tsunami... To wszystko zdaje się odbijać w tęsknych pieśniach, w tekstach śpiewanych niegdyś przez mistrzynię Amálię Rodrigues, zmarłą 15 lat temu królową fado. Publiczność rozpoznaje klasyczne rytmy, dołącza się cichym pomrukiem w czasie refrenów i klaszcze w rytm zwrotek.


Pierwsza część pokazu dobiega końca. Chwila przerwy na dwa łyki porto. Słodkiego dzięki temu, że w czasie jego produkcji przerywa się proces fermentacji zanim cały cukier zdąży się rozłożyć, a mocnemu dzięki alkoholowemu zastrzykowi z aguardente. Jak wiele dobrych rzeczy i ono powstało ponoć przez przypadek: Portugalczycy transportowali na statku do Anglii tanie wino w beczce. Z dnia na dzień smakowało ono coraz gorzej. W końcu aby zabić jego nieszlachetny smak marynarze dodali spirytus winny i ku swemu zdziwieniu uzyskali świetną cenę od zachwyconych dwudziestoprocentowym trunkiem Brytyjczyków.

Po przerwie na scenę wchodzi drobnej budowy chłopak w szarym garniturze i nasuniętych na nos czarnych Ray Banach. Staje z tyłu, za gitarzystami. Dłoń kładzie na oparciu krzesła. To pewnie manager restauracji, który zamierza zareklamować nam inne wieczory z muzyką. Ale nie... To fadisto, śpiewak - jakże inny od Artystki, która przed nim błyszczała na scenie. Z niego płyną emocje tak prawdziwe, że zdaje się, jakby była to spowiedź, a nie sztuka. Rui Vaz śpiewa z przymkniętymi oczami, niemal ukryty w cieniu akompaniatorów. Bez gestów, uśmiechów, skłonów. Wygląda, jakby przed chwilą odłożył teczkę z fakturami i umowami - a śpiewa jak anioł czerpiący siłę z najgłębszych zakamarków duszy...


Wychodzę na ulice nocnej Lizbony. Bairro Alto tonie w marihuanowym dymie, z klubów wylewa się barwny tłum. Zza góry śmieci w bocznej uliczce wyłania się Elevador Santa Justa, neogotycka winda łącząca tę dzielnicę z Baixą. Trzydziestodwumetrowa metalowa konstrukcja autorstwa ucznia Gustawa Eiffla jest akurat w remoncie. Pasażerowie korzystają więc z innych środków transportu pionowego - również tych w postaci żółtych tramwajów, jak choćby najstarszego w mieście wagoniku Elevador do Lavra pokonującego od roku 1884 nachyloną pod kątem 23 stopni trasę między Largo da Anunciada a Rua Câmara Pestana o długości 188 metrów


Windy to ważny element tego miasta, w którym wszędzie jest pod górkę lub z górki. Lizbona leży na siedmiu wzgórzach - podobnie jak Rzym, Besançon, Edynburg, Leeds, Bergen, San Francisco, Amman i Stambuł. Minusy takiej lokalizacji są oczywiste, ale plusów też jest sporo. Na przykład punkty widokowe zwane tu dźwięcznie miradouro. Na przykład ze znajdującego się nieopodal katedry tarasu das portas do sol jak na dłoni widać czerwone dachy Alfamy, która w okresie panowania Maurów stanowiła centrum miasta i która dzięki strategicznemu położeniu najmniej ucierpiała w czasie trzęsienia ziemi, oraz leniwie płynące u jej stóp wody rzeki Tag. 


A może to nie lokalizacja uchroniła Alfamę przed zniszczeniem, tylko męczennik święty Wincenty z Saragossy, patron miasta, którego pomnik wznosi się przy das portas do sol, a doczesne szczątki spoczywają w pobliskim Mosteiro i Igreja São Vicente de Fora. Albo święty Antoni z Padwy, nieoficjalny patron miasta, ukochany przez ludzi jako opiekun - inaczej niż w polskiej tradycji - wiecznej miłości. Jego wizerunki - często w formie obrazów z płytek azulejos - są tu na wielu domach prywatnych, w małych ołtarzykach i w przejściach przy ulicach. Nic dziwnego - jego dobroczynna moc służy Portugalczykom do dziś. I to nie tylko dlatego, że jego dzień, 13 czerwca, jest tu dniem wolnym od pracy, dniem fiesty z lampionami, straganami z grillowanymi sardynkami i hektolitrami sangrii. Również z tego powodu, że ubożsi mieszkańcy Lizbony zaślubiani są wtedy na koszt miasta przez samego mera i mogą świętować z tysiącami bliższych i dalszych znajomych z rozmachem większym niż na niejednym prywatnym weselu.


