Zapraszam na blog podróżniczy o wyprawach do krajów Azji, Europy, Afryki Północnej i Ameryki Środko

4.26.2016

/BERLIN/ Zagajewski na murze i kolejka po kebaba, czyli Berlin od podwórka i od kuchni


Tym razem  na pobyt w Berlinie wybrałyśmy mieszkanko w kamienicy w dzielnicy Wedding. Same plusy - blisko do metra, dużo knajpek wokół, lokalizacja znana taksówkarzom (mój mówi od razu po podaniu adresu na Prinzenallee - "A tak, stare dobre Wedding") i jeden minus: piąte piętro bez windy. Rekompensuje to trochę sympatyczny widok na niebo nad Berlinem i neogotycki kościół. Dobrze, że okna mamy właśnie od tej strony, bo z drugiej patrzyłybyśmy na dom noszący jeszcze ślady wojny w postaci dziur po kulach. 


Nazwa dzielnicy - wchodzącej dziś w obręb szeroko rozumianego centrum Berlina - przypomina anglojęzyczne określenie wesela, ale nie ma z nim nic wspólnego: pochodzi od nazwiska szlachcica Rudolf de Weddinghe, który miał tu kiedyś swoje włości. W XIX wieku okolica, w której mieszkam, była centrum prostytucji i gier hazardowych, po czym nie ma już wielu śladów. Trudno też rozpoznać, że po wojnie należała do sektora francuskiego. Dobrze za to widać w niej najnowsze wpływy - a konkretnie to, że od lat siedemdziesiątych jest dzielnicą robotniczą zamieszkałą w dużej mierze przez imigrantów. Na dole mojej kamienicy jest więc grecka knajpa, nieopodal wypożyczalnia bollywoodzkich hitów, a dalej sklep z fajkami wodnymi.


Jest i akcent polski - i to tuż za rogiem "mojej" (choć zważywszy na jej stan, to dobrze, że NIE mojej) kamienicy. Na murze ktoś zapisał... wiersz Zagajewskiego. "Walk through this town at a gray hour when sorrow hides in shady gates and children play with great balls..." Rzeczywiście trochę szara ta Prinzenallee - i wbrew nazwie zupełnie nie książęca.


Wedding to też dzielnica, w której mężczyznom wolno jeszcze płakać. Tak przynajmniej głosi szyld na budce z Currywurstami serwowanymi z superostrym sosem chilli. Przybytków (również mobilnych) oferujących koronne berlińskie danie - siekaną białą kiełbaskę z pomidorowym sosem z curry - jest w mieście tak dużo, że każdy stara się czymś wyróżnić. A więc jeden ma Wursty najsłynniejsze, inny najgrubsze, jeszcze inny najostrzejsze, najbardziej odlotowe, ze specjalnym sosem... Jednak żaden nie zrobił takiej kariery jak ponoć najlepszy kebab w Berlinie - ten przy Mehringdamm 32 na Kreuzbergu. Po specjały Mustafy stoją bowiem popołudniami naprawdę długie kolejki. W Warszawie takie były ostatnio chyba za komuny...


Kreuzberg to swoją drogą prawdziwa mekka kuchni całego świata. Można tu zjeść i oryginalną singapurską laksę (w Mirchi przy Oranienstr. 204), i nepalskie pierożki (w Nepal House przy Gneisenaustr. 4). W tym drugim lokalu rozbawiło mnie porównanie Niemiec i Nepalu umieszczone w karcie po menu. Wynika z niego, że choć azjatycki kuzyn jest dużo mniejszy od europejskiego, to za to ciastka jada się tam trzy razy dziennie, a tu - najwyżej raz. Ze względu na ostrą konkurencję ceny drinków (w Niemczech zwanych koktajlami) niemal wszędzie są takie same i wynoszą 4,50 euro. 


Ale prawdziwą poezją jest nie tylko jedzenie w kreuzberskich lokalach, lecz także same NAZWY tych miejsc. W okolicach Heinrichplatz mamy więc na przykład koreański barek Angry Chicken, Świątynię 1001 Falafeli, Hanf Haus, czyli Dom Marychy oraz wybuchowy Molotow Cocktail. Najbardziej ujęła mnie mała kafejka z napisem na witrynie głoszącym, że czekolada to odpowiedź Boga na brokuły.


W bardziej szykownych dzielnicach i zakątkach lokale też walczą o klienta zabawnymi nazwami i oryginalnym wystrojem. Na przykład naprzeciwko Sony Center, w krainie wieżowców przy Potsdamer Platz, przycupnęła knajpka chwaląca się, że ma w ofercie aż 100 gatunków piwa. Z kolei nieopodal Alexanderplatzu przy Karl-Liebknecht-Straße 30 można poczuć się jak w Bawarii. Przed wejściem do Hofbräuhaus Berlin powiewają charakterystyczne biało-niebieskie flagi na takiż słupach, a w środku panie w ludowych strojach (które można notabene kupić w sklepiku obok specjalizującym się w bawarskim ubiorze) roznoszą słusznej wielkości kufle z piwem.  


Cała okolica Alexanderplatzu - i sam plac - to  jeden z moich ulubionych zakątków Berlina. Taki, do którego wracam - bo część elementów jest tu od zawsze niezmienna (jak choćby wieża telewizyjna z obrotową kulą czy zegar światowy pokazujący czas we wszystkich strefach geopolitycznych), a część - za każdym razem inna (na przykład teraz w witrynie sklepu Lego jest wystawa postaci z "Gwiezdnych Wojen" zbudowanych z klocków). Mam nawet taki quiz dla znajomych: powiedz mi, który z berlińskich placów lubisz najbardziej, a powiem ci, kim jesteś. No bo jedni wybierają szykowny Gendarmenmarkt (widziałam kiedyś na nim spacerującego Joschkę Fischera), inni nowoczesny Potsdamer Platz, jeszcze inni z Breitscheidplatz z kikutem kościoła Gedächtniskirche przypominającym o najnowszej historii... W tym mieście chyba każdy znajdzie jakiś zakątek, w którym się zakocha - ale dla każdego będzie to INNY zakątek.


Kolejne miejsce przyciągające mnie jak magnes to Hackesche Höfe - może ze względu na ich secesyjny flair, a może dlatego, że w ośmiu połączonych ze sobą bramach można znaleźć i chwilę wytchnienia przy fontannie, i okazję do zakupu oryginalnych ubrań, i stylowe miejsce na wypicie kawy. Tym razem serwuje mi ją notabene kelner-Polak. 


Nie wyobrażam też sobie wizyty w mieście bez wjechania na kopułę Reichstagu. Z jednej strony dlatego, że szklano-aluminiowa konstrukcja o przekroju 38 metrów i wysokości 23,5 metra za każdym razem na nowo zachwyca mnie swą potęgą, z drugiej zaś strony z tego względu, że Berlin oglądany z jej perspektywy - z łopoczącymi na pierwszym planie niemieckimi flagami - wygląda tak pięknie i dumnie. 