Lizbona to dziwne miasto - nie tylko z powodu fiest czy wszechobecnego zapachu ryb, który unosi się z restauracji i z ustawionych tu i ówdzie przed domami grilli. Z jednej strony jest do cna nowoczesna, z drugiej zaś bardzo tradycyjna. Weźmy na przykład inspirowaną tą w Rio de Janeiro monumentalną statuę Chrystusa Króla zainaugurowaną w maju 1959.  To osiągnięcie myśli technicznej z windą w tułowiu i lampami ostrzegawczymi dla samolotów na dłoniach, ale przecież także symboliczne podziękowanie dyktatora Salazara za uchronienie Portugalii przed skutkami II wojny światowej. 


Lizbona jest też zaniedbana i elegancka zarazem - odrapane kamienice stoją obok drogich butików. Nadszarpnięte zębem czasu budynki chowają się w cieniu Mostu 25 kwietnia, niegdyś noszącego imię Salazara, a potem przemianowanego na cześć niemal pokojowego obalenia dyktatury w ramach "rewolucji goździkowej". Zainaugurowany w roku 1966 młodszy brat Golden Gate z San Francisco mierzący 2278 metrów, był wtedy piątym co do długości mostem wiszącym na świecie. Dziś ledwie mieści się w pierwszej trzydziestce...



Smak Lizbony to mieszanka słoności i słodyczy. Przesolone - przynajmniej jak na moje podniebienie - są dania z dorsza, którego ponoć przyrządza się tu na 365 sposobów, by codziennie móc jeść coś innego. Słone są też sardynki w designerskich opakowaniach sprzedawane w specjalnych sklepach oferujących setki puszek w dziesiątkach kolorów i kształtów jako alternatywę dla tych, którzy chcą sobie przywieźć coś z Lizbony, a nie mają już na lodówce miejsca na magnesy, a na półce wolnego kawałka na ceramicznego kogucika


Słodkie oblicze miasta to przede wszystkim najsłynniejsze ciastko Pasteis de Belém, które pieczone jest z sekretnych składników od XVIII wieku. Dziś jego "jedyną prawdziwą wersję" - a przynajmniej jedyną o tej dokładnie nazwie - można dostać w cukierence koło Klasztoru Hieronimitów - tam, gdzie smakołyk się narodził i gdzie mnisi w czasach niełaski dorabiali sobie dzięki jego sprzedaży. Pozornie to zwykła krucha babeczka z budyniem posypana cynamonem, ale jej delikatność i puszystość sprawiają, że od razu chce się sięgnąc po kolejną sztukę. Dla mnie słodycz Lizbony to także lody z kawiarni Amorino przy Rua Augusta uformowane w kształt róż o kolorowych płatkach. Nie wiem, czy sprawił to nastrój letniego dnia, czy zachęcający wygląd deseru, ale w życiu nie jadłam niczego równie pysznego. "Eu amo doces" - czyli "kocham słodycze" - mawiają Portugalczycy. Dlatego kawa też nie występuje tu w wersji bez cukru. Mimo protestów torebeczka z nim zawsze ląduje na spodeczku obok filiżanki.


Myśląc o Lizbonie każdy z nas ma chyba przed oczami jej najbardziej znany symbol - żółty tramwaj. I rzeczywiście nie sposób być tu i nie spotkać przynajmniej kilku wagoników kiwających się na zakrętach lub z trudem pnących pod górkę. Największą popularnością - przynajmniej wśród turystów - cieszy się 28-ka przejeżdżająca wąskimi uliczkami Alfamy, na nabrzeżu Tagu, przez historyczną Graçę i mijająca po drodze słynne zabytki, w tym zamek Św. Jerzego z VI wieku czy Katedrę Najświętszej Marii Panny z XII wieku. 