Tym razem idąc w górę po dwustutrzydziestometrowym ślimaczym chodniku podziwiam też biały ekran zamocowany na metalowej konstrukcji ustawionej po zachodniej stronie Bramy Brandenburskiej, od strony Tierparku. Mecze może na nim oglądać jednocześnie do 10 000 widzów. Co wieczór odbywają się tu największe w Europie public viewings spotkań piłkarskich w ramach mistrzostw świata.


Ale za każdym razem będąc w Berlinie staram się też odkryć dla siebie jakieś nieznane, nowe miejsce - albo choćby zwiedzić muzeum, na które dotąd nie było czasu. Tym razem jest to Muzeum Filmu i Telewizji w Sony Center (wstęp 7 euro) - kilkupiętrowa wysokobudżetowa ekspozycja ciekawa nie tylko ze względu na zakres tematyczny, ale też z uwagi na nowoczesny multimedialny sposób prezentacji. 


Wchodzę do labiryntu. Zewsząd z ogromnych monitorów patrzą na mnie ruchome głowy gwiazd przedwojennego kina. Każda coś mówi, każda pokazuje jakieś emocje, a widz czuje się jak Alicja w Krainie Czarów. Idę dalej i dochodzę do sali poświęconej klasykowi niemej kinematografii - "Gabinetowi Doktora Caligari". Ekspresjonistyczny film grozy z roku 1920 osacza mnie ze wszystkich stron - z ekranu, makiet, plakatów. Aż czuję jego niezwykły nastrój - i naprawdę mam dreszcze.


Dalej obejrzeć można trochę historycznych kamer filmowych, notatki reżyserów, fragmenty starych dzieł. W specjalnej sali poświęconej Marlenie Dietrich twarz diwy mówi do zwiedzających z kilku ekranów, a ze szklanych witryn wyłaniają się kostiumy filmowe z najbardziej znanych obrazów z jej udziałem.


W następnej sali jest prawdziwa gratka dla miłośników dokumentu. Przy makiecie stadionu olimpijskiego ustawiony jest monitor z touchscreenem, na którym można wybrać fragmenty taśm z 1936 roku. Klikam w ikonkę. Na ekranie pojawia się twarz Hitlera, który z uwagą obserwuje dokonania skoczków. Nie sądziłam, że miał tak żywą mimikę.


Na czasowej wystawie poświęconej technice robienia filmów gimnastykuję się w greenboksie patrząc na efekty moich starań w ustawionym z boku monitorze. W kolejnych salach spotykam Winnetou i innych superbohaterów niemieckiego kina akcji.


Od multimedialnych wrażeń odpoczywam w wyposażonej w wygodne kanapy wideotece. Wybieram film o historii muru berlińskiego. Staruszka skacze z okna na zachodnią stronę, młoda kobieta przebiega przez kłęby drutu kolczastego, Kennedy usprawiedliwia brak reakcji ze strony USA. Pasjonujący dokument. Na monitorze obok prezentowana jest historia Loriota - zmarłego niedawno komika, pisarza i reżysera. Przypominam sobie jeden z jego znanych skeczy małżeńskich, który zaczyna się pytaniem męża, czy ugotowane przez żonę jajko jest na twardo czy na miękko, a kończy zdaniem "Ja ją zabiję". 


Spora część kilkupiętrowego muzeum poświęcona jest kamieniom milowym w historii telewizji w Niemczech i najważniejszym transmisjom z poszczególnych lat. Można tam obejrzeć na przykład reportaże z koronacji Elżbiety II, z pogrzebu Diany, z ataku tsunami w Tajlandii, z wojny w Zatoce Perskiej. Dowiaduję się też, że pierwszy kanał niemieckiej telewizji państwowej – czyli ARD – powstał w 1950 roku z połączenia stacji BR, HR, RB, SDR, SWF, NWDR i RIAS Berlin. RFN-owska „dwójka”, ZDF, powołana została do życia w roku 1960 na mocy uchwały podpisanej przez prezydentów poszczególnych zachodnich Landów.  W NRD z kolei oficjalnym kanałem państwa i partii była  DDR-FS działająca w latach 1972-1990; wcześniej w latach 1956-72 na wschodzie funkcjonowała DFF - bez "DDR" w nazwie, bo z założenia - nigdy nie zrealizowanego - miała docierać do odbiorców w CAŁYCH Niemczech. Co ciekawe, tak zwane „próbne nadawanie” (program można było oglądać codziennie przez 2 godziny od 20.00 do 22.00) stacja ta rozpoczęła już 21 grudnia 1952 roku – dokładnie w 74 rocznicę urodzin Józefa Stalina.


Na końcu wchodzę do ciemnej sali, która zamiast ścian ma niebieskie ekrany. Na poruszającym się prostokącie wyświetlane są tu fragmenty programów z lat pięćdziesiątych. Kwartet podstarzałych Pseudobeatlesów śpiewa po niemiecku "Yellow Submarine". W wiadomościach spiker z powagą informuje o danych ekonomicznych. A teraz kolej na cykl "Rosyjski z Żenią". Żenia chodzi z koszyczkiem po sklepie. "Eta małako" mówi biorąc butelkę mleka. Nagle wyraźnie się rozpromienia "O, a zdjes piwo!".


Wychodzę z muzeum na ulice Berlina ogarniętego gorączką mistrzostw świata. Flagi zwisają z balkonów, powiewają na samochodach, zdobią twarze kibiców. Koło Alexanderplatzu gigantyczny Mesut Özil kopie gigantyczną piłkę. Niektóre knajpy zapraszają na pokazy piłkarskie specjalnie dla gejów i lesbijek, inne kuszą atrakcyjnymi cenami piwa. A i te, które nic specjalnego nie oferują, też w czasie najważniejszych spotkań nie mogą narzekać na brak klienteli.


Berlin jak zwykle pokazał mi swe oblicze znane i nieznane, stare i nowe, stałe i ulotne. Zobaczyłam kilka świeżych graffiti, sfotografowałam zabawne reklamy, przeczytałam niezauważone dotąd przesłania. Nie żałuję, że raz pomyliłam tramwaj i że jechałam nim czterdzieści minut na gapę (automat w wagonie był zepsuty) - bo w takim mieście nawet zgubić się jest fajnie.




***
TRASA SPACERU:
(Źródło: Google Maps; kliknij, aby powiększyć mapkę)

***
ZAPRASZAM TEŻ NA FILMOWY SPACER PO SONY CENTER:

I PO KOPULE REICHSTAGU:


3.19.2016

/ŚWIAT/ Bezpiecznie czy z fantazją i inne dylematy podróżnika (cz. II)



Podróż to przeżycie metafizyczne, spotkanie z innym światem, zanurzenie się w obcym języku. To nowe smaki, zapachy, widoki, znajomości, emocje. Niestety swoje podstawowe potrzeby zabieramy za sobą nawet na koniec świata, więc aby w pełni móc rozkoszować się wyjazdem, musimy zadbać o to, by w nocy mieć gdzie się przespać, dzień zacząć pożywnym śniadaniem, a wchodząc na górę nie zemdleć z przegrzania.

Zapraszam więc na ciąg dalszy refleksji o tym, jak sprawnie zaplanować podróż i wrócić z niej w jednym kawałku.



1. Hotel bezpośrednio czy przez portal

Gdy chcemy święta spędzić w przytulnym bawarskim pensjonacie, to nie warto wchodzić na trivago.pl - lepiej poszperać w Internecie i bezpośrednio znaleźć tradycyjną chatę z rogami jeleni na ścianach. Gdy jednak jedziemy na miejski urlop i mamy do wyboru sto trudnych do ogarnięcia ofert, to lepiej wykorzystajmy portal, w którym porównamy ceny, lokalizacje i oceny hoteli.

Część portali - jak na przykład wspomniane trivago.pl - pozwala na wpisywanie ocen również przez osoby, które nie rezerwowały hotelu za pośrednictwem tej strony (głównie dlatego, że jest to porównywarka, a nie portal rezerwacyjny). Inne - jak booking.com, z którego korzystam od lat - nie dopuszczają takiej możliwości. Dlatego wpisywane tam opinie są moim zdaniem bardziej wiarygodne - co potwierdzają zresztą same hotele wywieszając często na drzwiach tabliczkę ze swoim ratingiem na tym portalu. 

Ja zdecydowanie preferuję rezerwację przez booking.com, bo:
- są tam atrakcyjne cenowo oferty; często znajdowałam pokój za pół ceny,
- portal docenia "wierność" - jako "ekspert" mam dodatkowe 10% zniżki,
- nie musimy płacić zaliczek przez często podejrzane i niewłaściwie zabezpieczone strony znalezionych w sieci hoteli,
- w większości przypadków mamy możliwość bezpłatnego anulowania rezerwacji - co okazało się dla mnie bezcenne, gdy tanie linie zmieniły mi dni lotów,
- wszystkie ceny na stronie booking.com to ceny za pokój, za cały pobyt (wraz z VAT i innymi podatkami) - zapobiega to przykrym niespodziankom i pozwala bardzo łatwo porównać różne opcje,
- oferty można sortować po bliskości do danego celu, po ocenach i po cenie za wybrany typ pokoju - wszystkie te opcje ułatwiają wyszukanie hotelu idealnego,
- możemy łatwo wyszukać obiekty w pobliżu konkretnych miejsc, w tym stacji metra i kolejki - a przy nich moim zdaniem najbardziej opłaca się mieszkać,
- rezerwując pokój przez ten portal nie płacimy żadnych dodatkowych prowizji.

W telefonie zawsze mam wpisany numer do konsultanta booking.com. Ponoć ma on obowiązek w ciągu kilkudziesięciu minut znaleźć mi hotel w przynajmniej takim standardzie, jak rezerwowany, gdyby coś było nie tak. Póki co nie musiałam na szczęście korzystać z tej usługi, korzystałam natomiast z opcji reklamacji, gdy okazało się, że hotel w Singapurze nie zapewnił mi zamówionego śniadania. Booking szybko i sprawnie pokrył wszystkie przesłane mu w postaci skanów rachunki za posiłki jedzone do godziny 12.00 przelewając odpowiednią kwotę w złotówkach na moje konto.

Szukanie właściwego hotelu to sprawa złożona. Ja przede wszystkim zwracam uwagę na "metryczkę" oceniających dany obiekt osób - czy są to osoby w moim wieku, w podobnej sytuacji życiowej. Co innego bowiem polecają samotni podróżnicy, a co innego rodziny z dziećmi. W przypadku Azji sprawdzam, czy nie jest to hotel na godziny - takich przybytków np. w Bangkoku nie brakuje i są one może ciekawe, ale nie gwarantują spokojnego snu. Jeśli chodzi o lokalizację, to zawsze wybieram obiekty blisko stacji metra lub innego pojazdu szynowego (gwarantującego szybki przejazd nawet w godzinach szczytu). Mniej zwracam uwagę na odległość od konkretnych atrakcji, bo to w moim poczuciu w pewnym sensie pułapka: pałac królewski czy katedrę zwiedza się tylko raz, a do pozostałych miejsc i tak trzeba dojechać.


2. W sezonie czy poza nim

Sezon turystyczny to pojęcie względne. Pewnym rodzajem sezonu są zawsze Święta i Sylwester, kiedy to dzięki dniom pomostowym ludzie z wielu krajów mogą spędzić bite dwa tygodnie w ośnieżonych górach czy nad ciepłym morzem. Ceny w tym czasie są z reguły dostosowane do zwiększonego popytu. Z drugiej strony hotele - nawet w najodleglejszych miejscach - inwestują w choinki, bombki i Rudolfów. Zobaczyć Mikołaja na tle rozgrzanej tunezyjskiej plaży - bezcenne. Opłatek oczywiście należy wziąć ze sobą z Polski...

Drugi sezon to ten, kiedy miejscowi biorą masowo urlopy i zaczynają podróżować po swoim kraju. Zwykle ma to miejsce w lipcu, sierpniu lub wrześniu. Wtedy kurorty Kuby czy Maroka zapełniają się miejscowymi, którzy plażują się, jedzą pikniki, grają w piłkę; turystów zagranicznych jest wtedy mało ze względu na upał. I ścisk.

Trzeci sezon to okres najbardziej sprzyjający pod względem pogody. Czyli taki, w którym - zależnie od regionu - temperatury spadają poniżej 40 stopni, nie hulają monsuny, ziemia nie osuwa się po ulewach, nie szaleją burze śnieżne (niepotrzebne skreślić). Choć wiadomo, że w lutym i marcu w  Bangkoku będą tłumy turystów, to trudno iść pod prąd i pojechać tam w lipcu - nawet najbardziej odporna na przeciwności osoba nie wytrzyma bowiem zwiedzania w takiej temperaturze i nasłonecznieniu. W przypadku krajów upalnych i mających wyraźną porę deszczową niewiele da się zrobić - trzeba po prostu z uśmiechem przeciskiwać się do zabytków przez rzesze Europejczyków, Japończyków i Amerykanów. Ja odkryłam ostatnio, że miny turystów są często ciekawszym obiektem do fotografowania niż złote świątynie. Grunt więc to dobre nastawienie :-)


3. Samochodem, samolotem, autobusem czy pociągiem

Jeżdżenie po kraju, w którym spędzamy urlop, to kolejne wyzwanie. W Europie można wynająć samochód i pamiętając o drobnych różnicach - typu ruch lewostronny w Wielkiej Brytanii :-) czy zakaz wyprzedzania prawą stroną w Niemczech - jakoś poradzić sobie z przemieszczaniem się po kraju. Jednak w Azji czy Afryce nigdy nie odważyłam się na samodzielną jazdę. Rezydentka odmówiła mi zresztą kiedyś pomocy w wypożyczeniu auta, gdyż miała już na sumieniu turystę, który zginął w wypadku...   