Tramwaje kiwają się po wąskich uliczkach miasta od listopada roku 1873. Z początku ciągnęły je konie, w sierpniu 1901 puszczono pierwszy pojazd elektryczny - i w ciągu roku unowocześniono w ten sposób wszystkie linie. W latach sześćdziesiątych tramwaje obsługiwały 24 trasy, dziś - zaledwie pięć. Metro okazało się szybsze w pokonywaniu odległości między poszczególnymi dzielnicami i wzgórzami, ale nie zastąpiło żółtych wozów w funkcji symbolu miasta.

Rozciągająca się na przestrzeni niemal 85 kilometrów kwadratowych Lizbona to kilka dzielnic o odmiennym charakterze. W Alcântarze w XIX wieku królowały fabryki i magazyny, dziś zaś jest ona mekką pubów i dyskotek. W centralnie położonym Bairro Alto pełnym kawiarni i barów fado można wypatrzyć akwedukt zbudowany w połowie XVIII wieku za Jana V (wtedy stanowił on część 58-kilometrowego systemu zaopatrzenia w wodę opartego na 109 kolumnach)  - ten, który zamknięto w roku 1844, po tym jak zaczęto znajdować w nim ofiary Diogo Alvesa, legendarnego "akweduktowego mordercy". Z kolei dzielnica Alfama, dziś również skupiająca słynne casa de fados, swą nazwę zawdzięcza arabskiemu określeniu "al-hamma" oznaczającemu łaźnie. Kiedyś mieszkali tu biedni rybacy, dziś domy w tej okolicy kupują zamożni rezydenci. 


Baixa to centrum handlu i okolica, w której najłatwiej znaleźć drogę - uliczki prostopadłe do rzeki noszą imiona różnych cechów rzemieślniczych, a równoległe - świętych i męczenników. Symbolem odbudowy tej dzielnicy po trzęsieniu ziemi stała się dumna Rua Augusta Arch skonstruowana tak, by oparła się ewentualnym kolejnym kataklizmom.  


Z Belém na wyprawę do Indii w roku 1497 wyruszał sam Vasco da Gama. Dziś jego sarkofag znajduje się w kościele przy imponującym Klasztorze Hieronimitów zbudowanym pod koniec XV wieku stylu manuelińskim - koronkowym, ozdobnym, bogatym w marynistyczne motywy


Również miłośnicy nowoczesności znajdą w Lizbonie dzielnicę dla siebie: futurystyczna Parque das Nações z ogromnym oceanarium i szklanymi biurowcami zbudowana została niemal w całości od nowa z okazji odbywającej się w roku 1998 w Portugalii wystawy Expo... 


Taka jest Lizbona. Czasem wydaje się sentymentalna ze swymi poukrywanymi wszędzie kapliczkami, czasem trochę niebezpieczna ze względu na grasujących przy atrakcjach turystycznych kieszonkowców, czasem niespójna w nieporadnym połączeniu starego z nowym, czasem zaskakująca - na przykład tramwajem przerobionym na bar. Fado to jej serce, azulejos to jej skóra, a wino to jej krew. A do tego tu i ówdzie ma szykowne tatuaże z graffiti.


***

ZAPRASZAM NA INNE TEKSTY O:
HISZPANII

PORTUGALII

2.26.2015

/PORTUGALIA/ Lizbona od świtu do zmierzchu



Zapraszam na filmowy spacer po Lizbonie - od monumentalnego pomnika Chrystusa Króla przez most 25 kwietnia i katedrę Najświętszej Maryi Panny po klasztor Hieronimitów i Wieżę Belem...




... oraz do największego krytego oceanarium Europy.



 
A wieczór? Niech należy dziś do tęsknego fado.



1.25.2015

/ANDALUZJA/ Zapraszam na fotograficzne spacery po Kordobie i Sewilli


Wąskie uliczki, leniwy Gwadalkiwir, Wielki Meczet z wbudowaną weń katedrą - to obrazy, które sprawiły, że zapamiętam Kordobę jako miasto inne niż wszystkie...

http://maniapodrozowaniaphoto.blogspot.com/2014/08/walk-through-cordoba.html
Kliknij na zdjęcie, by przejść do fotoreportażu

Od  Plaza de España, po której w gwiezdnej sadze spacerowali Anakin Skywalker i Padme Amidala, poprzez katedrę ze słynną Giraldą, dziś wieżą kościelną a niegdyś minaretem, po Plaza de Toros de la Maestranza, jedną z najstarszych aren walk byków w Hiszpanii - zapraszam na spacer po Sewilli.

Kliknij na zdjęcie, by przejść do fotoreportażu