Żeby poczuć odmienność zwyczajów drogowych, zapraszam na quiz o zasadach panujących w Egipcie (http://kristinakairoamnil.blogspot.com/2012/05/autofahren-in-agypten.html) napisany przez moją mieszkającą tam koleżankę:

1. Chcesz skręcić w lewo. W związku z tym ustawiasz się: 
A) na lewym pasie
B) na środkowym pasie, dzięki czemu możesz zmienić zdanie w ostatniej chwili
C) na prawym pasie, ponieważ chcesz skręcić przed wszystkimi innymi 

2. Pierwszeństwo na drodze ma:
A) największy i najstarszy samochód na jezdni 
B) samochód z prawej strony przed samochodem z lewej  
C) zawsze ja! 

3. Na sygnalizacji świetlnej przejeżdżasz, jeśli jest: 
A) czerwone światło 
B) zielone światło
C) a co to jest sygnalizacja świetlna?

4. Jeśli przegapiłeś swój zjazd na autostradzie ...  

A) zjeżdżasz na kolejnym i wracasz 
B) zawracasz
C) wrzucasz wsteczny

5. Jeśli jest totalny korek i żadne auto nie porusza się do przodu, to:

A) wyłączasz silnik i czekasz cierpliwie aż sytuacja się poprawi 
B) naciskasz klakson i starasz się trąbić głośniej niż inni
C) wysiadasz z samochodu i wracasz kolejnego dnia, by go odebrać
 
6. Na czteropasmowym rondzie jedziesz:

A) tam, gdzie akurat się da
B) zgodnie z ruchem wskazówek zegara
C) przeciwnie niż ruch wskazówek zegara

Odpowiedzi: 1C , 2A , 3C , 4C , 5B , 6A

W wielu krajach - by wymienić tu choćby Turcję - funkcjonuje rozbudowana sieć lotów wewnętrznych. Statystycznie jest to opcja dość bezpieczna, a do tego czasem nawet tania. Ja zawsze sprawdzam tylko dla pewności, czy dana linia lotnicza nie znajduje się na liście tych niedopuszczonych ze względów bezpieczeństwa na terenie UE: http://ec.europa.eu/transport/modes/air/safety/air-ban/doc/list_en.pdf.

Pociąg i autobus to zawsze doskonała okazja, by zobaczyć kraj zza bardziej lub mniej brudnych szyb i by nawiązać sympatyczne kontakty z tubylcami. Oba pojęcia w różnych krajach mogą mieć oczywiście zgoła inne znaczenie: pociąg to zarówno chiński Maglev mknący ponad 400 km/h, jak i zabytkowa "czerwona jaszczurka" w Tunezji. Autobus dalekobieżny to czasem klimatyzowane cudo, a czasem psująca się kupa złomu, w której prócz pasażerów jadą kury. W tych drugich przypadkach należy oczywiście wkalkulować przynajmniej dobę zapasu, jeśli chcemy np. w określonym czasie dotrzeć na lotnisko.  

Jeśli chodzi o komunikację miejską, to sprawa jest prosta: warto kupić bilety zbiorcze - na kilkanaście jazd lub kilka dni, by ewentualny brak biletu lub impuls do oszczędzenia kilku przystanków nie ograniczał naszej mobilności. Niestety w kwestii taryf nie obowiązuje żadna normalizacja: w jednych miastach są dobowe, na 2 i 3 dni, na miesiąc, w innych na 10 czy 15 przejazdów, w jeszcze innych na czas. Generalnie im więcej przejazdów/dłuższy interwał czasowy, tym tańszy bilet... Ale oczywiście też nie zawsze: w Berlinie bardziej opłaca się kupić dwa bilety dzienne niż jeden na 48 godzin. 

Najsympatyczniejszy system jest moim zdaniem w Singapurze. Nabija się tam określoną kwotę na kartę miejską, a niewykorzystaną resztę można po dojechaniu na lotnisko odzyskać w specjalnym punkcie. I za zwrócone dolary singapurskie kupić napój czy drobny prezent w sklepiku w Changi Airport.


4. Schabowy czy mięso krokodyla

Pancerny żołądek to najlepszy przyjaciel podróżnika. Warto gorąco podziękować Bogu, jeśli nas w takowy wyposażył. Bo jeśli nie, to węgiel, nifuroksazyd, laremid i przepijanie potraw wódką (moim zdaniem sposób ten jak najbardziej działa). No i unikanie kostek lodu, wody z niezakręconych butelek, owoców w skórkach, lodów (niczym się tak w życiu nie zatrułam jak kulką waniliowych na Kubie).

Całkiem wrażliwe żołądkowo osoby w każdym niemal kraju znajdą odpowiedniki krakersów (często zwane tuc-tuc), które w razie czego mogą skutecznie uratować od śmierci głodowej bez efektu zasłodzenia. Można też zawsze zabrać coś ze sobą w plecaku - ze mną do Nepalu jechała suszona kiełbasa, bo postanowiłam ze względu na warunki higieniczne nie jeść kupowanego tam mięsa.

Często podróżnicy wybierają drogę szukania potraw znanych. Nie jest to trudne - w końcu hamburger, coca-cola i banana split to menu dostępne prawie na całym świecie. Pierogi o różnych kształtach to też w wielu krajach danie niemal narodowe (Kärntner Nudeln w Austrii, momos w Nepalu, dim sumy w Chinach). Inna sprawa, że potrawa łudząco podobna do schabowego może okazać się w kraju arabskim kotletem z drobiu, a ryż w azjatyckim deserze po spróbowaniu zmienia się w tapiokę. 

Ale czy warto szukać wszędzie domowych smaków?... Chyba nie, zwłaszcza że nie ma gwarancji, że uratuje nas to przed zatruciem. Najważniejsze jest bowiem - a jednocześnie najtrudniejsze do sprawdzenia - czy osoba przygotowująca dania umyła ręce.

Ja zdecydowanie jestem zwolennikiem eksperymentów kulinarnych i próbowania potraw polecanych w przewodnikach. Uważam oczywiście na to, by nie jeść rzeczy surowych i dziwnie pachnących, by siadać w lokalach, w których nie przyklejam się do stolika i by korzystać raczej z barów pełnych ludzi niż pustych. Ale odwaga zaowocowała tym, że poznałam smak:
- stuletniego jajka w Singapurze,
- mięsa krokodyla na Kubie, 
- śledzia nadziewanego łososiem w Helsinkach,
- chrupiącego skorpiona w Bangkoku,
- ślimaków w Paryżu,
- lodów z zielonej herbaty w Pekinie.  

Reasumując - z odrobiną ostrożności da się przeżyć egzotyczne jedzenie. W szczególności:
- trzeba uważać na wodę - należy zawsze zamawiać napoje w fabrycznie zamkniętych butelkach (i zważać, czy zamknięcie nie było już otwierane, a butelka - ponownie napełniana) - w krajach z zagrożeniami sanitarnymi nigdy nie próbować żadnych napitków przynoszonych w szklankach,
- lód też może kosztować nas ostre skręty kiszek,
- zamiast steku krwistego w Egipcie zamówiłam stek wysmażony - myślę, że to też dobry sposób, żeby uniknąć zemsty faraona,
- warzywa i owoce staram się zawsze obrać,
- unikam lokali, w których jest pusto - podobnie jak w Polsce oznacza to bowiem z reguły niezbyt świeże składniki i zleżałe potrawy,
- jeśli w knajpie siedzą zadomowieni tam wyraźnie Europejczycy, to zwykle dobry znak - ludzie chętnie wracają bowiem w "sprawdzone" miejsca,
- w Azji zawsze podkreślam, by dano mi danie "very mild" - bo stopień ostrości stosowany defaultowo np. w Tajlandii to rzeczywiście w naszym odczuciu przyprawienie, które wypala wnętrzności,
- jeśli w krajach arabskich chcemy wypić piwo do obiadu, to musimy stołować się w hotelu - w mieście z  reguły dostaniemy najwyżej colę; w Skandynawii z kolei alkohol do posiłku to duży wydatek, a za to soft drinki są często w opcji "pij, ile chcesz".


5. Bezpiecznie czy z fantazją

Czasem z daleka od domu przeżywa się przygody mrożące krew w żyłach. Potem wspomina się je z uśmiechem - opowiada podkoloryzowane przy kieliszku wina, spisuje dla potomności. Gdy dużo jeździ się po świecie, takie pojęcia jak mafia, praca przymusowa czy dziecięca prostytucja przestają być pustymi hasłami.  

Z drugiej strony bezpieczeństwo wydaje się pojęciem nieco emeryckim i wykluczającym dobrą zabawę, szaleństwa i wyskoki. Ale przecież być tak nie musi - dla mnie hasło to, zwłaszcza w przypadku wyjazdów samotnych, oznacza raczej kilka prostych kroków, które pozwolą mi bez szwanku przeżyć noc w medinie czy imprezę w klubie.

Zacznijmy od kwestii globalnej, czyli bezpieczeństwa w kraju, do którego jedziemy. Tu bezcennym i aktualizowanym na bieżąco źródłem jest portal MSZ i publikowane na nim ostrzeżenia dla podróżujących: http://www.msz.gov.pl/pl/informacje_konsularne/ostrzezenia/. Kiedyś myślałam, że umieszczone tam alerty są trochę na wyrost, ale odkąd zignorowałam ostrzeżenie dotyczące Kairu i zobaczyłam tam policję bijącą ludzi i palące się budynki, poważnie traktuję wpisy na stronie ministerstwa.

Bezpieczeństwo osobiste to inna kwestia - istotna zwłaszcza przy podróżowaniu samotnym i jeśli jest się kobietą. W krajach arabskich obrączka i chusta na głowie pomagają nieco zniknąć w tłumie, ale jasna cera zawsze zdradza obce pochodzenie. Pamiętam, jak w kairskim metrze w wagonie dla kobiet mimo zakwefienia gapiły się na mnie wszystkie pasażerki i ich dziatwa.  Azja uchodzi za bezpieczną opcję dla singielek - ale bez zaczepek i tam się jednak nigdy nie obeszło. Zasada bezpieczeństwa jest prosta: należy komunikować się bez agresji, ale asertywnie i bardzo zdecydowanie - z poczuciem, że mamy prawo odejść, jeśli coś nam się w konwersacji nie podoba. Albo nawet poprosić o pomoc mundurowego - zwłaszcza w krajach takich, jak Tajlandia, gdzie funkcjonuje nawet specjalna policja turystyczna dedykowana do wsparcia w spornych międzynarodowych kwestiach ulicznych.

Zdrowie to temat-rzeka. Na stronach http://www.cmwum.pl/szczepienia-podroznikow.pdf i http://www.szczepieniadlapodrozujacych.pl/multimedia/file/Planujesz_egzotyczne%20wakacje_ulotka.pdf można sprawdzić, przeciw jakim chorobom warto się zaszczepić. Oczywiście należy zrobić to z przynajmniej miesięcznym wyprzedzeniem, a nie bezpośrednio przed wyjazdem, bo przeciwciała mogą nie zdążyć się wytworzyć plus niepotrzebnie osłabimy organizm przed stresem, jakim jest choćby długi lot. Zresztą niektóre szczepionki wymagają kilku dawek. Leki zawsze biorę ze sobą - nieważne, ile miejsca w bagażu zajmą - choćby po to, by spać spokojnie. Prócz żelaznego zestawu wkładam też zawsze wodę utlenioną i maść Tribiotic w saszetkach - bo z doświadczenia wiem, jak częste są obtarcia i mikrorany, które warto przed zabezpieczeniem plastrem dodatkowo zdezynfekować, by nie wdało się przez nie zakażenie. Obowiązkowy jest też żel antybakteryjny, bo często nie ma gdzie w czasie dnia umyć porządnie rąk.

Mój zestaw środków bezpieczeństwa wygląda następująco:
- nigdy nie rozstaję się z paszportem - nie zostawiam go w hotelu, nie daję do ręki "oficjelom" na ulicy (np. takim chodzącym po Kairze w mundurach marynarskich z lat siedemdziesiątych), nie pozostawiam jako zastaw za motorynkę,
- w pasie biodrowym mam zawsze kartę i pieniądze na czarną godzinę, a w kieszeni - drobniaki na zakup drinka (by nie wyciągać za każdym razem portfela ukrytego głęboko w torbie),
- wychodząc w nocy potańczyć czy połazić po mieście zapisuję długopisem na udzie numer kontaktowy - gdybym ogłuszona i bez torebki wylądowała w szpitalu, to będzie to jakiś punkt zaczepienia,
- zawsze uczę się na pamięć numeru ambasady w danym kraju; mam też w głowie telefony do najbliższych, a w komórce - wpisany wraz z kierunkowym Polski kontakt oznaczony międzynarodowym skrótem ICE czyli 'In case of emergency",
- rodzinie zostawiam ksero paszportu i ubezpieczenia, harmonogram pobytu, namiar na hotel, numery lotów i rezerwacji,
- podróż indywidualną można zgłosić w ambasadzie czy konsulacie polskim w danym kraju (zwykle na stronach placówek jest specjalna zakładka "Zgłoś podróż") lub w systemie centralnym e-konsulat https://secure.e-konsulat.gov.pl/Podroze/OpiekaKonsularna.aspx,
- nieocenionym źródłem wiedzy jest poradnik na stronie MSZ http://poradnik.poland.gov.pl/ - w opisie kraju, do którego jedziemy, warto szczególnie uważnie przeczytać fragment o przepisach celnych - do wielu miejsc nie wolno bowiem wwozić rzeczy, o których spontanicznie nikt by nie pomyślał jako o towarach zakazanych (np. gumy do żucia do Singapuru czy leków krwiopochodnych na Kubę),
- do krajów z opłakanym stanem opieki medycznej prócz lekarstw biorę na wszelki wypadek strzykawki i igły jednorazowe,
- na Kindlu mam wgrane opisy chorób egzotycznych; co prawda raz domniemywana przeze mnie z przerażeniem na podstawie objawów gorączka Zachodniego Nilu okazała się uczuleniem na olejek, którym zostałam nasmarowana na bazarze, ale zawsze jakoś lepiej mieć jakiś punkt zaczepienia...


Wyjazdy to atrakcje - czasem beztroskie, czasem urastające w kolejnych opowieściach do poziomu mrożących krew w żyłach urban legends. Z każdej podróży człowiek wraca mądrzejszy o nowe doświadczenia, blizny i siniaki, a jednocześnie jeszcze bardziej głodny kolejnych wypraw.

 
P.S. Zapraszam też na część pierwszą podróżniczych porad: "W grupie czy samemu i inne dylematy podróżnika".

2.18.2016

/ŚWIAT/ W grupie czy samemu i inne dylematy podróżnika (cz. I)


Czas PO podróży to jednocześnie czas PRZED podróżą. Doświadczenia zebrane na jednym wyjeździe, procentują na kolejnym. Z jednej strony nic nie zastąpi pierwszego wrażenia, jakie miało się widząc palmy i wielbłądy, słysząc szum bezkresnego oceanu czy czując zapach powietrza rozgrzanego do 50 stopni, z drugiej strony z czasem człowiek uczy się widzieć jeszcze więcej, funkcjonować sprawniej w obcym otoczeniu i unikać błędów - często kosztownych.  

Zapraszam na garść refleksji związanych z dylematami, przed którymi stajemy planując wycieczkę, wyjazd i wakacje.


1. W zorganizowanej grupie czy na własną rękę 

Pytanie, czy kupić zorganizowaną wycieczkę z kolorowego katalogu w biurze podróży lub przez Internet, czy też samemu zarezerwować lot plus hotel i na własną rękę zaplanować atrakcje, to podstawowy dylemat turysty i podróżnika. 

Na wielu blogach znalazłam opinie, że wyjazd z Rainbow, TUI czy Itaką to dyshonor niegodny prawdziwego zdobywcy, a do tego obciach i wyrzucenie pieniędzy. Ja nie do końca się z tym zgadzam. Ponieważ podróżowałam już i samodzielnie, i w mniej lub bardziej zorganizowanych grupach, więc doceniam wygodę wycieczek z katalogu. Zwłaszcza, że w prawdziwym życiu człowiek ma często wyskrobany z trudem tydzień urlopu i jest to bezcenny czas, który chciałby w pełni wykorzystać na zwiedzanie - bez spędzania nocy na planowaniu, bez stania w kolejce po bilety, bez narażania się na opóźnienia w lokalnej komunikacji. Wtedy zorganizowany wyjazd może okazać się korzystną opcją - klimatyzowanym autokarem mknie się między atrakcjami, po drodze pilot urządza konkurs wiedzowy lub kurs arabskiego, a dodatkowo mamy szansę zdobyć nowych znajomych, którzy z uśmiechem cykną nam zdjęcie, a wieczorem wyskoczą z nami na piwo. W ten sposób zwiedziłam w 10 dni wszystkie siedem Emiratów Arabskich, w ten sposób - z nieocenionym pilotem Jackiem, który wiedział WSZYSTKO i jeszcze więcej - objechałam Tunezję. 

Nie wstydzę się wycieczek zorganizowanych, cenię to, że uwzględniają highlighty danego kraju - które i tak chciałoby się zwiedzić jadąc tam po raz pierwszy. Doceniam wiedzę i wsparcie przewodników oraz ciekawą dynamikę wielopokoleniowych grup jadących na wycieczki... Co do kosztów, to często bilans wcale nie wypada niekorzystnie, zwłaszcza w przypadku destynacji, do których loty rejsowe są drogie - bo biura dysponują czarterami i dobrymi cenami w hotelach.

Aby nie być rozczarowanym wycieczką z katalogu trzeba przestrzegać kilku zasad: 
- dokładnie poszukać opinii w Internecie (np. na easygo.pl, forum-turystyczne.pl, wakacje.pl) - zarówno o biurze, jak i o danym wyjeździe; ja w ocenie wpisów kieruję się zwykle podejściem statystycznym - gdy jakaś negatywna opinia uporczywie się powtarza, to z reguły jest w niej ziarnko prawdy,
- upewnić się, że organizator widnieje w ministerialnej Centralnej Ewidencji Organizatorów Turystyki i Pośredników Turystycznych (wpisując nazwę biura w wyszukiwarce pod http://turystyka.gov.pl/ceotipt/podmioty_p_77.html), 
- sprawdzić, czy wyjazd jest potwierdzony - bo w przeciwnym razie tydzień przed planowanym wylotem może się okazać, że nigdzie nie jedziemy, 
- koniecznie spytać się, ile osób będzie maksymalnie w grupie - gdy biuro nie chce udzielić tej informacji, oznacza to często, że planuje imprezę na 40-50 turystów, czyli przedsięwzięcie logistycznie trudne i uciążliwe dla wszystkich zainteresowanych,
- podpytać się o nazwisko pilota i przeczytać na forach, czy warto z nim/nią jechać; raz byłam na wycieczce z panią Krystyną, o której pisano, że można byłoby wystawić ją w Sevres jako wzorzec przewodnika - i muszę przyznać, że jej barwne opowieści pamiętam do dziś,
- sprawdzić zakres ubezpieczenia i dokupić dodatkowe na własną rękę, jeśli to oferowane przez biuro nie gwarantuje nam spokojnego snu.  

Ostatnio przyglądałam się coraz bogatszej ofercie wyjazdów tematycznych i hobbystycznych. Biura specjalizujące się w tego typu eskapadach organizują wakacje z jogą na Tajlandii czy wypady fotograficzne do Wietnamu. Na takich wyjazdach - według zapewnień organizatorów - rytm zwiedzania podporządkowany jest zajęciom sportowym / sesjom z aparatem. Z takiej oferty jeszcze nie korzystałam, choć już dwa razy przymierzałam się do eskapady fotograficznej ze specjalizującym się w "wyjazdach dla singli" biurem z Warszawy. Niestety w obu przypadkach okazywało się, że podana na stronie internetowej cena zmienia się w ostatniej chwili (bo uczestników mniej, bo nie wkalkulowano transportu na miejscu...) - na tyle znacząco, że musiałam zrezygnować. W przypadku takich praktyk stosuję zasadę "do dwóch razy sztuka".

Najgorszą opcją z testowanych przeze mnie do tej pory okazał się wyjazd typu "trampingowego" z jednym z krakowskich biur specjalizujących się w eskapadach low budget. Wyprawa ta łączyła w sobie niestety wady wyjazdów zorganizowanych (najtańsze hotele, wieloosobowe pokoje, narzucony nie najciekawszy program bez możliwości zmian) oraz samodzielnych (wyżywienie na własną rękę, samodzielne dbanie o potwierdzenie lotniczych biletów powrotnych, o co biuro zapomniało zadbać). Nigdy więcej :-)

Oczywiście w pewnym sensie nie ma to jak wyjazd samodzielny. Wtedy można w nocy poszaleć w klubie, a potem pospać do 14.00. Zmienić plan dnia i skręcić z drogi do katedry w boczną uliczkę, jeśli akurat coś w niej nas zafascynuje. Zwiedzić muzeum hologramów zamiast osławionej wystawy superwykopalisk. Pobiec za śmiesznie przystrojonym słoniem. To wszystko gwarantuje niepowtarzalne przeżycia i poczucie, że dotknęło się czegoś prawdziwego. Pozwala też zagubić się i ponownie odnaleźć szlak, a także poznać ludzi mniej lub bardziej nam przyjaznych. Trzeba mieć tylko świadomość, że taki urlop to w wielu krajach jazda bez trzymanki: opisywany w przewodniku bar już dawno nie istnieje, teraz w tym miejscu jest burdel, autobus zamiast jechać o 7.00 - jak w rozkładzie - odjeżdża o 10.00, taksówkarz zamiast do restauracji dowozi nas do mafijnego lokalu na drugim końcu miasta... Z drugiej strony, jeśli się przeżyje, jest o czym opowiadać.

Moje zasady dotyczące wyjazdów na własną rękę są proste:
- abonuję newslettery linii lotniczych i kanał MlecznePodróże.pl na Facebooku, by śledzić promocje linii lotniczych i korzystnie kupić lot,
- dokładne dane pobytu zostawiam bliskiej osobie w kraju - tak dla bezpieczeństwa; plan podróży można też zawsze zgłosić przez Internet w Ambasadzie lub Konsulacie RP w danym kraju,
- kupuję przewodniki, wertuję Internet, oglądam filmy i dokładnie planuję wyjazd dzień po dniu jeszcze przed wylotem z kraju - a potem na wyjeździe... traktuję moje zapiski jedynie jako sugestię i oczy mam otwarte na lokalne plakaty, ogłoszenia, atrakcje spotkane po drodze, oferty lokalnych biur turystycznych; plan daje mi poczucie bezpieczeństwa i jest swoistym punktem wyjścia, ale nie realizuję go niewolniczo,
- na samotne zwiedzanie wybieram kraje Europy i Azji, rzadziej kraje Afryki - ze względu na bezpieczeństwo, poziom komunikacji publicznej i akceptację społeczną dla samotnego zwiedzania, zwłaszcza przez kobietę. 


2. Z kimś czy w pojedynkę

To kolejny niebagatelny dylemat - bo zarówno na wyjeździe zorganizowanym, jak i na eskapadzie planowanej samodzielnie możemy mieć partnera czy partnerkę doli i niedoli albo być samotnym wilkiem.

Z jednej strony "smutno cieszyć się samotnie" (Lessing), z drugiej strony "piekło to inni" (Sartre). Co jest lepsze?...

Próbowałam obu opcji. Stosunkowo najdziwniejsze okazało się być samej na wyjeździe Rainbow, na którym prócz mnie znalazły się same pary. Ale opcja sprawdziła się znakomicie: cieszyłam się jednoosobowym pokojem, w którym mogłam się wyspać, podwójnym miejscem w autokarze, na którym mogłam przybierać komfortowe pozycje i idealnym miksem towarzystwa i samotności. Gdy chciałam porobić zdjęcia, to chodziłam sobie osobno, a gdy wolałam pogadać - uśmiechałam się do którejś z par z autokaru i za przygarnięcie odwdzięczałam się cykaniem im wspólnych fotek oraz wsparciem językowym.

Fajnie jest wyjeżdżać samemu, bo dopiero rano w metrze można wyciągnąć plan i zaplanować dzień. Fajnie jest wyjeżdżać z kimś, bo można podzielić się wrażeniami, zostawić na chwilę plecak pod opieką, razem potańczyć w klubie. 

Nie każda osoba, z którą doskonale się pracuje lub chodzi do kina w Warszawie, będzie też idealnym towarzyszem wyjazdu. Przy doborze współtowarzysza wyprawy ważne jest, aby:
- mieć podobny stosunek do pieniędzy: gdy jedna osoba lubi wspólną kasę i rozliczanie się w przybliżeniu, a druga chce pilnować przepływów co do grosza, to wspólny wyjazd po jakimś czasie stanie się trudny dla obu stron,
- mieć zbliżone rozumienie czystości i porządku: tani hotel z karaluchami to dla jednych finansowa okazja, a dla drugich koszmar spędzający sen z powiek, podobnie budka ze street foodem może być postrzegana jako idealne miejsce na lunch albo Sodoma i Gomora, którą powinien natychmiast zdalnie zamknąć polski Sanepid,
- lubić w dużej mierze to samo: miłośnik tańców w klubach i czerwonych dzielnic nie dogada się z refleksyjnym towarzyszem ciągnącym do muzeów sztuki - bo na wyjeździe nigdy nie starczy sił, czasu i środków, by to wszystko pogodzić,
- mieć o czym pogadać - bo inaczej będzie smutno i milcząco; jak ładnie ujęli to blogerzy z "Make Life Harder": "Przyjmuje się, że krępująca cisza to taka cisza, która trwa dłużej niż 5 sekund i pojawia się w relacjach z ludźmi, których znasz na tyle dobrze, że nie wypada milczeć, ale nie na tyle dobrze, żeby pogadać o porannym stolcu",
- podobnie podchodzić do kwestii robienia zdjęć - bo gdy jedna osoba wciąż się zatrzymuje, by coś uwiecznić, a druga chce szybko lecieć dalej, to nic dobrego z tego nie wyniknie,
- koniecznie dobrać sobie sowę, jeśli lubimy rano dłużej pospać - bo skowronek już o 6.45 będzie ciągnął nas na śniadanie podawane od 7.00,
- koniecznie mieć zbliżony poziom kondycji - to faktor niedoceniany, ale kluczowy, by w efekcie jedna osoba nie była zajeżdżona, a druga sfrustrowana.


3. Dużo czy dokładnie 

Są miejsca, do których na pewno już nie wrócimy, bo są dalekie, drogie i nie do końca "nasze" - jadąc tam, człowiek próbuje więc zwiedzić jak najwięcej, bo ma świadomość, że teraz albo nigdy. Do dziś żałuję, że w Hawanie nie chciało mi się wejść po schodach i zajrzeć do wnętrz Capitolio. Będąc w takich miejscach warto nie dospać, obetrzeć nogi, przesadzić z kawą i pójść wszędzie tam, gdzie chcemy. Bo w przeciwnym razie potem będzie nam żal.

Czasem jednak warto założyć, że życie jeszcze trochę potrwa i że wrócimy w miejsce, które nas zachwyciło. To pozwoli nam porozkoszować się chwilą, zatrzymać w pędzie i NACIESZYĆ tym, co widzimy. Gdy wszyscy wbiegali po kolejnych stopniach muru chińskiego, ja zeszłam z głównego szlaku, usiadłam na kamieniu i myślałam sobie o tym, że jestem w miejscu, o którym czytałam już jako dziecko - na jedynej budowli widocznej z kosmosu. Spędzony tam czas pamiętam do dziś i nie żałuję, że nie pobiegłam dalej.

"Dużo" przy zwiedzaniu jest też niemożliwe, gdy chcemy porobić dobre zdjęcia. Wtedy musimy czekać na odpowiednie światło, spowalnia nas też torba z obiektywami i statyw - który rano waży półtora kilo, ale wieczorem zawsze dwadzieścia. Wyprawa fotograficzna - czy w grupie, czy samodzielna - to hasło, które oznacza jedno: wyjedziemy z fajnymi ujęciami, ale z ogromnym niedosytem miejsc i wrażeń. Cóż: coś za coś.


4. Głównym szlakiem czy bocznymi dróżkami

Pytanie, czy zwiedzić highlighty, czy dotrzeć tam, gdzie nie dotarł żaden Europejczyk, to kolejny dylemat, który trudno jest rozstrzygnąć w sposób jednoznaczny. Ja mam zasadę, by nie pomijać przewodnikowych TOP TEN (dzięki temu zwiedziłam choćby Vasa Museet, które z opisu, mówiącego coś o zbutwiałym statku, nie wydawało mi się szczególnie pociągające), ale jednocześnie zawsze staram się znaleźć jakąś niedocenioną perełkę - jak choćby Muzeum Oum Kalthoum w Kairze, wystawę hologramów w Sztokholmie czy galerię krytyki kościoła w Eichstätt.

Czytam dokładnie opisy w przewodnikach i sprawdzam najważniejsze obiekty w danym mieście, ale dodatkowo mam zasadę, żeby wszędzie wykonać "Plan 7C", czyli zobaczyć:
1. city  / center,
2. church,
3. coffee shop / café,  
4. cemetery,
5. cinema,
6. casino,
7. cab.

Zawsze więc idę do kina na lokalny film (nawet gdy przez trzy godziny słucham tam hindi bez tłumaczenia czy choćby napisów), próbuję lokalnej kawy, zaglądam, jak zachowują się ludzie w świątyniach, idę na cmentarz. Dzięki temu dowiedziałam się, jak żywo na perypetie w bollywoodzkich filmach reaguje nepalska publiczność, a także że w Tajlandii przed seansem puszcza się hymn, przy którym wszyscy wstają, że w Maroku potrafią z kawiarni wyprosić kobietę oraz że w Niemczech można kupić znicz w automacie ustawionym między grobami. 

"Boczne dróżki" to więc dla mnie głównie miejsca nieturystyczne, w których skupia się życie lokalnych społeczności. Tam na pewno warto zboczyć, by nie wrócić z dalekiego kraju z poczuciem, że zobaczyło się misternie przygotowany spektakl przeznaczony wyłącznie dla oczu - i dla sakiewek - turystów. 


5. Atrakcje przez Internet czy na miejscu

Czasem przez Internet można złowić coś taniej (np. bilety na Calypso Show W Bangkoku kupiłam jeszcze w Warszawie za 900 bahtów, a na miejscu w kasie kosztowały one 1200 bahtów), czasem ceny przy takiej rezerwacji wielokrotnie przekraczają te na miejscu. Stuprocentowej reguły nie ma, poza tym, że przy kupowaniu przez Internet i płaceniu kartą kredytową należy zachować wzmożoną ostrożność - i zawsze sprawdzić, czy przed adresem strony jest https://, a nie http://.

Czasem rezerwacja wejściówki przez Internet oszczędzi nam stania w kolejce - tak jest np. w przypadku Wieży Eiffla w Paryżu czy Casa Battlo w Barcelonie. Moje doświadczenie wskazuje jednak na to, by atrakcje - zwłaszcza w krajach pozaeuropejskich - rezerwować raczej już po dotarciu na miejsce i zorientowaniu się, co rzeczywiście warto zobaczyć i jaki jest realny poziom cen. Tak zrobiłam w Bangkoku: w jednej z budek obklejonych plakatami kupiłam na przykład kurs tajskiej kuchni za połowę minimalnej ceny podawanej w Internecie. W turystycznych okolicach jest zwykle masa takich budek i nieprzebrana oferta, którą możemy dostosować do naszego aktualnego samopoczucia i innych planów. Bo wcześniejsza rezerwacja jest zawsze trochę jak kajdanki, które ograniczają naszą spontaniczność.

Reasumując: jeśli chcemy poplanować coś przed wyjazdem, to zajrzyjmy na Viator.com i poszukajmy ofert w Internecie, ale zakupu lepiej jest w większości przypadków dokonać już na miejscu. Choćby po to, by uniknąć efektu kota w worku...


Co podróż, to nowe dylematy. Co człowiek, to inne ich rozstrzygnięcie... A ja tymczasem zapraszam na drugą część refleksji o podróżowaniu: "Bezpiecznie czy z fantazją i inne dylematy podróżnika".


opinie Laurazja, opinie Aslema